Shadows of York Strona Główna

Znalezionych wyników: 596
Shadows of York Strona Główna
Autor Wiadomość
  Temat: #11 Sweet dreams
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 10
Wyświetleń: 106

PostForum: James & Shantae Whitelight   Wysłany: Wczoraj 22:08   Temat: #11 Sweet dreams
Jasne, od rozmowy jeszcze nikomu się krzywda nie stała, ale nie zmieniało to faktu, że ich zdania były bardzo różne w tym temacie. Shantae na chwilę obecną nie chciała słyszeć o posiadaniu większej ilości dzieci. Ostatnie dziewięć miesięcy były dla niej istnym horrorem, którego powtarzać nie chciała. Owszem, to piękne uczucie, kiedy można spojrzeć na dziecko czy dzieci w ich przypadku, które rosły pod jej sercem, stawały się coraz większe, coraz bardziej ruchliwe… To nie zmieniało jednak jej podejścia. Ta ciąża była dla niej ogromnym obciążeniem psychicznym, niejednokrotnie złamała jej hardy charakter. To było dla niej po prostu zbyt wiele.
Nie chciała, aby ich dzieci niezmordowanie trenowały w pocie czoła, wyrzekając się wszystkiego. Jej trening też nie był łatwy, może nie był takim horrorem jak ten Jamesa, ale zdecydowanie, nie było to najprzyjemniejsze doznanie. Dzieci jednak musiały przejść odpowiednie szkolenie. Może i James nie chciał, aby były wojownikami tak, jak ich rodzice, ale nie myślał o tym zbyt trzeźwo. Chciał im dać to, co najlepsze, jednocześnie robiąc im ogromną krzywdę. Zacznijmy od tego, że mogli wychować brzdące jak przyziemnych, bez walki, ostrych przedmiotów i treningów. Co to zmieni? To, że one nie będą gotowe, a demony będą wiedzieć, że przed nimi stoi młody Nefilim bez żadnego doświadczenia. James z jednej strony chciał dla nich jak najlepiej, z drugiej, sam sprowadzał na nie zagrożenie. Musiały umieć się bronić, musiały umieć bronić świat, bo takie było przeznaczenie ich krwi. Czy jej mąż tego chciał, czy nie. Dzieci podejmą trening, nie tak restrykcyjny jak oni, ale Shantae zadba o to, aby były doskonale przygotowane.
- Nie James, nie możemy pogadać… Powiedziałeś już dość na dzisiaj. – odwarknęła. Tak, dość na dzisiaj, a dzień się dopiero zaczynał! Whitelight pobił jakiś swój osobisty rekord, no, może nawet nie swój, a światowy! Shantae nie chciała z nim rozmawiać, a już szczególnie, jak zaczął zadawać kolejny pytania, durnowate z resztą. – Nic się tam właściwie nie stało, wiesz? Po prostu… Może zapłodnij mnie kolejny raz i idź do swoich dzieci, bo najwyraźniej wystarczyło Ci to, że je urodziłam i nie jestem do niczego więcej potrzebna, ani tym bardziej nie mam swoich potrzeb. – dodała, sykliwym, ostrzegawczym tonem. Była wściekła, zła jak osa, a kto jak kto, ale James powinien o tym wiedzieć doskonale.
  Temat: #11 Sweet dreams
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 10
Wyświetleń: 106

PostForum: James & Shantae Whitelight   Wysłany: Wczoraj 21:25   Temat: #11 Sweet dreams
James planował dużą rodzinę, a Shantae w ogóle nie miała w planach takowej posiadać. O ile w kwestiach łóżkowych się zgadzali (a przynajmniej przed okresem ciąży), o tyle kwestia posiadania dzieci była zasadniczo różna w przypadku tej dwójki. Może Whitelight powinien nieco bardziej precyzować swoje życzenia, a tym bardziej konsultować je z małżonką? Dla Shantae okres ciąży był koszmarem, najpierw cierpiała na nudności, złe samopoczucie, a do tego czuła się jak… nawet nie wiedziała jak to określić. Później doszły inne problemy, które eliminowały ją jako Łowcę, kłótnie z Jamesem, niemal rozstanie z powodu jego przewrażliwienia. Miała rację, niestety, dzieci odbierały jej życie… Nie będzie już nigdy takim samym wojownikiem, przecież nieraz jeszcze usłyszy od obcych, że jak to… na misje, przecież jest matką! Nie może tego, bo przecież jest matką. Nie może tamtego, bo przecież jest matką! To solidne ubezwłasnowolnienie własnej osoby, a do tego jej małżonek w tym momencie stawiał dzieci ponad ich małżeństwo. Shantae zeszła na dalszy plan, rzadko kiedy dzielili łóżko, bo blondyn wolał spać powykręcany na fotelu w pokoju dziecięcym. Z jednej strony rozumiała go, bo sam nie zaznał tego w dzieciństwie, ale popadanie w skrajność… nie było ani dobre dla niego, ani tym bardziej dla dzieci. Chciał wychować Nocnych Łowców, na miarę samego siebie i niej, czy może wychować na ciepłe kluski, które trzymają się za nogami ojca czy matki i nie są w ogóle samodzielne. Zachowanie Jamesa było krzywdzące.
Nie miała ochoty ani z nim rozmawiać, ani go oglądać. Okey, chciał być z dziećmi, droga wolna, ale zachowanie w tym stylu, kiedy poruszyła temat seksu, który przecież oboje uwielbiali… było poniżej pewnego poziomu krytyki. Jej mózg bardzo szybko przeprowadził kalkulację w tym temacie – Shantae przestała być dla niego atrakcyjna. Nie miała już tak idealnych kształtów, była zmęczona, miała cienie pod oczami, chodziła w większości w dresie, a nie obcisłych kieckach, które w przypadku posiadania dzieci były średnio praktyczne. Może nawet znalazł sobie atrakcyjną pannę, która spełniałaby jego wymagania, skoro on – młody, chętny mężczyzna – nie potrzebował już swojej żony. To byłoby całkiem jasne i sensowne w tym przypadku.
Na pukanie nie zamierzała reagować, było jej przykro i źle się z tym czuł. Odwróciła się na drugi bok, ale słysząc znów stukot nie wytrzymała.
- Wleź, weź co potrzebujesz i spadaj. – warknęła, przytulając się do zwiniętej w wałek kołdry, bo przecież… do kogo się miała przytulić, skoro jej mąż nie chciał być obok niej?
  Temat: #11 Sweet dreams
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 10
Wyświetleń: 106

PostForum: James & Shantae Whitelight   Wysłany: Wczoraj 19:14   Temat: #11 Sweet dreams
James jak widać nabył niesamowitą umiejętność przekładania jej słów na swoje… Aż ją normalnie zatkało, można rzecz, że wbiło w podłogę. Spojrzała na niego z niedowierzeniem. Czy ona brzmiała jak ktoś, kto narzekał na swój los i to, że poród ma już za sobą? To on na chwilę obecną marudził, że prawie to przegapił i prawie przegapił też inne, a kiedy ona próbuje go uświadomić, że nic nie przegapił, ten mówi do niej w taki sposób, jakby narzekała na swój ciężki los. Nie, Shantae nie narzekała, owszem, super, że może założyć buty sama i zawiązać je osobiście, ale to nie o to chodziło! Pokiwała głową z niedowierzeniem, nawet nie siląc się na komentowanie tego, bo szybko do niej dotarło – nie ma z kim rozmawiać.
A jeśli marzyło mu się więcej dzieci, niech sobie znajdzie inną żonę, bo ona drugi raz nie miała zamiaru się wkopać w taką masakrę. To nie on przez dziewięć miesięcy dźwigał brzuch, rzygał jak kot i jadł dziwne rzeczy, tylko ona, więc jak planował sobie powiększanie rodziny, to może powinien to najpierw skonsultować to z nią, bo ona na chwilę obecną nie miała w planach ani teraz, ani nigdy, więcej zachodzić w ciążę. Może powinni jak Kim Kardashian, zatrudnić sobie surogatkę?
- Oczywiście, właściwie już są spakowani do akademii, nie będę Ci przeszkadzać… – mruknęła, wywracając oczami. Super, że James decydował o ich przyszłości, bo Shantae nie miała zamiaru odsyłać Theo i Clair do akademii. Ona nie była w żadnej, a uważała siebie za jedną z najlepszych Łowczyń, a wyniki, które osiągała w walce z demonami, świadczyły o tym same. Niemniej jednak, James definitywnie przesadzał, mieli przed sobą wiele, wiele lat, a on zwyczajnie przeginał. Kiedy Claire się najadła, ponosiła ją chwilę, a kiedy już wszystko było „załatwione” odniosła ją do łóżeczka.
Shantae spojrzała na niego dosłownie jak na kosmitę, kiedy zrobił swoje
„gasp”, zakrył dziecku uszy, a przy okazji na nią nasyczał. Świetnie, naprawdę była pod wrażeniem. James bardzo dokładnie dbał o nią, a raczej o spełnianiu się jej koszmarów z czasu ciąży, dzieci zabierały jej życie, jej osobowość i właściwie wszystko.
- Nie wierzę po prostu… – pokiwała głową i wyszła z pokoju dziecięcego, po to, aby wrócić po chwili i podsunąć Jamesowi koc pod nos, a raczej przewiesić przez łóżeczko Theodora. – Jak kiedyś znajdziesz czas dla mnie, to daj znać. A do sypialni wrócisz, jak dzieci dojrzeją. – dodała, a później odwróciła się na pięcie i poszła do sypialni, gdzie zamknęła drzwi, z trudem opanowując trzaśniecie, ale jak już śpią, to niech śpią. Do dzieci wróci jak już James pójdzie do pracy, mają przecież swojego tatusia. No to chyba nici z jego powiększania rodziny...
  Temat: #11 Sweet dreams
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 10
Wyświetleń: 106

PostForum: James & Shantae Whitelight   Wysłany: Wczoraj 0:03   Temat: #11 Sweet dreams
Shantae bała się tej właśnie odpowiedzialności. To ona była obrońcą tych małych istot, bo przed złem tego świata nie były w stanie bronić się same. Francuzka była nauczona dbać o swój tyłek, ewentualnie tyłek swojego parabatai, a nie o małe istoty, które nie robiąc zbyt wiele, tylko leżą, jedzą, śpią i robią pod siebie. To była ogromna odpowiedzialność i główny powód niechęci Czarnulki do posiadania dzieci. Pomijając oczywiście wyeliminowanie samej siebie z czynnej działalności jako Nefilim. Teraz, kiedy już dzieci były na świecie, wiedziała, że zbyt szybko nie wróci do swoich obowiązków. Najpierw musiała się skupić na nich, na wychowaniu, wpojeniu odpowiednich wartości, zadbaniu o nie, a dopiero później na ewentualnym powrocie. Co kompletnie nie kolidowało z trenowaniem, bo forma jednak musiała być.
Theodor miał ciemne włosy jak ona, ale już w tym momencie miała pewność, że charakter miał po Jamesie. W przeciwieństwie do Claire, która charakter odziedziczyła po niej. Ciężko stwierdzić czy był to raczej powód do radości, czy do totalnej załamki. Shantae nie chciała nawet myśleć, co będzie za kilka lat. Jeśli ich córka, będzie taka sama jak ona, to już sobie serdecznie współczuła. James na pewno dogada się z nią lepiej, w końcu skoro dogadał się z Shantae, to dogada się i z Clair. Jeśli jednak faktycznie mała blondyneczka wda się w mamę, mógł wystąpić poważny konflikt charakterów, a Shan nie chciałaby, aby jej córka miała z nią takie relacje, jak ona z własną matką.
- Prawie przegapiłeś? Gdyby nie ból, kiedy znikało znamię, pewnie bym nie rodziła. – zaśmiała się lekko. Podejście jej męża było niezwykle urocze. Miał czas jeszcze skoczyć pod prysznic, a później trwać przy niej, w tej niemal trzygodzinnej męczarni, także ciężko mówić tu o „prawie przegapieniu” porodu, bo to jednak trochę dłuższa akcja niż chwila moment. Niemniej jednak, wiedziała, że to tylko wymówka, a James najchętniej rzuciłby robotę i wszystko, aby tylko być z nimi.
- Skarbie, błagam Cię… – wywróciła oczami i pokiwała nieznacznie głową. – Jesteśmy w pokoju obok, nie są same… – szepnęła do niego. Same byłyby, gdyby gdzieś wychodzili, wyjeżdżali, znikali. Oni byli ledwie kilka metrów od nich, a każde puknięcie, stuknięcie wszczynało alarm i już znajdywali się obok, aby móc ich przytulić, uściskać, dobrze opatulić kołdrą czy kocem. James zdecydowanie przesadzał w tej kwestii, ale domyślała się, czym jest to spowodowane. Chciał dać dzieciom to, czego sam nie doświadczył, kiedy był małym dzieckiem.
- Masz rację, wyczuwają. Kiedy wychodzisz do Instytutu, a ja zostaję z nimi sama, Claire wie, że Ciebie nie ma i daje popalić. Zdradzę Ci jednak sekret, jak jesteś w domu i bierzesz prysznic, albo siedzisz… sam wiesz gdzie, nie jest taka nerwowa, bo wie, że jesteś w pobliżu. Nie musisz jej trzymać na rękach, ona i tak wie, że jesteś… – szepnęła, całując męża w bok głowy. James miał złe podejście, urocze, ale złe, a ona nie chciała, aby ich dzieci nauczyły się żyć tylko kiedy oni są obok. – Poza tym, jak masz zamiar uprawiać seks, jak cały czas masz jedno albo drugie na rękach? – spytała, wywracając oczami. Temat seksu nadal był tematem tabu.
  Temat: #11 Sweet dreams
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 10
Wyświetleń: 106

PostForum: James & Shantae Whitelight   Wysłany: 2019-01-20, 20:13   Temat: #11 Sweet dreams
James zakochał się w dzieciach, podporządkował się tym dwóm maleńkim istotom całym sobą. Zachowywał się bardzo odpowiedzialnie, robił wszystko tak, jak należało robić. Shantae widziała, jak niechętnie wychodził rano do pracy, jak próbował odłożyć wyjście z domu w nieskończoność. Musiał jednak pamiętać o tym, że jego siostra również jest przy końcu ciąży i nie będzie mogła zajmować się jego sprawami w nieskończoność, również i ona powije niebawem dziecko, a wtedy James nie będzie mógł sobie pozwolić na opóźnienia. Przecież nic go nie ominie. nie znikał na długie tygodnie, podczas których nie widział dzieci, to było kilka godzin. Shantae dla spokoju jego ducha, starała się przebywać z małymi w Instytucie jak najwięcej, dlatego w jego gabinecie znajdowały się łóżeczka, przewijak i cała masa dziecięcego sprzętu. Widziała, że wtedy jej mąż jest naprawdę szczęśliwy, kiedy ma obok siebie swoje dzieci.
Claire miała jasne włosy, tak jak on, miała bardzo delikatne rysy, a przez tą tlenioną czuprynę wyglądała tak, jakby tych włosów nie było prawie wcale. Theo w przeciwieństwie do niej, miał włosy ciemne jak mama. Charakterki za to objawiały się prawie od razu. Theo był jak James, wbrew pozorom bardzo delikatny, subtelny i czuły. Claire była bardziej harda, jak Shantae. Za to zdecydowanie była córeczką tatusia, a Theodor synkiem mamusi. To jej nie przeszkadzało, ani trochę! Nie zaniedbywali żadnego z dzieci, więc mogli być szczęśliwą rodziną całą czwórką. Jej mama pomagała bardzo wiele. Ojciec pojawił się w York tylko na parę dni, bo nie mógł zostawić paryskiego Instytutu na dłużej. Kiedy pierwszy raz zobaczył wnuki rozpłakał się ze szczęścia.
- Położyłam ją… - szepnęła cicho, widząc lekką panikę w jego zaspanych oczach. Theodor chciał być przy mamie, a chwilę później Claire zdecydowała się do nich dołączyć. Shantae nie przespała całej nocy od kilku miesięcy, ale dopiero teraz, kiedy nie jadła sto razy dziennie, widać było po niej wszystko, wliczając zmęczenie.
- Mama pomaga mi w domu, a Ty później chodzisz nieprzytomny po Instytucie. - mruknęła cicho, całkiem poważnie. Wiedziała, że James nie zapędzi się w kozi róg, ani nie będzie stosował runy, która spędza sen z jego powiek tylko po to, aby spędzić ten czas z dziećmi. - Przecież nic im tu nie grozi, są całkiem bezpieczne. - dodała, odstawiając Theodora, który najwyraźniej już się najadł. Ułożyła go na swoim brzuchu, tak, aby było mu wygodniej, nie telepie nim za bardzo. Nie chciała, żeby przypadkiem mu się ulało. - Zmiana… - kiedy już młodemu się odbiło, wylądował u Jamesa na brzuchu, a Shantae wzięła Claire do karmienia. - Wiem, że chciałbyś spędzić z nimi każdą sekundę swojego życia, ale nie możesz spać taki powyginany na pufie. - przypomniała mu. Nie chciała uczyć dzieci spać z nimi w łóżku, bo z tego mogły być same problemy, ale sposób Jamesa też nie był najlepszy.
  Temat: #11 Sweet dreams
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 10
Wyświetleń: 106

PostForum: James & Shantae Whitelight   Wysłany: 2019-01-20, 13:16   Temat: #11 Sweet dreams
Minęło zaledwie trzy tygodnie, od wydarzeń, które odmieniły ich los. W York zrobiło się spokojniej, James miał mniej pracy, właściwie wytłumaczył się z tego, z czego powinien i mógł w spokoju opiekować się Instytutem. Shantae dochodziła do siebie, wbrew temu co mówiła matka, nie powinna się zbytnio forsować, ale pani Whitelight musiała wrócić do formy. Waga unormowała się, choć ważyła ciut więcej niż przed ciążą, ale mogła cieszyć się świetną figurą. Nie trenowała za dużo, postawiła na małe kroczki. Jadła zdrowo, bo przecież nie umiała gotować i stołowała się w Instytucie albo przez catering, który zamawiała. Teraz już nie było chorych zachcianek, więc od razu zaczęła tracić wagę. Żadnych frytek z nutellą czy arbuza ze śledziami! Mogła funkcjonować normalnie, a raczej na dwa razy większych obrotach, bo dwoje maleńkich dzieci, było naprawdę wymagającym towarzystwem.
James wrócił wieczorem do domu, później wykąpali swoje pociechy i położyli je spać. Zjedli wspólnie kolację, porozmawiali chwilę i zasnęli w swoich objęciach. Shantae obudziła się w środku nocy, żadne z dzieci nie płakało, ale brakowało jej męża obok. Sprawdziła najpierw w łazience, później dopiero poszła do pokoju dzieci. Ujrzała naprawdę rozkoszny widok. Theodore spał grzecznie w łóżeczku, a James zapadnięty w pufę, drzemał, z małą Claire na klatce piersiowej, z książką na kolanach. Jasnowłosa dziewczyna czuła się wyjątkowo dobrze, u swojego taty w objęciach.
- James, nie wyśpisz się… - zbudziła go pocałunkiem w usta, biorąc uprzednio Claire na ręce, którą ułożył w jej łóżku. Theodor najwyraźniej wyczuwając obecność mamy, od razu się obudził i zaczął kwilić. Shantae zareagowała błyskawicznie, biorąc go do karmienia, siadając na pufie obok męża. - Musisz być wypoczęty do pracy… - szepnęła, spoglądając na męża. Wiedziała, że dzieci są jego oczkiem w głowie, ale jak tak dalej pójdzie, doprowadzi się na skraj wyczerpania.
  Temat: Izba Chorych
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 101
Wyświetleń: 1702

PostForum: Instytut York    Wysłany: 2019-01-20, 11:41   Temat: Izba Chorych
Ostatnie kilka godzin było męczarnią. Począwszy od wyprawy na Leytona, aż po moment, w którym Jamesowi coś się stało, a później zaczął się poród. Nie była na niego przygotowana, ale trzeba przyznać jedno, nigdy by nie była gotowa na taką akcję porodową, więc nie będzie nikogo oszukiwać, bo to bez sensu. James był specjalistą w tej dziedzinie, patrząc na ilość przeczytanych książek, śmiało można stwierdzić, że w swej wiedzy przewyższał niejednego profesora. On chciał, aby Shantae rodziła w szpitalu, takim Przyziemnym, gdzie będzie odpowiednia opieka medyczna do przyjęcia bliźniąt. Teoretycznie mieli czas, żeby tam dojechać, a w praktyce… Nikt nie myślał o jeżdżeniu gdziekolwiek, skoro można było poród odebrać w Izbie Chorych.
Shantae była wyczerpana, dlatego Yasmin zajęła się kreśleniem run na ciele córki. Tych wzmacniających, odbudowywujących krew, którą Shantae straciła w ilościach zasadniczo sporych. Wszystkie runy, które tylko przywróciłyby jej dobre samopoczucie. Aż Czarnulka zaczęła współczuć Przyziemnym, im nikt nie machnie runy i problem sam się nie rozwiąże. Powinna być wdzięczna losowi za to, że była Nefilim i anielska krew w jej żyłach pozwalała jej na takie udogodnienia.
Dziadek Verlac słabł w oczach, coś było nie tak. Miała wrażenie, nieodparte z resztą, że te objawy wiązały się z demoniczną chorobą, którą przechodzili kilka miesięcy temu. Jayden niepotrzebnie się martwił. Byli odporni, bo przeszli tę chorobę, nie była jednak pewna co do dzieci, choć na logikę patrząc, skoro w tych małych ciałkach płynęła ich zmieszana krew, dzieci też powinny być odporne. Niemniej jednak, ktoś powinien zająć się dziadkiem.
Trzymała w ramionach tą malutką kruszynkę, która wydawała się tak drobna, krucha, niewinna… Nie chciała jej skrzywdzić, a miała wrażenie, że nawet najmniejszy ruch może to zrobić. James trzymał Theodora w rękach, chłopiec też wyglądał na niezwykle spokojnego, bezpiecznego w ramionach ojca. Odprowadziła wzrokiem brata, będzie musiała z nim porozmawiać, już do samego końca, wyjaśnić tą chorą sytuację. Uśmiechnęła się blado do męża. Musiała teraz wyglądać okropnie. Czuła, jak ciało lepi się od potu, jak włosy kleją się do jej czoła.
- Maleńkie są… - szepnęła, zachrypniętym głosem. Zdarła sobie gardło, krzycząc przez ostatnie parę godzin, pewnie teraz będzie ledwo gadać. - Ktoś będzie musiał przywieźć z domu te takie… pojemniki do noszenia. - mruknęła, mając na myśli oczywiście profesjonalne nosidełka, wybrane przez jej męża. Z pasami bezpieczeństwa i tym wszystkim. Nie mógł jej winić za słaby dobór słów, była naprawdę wyczerpana. Odwróciła głowę w jego stronę. - Pokonaliście go? - spytała, ukradkiem zerkając na jego ramię, na którym nie było już nawet śladu znamienia. Uśmiechnęła się blado, czyżby to miał być naprawdę koniec?
  Temat: Izba Chorych
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 101
Wyświetleń: 1702

PostForum: Instytut York    Wysłany: 2019-01-19, 17:13   Temat: Izba Chorych
Brakowało jej tylko tego, żeby Yasmin i dziadek Joe zaczęli w siebie rzucać sprzętem. Ostra mina matki, a do tego niechęć bijąca względem schorowanego człowieka, kontra jego niewybredne komentarze, w kwestii tego, że widział już wszystko i w ogóle. Yasmin miała raczej większe doświadczenie w kwestiach porodu, bo to jednak ona na świat wydała piątkę dzieci, a nie dziadek Verlac, a to, że stary Joe był prz porodach, to inna kwestia. Niemniej jednak, Shantae potrzebowała się skupić. Yasmin coś do niej gadała, Margaret raczej w milczeniu próbowała ją uspokoić, Joe dogryzał, ale też starał się przywołać w niej spokój, a Jayden chciał, aby dziadek się odsunął. Istny sajgon, a pani Whitelight zaczęła chaotycznie oddycha, bo zwyczajnie się dusiła. Nie wiedziała ile minęło, zanim drzwi otworzyły się z trzaskiem, właściwie to nawet tego nie zarejestrowała. Dopiero, kiedy James znalazł się obok i zaczął wydawać rozporządzenia, jak na prawdziwego szefa przystało… Mogła odetchnąć z ulgą.
- Żyjesz… - mruknęła, patrząc na niego podkrążonymi oczami, zapuchniętymi od łez. - Zabije Cię kiedyś za to. - dodała, wracając głową do poprzedniej pozycji. Odchyliła głowę do tyłu, starając się zapanować nad tym, ale było jej naprawdę ciężko. Co chwilę coś krzyczała, darła się wręcz, jakby ją obdzierano ze skóry, ani runa przeciwbólowa, ani nic właściwie nie pomagało. Męczyła się, bardzo długo…
Po około dwóch godzinach jej krzyki, przerwał krzyk dziecka. Margaret odebrała zawiniętego w materiał chłopca i zajmowała się nim obok, a Shantae wydawała na świat drugie dziecko. Kwadrans później usłyszeli kolejny krzyk, a Shantae opadła ze zmęczenie z sił, choć wiedziała, że to jeszcze nie jest koniec. Oboje dzieci płakało na zmianę, a kiedy Margaret, chwilę przed pojawieniem się na świecie Claire, wcisnęła w ręce Jamesa Theodora. Później formalnością było pozbycie się łożyska i całkowite zamknięcie akcji porodowej. Shantae miała nie wstawać, a i Claire dołączyła do ich wesołego grona…
- Są takie malutkie… - szepnęła, zachrypnięta, patrząc na dwa małe, różowe dzieciątka, które trzymali razem z Jamesem. Rozpłakała się, sama już nie wiedziała czy z nerwów, ze zmęczenie czy z czego.
  Temat: Izba Chorych
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 101
Wyświetleń: 1702

PostForum: Instytut York    Wysłany: 2019-01-19, 13:21   Temat: Izba Chorych
Niewiedza co działo się z jej mężem była najgorsza, chociaż bardzo ciężko było jej się skupić na działaniu, kiedy zorientowała się, że dzieci właśnie postanowiły opuścić strefę komfortu, jaką był jej brzuch i wyjść na świat. Akurat teraz, kiedy jej mąż, a ich ojciec był na polu walki, kiedy coś mu się stało, a ona nawet nie wiedziała co. Kiedy Jayden niósł ją do Izby Chorych, wydzierała się na niego, wydzierała się z bólu i chyba tylko po to, żeby sobie pokrzyczeć. Fakt był taki, że Shantae strasznie się bała. Nie rodziła wcześniej, nie miała pojęcia o porodach, a bolało jak cholera. Jeszcze kiedy przebiegali przez pomieszczenie wspólne, zaczęli lecieć za nimi dziadek Joe, Yasmin i Margaret, bo przecież to najbliższa rodzina. Mogli się martwić o to, że coś stało się dzieciom, a żadne z nich nie było raczej skore do poinformowania, że bliźnięta właśnie do nas idą!
- JAAAAAAMES, OBYŚ ŻYŁ. - krzyknęła, czując kolejny skurcz. Pod nosem domruczała, że jak żyje, to go zabije, ale raczej nie myślała w tym momencie zbyt trzeźwo. Bolało jak cholera, w końcu nosiła w sobie bliźnięta, miała średnio wygodne ubranie, które zaczęli jej zdejmować. Yasmin zabaroniła dziadkowi Joe i Jaydenowi zaglądać na zasłoniętą materiałem Shantae, która skurcze dostawała coraz część. Margaret pomagała pani Verlac, kiedy ta starała się uspokoić córkę, która dostawała coraz większego ataku paniki. A jak Shantae miała sie nie stresować, skoro bolało jak cholera, tylko ktoś nakreślił jej runę na skórze, a która szczerze mówiąc, niewiele pomogła. Shan sama nie wiedziała czego ma się trzymać. Okey, niby czytała, że w przypadku bliźniaków poród może ją zaskoczyć wcześniej, ale do jasnej cholery, dlaczego akurat teraz?
- Na Anioła, jak to boli… - wywróciła oczami, zaciskając rękę na barierce leżanki, która była raczej średnio wygodna, ale jakoś musiała sobie poradzić.
  Temat: Gabinet
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 65
Wyświetleń: 1189

PostForum: Instytut York    Wysłany: 2019-01-19, 12:46   Temat: Gabinet
Może kiedyś, kiedy czasy się zmienią, a oni oboje dojrzeją do poważnej rozmowy będzie inaczej. Może wtedy uda im się dojść do porozumienia. W tym momencie było między nimi zbyt wiele nieporozumień i dziwnej niechęci, która nigdy wcześniej nie istniała. Stało się coś niedobrego pomiędzy rodzeństwem Verlac, że zaczęli rozmawiać ze sobą jak obcy ludzie. Spojrzała na brata, a jej źrenice zwęziły się niebezpiecznie. Igrał z ogniem, stosując na niej te swoje zagrywki. Przecież ona doskonale wiedziała, że zostali stworzeni do walki, a on doskonale wiedział, jak przez brak możliwości udziału w tym wszystkim, zniszczyła się jej psychika. Musiała teraz być przede wszystkim matką, a nie wojownikiem. Na to drugie przyjdzie jeszcze czas.
- Przypomnę Ci, że to gabinet mojego męża, więc jeśli ktoś ma wyjść to … - powiedziała z nerwami w głosie, ale jej wypowiedź przerwał krzyk. Poczuła ból, w miejscu runy marriage, która stanowiła swoiste połączenie z jej mężem. - James. - wyszeptała zdezorientowana, kiedy już ból zaczął maleć. Runa nadal widniała na jej ciele, więc jej małżonek żył, ale coś mu się stało. Zapomniała, co miała ochotę wygarnąć bratu, w tym momencie skupiając się na tym, że poczuła dziwny ból w brzuchu i kręgosłupie. Wzięła kilka głębokich oddechów, czując jak robi jej się coraz bardziej słabo, a spodnie na jej udach zmieniają nieco barwę na ciemniejszą.
-Wody… - mruknęła, podtrzymując brzuch. Poczuła to bardzo dokładnie. - Wody… - zaczęła powtarzać, z trudem łapiąc oddech. Zestresowała się, owszem. Właśnie coś stało się jej małżonkowi, a ona zaczynała rodzić. Czy Theodor i Claire nie mogli sobie wybrać lepszego terminu na przyjście na świat!
I te fajerwerki za oknem… Wszystkiego najlepszego Shantae. Właśnie stuknęła Ci trzydziestka!
  Temat: Gabinet
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 65
Wyświetleń: 1189

PostForum: Instytut York    Wysłany: 2019-01-18, 23:32   Temat: Gabinet
Nie rozumiała Jaydena i nie wiedziała już tak właściwie o co mu chodzi. Nie miała pojęcia kim jest mężczyzna stojący zaledwie kilka kroków przed nią i to było najgorsze uczucie na świecie. Koszmar, którego nie umiała zmienić. Nie chciała robić sobie po raz kolejny nadziei, aby za kilka dni, może tygodni znów miała przeżywać ten sam koszmar. Zastanawiała się już nawet czy to przez jej małżeństwo z Jamesem, tak bardzo odizolowała się od Jaydena i tak bardzo ich drogi się rozeszły. Nie chciała jednak dopuszczać tej myśli do siebie.
Zerknęła na zegarek, dochodziła północ, a z pola bitwy nadal nie było żadnych wieści. Westchnęła cicho, zagryzając wargę. To nie był odpowiedni czas i miejsce na kłótnie z bratem, ani na prowadzenie ich osobistej wojny, wypluwanie sobie żali, czy czegokolwiek. Shantae postanowiła zamilknąć, zauważyła z resztą, że Jayden niespecjalnie był skory do rozmawiania. Pieprzyć to, może znalazł sobie lepszego spowiednika niż własna parabatai.
- Nie Jay, nikt się nie nadaje. Kilka tygodnie temu mieliśmy atak na Instytut, jakby Cię to interesowało. - odparła, nieco ostrzej niż planowała. Jej nic nie było, miała parę siniaków, ale nic więcej. Dziadek miał się o wiele, wiele gorzej. James i Margaret nosili znamiona Leytona. To wszystko było tak bardzo popieprzone, a ona już nawet nie wiedziała i nie miała pewności, jak to wszystko się skończy. Usiadła na fotelu przy kominku i nalała sobie wody.
- Nic nie zrobisz. Już teraz nic. - dodała, odwracając głowę w bok i spuszczając wzrok. Teraz było za późno na cokolwiek.
  Temat: Gabinet
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 65
Wyświetleń: 1189

PostForum: Instytut York    Wysłany: 2019-01-17, 00:43   Temat: Gabinet
Kiedy doszło do tego, że Shantae i Jayden oddalili się tak bardzo od siebie. Wszystko zaczęło się psuć kiedy wziął ślub z Eileen, wyjechał do York, a ona została w Paryżu. To naturalne, że coś zaczęło się między nimi pieprzyć, ale przecież byli silni. Od dziecka byli razem, mówili sobie wszystko, byli jak dwie bratnie dusze. Dlatego przecież złożyli przysięgę Parabatai. Jayden nie pamiętał już o tym, że nie bez powodu połączyli się na tym wyższym stopniu? Kiedy doszło do tego, że brat zaczął mieć przed nią tajemnice? Kiedy doszły sekrety, brak rozmów, unikanie siebie, później znikanie. Jak miałaby nie być na niego zła. Tęskniła za nim każdego dnia, brakowało jej obecności brata w swoim życiu, a on raz za razem ją zawodził. Co chwilę znikał, nie informując ani gdzie jedzie, ani co się z nim dzieje, a ona przeżywała horror. Mógł napisać, powiadomić ją, nie tylko sms’em, bo mógł znaleźć się w miejscu bez zasięgu, ale mógł poinformować za pomocą ognistej wiadomości. Istniało wiele sposobów, a on ich nie wykorzystał.
- Tak, Jayden. Walczą. - powiedziała dosadnie, choć głos jej się załamał. Wzięła głęboki wdech, starając się uspokoić kotłujące się emocje, które od kilku godzin nie dawały jej spokoju. Zagryzła mocniej wargę, odwracając głowę tak, aby Jay nie zauważył łez, które napłynęły do jej oczu. Mogła zostać wdową, już mogłaby nią być. Nerwowo spoglądała na runę małżeńską, z nadzieją, że ta nie zacznie blednąć, a więź z Jamesem będzie nadal równie mocna i silna. - Znaleźli Leytona, osłabili go najpierw, a dzisiaj… postanowili zaatakować. - dodała, dla wyjaśnienia sytuacji, przełykając gorzko ślinę. To wszystko co musiał wiedzieć. Ona odchodziła od zmysłów, nie wiedząc co się dzieje z jej mężem, a co dopiero… jeśli jeszcze był tam jej brat.
- Jayden, ja już sama nie wiem co się spieprzyło… Dlaczego znikasz bez słowa i zostawiasz mnie samą na długie tygodnie! - krzyknęła do niego, nie wytrzymując, kiedy powiedział, że jeśli chce, to może wyjść. Owszem, nie powinna się denerwować, ale dzieci chyba już zdążyły się do tego przyzwyczaić. - Wyjdziesz, jeśli będziesz chciał to zrobić. W końcu moje zdanie się nie liczy. - dodała zgryźliwym tonem. Tak się czuła w ciągu ostatnich “zniknięć” brata. W ogóle nie miało to dla niego znaczenia. - Zostałam ja, Margaret, dziadek Joe, mama i kilka innych osób. - odpowiedziała na jego pytanie, wracając do smutnego patrzenia w płomienie.
  Temat: Gabinet
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 65
Wyświetleń: 1189

PostForum: Instytut York    Wysłany: 2019-01-13, 23:44   Temat: Gabinet
Z jakiegoś powodu Shantae przestała myśleć o swoim bracie. Był jej parabatai, zawsze rozumieli się bez słów, a w ciągu ostatniego roku oddalili się od siebie drastycznie. Ich więź cierpiała na tym, a starszy brat ciągle znikał, nie mówiąc ani słowa, zostawiał ją samą i nie było go przy niej w momentach, kiedy najbardziej go potrzebowała. Naturalną reakcją obronną na cierpienie spowodowane rozłąką, było zepchnięcie tej relacji na dalszy plan. O ile kilka lat temu Shantae dzięki ich więzi doskonale wiedziała co się dzieje z jej bratem, o tyle teraz… sama już nawet nie wiedziała kim był Jayden Verlac. W ciągu ostatnich kilku miesięcy więcej razy rozmawiała z Xavierem, niż z własnym parabatai. Wyparła to. Nie chciała się o niego zamartwiać, bo w tym momencie, na tym etapie życia, kiedy nosiła pod sercem dwie małe istoty… powinna skupiać się przede wszystkim na sobie. Zaczęła jej wystarczać świadomość, że brat życie - wiedziała to, bo runa parabatai nadal znajdowała się na jej ciele.
Nie spodziewała się go ujrzeć w York, akurat w tą Sylwestrową noc, kiedy prawie wszyscy zdolni do walki w Instytucie pójdą sprzeciwić się Leytonowi i jego ludziom, narażając się na śmierć. W pierwszej chwili, kiedy rozległo się pukanie do drzwi, Shantae nawet nie zwróciła na nie uwagi. Była pewna, że to matka, ewentualnie Margaret, a na pewno nie Jayden Verlac.
- Prosiłam, żeby… - zaczęła, ale kiedy podniosła wzrok, a jej spojrzenie padło na brata zamarła. Była w bardzo złym humorze, była rozstrojona psychicznie i okrutnie martwiła się o męża, o to, czy wróci do niej i ich dzieci. - Wszyscy walczą przeciwko Leytonowi… - odparła, a później poczuła, jak brat ją przytula. Szybko wyswobodziła się z jego objęć, podniosła siebie i swój ogromny brzuch i podeszła do kominka. Nie miała teraz ochoty na czułe przytulania i ponowne powitania. Co za różnica, skoro za parę dni lub tygodni ją zostawi znów? - A Ty co tu robisz? - spytała, gładząc delikatnie rękami pokaźny brzuch. Dystans to coś, czego nigdy między nimi nie było…
  Temat: Gabinet
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 65
Wyświetleń: 1189

PostForum: Instytut York    Wysłany: 2019-01-13, 19:51   Temat: Gabinet
// Sylwestrowa noc, w czasie walki zespołów z Leytonem //

Miała złe przeczucia. Święta minęły szybko, a nowe informacje były przełomowe. Leyton po niemal pół roku popełnił błąd i w końcu dał się namierzyć. Przygotowali wszystko, a im bliżej było godziny zero, tym gorzej Shantae się czuła. Przede wszystkim - strach. To było dominującym odczuciem w jej organizmie, a fakt, że James będzie walczył razem z nimi. Wiedziała, że to jego obowiązek, tak jak i wielu, wielu innych, ale… on do jasnej cholery miał zostać ojcem, w najbliższym czasie. Brzuch Shantae był już pokaźny, właściwie to zaczynała mieć poważne problemy z chodzeniem, poruszaniem się i normalnym funkcjonowaniem. Było jej bardzo ciężko i ledwo sobie z tym radziła, ale nie mogła się poddawać, doszła już tak daleko, że szkoda byłoby zmarnować te ostatnie miesiące pracy.
Zastępy wyruszyły z Instytutu, a Shantae z trudem panowała nad sobą. Co jeśli jej mąż nie wróci do domu po tej walce? Co jeśli zostanie sama z dziećmi, a one poznają swojego ojca tylko z opowieści? Chciało jej się płakać na samą myśl. Siedzieli w pomieszczeniu głównym, ale matka co chwilę pytała jak się czuje, Margaret milczała dziwnie, wycieńczona ciążą i znamieniem, które zdobiło jej ciało. Shantae miała dość tych spojrzeń i pomruków, więc wstała i poszła do Gabinetu męża, otworzyła drzwi kluczem, rozpaliła ogień w kominku, a później usiadła za biurkiem. Co chciała tym osiągnąć? Spokój, wyciszenie, cokolwiek, byleby nie więcej pytających spojrzeń i nerwów. Potrzebowała odsapnąć, nie mogła tam siedzieć i czekać na złe lub dobre wieści. Chciałaby, że James już do niej wrócił, bo nie mogła znieść myśli, że kilka godzin temu, kiedy wdziewał na siebie swój bojowy strój, mogła go widzieć po raz ostatni żywego…
  Temat: Swatanie
Shantae Y. Whitelight

Odpowiedzi: 2108
Wyświetleń: 24709

PostForum: Gry i zabawy   Wysłany: 2019-01-13, 14:59   Temat: Swatanie
CONNOR
 
Strona 1 z 40
Skocz do:  

Shadow York @ 2018
Kody i szatę graficzną wykonała Altharis Martell
Za pomoc również dziękujemy Yinowi.

Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
Witaj nieznajomy







Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 15