Joe Fisher

[Cytuj]
Multikonta: Kim, Ciastko
02.08.2018

Joe dziwnie się czuł, gdy przemyślał swoją propozycję, ale innego wyjścia nie widział. Dagon była w niebezpieczeństwie, a nie pozwoli jej zostawić dziecka w sierocińcu. Da jej u siebie azyl, będzie miał ją na oku i wszyscy będą bezpieczni. Nie rozumiał tego, co Mefisto robił u Beth, ale nie zamierzał tego tak zostawić. To była chora sytuacja. Jechał terenowym samochodem drogą, która była mocno zarośnięta wprost do swojej chaty. Kilka razy się rozwidlała, ale Joe nie zwalniał. Wiedział gdzie jechał, więc nie musiał na nic patrzeć. W końcu dotarli pod chatę. Z wierzchu wyglądała na małą i lekko poniszczoną, ale Mikael zrobił z nią coś, że w środku była zdecydowanie większa, a może to po prostu iluzja? Nie wiedział. Do tego się nie rozpadała. Zawsze była w dobrym stanie. Przeszedł przez ganek i otworzył drzwi. Całą drogę milczał. Niewiele mówił, ale Joe zawsze był skryty. Każdy o tym wiedział i każdy to zdążył zauważyć. Pozwolił wejść najpierw kobiecie z dzieckiem, a potem pobiegł po rzeczy swoich gości. Wniósł je do środka i w końcu się odezwał.
Przygotowałem dla ciebie sypialnie na górze. Była dla gości, ale jest dosyć spora. Na dole jest mniejsza sypialnia, która może być dla Constance, ale ją muszę jeszcze posprzątać i znaleźć jakieś łóżko. Tu jest łazienka, a tam kuchnia z salonem. Do tych drzwi nie wolno wchodzić – wskazał drzwi do piwnicy i ruszył na górę. Póki co nie brał małej na ręce. Za bardzo się tego obawiał. — Tu jest ta sypialnia. ?óżeczka jeszcze dla małej nie ma, ale coś załatwię. ?óżko jest dosyć spore jak się poduszkami obłoży nie powinna spaść – podrapał się w kark stawiając po chwili jej rzeczy w rogu.
W pomieszczeniu był regał na książki, który nie był zapełniony, jedna większa komoda i duże łóżko z jedną szafką nocną oraz lampą. Dach był tutaj skośny, więc były dwa okna weluksowe.
Zostawić cię samą? – zapytał patrząc na nią i na dziecko.

Kto nie wie skąd przychodzi
i komu siebie zawdzięcza,
Ten nie odkryje też dokąd powinien iść.
[mru]
 

Breena -Dagon- Palmer

32



Kiedy kogoś tracisz, to tego nie zapominasz. Zawsze przypomina ci to o tym, jak łatwo zostać zranionym.







[Cytuj]
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, pozostawiając po sobie pomarańczową łunę, która przecinała niebo dzieląc je na dwa kolory: złoty i granatowy.
Las stopniowo się zagęszczał, zabierając widoki młodej mamie, która od dobrych kilkunastu minut wgapiała się w szybę znajdującą się tuż obok jej lekko zawartego noska. Dziewczyna tuliła do siebie fotelik, na którym spała mała, całkowicie nieprzejęta kołysaniem.
Tak jak i Joe, Breena nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Jej myśli krążyły wokół informacji o mężu, o tym, że żył oraz w jakim miejscu się znajdował. Początkowo całkowicie w to nie uwierzyła, dając popis narastającej irytacji oraz asysty głośnego powarkiwania. Mefisto i wampiry? Dobre sobie! Doskonale pamiętała jak alergicznie reagował na Noah pomimo tego, że ten udzielił im schronienia oraz pomocy, a co dopiero miałby im służyć.
Kiedy podjechali pod dom, skupiła się na obrazie znajdującym się w samym centrum gąszczu drzew, wyrzucając ten śmieszny krzyżyk z palców, kiedy to próbował wystraszyć Noah z pomocą tej całej, śmiesznej wiary.
Otworzyła drzwi i wysunęła się z miejsca pasażera, wyjmując zaraz Rosie i budząc ją z drzemki. Młoda zakwestionowała tę decyzję głośnym marudzeniem, który zaraz przeistoczył się w szloch. Kolejny moment zajęło jej uspokojenie. Ciche pomruki wraz z lekkim bujaniem i przytuleniem dziecka do klatki piersiowej spełniły swoje zadanie i Breena wraz z Rosie przekroczyły próg ich nowego miejsca zamieszkania. Nie przyglądała się temu, jak wszystko było urządzone, wciąż kołysząc się do ustalonego przez siebie rytmu i skupiając dwukolorowe spojrzenie na Joe.
Co nim kierowało, że zaproponował jej oraz jej córkom schronienie? Zagryzła policzek od środka i nieświadomie przechyliła głowę wyraźnie się nad tym zastanawiając. Nikt z obcych jej dotychczas wilkołaków tak bardzo nie poczuwał się do tego, aby zapewnić jej odpowiednie bezpieczeństwo, którym dotychczas zajmował się Mefistofeles.
Kiedy ruszył po schodach, ta bez zbędnych słów podążyła za nim, stawiając ostrożnie kroki po stromych schodach.
Pomieszczenie w którym się znaleźli było przestronne i bardzo starannie zaprojektowane, tak aby wszystko co najważniejsze znalazło się w pobliżu i przede wszystkim aby był do tego łatwy dostęp. Dagon przeszła kilka kroków i wolną ręką otworzyła okno w ścianie dachu, wpuszczając do pomieszczenia chłód oraz życie jakie roztaczało się wśród nich, lekko się uśmiechając. Od porodu, od długich dziewięciu miesięcy i kolejnych kilku przepełnionych chorobą nie była tak blisko natury, która latami była jej domem.
- Pokażesz mi resztę domu?- zapytała, odwracając się w stronę mężczyzny i unosząc brew. Miała względem niego mieszane uczucia. No i był mały problem- miała mu za zle, że zasabotował jej wyjście na ekspedycję w kierunku Wampira.
Everyone says that love hurts,
but that’s not true.
loneliness hurts.
rejection hurts.
losing someone hurts.
everyone confuses these things with love, but in reality,
love is the only thing in this world that covers up all the pain and makes us feel wonderful again. ☾☾☾
 

Constance Llewellyn - Palmer

[Cytuj]
Multikonta: Melisandre, Rebekah, Tequilla
Co ona tutaj w ogóle robiła? Wszystko toczyło się tak szybko, że Connie nie miała sił nawet protestować. Mef był...trudnym wilkołakiem, na swój sposób pokochała go jak ojca, ale zrobiło jej się smutno gdy dowiedziała się, że ten przebywa z wampirami. Nie była głucha i ślepa. Widziała i słyszała co się działo. Do tego Dagon kazała jej zabrać swoje rzeczy i się spakować. W pierwszej chwili myślała, że ta ją chce wyrzucić, ale nie...spakowana stanęła przed kobietą widząc nie tylko swoje walizki ale i jej i malutkiej nowej siostrzyczki. Spojrzała też na obcego jej wilkołaka, u którego jak się dowiedziała mieli zamieszkać. Tak właśnie zaczęła się jej droga. Wsiadła do auta mężczyzny i ruszyli. Drogę całą przemilczała wsłuchując się w muzykę z telefonu, słuchawki wcisnęła bardziej w uszy. Gdy dotarli na miejsce wysiadła za matką i rozejrzała się dookoła. Las, wszędzie las. Prawdę mówiąc podobało się jej to. Pamiętała jak sama mieszkała w okolicach lasu, farma, a dookoła las. Podobało się jej to i musiała przyznać, że gdzieś w niej pojawiła się cząstka ulgi. Nie mniej, tęskniła za bliźniakami ale nie wspomniała o nich ani słowem. Nie chciała by coś im się stało, w końcu jej bracia mogliby paść w łapska nieodpowiednich osób a co wtedy? No ale wracając do sedna. Skierowała się przed siebie maszerując za Dagon. Gdy weszła do chaty stanęła jak wryta. Wnętrze było dość...pojemne. Ba, nawet wycofała się rakiem i wyjrzała za drzwi, domek jak domek nie był jakoś kolosalnych rozmiarów. Zaskoczona wróciła biegiem do środka by po chwili obejść z nimi wnętrze na tyle by usłyszeć gdzie co jest.
- To ja Was zostawię. Pobiegam po lesie. Obiecuję się nie oddalać. Będę na kolację!
Zawołała i wybiegła tak jak się tam pojawiła. Pierwsze co to obiegła dom dookoła. Miała teraz potwierdzenie, że chatka była...dziwnie "magiczna" ale jej to pasowało.
zt.
 

Joe Fisher

[Cytuj]
Multikonta: Kim, Ciastko
Trochę się martwił tą sytuacją. Było mu dziwnie wprowadzać tyle osób do tego domu, ale jednocześnie czuł, że robi dobrze. Nawet nie sądził, że Dagon się zgodzi na coś takiego. Wzrokiem odprowadził nastolatkę i zajął się już osobami, które zostały w tym miejscu. Nie wiedział jak sobie poradzi z taką ilością osób na głowie. Najbardziej obawiał się Connie, która była w końcu w wieku małego dorosłego i mogła najwięcej problemów sprawiać, ale miał zamiar też zająć ją czymś, aby za bardzo nie broiła. Gdy usłyszał jak malec na rękach rudowłosej kobiety zaczął płakać lekko się skrzywił. No tak. Małe dzieci zawsze płaczą. Coś czuł, że zbyt wiele nocy nie prześpi, ale i tak nie było źle. Chyba wolał płacz dziecka od nocnych koszmarów, które doprowadzały go do szaleństwa. I kolacja. To była ta najgorsza rzecz jaką mógł mieć w domu. Nie wiedział nawet, czy miał coś na kolację. Chyba będzie musiał pojechać po pizze. Lubił pizze. Na szczęście każdy fast food przerabiał na mięśnie, co skutkowało tym, że nie wyglądał jak fast food.
Tak, pokażę. Mam jeszcze garaż – powiedział.
Nie miał tu zbyt wiele miejsc do oglądania, a piwnicy nie pokaże. Sam nigdy w niej nie był. Jedynie znosił czasami jakieś graty do schowka, który był ich wspólny. Poczekał chwilę na nią na korytarzu, a gdy do niego przyszła zaczął ją oprowadzać. Pokazał jej, gdzie jest jego sypialnia, ale jej tam nie wprowadził. Nie to, że miał tam coś strasznego, ale był tam po prostu bałagan. Zszedł z nią na dół i pokazał jej salon, który już miała przyjemność oglądać kątem oka po wejściu. Był tam mniejszy stolik, który będzie musiał wymienić na coś większego, aby mieli jak normalnie jeść kolacje, czy też obiad. Stara sofa i dwa fotele. Była też szafka pod telewizor, ale samego sprzętu nie było. Wyjaśnił jej, że telewizor się zepsuł i jest w trakcie kupowania następnego. Nie powiedział jej natomiast, że nigdy nie chciał go kupować, ale będzie musiał, aby Connie się nie nudziła tu. Nie wiedział jak długo tu zostaną. Na ziemi był dywan stosunkowo nowy. Zakrywał plamę, której Joe nie mógł domyć. Tego też jej jednak nie powiedział. W rogu stały kwiaty, które ledwo dychały, bo Fisher zapominał je podlewać. Dalej przeszedł do kuchni, która była oddzielona jedynie ścianką działową, którą Joe przerobił w coś na kształt blatu barowego. Była niewielka, ale wszystko co najważniejsze było. Przede wszystkim była tam mikrofala, z której drwal często korzystał odgrzewając mrożonki z supermarketów. Lodówka, gazówka z piekarnikiem i kilka podstawowych szafek.
Nie korzystam z niej zbyt często – zauważył przyznając się do tego, że nie jadł domowych posiłków, ale miał zamiar to zmienić. Chciał znaleźć sobie jakiś dobry bar z domowym jedzeniem. Dalej przeszedł do pokoju, który chciał przekazać po opiekę Connie, ale w środku było sporo rzeczy nawrzucane. — Jeszcze dzisiaj to ułożę. W garażu mam dla niej materac. Jest nowy, a na start powinien być dla niej dobry. Potem sprowadzę dla niej jakieś łóżko – Joe miał spore oszczędności, bo niewiele wydawał pieniędzy. Tyle, co na niezdrowe, ale tanie jedzenie i czasami zaszalał kupując jakąś część do samochodu.

Kto nie wie skąd przychodzi
i komu siebie zawdzięcza,
Ten nie odkryje też dokąd powinien iść.
[mru]
 

Breena -Dagon- Palmer

32



Kiedy kogoś tracisz, to tego nie zapominasz. Zawsze przypomina ci to o tym, jak łatwo zostać zranionym.







[Cytuj]
Nie powinno jej tutaj być. Jej oraz dwóch córek.
Powinny być w domu, który budował Palmer a ta nie miała o nim żadnego pojęcia. Mała Rosie powinna od przynajmniej godziny znajdować się w jasnej kołysce a Constance powinna urządzać awantury przed telewizorem, kiedy to wreszcie udałoby się jej zabrać pilot od telewizora i wygonić poczytać książki. Breena zapewne stałaby w kuchni i wycierała naczynia po obfitej dla wilkołaków kolacji, podczas gdy Palmer opierałby się dupskiem o blat i opowiadał o tym jak było w pracy przy okazji zgrzytając zębami po wojnie z nastolatką. Zapewne zarzuciłby jej, że to właśnie ona przygarnęła tego małego potwora i to ona powinna coś z tym zrobić a nie on.
Później siedzieliby na kanapie, zapewne zbyt zmęczeni tym prostym i nienaturalnym do tej pory życiem. Miałaby swoje nogi ułożone na jego umięśnionych udach, podczas gdy jego dłonie muskałyby kolorowe skarpetki, lub zaciskały się wokół jej kostek. Rozmawialiby o wszystkim, o tym jakie niespokojne czasy nastały i jak najlepiej chronić swoich potomków. Może porozmawiałaby z nim o tym w jaki sposób się ich robi, a on finalnie by jej pokazał? Tęskniła za nim każdą komórką swojego ciała. Krzyczało ono bezgłośnie, rozwierało swoje niewidoczne wargi błagając, aby wrócił i aby cały ten koszmar okazał się zwykłym kłamstwem i bajdurzeniem.
Poprawiła niemowlę na swoich dłoniach, przytykając wargi do rudej główki i na moment przymykając swoje oczy. Rude rzęsy opadły na policzki i przykryły wilgoć, jaka pojawiła się na wspomnienie wieczoru, w którym pojawił się Joe i niósł nowe wieści.
Jak radość zmieniła się w niedowierzanie, jak niedowierzanie przerodziła się w smutek i finalnie złość. Jak zarzuciła mu kłamstwo i wszczęła awanturę rzucając się na rosłego mężczyznę zmuszając pozostałych z watahy do tego, aby ją powstrzymać. To musiało być bardzo... kompromitujące i rozdzierające wszystko jednocześnie.
Powoli zeszła ze schodów, przynajmniej kilkukrotnie upominając Connie, aby nie biegała po domu i uważała aby się nie wywrócić, a kiedy zniknęła w progu, ta nie mogła się powstrzymać i wywróciła oczami. Mały szatan, którego niezwykle trudno było utrzymać na wodzy, jednocześnie jedna z niewielu osób, która była warta tego aby zwlekać się z łóżka.
Na sugestię Joe o materacu, Breena powróciła do niego swoim spojrzeniem.
- Moje córki mogą spać ze mną. - oblizała pełne wargi oraz chrząknęła aby poruszyć struny głosowe i zmusić je do pracy. Nie chciała być kłopotem. Sam fakt zawalenia mu dotychczasowego życia na rzecz pomocy obcej osobie, samotnej matce z dwójką dzieci, musiał być już dla niego niekorzystny. Gdyby nie strach o dziewczynki i brak innego schronienia, ta zapewne w życiu by się na to nie zgodziła. Z opowieści Fishera jej mąż zachowywał się dziwnie, nienaturalnie. Wrogo, chroniąc wampirzycę. I chociaż wciąż wierzyła, że ten nie zrobiłby jej krzywdy tak... jego nowej partnerce nie była w stanie zaufać.
Kiedy zaczął wędrówkę po pomieszczeniach, tak jak i starsza latorośl odkryła, że dom był znacznie bardziej przestronny, niż mogłaby przypuszczać. Nie przyglądała się surowemu, męskiemu wystrojowi a temu gdzie co się znajdowało oraz próbując zapamiętać rozkład pomieszczeń wraz z marudzącym kilkudniowym dzieckiem wtulonym do piersi.
Kiedy zakończyli wycieczkę, ta uśmiechnęła się lekko, wskazując palcem w kierunku schodów.
- Położę Rosie spać. - choć uśmiech nie zszedł jej z twarzy, tak w głosie dało się słyszeć wyraźny brak tej emocji. Nie czekając na jego reakcję, Breena odwróciła się i pomaszerowała w kierunku jej nowego mieszkania.
Uśpienie dziecka zajęło jej chwilę, można powiedzieć, że znacznie dłużej mocowała się z logistycznym ułożeniem poduszek w sposób, aby zapewnić jej bezpieczeństwo.
Kiedy wszystko było gotowe, zeszła po cichu w dół i oparła się biodrem o framugę przejścia do kuchni. Ubrana w zbyt dużą bluzę o ciemnej barwie wraz z związanymi w koński ogon włosami i przetarła twarz wierzchem dłoni, rozglądając się uważnie.
- Umiesz posługiwać się bronią?- zapytała, kiedy usłyszała gdzieś za sobą ruch. Ona, pomimo mieszkania tylu lat w środku lasu nie potrafiła. Tym zawsze zajmował się Mefistofeles. Nie wiedzieć dlaczego, zamiast zaproponować mu proste zakupy, zamiast zaproponować zamówienie czegoś do zjedzenia, do jej głowy wsunęło się polowanie. Widziała pustą lodówkę, zapewne gdyby dwukolorowe tęczówki skupiły się na niej dłużej, tak dostrzegłaby tam niewielkie pajęczyny.
Odwróciła się, aby ponownie stanąć z nim twarzą w twarz.
Everyone says that love hurts,
but that’s not true.
loneliness hurts.
rejection hurts.
losing someone hurts.
everyone confuses these things with love, but in reality,
love is the only thing in this world that covers up all the pain and makes us feel wonderful again. ☾☾☾
 

Joe Fisher

[Cytuj]
Multikonta: Kim, Ciastko
Oczy Fishera były ciemne, bystre i rozbiegane. Zawsze miał w nich trochę szaleństwa, ale to nie szkodziło nikomu, a wręcz było korzystne dla sprzymierzeńców. Fisher był osobą, która starała się kontrolować bestię w sobie, ale jednocześnie zawsze ten stwór chciał mieć nad nim władzę stąd jego koszmary i szaleńczy wzrok. Nie był on jednak straszny, ponieważ Fisher przypominał młodego Świętego Mikołaja. Izolował się, ale chciał dobrze dla osób, które potrzebowały pomocy. Taką osobą była dla niego Dagon i jej dwie córki. Sam jakiś czas temu dowiedział się, że ma siostrę i to cholernie młodą, więc bardzo nie łapał się w tym wszystkim. Los naprawdę w ostatnim czasie zrzucał na niego wiele obowiązków jakby tak nagle kazał mu ogarnąć się i ułożyć układankę ze swojego życia w całość. Tak, jego życie było jak porozrzucane puzzle, których nigdy nie miał siły poukładać. Od kilku miesięcy jest zmuszony do układania swojego życia, ponieważ pojawiły się czynniki, którego tego wymagają.
Skinął głową na jej słowa. W sumie łóżko, które ma u siebie jest dosyć spore, więc wyśpi się w miarę ze swoimi córkami, a dzięki temu będzie miał czas na poukładanie tego miejsca. Może Connie będzie chciała mu jakoś w tym pomóc? Od czegoś musiał zacząć, a nie miał zamiaru drzeć kotów z dzieckiem. Joe w takich sytuacjach naprawdę starał się żyć bezkonfliktowo, a zwłaszcza, że był u siebie. Nie chciał, aby Dagon czuła się rozdarta między swoimi dziećmi, a wdzięcznością. Miał świadomość, że ludzie w takich sytuacjach nie wiedza jak się zachować, a zwłaszcza tak było u wilkołaków, którzy zawsze ustalali między sobą hierarchię. Tutaj ona była wyraźnie zaznaczona, ponieważ byli na terenie Fishera.
Gdy kobieta zabrała brzdąca na górę Joe rozejrzał się po pomieszczeniu. Dopiero teraz zauważył jak sporo kurzu tu miał. Nie był on jakoś mocno zaznaczony, ponieważ starał się tu sprzątać, ale kurz to zmora, którą powinno sprzątać się codziennie. Będzie musiał uzupełnić zapasy chemii czyszczącej, aby młode nie nabawiło się jakichś alergii. Nie był przystosowany do obecności dzieci, ale jednocześnie nie chciał, aby Dagon czuła się tu źle. Wrócił do pokoju Connie, gdzie zaczął przeglądać rzeczy i zastanawiać się nad wyrzuceniem, zniesieniem i wniesieniem do garażu. No i oczywiście oszacowaniem jakie meble nadadzą się do pozostawienia w tym miejscu, a jakie zostaną przerobione w coś innego. W głowie zapaliła mu się lampka, że mógłby zbudować kołyskę z odpadków.
Gdy Dagon przewinęła się mu na korytarzu ruszył do niej i chwilę przyglądał się jej plecom. Gdy w końcu się do niego odezwała skinął głową. Nie miał pojęcia o co jej chodziło. Czasami był mało domyślny.
Potrafię – chrząknął, bo zaschło mu w ustach. Minął ją w drzwiach i wyciągnął z lodówki wodę w butelce, którą wypił. Drugą podał kobiecie. Miał ich tam sporo. Oprócz tego rudowłosa mogła dostrzec również dwie butelki piwa.

Kto nie wie skąd przychodzi
i komu siebie zawdzięcza,
Ten nie odkryje też dokąd powinien iść.
[mru]
 

Breena -Dagon- Palmer

32



Kiedy kogoś tracisz, to tego nie zapominasz. Zawsze przypomina ci to o tym, jak łatwo zostać zranionym.







[Cytuj]
Choćby niewiadomo jak bardzo się starał, kobieta na pewno czuła się niezręcznie. Nie była jak dziecko, które mimo niepewności potrafiło w rozbrajający sposób nie przejmować się sytuacją oraz narastającymi problemami.
Dla Dagon wszystko było takie obce i przytłaczające. Myśl o tym, że Mefistofeles żył przy boku wampirzycy sprawiała, że jej serce coraz to bardziej kruszało i rozsypywały się na mniejsze, trudne do złożenia części. Niepokój o córki zmusił nie tylko ją, ale i całą watahę do wzmożenia czujności i zaprowadzenia ich w bezpieczne, nieznane nikomu miejsce.
Las, mieszanina obcych zapachów i ochrona takiego byka, jakim był Joe w jakimś stopniu pokrzepiała wszystkie przerażone osoby zamieszane w tę sprawę, a nawet i Duszę.
Mimo wszystko wilcze ślepia łypały na wilkołaka podejrzliwie, wyraźnie żywiąc urazę do tego co zrobił i w jak jawny sposób nie puścił jej na poszukiwania. Podświadomość mówiła, że miał rację z drugiej strony informacja o żywym, zdrowym i całym Palmerze była początkowo znacznie silniejszym impulsem niż macierzyństwo, które dopiero co zaczynało krążyć w jej krwi.
W przeciwieństwie do basiora, jej wilczyca była opanowana, razem z jej nosicielką od czasu porodu stanowiły jedną osobowość; żadna nie zamierzała dominować drugiej na rzecz spełnienia własnych zamiarów, czy też instynktów.
Wilczyca ułożyła się plecami do framugi, wykonując na wszelki wypadek zasłonę przed atakiem, gdyby tylko drwalowi przeszło przez myśl coś głupiego. Piegowaty nos zmarszczył się, a dłonie pochwyciły lodowatą wodę, jednocześnie orientując się całym ciałem jak bardzo sucho miała w gardle i z jakim trudem szło jej wymawianie pojedynczych słów.
Breena odkręciła nakrętkę i przytknęła szyjkę do ust, zalewając gardło chłodnym ukojeniem. Dopiero kiedy zgasiła pragnienie, postąpiła kilka kroków do przodu, kierując dwukolorowe spojrzenie w stronę okna, mając nadzieję, że Constance nie oddaliła się zbyt daleko.
- Umiesz polować? - przeniosła spojrzenie na Ciemnowłosego, ponownie pijąc.
- Jeśli zadbasz o zwierzynę, resztą zajmę się ja. - przez ostatnie miesiące miała możliwość przypomnieć sobie w jaki sposób działa piekarnik, kuchenka, jak powinno się doprawiać każde danie czy nawet, z pomocą Mishy, jak nie zrobić z makaronu kleistej papki.
Everyone says that love hurts,
but that’s not true.
loneliness hurts.
rejection hurts.
losing someone hurts.
everyone confuses these things with love, but in reality,
love is the only thing in this world that covers up all the pain and makes us feel wonderful again. ☾☾☾
 

Joe Fisher

[Cytuj]
Multikonta: Kim, Ciastko
Joe zawsze starał się nad sobą panować, ale razem z wilkiem odkąd się pojawił w jego życiu toczyli bój. Jeden drugiemu chciał pokazać kto rządzi, ale póki co mieli remis. Raz panował Joe człowiek, a innym razem Joe wilk. Sam Fisher miał w sobie coś z bestii. W jego oczach tliło się szaleństwo i zapewne zapanowałoby nad nim, gdyby ktoś zechciał obudzić tego psychopatę. Póki co spał. Spał jak niedźwiedź. Teraz dostał kolejny bodziec do tego, aby spać dalej. Miał pod dachem trzy drobne kobiety, które nie zawsze dadzą radę się obronić. Miał świadomość, że Dagon da radę się obronić, ale zawsze jest trudniej to zrobić, gdy ma się na głowie dzieci. Dlatego Joe miał zamiar tu być, gdy coś będzie im grozić. Czuł się odpowiedzialny, ponieważ sam dał się prawie omamić Elizabeth.
Potrafię – uśmiechnął się w miarę miło, co było u niego rzadkim zjawiskiem. Miało się wrażenie, że jego kąciki ust wręcz zaskrzypiały od nie używania ich w taki sposób. — Chcesz zapolować? – zapytał jakby próbując odgadnąć jej myśli. Dawno nie polował. Jeszcze jak był tu Mikael to czasami we dwójkę chodzili na polowania. Mikael wykorzystywał niektóre części danych zwierząt do swoich eksperymentów w piwnicy, a resztę piekł nad ogniem za domem.

Kto nie wie skąd przychodzi
i komu siebie zawdzięcza,
Ten nie odkryje też dokąd powinien iść.
[mru]
 

Breena -Dagon- Palmer

32



Kiedy kogoś tracisz, to tego nie zapominasz. Zawsze przypomina ci to o tym, jak łatwo zostać zranionym.







[Cytuj]
Niewiedza z kim ma styczność napawała ną niepewnością. Nie wiedziała w jakim stopniu potrafił nad sobą panować, a jego ludzka sylwetka dodatkowo to wszystko utrudniała. W przypadku jej męża było znacznie prościej, bowiem o ile ten swojego ducha nie kontrolował, tak doskonale wiedziała jak Mef się zachowywał, że nie wyrządziłby jej oraz dzieciom żadnej poważnej krzywdy. Wątpiła, aby uniósł w ich stronę wargi i obnażył kły. Oczy Joe’go również budziły w niej czujność i sprawiały, że wilczyca wewnątrz wolała mieć się na baczności, aby w razie czego móc stanąć do walki w obronie swojego potomstwa, mając gdzieś szkody jakie mógłby wyrządzić jej. Wystarczyło zerknąć w jego stronę, aby mieć stu procentową pewność, że w walce nie miałaby żadnych szans, dlatego postanowiła zaufać Kieranowi oraz jego intuicji i pewności, że znajdzie się pod dobrą opieką.
- Chciałabym, ale nie mogę zostawić dziewczyn. - odparła podchodząc do stołka w kuchni i wsuwając się na niego.
To prawda, ona oraz jej dusza dawno nie biegały po lesie bez żadnych obaw. Bez tego, że stanie się coś córkom.
- Zwłaszcza w tej chwili. - zakończyła znacząco, chcąc podkreślić fakt, że nie znała wampirzycy oraz tego, co się stało z jej mężem. Musiałaby ujrzeć efekty na własne oczy, aby wysnuć wnioski.
- Ale potrafię gotować. Jeśli chcesz, możemy podzielić się obowiązkami. W ramach... współpracy. Możesz polować i pilnować aby moim dzieciom nie groziło żadne niebezpieczeństwo, a ja zajmę się domem. - zaproponowała uznając, że to będzie jedna z przysług jaką była w stanie mu zaoferować.
Everyone says that love hurts,
but that’s not true.
loneliness hurts.
rejection hurts.
losing someone hurts.
everyone confuses these things with love, but in reality,
love is the only thing in this world that covers up all the pain and makes us feel wonderful again. ☾☾☾
 

Joe Fisher

[Cytuj]
Multikonta: Kim, Ciastko
Gdy zaproponowała, że zajmie się domem było mu to na rękę, a wręcz kamień spadł z jego serca. Joe nie bardzo potrafił dbać o ciepło tego domu. Był on chaotycznie urządzony. To co było potrzebne zostało tu zniesione. Nie zależnie od tego, czy było to coś pod kolor, albo od kompletu. Po prostu było. Mikael również nie dbał o estetykę tego miejsca. Ważne, że stał twardo i nie miał się zawalić przy byle podmuchu wiatru. Budynek był stabilny i mocny. Joe był nieporadny jeśli chodzi o relacje typu "rodzina", ale miał zamiar postarać się, aby Dagon czuła się tu bezpiecznie.
Chętnie zajmę to stanowisko – znowu wykrzywił usta w uśmiechu. Mogło to naprawdę zabawnie wyglądać, bo nie był przyzwyczajony do tego typu sytuacji. Sytuacji, w których uważał na każdy swój gest. Nie chciał jej wystraszyć, nie chciał sprawić, aby ta kobieta nie mogła odnaleźć swojego miejsca na tym świecie tak jak on kiedyś, gdy czuł się porzucony mieszkając w sierocińcu. — To dzisiaj możemy zrobić sobie ognisko. Nie mam tu zbyt wiele rzeczy, z których udałoby się coś przygotować. Brakuje przypraw i warzyw. Jutro bym skoczył do miasta po jakieś konkretne zakupy. Jeśli nie będziesz chciała jechać. Mogę wziąć ze sobą Connie, dałabyś listę i we dwoje byśmy zrobili jakieś zakupy. Dzisiaj zapoluje i zrobimy coś dobrego nad ogniem. Co ty na to? — zapytał i poczekał na jej odpowiedź.
Gdy tylko uzyskał odpowiedź niezależnie od jej brzmienia ruszył do wyjścia. Uprzednio jednak pokazał jej, gdzie kryje broń w razie, gdyby przyszedł ktoś nieproszony. Wiedział, że kobieta była dobrym wilkołakiem i potrafiła się obronić, ale dodatkowa pomoc pod postacią broni nigdy nie zaszkodzi. Nie zamierzał polować zbyt daleko od chaty, więc miał też czujność na tereny blisko tego miejsca. Po pół godzinie wrócił ze zwierzyną do domu. Zanim jednak przekazał ją w ręce kobiety odpowiednio przygotował ją do tego, aby kobieta miała jak się nią zająć.
To co? Robić ognisko? Za domem mam idealne miejsce na to – powiedział myjąc ręce pod wodą.

Kto nie wie skąd przychodzi
i komu siebie zawdzięcza,
Ten nie odkryje też dokąd powinien iść.
[mru]
 

Breena -Dagon- Palmer

32



Kiedy kogoś tracisz, to tego nie zapominasz. Zawsze przypomina ci to o tym, jak łatwo zostać zranionym.







[Cytuj]
Spodobało jej się to, że Joe nie oponował i chętnie przystał na tę propozycję. Dzięki temu mieli większe szanse na to, aby jakoś się ze sobą dogadać. Nie chciała być dla niego ciężarem i plątać się między nogami podczas jego zajęć. Oboje będą mieli cele, oboje zmuszeni będą do tego by ze sobą współpracować i jakoś sobie radzić.
- Constance na pewno się ucieszy. - pomysł ogniska również wydał się fajny, choć w tej chwili budził w niej najwiecej wspomnień. Nikły zapach dymu, ciepło i tańczące cienie na twarzy Mefistofelesa. Cisza pod osłoną nocy oraz niczym nie zachwiany i zmącony spokój.
Spuściła na moment głowę i nabrała powietrza do płuc, przymykając oczy. Nie potrafiła wciąż wyobrażać sobie tego, że naprawdę ma go zabraknąć i najprawdopodobniej już nigdy więcej go nie zobaczy. Pójście do wampirzycy było zbyt niebezpieczne, tak jak określił to Noah: miała do zaryzykowania zbyt dużo, aby móc bawić się w gierki, tak jak robiła to kiedyś.
Kiedyś bowiem bez wahania wskoczyłaby za nim w ogień, oddała życie nie martwiąc się o to, czy da sobie radę. Dziś, oprócz niego, rodziną były dwie istoty. Młode kobietki, które były skazane na jej łaskę i pomoc. I chociaż serce ciagle rozrywało się na pół, tak matczyna miłość finalnie zawsze zwyciężała, mając silne wsparcie rudowłosej bestii kryjącej się wewnątrz kruchego, ludzkiego ciała.
Kiedy pokazał jej broń i zniknął, kobieta postanowiła skupić się na swoim zadaniu. Przygotowała wszystko, co mogło być im niezbędne, w tym także koce dla córki oraz poduchy, gdyby noc okazała się znacznie zimniejsza niż zazwyczaj.
Kiedy Fisher powrócił wraz z zwierzyną, na jej rękach ponownie znajdowało się niedawno narodzone niemowlę. Spod rudych włosków przyglądało się światu z zaciekawieniem, jedną z rączek wpychając do buzi, drugą zaś zaczepiając długie włosy swojej mamy.
Nieświadoma nuciła uspokajające melodie pod nosem, aż umilkła, widząc Ciemnowłosego towarzysza. Ich wzrok skrzyżował się, kiedy to wyminęła go, układając najmłodszego z Palmerów w foteliku, w którym przyjechała. Plusem dzisiejszej technologii było to, że mogło służyć to za zwykły bujaczek, który w jakimś stopniu absorbował dzieci i pozwalał rodzicom robić co tylko chcieli.
Dagon przechwyciła przygotowaną zwierzynę.
- Robić. Chętnie odpoczniemy od tego wszystkiego. Prawda, łobuzie?- ostatnie słowa skierowała wprost do niemowlęcia, które zaczynało niecierpliwić się brakiem uwagi i wykrzywiać buzie w grymasie.
- No tak, nawet na chwilę cię zostawić nie można, bo zaraz się złościsz!- po raz kolejny spojrzała na Joe, chcąc zobaczyć czy bardzo mu to przeszkadza.
- Przepraszam. Dzieci. Jeszcze nie do końca sobie z nią radzę. - przygarbiła się, kiedy do jej uszu dotarł wrzask pierworodnej. Porzuciwszy zdobycz, wytarła zakrwawione dłonie w spodnie i ujęła malutką, zaraz pozwalając jej się przytulić. Płacz był długi, przeraźliwy, jakby właśnie stała się najgorsza na świecie tragedia.
- Szszsz, Rosie. Nie płacz, skarbie, proszę. Bo nam uszy zaraz pękną. - prawdę mówiąc to najbardziej przejmowała się tym, że Joe po prostu straci cierpliwość i dopiero wtedy rozpęta się piekło.
- No już, zobacz, przecież mama tu jest. Ciii- klasycznie, zaczęła się kołysać i wędrować po pomieszczeniu, chcąc uspokoić rozwydrzone szczenię.
Everyone says that love hurts,
but that’s not true.
loneliness hurts.
rejection hurts.
losing someone hurts.
everyone confuses these things with love, but in reality,
love is the only thing in this world that covers up all the pain and makes us feel wonderful again. ☾☾☾
 

Joe Fisher

[Cytuj]
Multikonta: Kim, Ciastko
Gdy kobieta zajmowała się dzieckiem obserwował ją nie ruszając się przez chwilę. Patrzył jak buja ją w foteliku i jak zajmuje się jedzeniem. Nie potrafił się ruszyć. Uświadomił sobie, że ten widok będzie miał często, że będzie miał w domu rodzinę, której zawsze pragnął. To go przytłaczało, ale jednocześnie porzynosiło jakiś dziwny spokój. Jakby właśnie to było coś, czego mu zawsze brakowało. Gdy Dagon mówiła do malca jakoś mu to nie przeszkadzało. To było normalne. Nie raz widział na mieście jak kobiety gadały do dzieciaków w wózkach byle ich czymś zająć. Czy on będzie potrafił coś takiego robić? Nie wiedział i póki co nie chciał się o tym przekonywać. Było na to za wcześnie.
Rozumiem – miał już iść do ogródka, aby rozpalić ognisko, gdy nagle usłyszał wrzask dziecka skrzywił się lekko, ponieważ przez cały ten czas był tu spokój, ale pokręcił głową. — To ja zajmę się ogniskiem i zaraz przyjdę ci pomóc.
Na zewnątrz wszystko przygotował zajęło mu to kwadrans, gdy wrócił mała Rosi siedziała spokojnie w foteliku. Na chwilę zniknął w przyszłym pokoju Connie, aby coś w nim poszukać. Po chwili wrócił z pluszową zabawką, która kiedyś należała do niego, gdy był jeszcze dzieckiem. Przyniósł ją ze sobą z domu dziecka, gdy Mikael go zaadoptował. Podszedł bez słowa do dziecka i podał jej misia, aby więcej już nie płakała. Szkoda, że nie przypomniał sobie o niej szybciej. Nie ważne. Gdy Dagon już przyprawiła mięso pomógł jej z wrzuceniem jej na ruszt. Miał już przygotowane miejsca do siedzenia dla całej trójki. Wiedział, że mała Rosi będzie na rękach swojej mamy. Znalazł nawet jakieś koce, gdyby komuś nagle zrobiło się zimno. W końcu udało mu się zawołać też Connie i mogli przysiąść do ognia, który wesoło trzaskał przed nimi i oświetlał ich twarze. Rozmawiał z Dagon czasami również zagadując Connie, co by nie czuła się samotna. Ten wieczór zdecydowanie był dziwny, ale udany. Gdy już wszyscy się najedli wrócili do swoich sypialni i mogli oddać się w objęcia Morfeusza. Joe zdecydowanie nie mógł zasnąć, a gdy już się mu to udało o dziwo nie miał żadnego koszmaru.
Następnego dnia rano wcześnie wybrał się do miasta, gdy wszyscy spali i nakupował trochę rzeczy na śniadanie. Jajka, bułki, wędlina, masło i warzywa. Pierwszy raz kuchnia wyglądała na używaną. Gdy Joe mieszkał sam była ona tylko ozdobą, ponieważ mężczyzna w większości jadał na mieście.
[hr:c261b3a7bd]
[align=center:c261b3a7bd][z tematu][/align:c261b3a7bd]

Kto nie wie skąd przychodzi
i komu siebie zawdzięcza,
Ten nie odkryje też dokąd powinien iść.
[mru]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo