Pia Nestraven

[Cytuj]
Podniosła głowę słysząc swoje imię, napotkała wzrokiem Jamesa i skinęła głową, ruszając do niego. Szklankę z niedopitym sokiem odstawiła na jeden z blatów i spojrzała na pakunek, a potem na kobietę, która go przyniosła.
- Jasne. Jakiś szerszych wyjaśnień mam spodziewać się po Wigilii czy może więcej informacji jest w pudełku? - przeniosła wzrok z Dyrektora na kobietę, oczekując jakiś więcej informacji, a gdy je dostała skinęła głową i ruszyła do wyjścia, by zostawić fiolki w bezpiecznym miejscu.
Później wróciła do głównej sali.
how I've been all alone when I needed you there..
 

Xavier Alexander Morningstar

32


190 cm


Be strong like a Dragon







[Cytuj]
Multikonta: Elvan, Ceris, Rose
/Po ostatnich grach - najnowsza/

Xavier bardzo się zastanawiał i rozważał czy iść na tą Wigilię czy nie. Nie dość, że nie do końca znał swoją nową rodzinę to nie wiedział co zrobić z Charlotte. Postanowił jednak wziąć ją ze sobą. W sumie nie będzie za długo siedział. Złoży życzenia i da ciasteczka oraz ciasto drożdżowe co robił razem ze swoją Kruszynką. Uzgodnił, że Święta spędzą z Sophie. Wampirzyca nie miała nikogo. Powiedzmy, że ta okazja będzie polegała na dawaniu sobie prezentów i tyle.
Morningstar podjechał z dziewczynką pod Instytut. Wyjaśnił mężczyźnie, że jest zaproszony, a na fakt, że coś się burzył na widok Charotty to powiedział, że jest zaginionym członkiem rodziny Verlac. Poza tym powiedział, że jak mu nie wierzy niech spyta się w środku Jamesa, albo Shantae, że go znają. Facet polecił komuś o sprawdzić, a potem z uśmiechem na ustach wszedł do Instytutu.
Trzymając Charlotte za rękę, a w drugiej ręce trzymając bardzo duże pudełko z ciasteczkami, a młoda czarownica trzymała ciasto.
Xavier nie bardzo wiedział co z sobą zrobić. Czekał w korytarzu, bo nawet nie wiedział gdzie ma iść. Zaraz przeszedł do pomieszczenia głównego, a tam malowała się sielanka. Brunet miał wrażenie, że nie pasuję do tych ludzi. Jednak jak się zdecydował to przyszedł. Poza tym chciał by przedstawić Charotte wszystkim. Xavier ubrał się w granatowy garnitur i miał na sobie pod spodem białą koszulę. Podszedł do Jamesa i Shantae oraz reszty.
- Witam - przywitał się.

Jeżeli możesz się śmiać
mimo bólu i stanąć na nogi.Twoje słabości na pewno z czasem znikną.Jeżeli będziesz wylewać łzy, przerażony samotnością. Nikt Cię nie uratuje.
Nigdy.
Walcz, dopóki jesteś w stanie. Pięści w górę. I cokolwiek powiedzą, nie zbaczaj ze swojej drogi.
 

Yi Byeong-Ho

30 lat



W większości przypadków fałsz jest wiarygodny, bo ofiary chcą, by takie był.






[Cytuj]
Multikonta: Shizhi i gromada
O anielskim jestestwie poszczególnych łowców Hope mógłby polemizować. Nie śmiał jednak niczego wytykać, szczególności dziadkowi. Sam nie był wzorem godnym do naśladowania, szczególnie przez małe dzieci – pił, palił, przeklinał, jeździł na motorze… Taki był z niego dziedzic rodowego tronu, jak z Verlaca baletnica. Wielu powątpiewało w „szlachetne” pochodzenie Nefilim, na szczęście sam Penhallow miał na to brzydko mówiąc wylane. Póki nie łamał zasad i nie okrywał rodziny hańbą, póty miał dowolność w podejmowaniu decyzji i rozkoszowaniu się smakiem bądź niesmakiem konsekwencji każdej z nich. Zasada ta towarzyszyła mu od przeszło wielu lat i jak widać na razie się sprawdzała. Pomimo luźnego podejścia do życia – a warto dodać, iż młodszy brat wcale nie był lepszy – średni wiekiem łowca trzymał się całkiem nieźle, a co ważniejsze – nikt nigdy na niego nie naskarżył. Prócz tego mało kto wiedział, ale poza ponoć pretensjonalnym zachowaniem i ciętym ozorem, Hope miał ukrytą stronę, tą, którą widziały przeważnie tylko i wyłącznie dzieci – te zresztą darzył ogromną sympatią.
- Chyba przestanę wierzyć w legendy o czystości anielskich wojowników. – zaśmiał się Hope, co w sumie było przytykiem nie tylko do dziadka – do mówiącego także. Zaciekawiony zdobyczami, Azjata nie przegapił okazji na zerknięcie w drugi album o bogatej zawartości „historycznej”. Nie każda z Pań przypadła mu do gustu – kilka z nich było jednak na tyle urodziwych, by poruszyć jedną z brwi, która wkrótce powędrowała odrobinkę do góry.
- Przyznaj się sabotażysto, coś do nich dodał? – i to tyle jeżeli chodziło o dojrzewanie. Stary Verlac trafił w samo sedno – stąd skośny przytaknął mu poprzez lekkie klepnięcie ramienia dłonią, w której wciąż spoczywał skręt. Zapach świeżo zawiniętego zioła coraz bardziej prowokował nozdrza i zaostrzał nań apetyt.
- Stary szaleniec. – zdrówko z emerytowanym łowcą wypił – kwestię dzieci raczej już przemilczał. W przeciwieństwie do Joe, Hope był jednak bardziej odpowiedzialnym – wyjątkowo można rzec – wobec dzieci, ale sh… Nikt nie musiał o tym wiedzieć, sam zresztą z tylko sobie znanych powodów, niespecjalnie to pokazywał.
Uniesiona ręka pewnie trzymała szklankę, która wkrótce uderzyła o inne – w domyśle lub też nie. Ostry napitek szybko rozlał się leniwie po wnętrzu ciała. Pozostawiony posmak przeszył jestestwo przyjemnym dreszczem, a potem kolejnym, acz nieco mniej pożądanym. Hope chętnie skusiłby się na jeszcze, lecz w tym samym momencie całą zabawę – i niecny plan - przerwało groźne spojrzenie i donośny krzyk jednej z niewiast. Phi? Przecież pomidory są zdrowe…
- A taka była ładna… ta sukienka. – zażartował skośny, nawiązując oczywiście do sukienki. Na momencik przeprosił dziadka – wyszedł w przód, po czym odstawił szklankę na stolik i sięgnął po sporawą chusteczkę dzierżoną przez jednego z łowców niosących talerzyk z przekąskami. Miejmy nadzieję, że półanioł się nie ubrudzi, bo niestety wytrzeć rączek i twarzy nie będzie miał w co – takie życie, wygrywa silniejszy.
- Butów w sumie też szkoda… - nie znali się, a przynajmniej on nie znał jej – z pozoru. W praktyce od razu rozpoznał kilka charakterystycznych cech twarzy – oczy, kształt nosa, ust… Barwa głosu również nie była mu obca. Dziwny niesmak skutecznie przepędził namiastkę słodyczy pozostawionej przez alkohol. Chłodny z zewnątrz, a gotujący się z nienawiści w środku – oj przyjemny to musiał być dla niej widok klęczącego mężczyzny, czyszczącego jej ubrudzone buciki.

W życiu człowieka są chwile, kiedy nie wie, co ze sobą zrobić i dokąd pójść, a cała przyszłość wydaje się być jedynie czarną pustką. I bynajmniej nie interesuje cię, co w tej pustce znajdziesz.
Gość zrób klik | Notatnik | Warsztat
 

Craig

692



Każdy wyraża emocje inaczej.






[Cytuj]
-Opal będzie zadowolona z każdego przyjęcia na którym może pogłębić przyjaźń lub zawiązać nowe. Dodałem do wypowiedzi wtrącając się przy okazji w pytanie Nefilima. Nie miałem nic złego na myśli, to była jedna z cech którą w niej bardzo ceniłem, nawiązywanie znajomości z taką łatwością i radością.
Spojrzałem jeszcze na kobietę przyjmującą pakunek i wróciłem do ukochanej darząc ją uśmiechem.
Stanęliśmy przy stole a wiele nie trzeba było by mi uśmiech na twarzy wyrósł.-Ta we dwoje pewnie nie byłaby aż tak spokojna jak te przyjęcie, więc możemy tu jeszcze chwilę posiedzieć i zawiązywać jakieś nowe znajomości. Nie wiedziałem jak to robiła ale nie potrafiłem rozglądać się gdziekolwiek przy niej, po prostu nic nie robiąc pochłaniała całą moją uwagę.-Opal ale bez używania magii, to będzie oszustwo. Uniosłem brew wiedząc, że w ten sposób to ja będę zwycięzcą tej rywalizacji.-Co dostaje wygrany? Nalałem czarnowłosej wina przy czym musiałem odejść od niej na kilka sekund, gdy wróciłem miała już tę swoją minę zaciekawienia. Spojrzałem na stół a talerzyk z ciastem wylądował między nami.-Chyba tak, smacznego. Cmokniecie w kącik oka. Pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu nie byłbym w stanie być tutaj z nią.
 

Alexa Nightwind

26



Ciemna jest noc, rój gwiazd nad nami, po niebie płynie ciasto z rodzynkami.







[Cytuj]
Multikonta: Sophie, Finn, Syriusz, Ismena
Lexa oczywiście zamierzała podejść i przywitać się ze wszystkimi znajomymi, złożyć życzenia, pogadać i tak dalej... jednak to wszystko za chwilę. W pierwszej kolejności łowiła wzrokiem za Jaydenem, wciąż robiąc sobie złudne nadzieje, że może gdzieś go wypatrzy. Sama do końca w to nie wierzyła, a jednak...
Na Anioła! Był tam!
Była tak bardzo przejęta, że w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na szczegóły, które zdecydowanie się nie zgadzały... Jayden nie miał ani jednej runy, poza tym trzymał za rękę jakąś małą dziewczynkę, która nie była ani trochę podobna do Jaya czy Eatonówny... poza tym z tego co Lexa wiedziała, jej były nie miał żadnych dzieci (chwała niech będzie Razjelowi! chyba by tego nie zniosła!). Szybkim krokiem zbliżyła się do mężczyzny i przytuliła go, nagle i niespodziewanie, tak jak podczas ich pierwszego od dwóch lat spotkania.
- Jayden... tęskniłam. Dlaczego nie powiedziałeś, że wyjeżdżasz? - zapytała, odsuwając się delikatnie. Teraz miała szansę przyjrzeć mu się uważniej i nie mogła pozbyć się dziwnego przeczucia, że coś tu nie gra. Mężczyzna, którego miała przed sobą wyglądał prawie tak samo jak Jay... no właśnie, "prawie" było tu słowem kluczowym. Lexa jednak nie mając pojęcia o istnieniu brata bliźniaka Verlaca nawet się nie domyślała, jak bardzo się właśnie pomyliła.
 

Viviane Cassandra Verlac

30


171 cm


We're runnin' a bad girl's world






[Cytuj]
Multikonta: Opal, Devana
Po pierwsze, Viv nie bardzo dowierzała, że dziadek serio pozwoliłby komuś tknąć swoją wnuczkę palcem, ale jak widać, ten akurat Łowca miał u niego jakieś specjalne traktowanie, po drugie nie bardzo lubiła wskakiwać prawie obcym mężczyznom do łóżka. No po prostu nie.
Albumik za to z ciekawości chwyciła i przejrzała, a co tam. Oglądanie starych miłości dziadka mogło być całkiem zabawne. A przy okazji okazało się zajmować dość dużo czasu, bo mały to on jednak nie był. Okej, może i dziadek jednak miał rację z tymi liczbami.
- Czy to są dwie wróżki? Na raz - spojrzała ponownie na starszego Nefilim i powstrzymała się od dalszego komentarza. No cóż, dziadek umiał się bawić, tego nie mogła mu zarzucić. Oceniać też nie ma co, bo i ona może jeszcze coś zmajstruje, zanim jego wiek osiągnie, chociaż wątpiła, by miała kiedykolwiek dorównać mu w tych kwestiach. - Nie oceniam, wiesz, że jestem ostatnią do tego osobą - wzruszyła ramionami. W końcu każdy miał prawo żyć po swojemu.
- Czyli co, mam nie jeść tych pasztecików z grzybami? - zapytała, tak na wszelki wypadek. Kto wie, co dziadek tak nasypał, wolała jednak nie zasnąć pod stołem. Chociaż, patrząc na tempo, to może jednak jeszcze jej się to uda.
A jeśli chodziło o opiekę nad dzieckiem, to znów stary Verlac jednak miał trochę racji. I niechętnie musiała to przyznać.
- Szczerze, to po tym, co ze mnie wyrosło, chyba mało osób byłoby chętnych zostawić pod twoją opieką dziecko. Chociaż, może dla samego dziecka nie taka zła opcja - wzruszyła ramionami. - I właśnie dlatego, że wszystko ci wolno, załóżmy, że ja jestem dekoracją i nie mam pojęcia, co robisz z Teq - westchnęła. - I za starość! - też wzniosła z nimi toast i wypiła kolejną szklankę. Oby jak największej ilości przebywających tu osób udało się jej dożyć.
Oj wózek się chyba naprawdę przyda. Viv miała dzień na picie, co nie zmieniało faktu, że w takim tempie za godzinę będzie kompletnie pijana. Trudno, raz na jakiś czas można było, zresztą zwali się wszytko znów na dziadka, który podobno nie ponosi konsekwencji. No bo jak tu odmówić starszemu?
Dalej opierała się o wózek dziadka, kiedy to Hope postanowił ruszyć na ratunek trafionej przez pomidora dziewczynie. Viv uśmiechnęła się i konspiracyjnie nachyliła się do dziadka.
- Chyba jednak nasz znajomy wybrał sobie inną dziewczynę, która miałaby mu towarzyszyć dziś w nocy - stwierdziła. No proszę, co za dżentelmen. Nawet buciki wyczyścił. Zaciągnęła się znów skrętem, bo jednak coś się zagapiła, a szkoda by było, gdyby zgasł. Wiedziała, że przez palenie jeszcze szybciej osiągnie stan totalnego upojenia alkoholowego, ale co tam. Dziadek chyba jak coś o nią zadba i przynajmniej odłoży gdzieś bezpiecznie w kącie.
 

Rain Alvar Kukk

[Cytuj]
Okres świąteczny. Rain nigdy czegoś takiego naprawdę nie odczuwał. Zawsze był w terenie, więc nawet, gdy ta przysłowiowa “gwiazdka” wystąpiła na niebie, on już dawno był gdzieś indziej. Dlaczego więc tego dnia akurat postanowił zostać… I cieszyć się taką małą, nieznaną mu dotąd chwilą. Wieczna pogoń za instynktem łowieckim to też męcząca. Ale musiał odbyć polowanie. Była to dla niego jak czysta służba. Dlatego przed samym spotkaniem wybrał się do lasów York, aby znaleźć pożyteczną rzecz, coś, co mógłby wykorzystać na stół. Okazał się nim dzik, którego upolował po pewnym czasie. Tak zdobyte zwierzę przeniósł do instytutu, aby zająć się sporządzeniem go i podania na stół. Nawet parę osób pochwaliło go za to, ale on ostatecznie tylko potakiwał i wracał do swojej pracy. W końcu jednak nadszedł wieczór, a on… musiał się jakoś przyszykować. Nigdy nie czuł się dobrze w garniturach, jednak takie okoliczności wymagały pewnych konwenansów. Przynajmniej dobrał taki, gdzie czuł luz i nie musiał stresować się czymś więcej niż faktem, że przebywał wśród innych ludzi. Ale jak zawsze na ratunek przychodził alkohol, który zawsze gdzieś się uchował. Przez pewien czas jeszcze przesiedział w kuchni szykując sobie swoją “herbatkę”, aby przejść się pomiędzy ludźmi. Szukał jedynie znajomych mu twarzy, kogoś na kim mógłby zawiesić dłużej czas.Ostatecznie nikogo nie znalazł, więc postanowił ulotnić się. Jednak, kiedy już miał zamiar pociągnąć za klamkę… Zauważył znajomą mu sprzed kilku lat kobietę, którą uczył czasami w moskiewskim Instytucie. I tylko tyle - nigdy nie umiał nawiązywać dłuższych znajomości z ludźmi, a jednak każdego do niego ciągnęło. Dziwny magnetyzm.
Popijając ze swojego kubka mocnej herbaty z wódką, postanowił przejść się do zgromadzenia. Najpierw skłonił głową do najstarszego Verlaca, potem do towarzyszącego mu mężczyzny, aż ostatecznie lekkim uśmiechem do blondynki. - Szczęśliwych Świąt. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

<div style="font-family: Fondamento; font-size: 21px; color: #4b7388; text-align: center;">Rain A. Kukk<img src="https://66.media.tumblr.com/6c6949e9f11fdd7c076be19c243ff780/tumblr_ox2kreLvZ91th06apo7_500.gif" width="180" style="border:2px solid #4b7388;">
<div style="font-family: Forum; font-size: 12px; color: #4b7388; text-align: center;">I don't know If I'm still myself, should I feel ashamed me or I can be saved...
 

Lily Ke

26 lat



she's a type of a woman who can elegantly say "fuck you" just with one glance





[Cytuj]
Multikonta: Xian Hu, Kai [nkt]
Cóż, tego z pewnością sama Lilka w ogóle się nie spodziewała. Już miała podejść do dziadka Joe, by udzielić mu odpowiedniej nagany, gdy nagle towarzyszący mu mężczyzna zbliżył się ku niej w kilku krokach. Ale może po kolei.
Obok samego sprawcy incydentu z pomidorami stała piękna kobieta o chłodnej, eleganckiej urodzie. Sama Ke nie miała jeszcze przyjemności jej poznać, choć zdążyła otaksować jej sylwetkę uważnym spojrzeniem, a potem posłać jej uśmieszek, świadczący o niecnych planach wobec samego dziadka. A później on... Ten nietypowy mężczyzna, który wcześniej uszedł jej uwadze. Był Azjatą, tak jak ona. Płowe włosy opadały mu częściowo na czoło, choć nie były zbyt długie. Dość, by ukazać kolczyki, błyszczące w jego uszach. Lilka była dobrze wychowana, toteż nie uniosła brwi w zdziwieniu. Zrobiła to za to w duszy, a jej oczy błysnęły jakoś niepokojąco. Nieznajomy był przystojny, ale jego twarz nosiła ślad dziwnego podobieństwa, którego niestety Lilka nie potrafiła teraz przywołać w pamięci. Zapobiegawczo założyła jednak ręce na piersi - wiedziała, że przystojnych mężczyzn trzeba się wystrzegać, bo ci najczęściej bywali zdradliwi.
To co stało się potem przerosło jednak wszelkie jej oczekiwania. Mężczyzna podkradł z tacy przechodzącego łowcy chusteczkę, a potem klęknął tuż u jej stóp. Lily była tak zaskoczona, że nawet nie protestowała - wyciągnęła do przodu nóżkę. Biel łydki i uda ukazała się na moment przez fantazyjne wcięcie, gdy kobieta odsunęła ostrożnie sukienkę. Nie dała jednak chwili trwać zbyt długo. Gdy otrząsnęła się z pierwszego szoku, cofnęła się o pół kroku. Mimowolnie poczuła jednak iskrę dziwnej ekscytacji, gdy zobaczyła mężczyznę przed sobą na kolanach. Ups... Chcesz nam opowiedzieć o swoich problemach, Liling? O pędzącej w jakimś nieoczekiwanym kierunku wyobraźni?
- Nie, nie, naprawdę... Nie musi pan - w jej głosie dało się wyczuć zawstydzenie, gdy wyciągnęła ku mężczyźnie rękę, chcąc pomóc mu się wyprostować. - To nic takiego - zapewniła, w pewien sposób... Podekscytowana? Dziwne uczucie zaczęło palić ją gdzieś w okolicach brzucha i nie chciało zniknąć.
Szczęśliwie prócz wyciągniętej ręki, kobieta utrzymywała odpowiedni dystans. Nie chciała się wplątać w jakieś nieporozumienia.

She was free in her wildness.

She was a wanderess, a drop of free water.

She belonged to
no man
and to no city.
 

Opal Lengyel

170


164 cm


I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana
Wróćmy jeszcze na chwilę to pudełeczka z wirusem.
Opal zerknęła na młodą kobietę, która do nich podeszła i ją także obdarowała uśmiechem. Podejrzewała, że była ona tutejszym naukowcem lub lekarzem, dlatego na wszelki wypadek zapamiętała sobie jej twarz i imię. Kto wie, kiedy dane będzie im jeszcze współpracować.
- W środku są zabezpieczone butelki z wirusem, wystarczy go jedynie z nich pobrać za pomocą igły i jest gotowy do działania. Wolałabym, by były one przechowywane w miejscu dobrze strzeżonym, i d tego w minusowej temperaturze. Jeśli pojawią się jakieś pytania, to proszę je zadawać. Na razie jednak cieszmy się może świętami, pracę zostawmy na później - delikatnie skinęła wszystkim głową.
Oj tak, w pewnych kwestiach nie byłaby tak spokojna, ale nic straconego, noc była jeszcze przed nimi długa. Zdążał trochę się jeszcze pointegrować, a potem będą mogli, cóż. Skupić się wyłącznie na sobie. Chociaż nie mogła zaprzeczyć, że Craig chcący zdobyć nowych znajomych był dla niej jakąś nową odsłoną mężczyzny.
- Powiedz szczerze. To ja będę znajdować nowych znajomych, a ty będziesz mi w tym towarzyszyć? - zapytała, śmiejąc się przy tym. Cóż, może i ukochany jeszcze ją zaskoczy, ale dawała na to małe szanse.
Zaśmiała się po raz drugi, słysząc, jak czarownik odgadł jej zamiary. Czy była aż tak przewidywalna, czy może jednak po prostu on już tak dobrze ją znał?
- I tak mam mniej warstw na sobie od ciebie. I mniej guzików. To już samo w sobie jest nie fair - zaprotestowała. Zarzuciła mu dłonie na szyję. - A jeśli chodzi o nagrodę dla wygranego, to skoro już pozbędziemy się odzieży, to możemy to w bardzo przyjemny sposób wykorzystać. Akceptujesz takie wynagrodzenie? - uniosła brwi w pytającym geście i z mało grzecznym uśmieszkiem. A potem puściła Craiga, by ten mógł wrócić do niej z kieliszkiem wina. A następnie z ciastem. Była w tym momencie rozpieszczana.
- Dziękuję - powiedziała i stanęła obok niego, po czym oparła głowę o jego ramię. Z winem w dłoni obserwowała Nefilim i ich poczynania. Widziała spotykające się rodziny, rozmawiających przyjaciół, rzucającego pomidorem starszego Łowcę na wózku. Widziała spokój i radość, które przyniósł dzisiejszy dzień. Napiła się szkarłatnego napoju, stwierdzając w myślach, że był nawet całkiem dobry.
- Muszę przyznać, że panuje tu całkiem przyjemna atmosfera, przynajmniej dzisiaj - zmrużyła oczy w zamyśleniu. Mimo iż miała dziś tego nie robić, pomyślała o organizacji czarowników. Dlaczego u niech nie mogło to tak wyglądać? Pokręciło lekko głową. Spróbowała ciastka, które rzeczywiście okazało się struclą z orzechami i niespodziewanie pocałowała Craiga w policzek, po czym spojrzała na niego z łagodnym uśmiechem.
 

Yi Byeong-Ho

30 lat



W większości przypadków fałsz jest wiarygodny, bo ofiary chcą, by takie był.






[Cytuj]
Multikonta: Shizhi i gromada
Dobre wrażenie kluczem do sukcesu – oby dziadzio się przyglądał i wyłapywał co ciekawsze smaczki. Nie tylko jemu podarowano pakiet szaleństwa na start – Hope jak widać również nie szczędził na zabawie i zdobywaniu niewinnych serc. Najszczersze kondolencje dla szanownej Lil – tak naprawdę zamiarem Nefilim nie było jej poderwanie. Gdyby nie okoliczności spotkania i nienawiść noszona przez lata, sens i znaczenie gestu byłyby zupełnie inne. Pech niestety chciał, że wszystko między nimi potoczyło się nie tak jak powinno – upokorzenie długo nie dawało o sobie zapomnieć. W końcu zniknęło, lecz ślad po nim pozostał.
Tygrys był pamiętliwym bydlakiem – na razie nie występował przed szereg, nie uśmiechał się i jawnie nie szydził na oczach innych – zrobił za to coś o wiele gorszego. Okrążając ofiarę, przyglądał się jej z bliska – taksował bacznie ciemnymi ślepiami w poszukiwaniu najmniejszej szczeliny, którą mógłby powiększyć ciosem swych silnych łap. Cóż to będzie za satysfakcja, gdy mur pewnej siebie i silnej damy runie na ziemię, odsłaniając jej delikatne oblicze. Wówczas drapieżca ruszy do ataku wystrzelony jak z napiętej procy.
Na nic się zdadzą prośby i błagania o litość – kocisko takowej nie znało – na pewno nie wobec tej, która odmówiła mu podobnej łaski. Ogołocona ze swych tarcz stanie się dla niego przepiękną ofiarą. Z uśmiechem i błyskiem ostrych kłów z największą rozkoszą wyrwie spory kawał mięsa – potem znów i znów, aż z całości nie pozostaną poszarpane strzępy. Wówczas łowczyni zrozumie, co to znaczy być upokorzoną – on zaś po wszystkim zniknie rozmyty w gęstej mgle własnego jestestwa.
I proszę, nie proś o słowo przepraszam – nie wypowie go – nie doszukuj się współczucia – nie zna go – nie oczekuj pomocy, bo ręki do Ciebie nigdy nie wyciągnie. Cierp od ostrza, którym sama go niegdyś potraktowałaś.
Reakcja Lil nie mogła nie zaskoczyć. Z lekko uniesioną brwią Hope kontynuował czynność „ścierania” wilgoci z czubka jej wypolerowanych bucików. Musiała poświęcić na to sporo czasu, by móc przeglądać w ich czubkach odbicie swej twarzy. Tą miała piękną – jasną i nieskazitelnie gładką – ciekawe ile masek postanowiła przyodziać na dzisiejszy bankiecik, by ukryć smród wewnętrznego zepsucia. Wystarczyło krótkie spojrzenie i wdech, aby poczuć jego nieprzyjemny fetor wraz z pęknięciem w murze. To drugie było bardziej pożądane od tego pierwszego. Tygrys pozwolił sobie na nikły uśmiech, któremu towarzyszył dziwny błysk.
- W ten świąteczny czas sugeruję przejść na prostsze zwroty. Hope Penhallow, ale wystarczy samo Hope. – przedstawił się swoim „imieniem” i „nazwiskiem” – fałszywymi personaliami nadanymi mu na czas misji w York. Swoje prawdziwe dane wolał trzymać w ukryciu, chociażby dla komfortu osób o niekoniecznie koreańskim akcencie. Odgłos łamania ich języków przy próbie to niewątpliwie sympatyczny smaczek, niemniej Azjata aż taką mendą nie był – wszelkie wyobrażenia tego typu wolał pozostawić dla siebie.
Swoje słowa mężczyzna wypowiedział tuż po powstaniu. Pomoc niewiasty przyjął, na co również się uśmiechnął, po czym lekko skłonił, jak na grzecznego kociaka przystało.
- Grunt, że nie jest to plama na honorze – buty da się odratować. Wszystko w porządku? – pytanie o charakterze… no nie wiem… retorycznym? Kwestia sporna, zwłaszcza w odniesieniu do sytuacji. Jeżeli Lil myślała, że nagła zmiana w jej zachowaniu uszła niezauważona, to niestety była błędzie. I tą drobnostkę Hope raczył wyłapać magią swojego przenikliwego spojrzenia.

W życiu człowieka są chwile, kiedy nie wie, co ze sobą zrobić i dokąd pójść, a cała przyszłość wydaje się być jedynie czarną pustką. I bynajmniej nie interesuje cię, co w tej pustce znajdziesz.
Gość zrób klik | Notatnik | Warsztat
 

Joe Verlac

[Cytuj]
Multikonta: E. Godfrik, N. Black, S. Murdock, C. L. Vaughan
Od razu sabotażysto. On po prostu miał zbyt dobre, zbyt miękkie, zbyt kochane serce, które po prostu za bardzo martwiło się o wszystkich członków tej anielskiej rodziny. Nawet o woźnego, któremu zresztą ostatnio ukradł mopa. Do czego? Nawet nie pamiętał. Tak samo jak nie pamiętał ostatnim czasem większej ilości mało istotnych faktów. Zakaz palenia marihuany w domu? Coś nowego, dziwnym trafem James i Shani upierają się, że rozmawiają z dziadkiem na ten temat kilka albo nawet kilkadziesiąt razy dziennie. Tylko dlaczego on żadnej z tych rozmów nie pamięta? No dobra, pamięta ale twierdzi, że nie. Ale nie oszukujmy się, gdyby nie on byłoby tu po prostu smutno.
- Ja? Nic. Trzeba rozluźnić anielskie dupy tego zgromadzenia. - skwitował krótko. Poczekajcie jeszcze trochę, sami zauważycie. Chociaż może źle robił ich ostrzegając? Jednak... jak się zastanowić to wolał zaoszczędzić Vivi dziwnych obrazów. Tak, to było rozsądne. Chociaż raz zachował się tyci, tyci dojrzale.
Ah! Właśnie! Pytanie które padło z ust jej wnuczki nieco zakłopotało starca. Nawet nie opowiedział. Patrząc na swoje oczko w głowie podrapał się po głowie i wzruszył ramionami. No przecież co ma jej powiedzieć? Że to nie wszystkie, że niektóre imprezy odbywały się bez aparatu? Że raz obudził się na innym kontynencie wśród kobiet których nie znał? Oj nie oszukujmy się, czasami pozwalał sobie na zbyt wiele. No ale dzięki temu był tym kochanym staruszkiem, którego teraz tak uwielbiają jego wnuczęta.
Z Vivi też nie był taki aniołek jak wyglądała, on dobrze pamiętał jak w wieku sześciu lat zarzekała się, że będzie taka jak dziadek a nawet bardziej. To było słodkie. Mała dziewczynka z dwoma warkoczykami i ubytkami w zębach. Jednak wspomnienie było na tyle wyraźne jakby to było wczoraj. Nawet trochę w nim odpłynął po utracie Hope.
Już miał mówić, że jego strata. Więcej będzie dla nich gdy pojawiła się kolejna twarz. Na twarzy dziadka pojawił się nawet szeroki uśmiech i na powitanie poklepał młodzika po przedramieniu.
- Vivi, mój znajomy Rain. Rain, moja wnuczka Vivi. Nie brzydzisz się szklanki po dziecku? - przecież nie będzie się pytać mężczyzny czy się napije z nimi bo dobrze znał odpowiedź. Tak więc rozlał kolejną kolejkę i gdy wszyscy wypili wyłapał Hope i Lilly. Nawet parsknął śmiechem widząc zaloty azjaty.
- Zaraz wrócę z wódką. Jestem ciekawy kto z nas szybciej opróżni butelkę. Nie uciekajcie mi. - jak zostawi ich z dwoma szklankami i koniakiem to w kilka chwil chyba się nie upiją? Taką miał nadzieję. On sam oddalił się w stronę azjatyckiej pary z szerokim uśmiechem machając do dziewczyny. Rzecz jasna lodówka zamknięta, działko złożone a on sam sterował przy pomocy pilota. Żeby nie było, że coś kombinuje. Wiadomo, James był coś podejrzliwy po akcji w kuchni.
- Lilly, kochanie! Witaj w Yorku. - rzecz jasna przejechał po nodze Hope, co miało być karą za opuszczenie towarzystwa. Z dziewczyną przywitał się całując ją trzy razy w policzki. Co bez jej pomocy byłoby niemożliwe, niestety musiała się nachylić. W stronę swojego młodszego przyjaciela z obcego kraju wystawił nawet język.
- Siadaj, ukradniemy trochę wódki i poznasz moją wnuczkę. - nawet pokazał azjatce gestem, żeby usiadła na kolanach. Gdy tylko to zrobiła odjechali w stronę stołu zgarniając pięć butelek wódki. Nie umknęło mu też ostrzegawcze spojrzenie młodej nefilimki, która ostatnim czasem martwiła się o jego zdrowie i próbowała go naprostować. Była miła i urocza, strasznie władcza, niestety, za młoda, dobre czterdzieści lat. Albo on za stary, jak kto woli. Dlatego zanim podniosła alarm puścił jej oczko i wrócił do Viv i Raina. Czyli został sam z Viv. Teraz ukradł dziewczynę Hope. Pojawił się Rain i nagle była z nich czteroosobowa ekipa. Znając życie azjata też wróci to będzie nawet piątka.
Gdy Lilka zeszła z jego kolan przedstawił ją towarzystwu i rozdał po butelce wódki na głowę. Jak któreś z nich odpadnie proszę się nie martwić. Joe zachowa się jak na kochającego dziadka przystało i się zaopiekuje. Włos z głowy nie spadnie, chociaż głowa od ciała, być może. Kto wie, kto wie.
Swoją drogą ciekawe czy Hope domyślił się, że Joe i Lilly łączy tak jakby rodzinna relacja. Znali się od dawien dawna, mieli ze sobą kontakt i w sumie staruszek podchodził do niej jak do przybranej wnuczki. Ona odpłacała się tym samym. Dlatego oboje nie mogli narzekać bo miał ich kto wysłuchać.
Panie Penhallow. Hope vs Joe. 0:1.
 

Seweryn Hermod Nestraven

27


185 cm


Porzuć przeświadczenie, że musisz trafić. Kiedy łucznik nie myśli o celu, wtedy zaczyna podążać drogą łuku.







[Cytuj]
Multikonta: Soyung Charlotta
Dostając zaproszenie na uroczysty posiłek w Instytucie. Seweryn zastanowił się nad nim, bo chciał spędzić te święta z Rosą. W końcu to są święta, a należy je spędzać z tymi, którzy znajdują się najbliżej twego serca. Chociaż na zaproszeniu było z informacją towarzysząca. To nie był pewny jak co niektórzy zareagują kiedy przyjdzie z Rosą. Jednak nie obchodziło go co inni sobie pomyślą. Miał to gdzieś... Bardziej obawiał się, że kobieta może źle się czuć, a tego nie chciał. Dlatego nim postanowił w ogóle przyjść na nie pogadał Rosą co o tym myśl. Ustając sobie hasło, które ona użyje, kiedy będzie miała dość brania w nim udziału.
Po za tym ucieszyło go, że Rosa jednak zgodziła się pójść. Ponieważ można ten uroczysty posiłek wykorzystać. Skoro jego ojciec knuł za jego plecami dogadując się oraz planując mu życie. Mógł wszystkim jasno oznajmić z kim on sam pragnie być i przestawić Rose swoim przyjaciołom. Wiec to było kolejny punkt na liście ,,za".
Tak więc wszedł wraz z Rosą na sale rozglądając się, bo zdaję się chyba przybyli jako ostatni. Dostrzegł, że większość osób już się zebrała. W tłumie zdołał wypatrzeć nawet własną siostrę Pie. Szkoda tylko, że najmłodszej nie widział. Jak zwykle gdzieś się zaszyła lub przyjdzie później na co liczył.
- Witam, przepraszam za spóźnienie oraz wszystkiego najlepszego dla wszystkich - powiedział do wszystkich do zgromadzonych, ponieważ bardzo czuł, że powinien przepościć. Zwłaszcza, że powinien przyjść o czasie, a nie prawie jako ostatni.
- Chodź poznasz moją siostrę - zwrócił się do Rosy, kiedy przeprosił za swoje spóźnienie i tak ogólnie złożył życzenia. Tym, którym chce osobiście na pewno zdąży noc jeszcze długa, a ich nie ma tak dużo. Widząc, że akurat Pia skąd wróciła, a oni byli przy drzwiach to podszedł do niej z rosą.
- Pia poznaj moją dziewczynę Rosę, Rosa to moja siostra Pia - przestawił kobiety sobie, chyba pierwszy raz głośno mówiąc o tym, że Rosa jest jego dziewczyna, a po za tym tak publicznym miejscu.
Seweryn H. Nestraven
 

Charlotte V. Bennett

8


125 cm


,,Tylko mnie kochaj"






[Cytuj]
Multikonta: Seweryn/ Soyoun
// święta, święta czyli jakoś po innych grach

Święta... święta nie długo przyjdzie Mikołaj i będą prezenty. Jednak nim do tego przyjedzie starszy pan z workiem prezentów. Spędzałam czas z wujkiem, a raczej tatą. Nie znałam swojego prawdziwego taty, a jedynie ojczyma. O nim nie chciałam myśleć. Jeśli chodziło o papę Xaviera to był fany, kochałam się go oraz lubiłam spędzać z nim czas. Tak jak razem bawiliśmy się przy pieczeniu ciasta. Tylko szkoda, że nie mogliśmy je zjeść od razu i musiałam zadowolić się resztkami masy.
Xavier wybrał dla mnie śliczną sukienkę na ramiączkach do kolan. Trochę gorzej było z uczesaniem ale razem daliśmy radę. Więc prezentowałam się ślicznie... Tylko nie wiedziałam gdzie idziemy tak odświętnie ubrani. Dopiero jak byliśmy na miejscu papa, wszystko mi wyjaśnił. Mieliśmy dać nasze ciasto oraz miałam poznać kilka bliskich osób Xaviera. Więc była bardzo ciekawa... Nie mogłam się doczekać i cierpliwie czekałam za nim nasz wpuszczono przestępując z nogi na nogę. Jak w końcu nas wpuszczono do środka i zobaczyłam tych wszystkich ludzi. Trochę spanikowałam, bo ich było tak dużo więc schowałam się za Xavierem.



Dla całego świata możesz być nikim,

dla kogoś możesz być całym światem.
 

Rose Bloomwood

26



Kocha Seweryna







[Cytuj]
Multikonta: Xavier, Ceris, Elvan
/Najnowsza + sukienka /

W sumie Rose wahała się czy iść na tą Wigilię. Wiele lat nie obchodziła Świąt. Z tego co wiedziała jej rodzina myślała, że zginęła na misji. W sumie to było najlepsze wyjście, bo weź wytłumacz zwykłemu człowiekowi, że ich córka jest wilkołakiem.
Jednak tutaj chodziło o Seweryna, a tam była jego rodzina i znajomi, a nawet może przyjaciele. Na początku powiedziała swojemu Nefilim, że musi się zastanowić. Poza tym tak czy siak obawiała się tego co czuję do mężczyzny. Jednakże... to było coś, co nie chciało minąć i z dnia nadzień się pogłębiało. Może jeszcze nie chciała tego przyznać i broniła się, ale chciała się związać z Sewerynem. A ta Wigilia była pierwszym i poważnym krokiem do tego, że jej zależy i to na poważnie. A jak już powie A to się nie wycofa i nie ucieknie. Rose nie jest z takich.
Wilczyca się zgodziła. Kupiła sobie nawet na tą okazję sukienkę oraz czarne kozaki. Nie na za wysokim obcasie, ale... powoli się uczyła chodzić na takich butach. Chciała też udowodnić sobie, że umie ładnie wyglądać i przy okazji nie przynieść wstydu swojemu ukochanemu. Ustalili hasło jakby już miała dość. Jednak chciała by Seweryn najwięcej z tego wyniósł, poza tym to Święto rodzinne. Umalowała usta na kolor szminki by pasował do jej karnacji i ruszyła ze swoim Nefilim do Instytutu. W sumie w życiu tutaj nie była. Niestety to jedyna okazja, że tutaj weszła, bo to tylko miejsce dla Nocnych Łowców, a nie dla takiej rasy jak ona. Oczywiście, że Bloomwood się stresowała. Jednak z podniesioną głową i pewnością siebie oraz z uśmiechem wkroczyła za rękę z Sewerynem. Zaraz znalazła się w gromadce nieznajomych jej osób.
- Witam, ja też dołączam się do życzeń - powiedziała.
Zdążyła to powiedzieć, a zaraz usłyszała, że ma poznać siostrę swojego chłopaka. Kolejną? Aaa... zaraz Rose sobie przypomniała, że zaginęła, a to pewnie to ta.
Bloomwood poszła z nim do tej osoby. Musiała przyznać, że siostry Seweryna są naprawdę ładne. Tak przez myśl jej przeszło jak wygląda matka tych trzech osób. A może wyglądała.
- Miło mi poznać - powiedziała i wyciągnęła dłoń do Pia.
Miała nadzieję, że druga siostra okaże się trochę mniej oziębła w stosunku do niej.
Is this love that I'm feeling

In your eyes I feel the flames of love

 

Shantae Yvette Whitelight

30



Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul







[Cytuj]
Multikonta: Marg, Nyx, Kieran, Noah
Jako, że średnio ogarniam co tu się dzieje, jak kogoś pominęłam – wybaczyć proszę.

Problem polegał głównie na tym, że Shantae nie umiała się tak po prostu nie przejmować. To byłoby zbyt banalne i zbyt proste, czuła się tak, jakby opuszczała gardę, a Leyton miał wyskoczyć w tym czasie ze stosu babeczek przyozdobionych świątecznymi gwiazdkami. Nigdy nie działo się nic bardzo złego, a jednak James był naznaczony, podobnie jak Margaret i chociaż tyle, że szwagierka nie kryła się ze swoim słabym samopoczuciem. Co jeśli ją też by to dopadło? Co jeśli znamię zaszkodzi dziecku? To wszystko było takie cholernie głupie i skomplikowane.
Najpierw jednak skupiła się na Rebece, która podeszła do nich. Shantae czuła się trochę winna, bo bratanica Jamesa uważała ją za złą, pewnie za jakąś cholerę, która jej nie trawi. Prawda jest taka, że w momencie kiedy doszło między nimi do spięcia Shan bardzo źle podchodziła do wszystkiego, przez ciąże, stres związany ze ślubem i całą masę innych czynników. Nie powinna była reagować tak agresywnie i negatywnie wobec niej, ale niestety, była z rodu Verlac i przyznanie się do błędu nie istniało.
- Wszystkiego dobrego Rebekah. Nie jestem zła, miałam wtedy bardzo zły czas. – stwierdziła w odpowiedzi, uśmiechając się do niej delikatniej, zupełnie tak, jakby złagodniała. – I mam nadzieję, że czujesz się już dobrze. – dodała jeszcze po chwili, przyglądając się jej uważnie, w dzisiejszych czasach ciężko było czuć się prawidłowo, ale niestety, nie mieli wyboru.
Mężowi nie odpowiedziała na jego słowa o udawaniu, że wszystko będzie cacy. Nie lubiła przekłamań, ale rozumiała to, że blondyn musiał zachować pozory i pokazać, że jest silny i niezrażony. Miała zamiar mu coś odszczeknąć, jak to ona, ale na horyzoncie pojawił się Xavier. Oczywiście, że cieszyła się z jego obecności tutaj. To wspaniałe, że przychodził do Instytutu i chciał spędzić ten czas z nimi, w końcu byli rodziną. Jednocześnie przypominało jej to o Jaydenie, z którym ostatnio działo się na tyle źle, że znikał. Shan już sama nie wiedziała co ma z tym faktem robić. Przywitała się z Xavierem, przytulając się do niego, a później uśmiechnęła się widząc małą dziewczynkę obok niego.
- Cieszę się, że jesteś Xavier. A to pewnie jest nasza mała Charlotte… – uśmiechnęła się. Chciałaby ją wziąć na ręce, ale niestety – dźwigać nie wolno. Chciała by przed nią kucnąć, ale niestety – ktoś by ją musiał potem podnieść z podłogi. Kucanie nie było pożądaną czynnością u ciężarnych. Sięgnęła więc po kolorową babeczkę, z małym lukrowym elfem i podała dziewczynce. –Nie bój się… – powiedziała do niej z uśmiechem i spojrzała na brata, mając nadzieję, że ten czuje się dobrze. – Siadajcie koło nas, Xavier. – dodała, łapiąc Jamesa pod rękę, odetchnęła głęboko. Przesunęła wzrokiem po zgromadzeniu, a jej wzrok padł na dziadka. – Joe całkiem nieźle się bawi… – mruknęła do męża rozbawiona. – Przewidziałeś tańce? – spytała, opierając głowę na jego ramieniu.
Shantae Y. Whitelight

I’d walk straight through the dagger, never break the pattern, diamonds don’t shatter, beautiful and battered...

 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo