Musiała ułożyć sobie to wszystko dokładnie w głowie. Ciągnęło ją wyraźnie do krateru, o nim mówiły duchy, o których wspominał Anthony, a ona sama czuła tę nieznośną aurę, która w końcu skądś musiała się wydobywać. Musiała jednak przemyśleć wszystko we właściwy sposób, teraz była ta chwila, w której brakowało jej u boku Malekitha. Wiedziała, że sama jest w gorącej wodzie kąpana, więc pewnie zaraz zaczęłaby się denerwować, ale nie mogła. Wzięła kilka głębokich oddechów, zamknęła oczy i starała się odtworzyć w głowie raz jeszcze, to co widziała. Statek... Nie było na razie sensu po niego iść. Skoro obawiali się bariery, nie chciała biec tam bez potrzeby. Czy w chatach mogła coś znaleźć? Nie była pewna. Ciekawiła ją ta spora budowla, która musiała być dawniej czymś istotnym w kulturze lisów, ale znowu, czy coś im dawała? Zlokalizowała również miejsce, gdzie kiedyś stał portal, teraz jednak go nie było. Nie była pewna, czy w takim razie kryształ w ogóle by tam zadziałał. Rozejrzała się jeszcze i wtedy dostrzegła w końcu torbę Craiga, więc zmarszczyła brwi domyślając się, że któreś z nich straciło grunt pod nogami. Dosłownie albo mniej dosłownie. Nadeszła Ignis, a później Byakko, a Niedźwiedzica zaczęła się poważnie zastanawiać, co dalej.
- Duchy powiedziały Anthony'emu, że musimy iść do krateru - rzuciła w ich stronę czując, że właściwie trzeba podjąć jakieś decyzje, aczkolwiek nie wiedziała, co jest słuszne. - Udało mi się obejrzeć wyspę z lotu ptaka. Widziałam ten statek na plaży, coś, co wygląda jak dawna wioska lisów i budowlę na drugiej plaży, jakąś strażnicę, czy coś podobnego, zniszczoną właściwie doszczętnie i trudno mi powiedzieć, co to było. Przed nami jest ten krater, tu chyba była świątynia, prawda, Ignis? A teraz jeszcze to - powiedziała i wskazała na torbę Craiga. - Muszę na pewno iść z Anthonym. Ignis, sprawdzisz, czy nasza zguba jest gdzieś w pobliżu? Byakko? Czy któreś z was wyczuwa... hm, czyjąś obecność? - dodała jeszcze spoglądając na nich ponownie, a później na Anthony'ego i w stronę krateru. Po co mieli tam iść? Ler i Malekith mówili, że jego siła jest niesamowita, więc czego mogły chcieć od nich duchy? Po co tam mieli iść? Bała się tego, o co chodzi, ale z drugiej strony, czy duchy mogły być złe?
Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
Broń palna, też coś! Niedźwiedzia już wtedy wiedziała, że to nie jest metoda walki, jaka by jej pasowała. Była silna i szybka, co z czasem jedynie stawało się wyraźniej widoczne, nie znosiła więc walczyć na odległość, o wiele bardziej pasowało jej zwyczajne pranie się po pyskach albo rozpłatanie kogoś przy pomocy topora, albo miecza. Szabla również była całkiem dobrym środkiem zaradczym, ale co do tego, nie miała jeszcze aż tak wielkiego przekonania. Tak czy inaczej, kobieta nie przepadała za walką na dystans, krew wtedy nie krążyła w żyłach z tak wielką siłą i nie dawało to tak wielkiej przyjemności, jak prawdziwe szamotanie się z kimś, wybijanie mu zębów, wydrapywanie oczu, czy postępowanie w podobny sposób. Niedźwiedzica kochała adrenalinę, kochała walkę, kochała zapach i smak krwi, nie przejmowała się za bardzo błotem i kurzem, jakie wpadały jej do ust, nosa czy też oczu. Brudem i ranami będzie się martwiła, kiedy już to wszystko minie i zniknie, nie było sensu pochylać się nad tym wcześniej, ani trochę.
Niespodzianka, wiedźmo! Niedźwiedzia nie ograniczała się, nie kryła i nie zatrzymywała, skoro miała nie używać magii, nie zamierzała, ale to, że była pucasem, dawało jej dodatkowe atuty. Nie krępowała swoich zdolności, bo nie chciała, w końcu czy można było uznać je za magiczne? Być może, ale to już byłby spór w dokrytnie, a wtedy, w tamtej akurat chwili, Taillis uważała, że ich używanie jest jak najbardziej poprawne. Nie odwoływała się do możliwości przyjęcia postaci zwierzęcia, nie sięgała po roślinność ani umiejętność kameleona, bo to byłaby już magia. Tak więc — broń się, wiedźmo. I to z głową, bo za chwilę znowu może przyładować ci z całej siły. Niedźwiedzica sapnęła, kiedy kopniak trafił ją w okolice żołądka i aż zawarczała wściekle. Może wiedźma nie miała tyle siły, co ona sama, ale przyduszanie również miało swój efekt i nie trzeba było długo czekać, na kontratak. Słabszy, ale jednak. Taillis z całej siły spróbowała przywalić przeciwniczce w twarz, pięścią, bądźmy dokładni. Ponieważ zaś nie chciała pozostawać w jej ucisku, zamierzała spróbować szarpnąć się w tył.
Przez chwilę Niedźwiedzica nie była do końca świadoma tego, co dzieje się dookoła niej. Spoglądała na świat oczami ptaszka, który szybował w okolicy i starała się zapamiętać, co dokładnie znajduje się dookoła nich. Co mogli jeszcze sprawdzić? Statek chyba leżał tam od dnia, gdy dotarły tutaj wróżki. Wioska? Tam mogło znajdować się coś cennego albo ważnego, o tym była przekonana. Na brzegu stały domki, które początkowo jej nie zaciekawiły, jednak ta duża budowla... Czym była? Nie mogła jednak zbyt długo jej się przyglądać, bo ptak parł naprzód, a ona chciała dostrzec jak najwięcej, nim będzie musiała powrócić na ziemię. Obok wioski, niedaleko, znajdował się krater, który musiał być dawną świątynią, w której spotkała się z Ignis i Oinarim. Tyle? Starała się przyjrzeć uważnie okolicy dawnej świątyni, szukając tutaj analogii do tego, o czym mówiła Nimat i Nina w czasie i ich spotkania — starała się dostrzec, czy dookoła świątyni nie znajdą się ruiny mniejszych budynków, które wskazywałyby na jakieś wieżyczki lub coś podobnego. Z tego miejsca i tej pozycji na pewno nie była w stanie określić, czy cokolwiek tam zareaguje na magię, ale mimo wszystko — próbowała jeszcze ustalić, czy znajdzie miejsce, gdzie dawniej znajdował się portal wiodący na wyspę. Później musiała powrócić do swojej postaci i przez chwilę oddychała głęboko, zapewne wtedy, gdy Anthony rozmawiał z ognikami.
- Chodźmy więc. Nie możemy na razie zrobić nic więcej. Widziałam wyspę z góry i jeśli uda nam się skontaktować z pozostałymi, postaram się wysłać część osób na dalsze poszukiwania. Ale... Anthony, ktoś albo coś tutaj jest, jestem tego pewna. Idź przede mną, ostrożnie, powoli i uważnie. Jeśli cokolwiek usłyszysz albo zobaczysz, mów mi o tym - powiedziała do niego bardzo poważnie i przyjrzała mu się, chcąc mieć pewność, że ten jest gotów do dalszej drogi. Położyła mu nawet na moment dłoń na ramieniu, co musiało wyglądać śmiesznie, gdyż była od niego niższa. Spojrzała prosto w jego oczy, a następnie skinęła głową. Gdyby udało jej się wytropić ponownie jakieś zwierzę w okolicy, próbowałaby ponownie rozejrzeć się jego oczami, by przekonać się, czy nic im nie zagraża.
Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
Wania :panda:
Pozostawała cały czas czujna. Nie miała bladego pojęcia, co mogą spotkać i na co dokładnie się natknąć, musiała jednak dawać baczenie na Anthony'ego i jednocześnie — zastanawiać się cały czas nad tym, co ich otacza. W końcu taką miała nadzieję, gdzieś tutaj musiały znajdować się wskazówki. Kryształ był martwy. Może dlatego, że musiała znaleźć odpowiednie przejście? O tym zaraz. Zaczęła zastanawiać się nad wszystkim, co kiedykolwiek mówiono, nim wyruszyli na tę wyprawę i żałowała teraz, że nie ma u boku Nimat albo Niny, bo one brały udział w wyprawie na bagna. Starała się jednak przypomnieć sobie dokładnie wszystko to, co kobiety powiedziały o uwalnianiu Mroku, kryształach, przejściach i drodze przy dawnej siedzibie Gonu. Szła za Anthonym, by w razie czego zabrać się za jego osłonę i przystanęła, dopiero gdy mogła w pełni spojrzeć na dawną świątynię. Kiedyś był tu portal, którym docierała do Ignis. Kiedyś.
- Wiesz, czym są? - spytała młodego lisa, gdy po chwili przyglądania się iskierkom, doszła do wniosku, że nie może powiązać ich z niczym konkretnym. Kojarzyły jej się z jakąś kulturą Kitsune, tym, czego nie rozumiała. Ponieważ nie bardzo wiedziała, co mogłaby z nimi zrobić - zaczęła rozglądać się bardzo uważnie po okolicy świątyni. Czy były tutaj jakieś charakterystyczne ruiny? Być może jakieś budowle, które dawniej świątynię otaczały? Wieże? Punkty kontrolne? Szukała teraz podobieństw do tego, co opowiadała Nimat na spotkaniu z czarownikami. Wtem poczuła coś dziwnego i spięła się gwałtownie.
- Ktoś tu jest... - stwierdziła cicho, właściwie do siebie i zaczęła rozglądać się jeszcze uważniej. Jeśli jakimś cudem w zasięgu jej wzroku znalazło się zwierzę, próbowała rozejrzeć się po okolicy jego oczami. Nie wiedziała jednak, czym jest to uczucie, które ją opanowała. Miała jednak wrażenie, że nie są tutaj sami.
Och słodka walko, och słodka siło! Niedźwiedzica była naprawdę zadowolona z tego, że miała się z kim zmierzyć, że mogła w końcu sięgnąć po oręż nieco mniej standardowy, niż ta śmieszna broń, jaką nosiło się obecnie w hiszpańskiej armii, poza tym mogła wykorzystywać śmiało i całkowicie bez skrępowania, również atuty własnego ciała. Miała jedynie nie stosować magii, a jej siła, czy chociażby rogi, nie zaliczały się z całą pewnością do tej kategorii. Nie mogła również wpisywać tutaj swej nadludzkiej siły, czy niesamowitej szybkości, jakie już w tamtym czasie znajdowały się na pewno na poziomie o wiele wyższym niż u Przyziemnych, niż u czarowników i u całkiem sporej grupy innych Podziemnych, nic zatem dziwnego, że Nerezza z trudem łapała oddech po tym, jak wróżka postanowiła wpakować w nią swoje rogi. Gdyby ktoś obserwował z boku tę walkę, z całą pewnością doszedłby do wniosku, iż jest ona co najmniej groteskowa i nie ma nic wspólnego z honorowym pojedynkiem, ale na to akurat Niedźwiedzica po prostu gwizdała! Miała się doskonale bawić, a tak właśnie było, zaś krew, jaka płynęła z pierwszej rany, pachniała niczym najprawdziwszy afrodyzjak. Ona również miała głęboko gdzieś to, że wkrótce powinna stawić się na polu bitwy i wykazać się czymś więcej, niż licznymi siniakami. To zeszło całkowicie na dalszy plan i tam, zdaje się, powinno pozostać już na zawsze.
O, takiego zagrania ze strony wiedźmy na pewno się nie spodziewała, ale uznała je za całkiem przyjemne urozmaicenie dzisiejszego dnia. Szarpnięcie spowodowało, że aż coś jej nieznacznie chrupnęło w karku, a cios sztyletem na moment ją zamroczył. Pod tym względem były kwita, prawda? Ale oczywiście Niedźwiedzica nie byłaby sobą, gdyby w tym momencie się poddała, dlatego wiedźma powinna liczyć się z kolejnym, z całą pewnością nie do końca czystym zagraniem, które wyprowadziła ledwie chwilę później. Chwyciła ją gwałtownie w pasie, by wraz z nią rzucić się na ziemię i przygwoździć ją do niej, wbijając ją w trawę, zamierzała ją pod sobą uwięzić, by móc przyłożyć jej prosto w twarz.
Cóż, nikt nigdy nie mówił, że Niedźwiedzica należała do najbardziej lotnych na świecie. Nikt nigdy również nie powiedział, że zachowywała się racjonalnie albo logicznie, wiele jej decyzji mogła wydawać się innym dziwnymi albo niepotrzebnymi tak jak, chociażby ta teraz. Nie, nie powiedziała nic wcześniej, bo nie była na to gotowa, bo chyba nie brała tego nawet pod uwagę i dopiero dyskusja z Nimat spowodowała, że klapki z jej oczu opadły i pokazały jej, że przez lata postępowała co najmniej nielogicznie. Nic zatem dziwnego, że postanowiła jednak naprawić pewne sprawy, że postanowiła, iż pewne tajemnice muszą przestać nimi być, by mogła ruszyć naprzód, by nie patrzyła wiecznie wstecz, by nie była nimi tak skrępowana. Rozmowa z kuzynką dała jej bardzo wiele, a to było potrzebne przed drogą, jaka ją czekała. Tak samo ta dyskusja, którą właśnie prowadziła, w zdecydowanie zbyt agresywny sposób, jak się okazywało.
- Tak! Bo nie wiem, jak wygląda pełna rodzina i nie chciałam cię do siebie w żaden sposób przywiązywać. Niedźwiedziątko od zawsze wiedziało o twoim istnieniu i gdyby tylko zechciało, poszłoby się z tobą spotkać. Tak! Wolałam zrobić to w ten sposób wierząc, że będzie to dla niego lepsze, niż tworzenie mu obrazu kochających się rodziców, którzy tak naprawdę poświęcili własne życie na parę lat, by wychować dziecko, a później pójdą swoimi drogami. Nie mam cię za oszusta, wariata, ani nikogo takiego, kurwa! Uważam, że jesteś cholernie dobry i mądry, i właśnie dlatego nic ci nie powiedziałam! Bo chciałbyś budować coś, co byłoby cudowną bajką, ale tylko bajką! Myślisz, że dla niego to było lepsze, kurwa? Obudzić się pewnego dnia i stwierdzić, że matka odeszła, bo nie chciała tego życia, bo chciała znowu walczyć, bo chciała być dzika i niezależna? Zobaczyć, jak ojciec marnieje, bo nie może się w pełni poświęcać swoim pasjom? Nie wiem, jak wygląda pieprzona rodzina, więc czego się spodziewałeś?! - warknęła wściekle w odpowiedzi, ta jednak znajdowała się wyraźnie na granicy płaczu. Bies dotknął dokładnie tam, gdzie bolało i problemem było to, że to właśnie to zrobił. Mężczyzna, który miał równe prawo do Niedźwiedziątka, jak ona. A teraz, gdy zadał te pytania, gdy po prostu poruszył całą przeszłość, do Niedźwiedzicy dotarło, chyba że jest jakąś wyrodną matką, czy coś podobnego, ale z drugiej strony, nie mogła oczekiwać, że jej dorosłe dziecko będzie spędzało z nią czas, że nie będzie poświęcało się własnym pasjom, że nie wybierze własnej ścieżki. Nie mogła trzymać go na uwięzi, nie mogła dyktować mu tego, co ma robić! Kurwa! Niedźwiedziątko miało w sobie krew jej i Biesa, dwóch wędrowców bez końca, którzy nie byli przywiązani w żaden sposób do miejsca, którzy szukali nowości, którzy potrzebowali wciąż nowych podniet, by żyć, więc czego spodziewał się mężczyzna? Że uwiązała dziecko do własnej nogi?
Trzęsła się od płaczu i wściekłości, jaka ją opanowała i nic nie mogła na to poradzić. Łzy płynęły po jej policzkach, chociaż warczała i prychała jak wściekłe zwierzę, które ktoś zamknął w jakiejś klatce. Nie wiedziała już, czy jest wściekła na niego, czy na siebie, czy w ogóle na świat i życie, bo jest takie, a nie inne. Nie chciała, by tak to wyglądało, ale co właściwie miała z tym zrobić? Nie mogła zawrócić kijem rzeki, nie mogła naprawić błędów własnej przeszłości, chociaż w jakimś sensie właśnie się starała.
- Już mnie boli - rzuciła wściekle, ale pozwalała mu się głaskać. Zawsze był dla niej niesamowicie miły i równie cierpliwy, a teraz miała tego idealny przykład. Zamknęła oczy, kiedy zaczął nucić i poczuła, że nieco się uspokaja, przynajmniej na tyle, by w miarę logicznie odpowiadać na jego pytania, by być w stanie podjąć z nim na nowo temat, bez tych wszystkich niepotrzebnych nikomu emocji, którymi właściwie była nacechowana. Były jej elementem składowym, a ona wcale nie wiedziała, czy ich potrzebowała. Na pewno nie chciała ich teraz. - Nie wiem, gdzie jest nasze dziecko, Biesie. Nie znalazłam go i nie mam już pomysłu, jak go szukać. Wierzę, że jest bezpieczne, albo w tym świecie, albo w twierdzy Gonu, bo nie mogę myśleć inaczej - wyszeptała w końcu.
Miała za nim płakać? Dobre sobie! Zdecydowanie nie należała do kobiet, które robiły łzy za dawnymi albo też niedoszłymi kochankami, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie, bo mimo wszystko wciąż gdzieś tam zastanawiała się nad tym, co dokładnie spowodowało, że tak bardzo wściekła się na Malekitha. Nie chodziło o to, że był dla niej jakiś szczególnie ważny, ot, należał do przyjemnej części jej przeszłości, dlatego też Niedźwiedzica sądziła po prostu, iż gniewało ją to, że czarownik doskonale wiedział, z kim ma do czynienia, ale nie przyznał tego na głos. W przeciwieństwie do tego tutaj, który z niczym się nie ukrywał i gdyby chciała, mogłaby poczytać mu to na plus. Tak samo, jak tę jego wstrętną naturę, która zdawała się z jakiegoś powodu pełzać pod powierzchnią, a wróżka, która była od niego starsza o kilka ładnych setek lat, miała dostatecznie wiele doświadczenia, by domyślać się, że za piękną fasadą, kryje się prawdziwe żmijowisko i zgnilizna tak wielka, że mogłaby jedynie lizać mu buty.
- W bardzo prostych i żołnierskich słowach - odpowiedziała na to i przekrzywiła głowę, równocześnie uśmiechając się do niego nieco drapieżnie, ale jej nos zmarszczył się niebezpiecznie, jednoznacznie wskazując na to, że czuje rosnącą irytację i lepiej byłoby dla czarownika, gdyby nie przekraczał pewnych miejsc, pewnych linii, jeśli chciał wyjść stąd o własnych siłach, a nie pocięty na kawałki albo z dziurą w brzuchu, bo przywaliłaby mu z całej siły rogami. Lepiej również dla niego, by nie próbował tych swoich sztuczek, bo zostałby niewątpliwie okrutnie wyśmiany, tak samo dobrze, że nie mówił na głos o swoim przekonaniu, bowiem śmiech wróżki brzmiałby zadziwiająco pięknie w tym śmierdzącym pubie. Głos miała niski, drżały w nim nuty, jakie nieznane były ludzkim kobietom, nie mógłby z pewnością oprzeć się temu, jak się zachowywała, aczkolwiek w tym tonie niosła się pogarda i odrzucenie, a nie wyznanie wielkiej miłości.
- Spróbuj - powiedziała na to i faktycznie się zaśmiała. Nie było w tym nic nerwowego, ani jednej niepewnej nuty, a jedynie szczere ubawienie, bo jeśli czarownik sądził, że mógł się z nią mierzyć, to naprawdę miał o sobie wielkie mniemanie. Tysiącletnia wróżka o sile godnej niedźwiedzia, władająca biegle bronią, której nic nie było w stanie zatrzymać? Zabiłaby go na miejscu, gdyby spróbował i oboje doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Gdyby dopuścił się zaś gwałtu, to musiałby mierzyć się już nie tylko z nią. - Mój honor ma się doskonale, Rudolfie. Pomyśl lepiej o własnym! Musisz zawierać umowę z kobietą, żeby ta zgodziła się pójść z tobą do łóżka, bogowie! - rzuciła na to i skończyła pić swój drink. Może nie należała do najmądrzejszych na świecie, ale mimo wszystko wiedziała jeszcze, jak odbijać niektóre piłki, on zaś działał jej niesamowicie na nerwy i powodował, że miała ochotę po prostu mu przypieprzyć i w ten sposób rozwiązać spór i problem, jaki właśnie się pojawił. Zawsze wolała siłowe rozwiązania, a nie to słodkie pierdolenie o niczym, jakie często było uprawiane w okolicy. Chwała mu zatem za to, że skupił się na wyprawie, a nie na czymś innym.
- Czy ty w ogóle orientowałeś się w temacie, czy tak sobie na ślepo strzelasz? Nikt z nas nie wie, co tam zastaniemy, a biorąc pod uwagę fakt, że Mrok może mieć wgląd do naszych umysłów, nie zamierzam dzielić się informacjami z kim popadnie - rzuciła na to, a jej spojrzenie zdecydowanie stwardniało. Chciała powiedzieć mu również, że jego siostra, kimkolwiek tam była, sama zgłosiła się na tę wyprawę, nie powinien zatem ani trochę się kłopotać, bo to ona decydowała o swoim życiu albo nieżyciu, nie on. A jeśli bardzo chciał pomóc, to mógł zebrać dupę w troki i ruszyć razem z nimi.
Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
Nie mieli zbyt dobrych wiadomości. To wszystko jej się nie podobało, musiała zatem wziąć głęboki oddech, zwłaszcza po tym, co powiedziała Ignis. Wyspa umiera. Skoro ona odchodziła, to co działo się na kontynencie? Z drugiej jednak strony — wciąż jeszcze tutaj stali, wciąż istniała bariera, wciąż mieli jeszcze jakąkolwiek szansę na to, by działać. Marianne czuła jednak w pełni, że to od niej oczekuje się rozkazów, że to ona ma zdecydować, co robią dalej. Spojrzała na Malekitha, jakby chciała mu powiedzieć, że znowu zaczyna się sypać, ale zacisnęła mocno szczęki, poczuła aż ból zębów i to pozwoliło jej na to, by nieco się otrzeźwić. Nie mogła po prostu stać w miejscu i przebierać nogami jak jakiś skończony tchórz, czy coś podobnego.
- Lereena, Byakko i Malekith udadzą się nad wodę. Przekonajcie się, czy jesteśmy w stanie przedostać się dalej drogą morską, co na to stworzenia, jeśli tam jeszcze jakiekolwiek są. Wspominaliście o, jakby go nazwać, Władcy Mórz, więc być może i na niego trafiliście. Malekithcie, liczę na to, że będziesz ich osłaniał i pozostaniesz ze mną w kontakcie - rzuciła dość twardo, wydając niejako rozkaz i zastanawiając się, czy faktycznie jej posłuchają, czy uznają to wszystko jedynie za głupią zabawę. Ignis miała rację idąc do lisów, to ona miała szansę coś od nich wydobyć, tylko z nią mogły chcieć szczerze pomówić, tak więc kobieta nie protestowała, a nawet ochoczo przystała na tę opcję. Odwróciła się do dwóch pozostałych wiedźm i przyjrzała się im uważnie.
- Nerezzo, Carathir, w waszych rękach pozostawiam sprawy bariery. Spróbujcie się przekonać, czy zdoła przez nią przejść cokolwiek, co jest żywe. Musimy mieć pewność, że zdołamy się przez nią przedostać, a nie zginiemy na miejscu. Kwestię statku pozostawiam chwilowo na koniec, bo nic nam po nim, jeśli bariera i tak nas zabije - stwierdziła prosto, a następnie odwróciła się w stronę Anthony'ego. Obiecała, że będzie go chroniła, musiała zatem towarzyszyć mu na każdym kroku, wierząc w to, ze sobie poradzi. Miał jednak wyraźnie dobre serce, od początku chciał jakoś pomóc i przejął się losem tutaj obecnych, nawet próbował zająć się małym liskiem.
- Anthony, wyruszymy w głąb wyspy. W stronę świątyni i dżungli, jeśli będziemy mogli pomóc, zrobimy to. Ale wypatruj znaków wskazujących na to, że strażnik może być na wyspie, o to proszę cię z całego serca - dodała jeszcze, a później rzuciła jedynie, by odmaszerowali. Nie mogli zrobić nic innego, musieli się podzielić i przetestować te ostatnie myśli, jakie jeszcze przychodziły im do głowy.
Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
Niedźwiedzica westchnęła. Nie spodziewała się tak naprawdę zbyt wiele, bo co dokładnie mogło pokazać jej dziecko? Zaczynała jednak w jakimś sensie irytować się, a chłód i zimno kryształu nie były czymś, co napawało ją optymizmem. Skoro portale były niedostępne, musiała pomówić z czarownikami, choć nie wiedziała, jakieś powinna się spodziewać odpowiedzi. Czy Malekith będzie w stanie przenieść ich na stały ląd? Czy to wykraczało poza jego możliwości? Zagryzła lekko wargę, a następnie spojrzała na Ignis i zaczęła słuchać tego, co ta ma do powiedzenia, jednocześnie nieznacznie marszcząc brwi.
- Wojownik poddaje się jedynie w obliczu nieuchronnej śmierci - powiedziała cicho i rozejrzała się po okolicy. Tak, ten świat niewątpliwie umierał, więc albo Lisy wiedziały, że poza wyspą jest jeszcze gorzej, albo też po prostu poddały się uznając, że czas ich życia dobiegł końca i nie ma najmniejszego sensu walczyć, bo to i tak nic nie przyniesie. Zerknęła potem w stronę, o której mówiła Ignis i przez dłuższą chwilę milczała. Czy mogli stąd odpłynąć? Czy któraś z wróżek faktycznie mogła zejść na dół?
- Jesteś w stanie to zrobić, Ignis? Postać niewielkiego zwierzęcia i ruszyć w dół? - spytała, bo domyślała się, że im mimo wszystko będzie łatwiej. Nie wiedziała również, czy czarownicy ją usłyszą, ale postanowiła spróbować. - Malekithcie! - rzuciła dość głośno, a później skupiła się ponownie na Ignis i Anthonym, choć nie wiedziała, czy coś jeszcze będą w stanie ustalić.
I tym niewątpliwie się różniły. Niedźwiedzica właściwie nigdy nie zastanawiała się jakoś mocno nad słowami. Och, były takie sytuacje, gdy potrafiła nimi zagrać, aczkolwiek potrzebowała do tego odpowiedniego mężczyzny, który nakłoniłby ją do prawdziwego wysiłku i zaprosił ją do swojego tańca. Nie zamierzała martwić się podobnymi kwestiami w obecności kuzynki, tutaj po prostu działała prosto, w sposób być może przemyślany, ale w jakiś sposób twardy i kanciasty, dokładnie taki, jaki do niej pasował. Żołnierskie słowa, żołnierskie pożegnania, nic więcej, ona również po prostu chciała, żeby Nimat zdawała sobie sprawę z pewnych kwestii, ale nie oczekiwała od niej nie wiadomo jakich cudów. Nie, nie chciała, żeby ta ją głaskała po głowie, nie chciała również niesamowicie wielkiej atencji, wychodziła jednak z założenia, że kuzynka ma prawo wiedzieć wszystko. I być może właśnie ta myśl zaczęła dość mocno bić się w jej głowie, niby uwięziona ćma, która nie ustaje w próbach ucieczki.
- Obiecuję ci, że będą jeszcze prosić, żebym dała im spokój – stwierdziła Taillis, a jej oczy aż błysnęły. Uwielbiała rzucać na ziemię młokosów, którzy sądzili, że są od niej sprytniejsi. Doskonale wiedziała, że i ona nie jest idealna, a ostatnio czarownik całkiem pięknie jej o tym przypomniał, jednak była pewna, że posiadała całkiem sporą wiedzę na tematy związane z walką, toteż mogła uchodzić za swoisty autorytet w tych kwestiach. Nimat zaś miała rację, wychodząc z założenia, że jej podopieczni potrzebowali poważnego treningu i zdecydowanie twardej ręki, żeby nauczyli się, czym dokładnie jest życie i z czym się je je, bo jak na razie stanowili bandę rozlazłych kluch, z czego przynajmniej Anthony posiadał jasny umysł i czyste serce, co Niedźwiedzica uważała za jego niewątpliwe atuty. Znowu pomyślała o wiolonczeli i zerknęła na swoje dłonie, mniej więcej wtedy, gdy kuzynka udzielała jej odpowiedzi.
- Pewnie masz rację. Długo zwlekałam, ale pewnego dnia… – mruknęła jedynie, nadal wpatrując się w swoje smukłe palce, a później wzruszyła ramionami. Nimat miała jednak niewątpliwie rację. Bies miał prawo wiedzieć, musiał wiedzieć, bo Niedźwiedziątko mogło pewnego dnia stanąć przed nim i zapytać go, jak się ma i czy aby na pewno nie chce z nim pomówić i opowiedzieć mu wszystkiego, o swoim życiu. Westchnęła ciężko, już teraz decydując, że podejmie się tej karkołomnej rozmowy, bo domyślała się, że tryton ze wszech miar nie będzie zadowolony z tego, co przyjdzie mu usłyszeć. Ale uciekała już tak długo, zakładając jednocześnie, że robi dobrze… Zmarszczyła nos, dochodząc jednocześnie do wniosku, że takie rozważania obecnie do niczego jej nie zaprowadzą, a właściwie to nawet nie mają najmniejszego sensu.
- A przypuszczałaś kiedykolwiek, że ze mnie można zrobić głównego stratega? – rzuciła na to śmiejąc się głośno. Nie była błyskotliwa, niesamowicie mądra, czy coś podobnego, aczkolwiek po mordach prała wszystkich równo i z wielką przyjemnością, nie wahała się zabijać, nie płakała z powodu rozlanego mleka i nie cierpiała z powodu ran, bo do tego przywykła. Niemniej jednak czasami odnosiła wrażenie, że głównodowodzący, prawdziwy dowódca, pasował do niej, jak pięść do oka. Uniosła dłoń i przesunęła opuszkami palców po wargach, przypominając sobie jednocześnie pocałunek w oranżerii, który na nowo dostroił jej umysł, a później wzruszyła ramionami, ot, sama do siebie. – Wszystko się zmienia, Nimat. A ty, czy tego chcą, czy nie, jesteś księżniczką. Tak samo, jak ja jestem dowódcą, chociaż nigdy nie przewodziłam nikomu więcej, niż bandzie chłopstwa.
Tyle. Nie umiała jakoś niesamowicie przemawiać, do tego raczej się nie nadawała i trudno powiedzieć, czy kiedykolwiek się to zmieni. Po prawdzie miała wrażenie, że nigdy, bo po prostu to nie leżało w jej naturze, ale znowu na pewno znaleźliby się tacy, którzy powiedzieliby, żeby nie podchodziła w taki sposób do tego zagadnienia. W końcu, jak sama zauważyła, wszystko się zmieniało. Przekrzywiła lekko głowę, gdy kuzynka zaczęła udzielać jej wyjaśnień, ale ponieważ niezbyt wiele mogła w tym temacie zrobić, to jedynie nieznacznie przytaknęła.
- Mimo wszystko, Nimat, kiedy odejdziemy, proszę cię, spróbuj się czegoś dowiedzieć. Teraz, tutaj w Yorku, to ty będziesz najwyżej postawioną wróżką, a inni mogą cię potrzebować. Mam nadzieję, że Bies ci pomoże, a może razem znajdziecie sposób na to, by jakoś nam pomóc. Kto wie? – dodała, a później wstała i przeciągnęła się. Widać było w niej dalej napięcie, już mniejsze niż wcześniej, ale jednak wciąż obecne, była jednak również zdecydowana do działania. Wyznała, co chciała, pożegnała się z kuzynką, czego również pragnęła i mogła teraz ruszać przed siebie. – Bądźcie ostrożni. I, mam nadzieje, do zobaczenia – powiedziała całkiem poważnie i spojrzała po raz ostatni na Nimat, by ostatecznie przyjąć postać sokoła i zniknąć.

//zt <3
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo