Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
Nie różnił się od innych młodych mężczyzn, którzy szukali szczęścia w pubach. Zaczepił dziewczynę w nadziei, że spędzi miły wieczór i jej zachowanie kazało mu myśleć, że tak właśnie będzie. Nawet jej ostrzeżenie, tak jasne i bezpośrednie, nie wpłynęło w jakikolwiek sposób na to, by "wyluzował".
- Mamy dużo czasu. - Zauważył, odsuwając od siebie szklankę. Był przekonany, że tego wieczora nie weźmie do ust nawet grama alkoholu. Wódka zrobiła w jego żołądku rewolucję, a w połączeniu z ciężkim, słodkim winem cała ta akcja mogła skończyć się w tylko jeden sposób. Na razie Buckley jeszcze nie wymiotował, ale ciężar w żołądku stawał się coraz bardziej dokuczliwy.
Starał się być pewny siebie. Wydawało mu się, że kobiety takich lubią. Przez ostatnie pięć lat zaniedbał zupełnie wiedzę o tym, co przypadkowo poznane panny lubią, a czego nie. Nie musiał zastanawiać się nad potrzebami kobiet, gdy miał tę jedyną i nie dopuszczał do siebie myśli, że może jej zabraknąć.
Zgodziwszy się z Sonią, zsunął się z barowego stołka i ruszył w kierunku wyjścia. Dopiero dostrzegał, jak bardzo pijany jest - nogi plątały się pod nim, a on sam musiał asekurować się trzymając ścian.
- Gdzie teraz? Gdzie chcesz iść, kochanie? - Zagadnął wesoło, zaraz zaśmiał się z własnych słów. Oparł się o ścianę budynku, tylko po to, by zaraz po niej zjechać i usiąść na bruku. - Zostańmy tutaj!

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Sonia Kozakova

23


178 cm


Where is my mind?







[Cytuj]
Multikonta: Anthony, Sigyn
Fakt, pub był takim miejscem, który przyciągał konkretny typ osób. Sonia zaliczała się do alkoholików, którym coś mocno spieprzyło się w życiu. Często upijała się tam do nieprzytomności i zaczynała awantury. Arthur był z grupy tych nieszczęśników, co nie powiodło się w życiu miłosnym. I wiele z nich zaczepiało dziewczyny w pubie. Kozakova wiele razy była na ich celowniku. Najczęściej ich zbywała, ale akurat Arthur był wyjątkiem. Może układ planet wpłynął na jego korzyść?
- Czas to rzecz względna. !00 lat dla ludzi to marzenie, a dla czarowników ledwo co - walnęła filozoficznie i aż zamilkła, kiedy zorientowała się, o czym zaczęła pieprzyć. Zdecydowanie wypiła za dużo. - A co ty o tym sądzisz? - spytała, jakby nigdy nic, ale jednocześnie będąc ciekawą, jakie ma o tym zdanie wilkołak. Lubiła rzeczy abstrakcyjne, a jeszcze bardziej lubiła o nich rozmawiać.
Jak się mówiło, wszystko jest kwestią gustu i nie każda kobieta była fanką pewnych siebie mężczyzn. No, ale mimo wszystko większość preferowała tę cechę. Zresztą, pleć piękna też zyskiwała w oczach facetów, kiedy wiedziała, czego chce.
- Byle gdzie, byleby wyjść - odparła Sonia, nieszczególnie zdolna do wymyślenia, gdzie też mogliby się teraz udać. Po prostu musiała pooddychać świeżym powietrzem. Nawet nie zwracała uwagi na to, jak do niej powiedział Arthur. - Może chodźmy na koniec świata? - rzuciła na wpół przytomnie, próbując z całych sił utrzymać pion. Język jej się plątał, tak samo jak nogi. Wino było jej ostatnim gwoździem do trumny.
Kozakova spojrzała na swojego towarzysza, który zsunął się po ścianie pubu. Już po chwili dołączyła do niego, kiedy zorientowała się, że świat na razie za mocno wiruje, żeby móc iść.
- Taaa, dobry plan - zgodziła się, ignorując uczucie gorąca, które wynikało z tego, że alkohol ją rozgrzał. Sonia odchyliła głowę, by móc spojrzeć w ledwo widoczne gwiazdy.
- Hej, Arthur, w ogóle to ty jesteś stąd? - spytała, odwracając spojrzenie na mężczyznę, który najwyraźniej też ledwo trzymał się, tak jak ona.

I'm thinking too much again. How my life will end? I have to life tomorrow. I don't wanna live tomorrow.
sałata


 

Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
Wilczyca nie wygląda na alkoholiczkę. Arthur nie miał podstaw, by tak o niej myśleć. Wolał zastanowić się nad sobą i własnymi ciągotami do butelki. Był facetem, którego życie, jak sam sądził, skończyło się w dniu odejścia narzeczonej. Wszystko, w co wierzył, okazało się kłamstwem. Dziewczyna wykorzystała jego dobroć i pozostawiła wrakiem w momencie, gdy związek przestał być rentowny.
Arthur był księgowym. Z praktycznego punktu widzenia, Rachel miała rację. Nie potrzebowała już domu blisko uniwersytetu, darmowej taksówki, codziennych posiłków ani rutyny, która pojawiała się przy nim. Była kobietą sukcesu z inną wizją na przyszłość.
- Chciałabyś żyć sto lat? - Zapytał, patrząc na Sonię z dołu. Poczuł się lepiej w momencie, w którym usiadł, choć grunt wciąż go wołał. Mógłby położyć się na wilgotnej trawce, tylko na chwilę... - Zabiłbym się, gdybym miał tyle żyć. - Wybełkotał. - Wszyscy, których znam, dawno byliby martwi.
Arthur nie miał wielu przyjaciół. Nie był towarzyskim typem, jednak było parę osób, których zdecydowanie brakowałoby mu na świecie.
- Gdybym... Gdybym miał umrzeć dzisiaj albo za sto lat, wybrałbym dzisiaj. - Skomentował jeszcze. Wiedział, że o własnych siłach nie będzie w stanie dojść do domu. Potrzebował paru minut odpoczynku. Świeże powietrze dobrze mu zrobi.
- Za chwilę. Na koniec świata i jeszcze dalej. - Wzniósł przed siebie dłoń ściśniętą w pięść. - Albo do domu... - Entuzjazm nieco opadł. - Mm, stąd. Mieszkam... Tam. - Wskazał kierunek, z grubsza, katedry. Jego dom był niedaleko. Górujące nad miastem wieże były dobrym punktem orientacyjnym.

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Sonia Kozakova

23


178 cm


Where is my mind?







[Cytuj]
Multikonta: Anthony, Sigyn
Jak to się mówi, pozory mylą, co nie? Akurat to sprawdzało się w przypadku Sonii. Oprócz wiecznej miny grumpy'ego cata, nieszczególnie kojarzyła się z zgorzkniałą alkoholiczką. A jednak. Zresztą, sam Arthur również na pierwszy rzut oka nie przywodził na myśl desperata, co został rzucony przez narzeczoną.
Nieźle się dobrali.
- Sto lat mogłabym żyć jako człowiek, ale jako wilkołak już nie - stwierdziła szczerze, nawet nie chcąc sobie wyobrazić, jaka mogłaby być to męczarnia. Zwłaszcza że nieszczególnie dobrze czuła się jako Dziecko Księżyca. No, ale teoretycznie czeka ją jeszcze dłuższy żywot. - Nie wiem jak reszta Podziemnych wytrzymuje. Wiesz, wampiry, czarownicy, wróżki... oni wszyscy mogą mieć z kilka setek na karku. I weź tu nie zwariuj, kiedy wszystko jest takie ulotne i przemijalne. Polubisz kogoś Przyziemnego, a tu już go nie ma. Jedynie z kim można spoufalać się to inne wampiry, czarownicy i wróżki, ale to nudne na dłuższą metę - alkohol zdecydowanie spowodował, że Rosjanka rozgadała się jak rzadko kiedy miała ostatnio w zwyczaju. Przed przemianą było to nawet częste u Kozakovej. Oczywiście mimikę miała żywą i adekwatną do odczuć, które czuła w momencie opowiadania. - Eh, zresztą, i tak nie mamy, co się przejmować starością. Prędzej jakiś pojebany fanatyk nas dorwie, Kłusownik albo ten z Krucjaty. Srebrna kulka w łeb i po wszystkim. Koniec. Finisz. The end. Motyw - bo ofiara była wilkołakiem. Nic mi nie zrobiła, ale zasługiwała na śmierć przez bycie inną, tyle. Możecie mi dziękować za uratowanie waszych tyłków przed groźną bestią, która jeszcze mogłaby was zjeść - niby trochę żartowała z tego wszystkiego, ale nie dała rady ukryć, że wspomniana Krucjata ją zadręcza. I jej obawy przed fanatykami wyszły na światło... eee, już nocne, mniejsza - jej obawy wyszły na jaw.
- Kto wie, może dzisiaj zginiesz? Wiesz, jak w "Oszukać Przeznaczenie", zaraz coś na nas dupnie i nie trzeba będzie się martwić, co będzie za sto lat - zażartowała i już zależało od Arthura czy ma podobne poczucie humoru, co Sonia, czy nie.
Kozakova zmrużyła oczy, jakby to miało jej pomóc w dostrzeżeniu domu Arthura. Oczywiście jedyne, co zobaczyła to wieże katedry. Sonia stwierdziła, że mimo tego, że nie jest to na końcu świata, wilkołak mieszkał daleko.
- Ja mam dom bliżej - odparła, próbując zlokalizować odpowiedni kierunek. - Tam, niedaleko jest osiedle. Jesteśmy teraz w moich okolicach - dodała i odchyliła głowę do tyłu, gdy znowu obraz jej zawirował. Jakby ten ruch miał jej pomóc. - Niby cię nie znam, ale jak chcesz to możesz u mnie przenocować. Już wcześniej nawet przygarnęłam pod dach takiego czarownika. Śmierdział okropnie siarką - już nawet nie kontrolowała tego, co mówi. Po prostu gadała o tym, co jej akurat przychodziło do głowy. - Ale... ale najpierw musiałabym wstać, żeby iść - a kto umarł, ten nie żyje.

I'm thinking too much again. How my life will end? I have to life tomorrow. I don't wanna live tomorrow.
sałata


 

Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
- A co to za różnica? Wilkołak czy człowiek?
Arthur nie musiał mierzyć się z przemianami podczas pełni, z nagłymi zrywami podyktowanymi przez instynkt, z bestią, która rwała się do tego, by zyskać panowanie nad ciałem... Nie miał pojęcia o bolączkach bycia wilkołakiem, który nie do końca potrafi panować nad swoją naturą. Dzięki rodzicom mógł żyć jak normalny Przyziemny, nie martwiąc się o swoją futerkową stronę.
Arthur zachwiał się i przechylił, by ostatecznie oprzeć czoło na ramieniu Soni.
- Myślisz, że wampiry i reszta różnią się od ludzi? Ludzie są różni. - Wymamrotał. Nie można było wrzucać wszystkich do jednego worka. Arthur był przekonany, że tak, jak wśród Przyziemnych, wśród Podziemnych również zdarzają się różne indywidua.
Jej fatalistyczne spojrzenie na czekającą ich przyszłość kazało mu podnieść głowę i przyjrzeć się wilkołaczycy spod ledwie otwartych powiek. Krucjaty? Łowcy?!
- Kieran coś wspominał... - Mruknął. Prawdę mówiąc, nie sądził, by problem dotyczył jego. Nikomu nie zawadzał! Żył sobie swoim nudnym życiem, nie będąc potworem, za którego mógł mieć go świat. Klątwa była przypadkiem i nie miał wpływu na to, że trafiła się akurat jemu. - Nie bój się, obronię cię. - Obiecał, choć w przypadku nagłego ataku najpewniej nie zdążyłby nawet podnieść tyłka z ziemi. - Chyba że spadnie nam na głowy satelita. To będzie dobra śmierć. - Spojrzał w niebo, jakby oczekując, że jakiś kawał żelastwa naprawdę zaraz w nich trafi. Szybko byłoby po sprawie!
Zaśmiał się lekko. Pokręcił głową.
- Nie jestem z tych facetów, co to zapraszasz do domu na jedną noc. Chociaż... to chyba działa odwrotnie.
To on powinien zaprosić Sonię do siebie! Rozbawiło go to, zakrył twarz dłonią i zachichotał jak niespełna rozumu.

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Sonia Kozakova

23


178 cm


Where is my mind?







[Cytuj]
Multikonta: Anthony, Sigyn
- Jak to? - Sonię, aż zamurowało, gdy usłyszała pytanie Arthura. Wielkimi oczyma spojrzała na niego, jakby był jakimś UFO, co przed nią wylądował. Przez dobrą chwile wpatrywała się w niego, oczekując, że zaraz wybuchnie śmiechem czy czymś takim. Jednak nic takiego się nie stało, a Kozakova musiała otrząsnąć się ze szoku. Co nie było łatwe po takim pytaniu.
- To jest ogromna różnica! - odparła, żywiej, niż miała w zwyczaju, bo akurat Arthur trafił na jeden z czulszych tematów Rosjanki. - Przyziemni nie muszą martwić się Pełnią, nie muszą non stop kontrolować siebie, żeby przypadkiem się nie przemienić i dzięki temu nie krzywdzą nikogo lub nie zabijają... znaczy, też to robią, ale wiesz, przynajmniej nie mają w sobie wilka, który ma gdzieś moralnością. Dodatkowo mogą dotykać srebra do woli i sztachać się tojadem bez żadnego ryzyka. No i nie są wplątani w podziemne problemy - zaczęła wymieniać wszystko, co jej przeszkadzało w byciu wilkołakiem. Niestety, dla Sonii więcej było minusów, niż plusów. Kiedy skończyła, spojrzała uważniej na mężczyznę. - Ty... serio nie miałeś z tym problemów? - spytała, trochę ostrożnie. Nawet nie przeszkadzało jej, że facet oparł się o nią.
- A czy przypadkiem ludzie nie są związani z każdą rasa? W sensie, nie są oni jakby podstawą? - zmarszczyła brwi w zamyśleniu, a trzeba przyznać, że obecnie myślenie było trudnym zadaniem. - Wampiry i wilkołaki kiedyś byli ludźmi, czarownicy to w połowie ludzie, a w połowie demony, Nefilimy w połowie anioły. Tylko te całe wróżki nie mają nic wspólnego z ludźmi - dodała, wyjaśniając, skąd u niej wzięły się takie pytania. Cóż, tak też sama sobie odpowiedziała, ale może nakieruje tą gadką Arthura na ten temat? - I jeżeli jest tak, jak mówię, to oznaczałoby, że my różnimy się od ludzi, bo oni byli pierwsi. Poza tym, są w znaczącej większości, co też przeważa na ich korzyść... - Sonia nagle urwała, krzywiąc się nieznacznie. Potarła czoło, mając nadzieję, że ten ruch zniweluje ból głowy, który nagle jej się pojawił od tego gadania i wzmożonego myślenia. Ech, zdecydowanie nie nadaje się teraz na takie głębokie rozważania.
- Nie słyszałeś? - spytała, znowu zaskoczona. Matko, Kieran powinien zatroszczyć się o odpowiednie doinformowanie swoich członków watahy.
Rosjanka mimowolnie zaśmiała się, rozbawiona słowami Arthura. Choć musiała przyznać, że miło było z jego strony, że był gotowy obronić jakąś nieznajomą spotkaną w pubie. No, przynajmniej tak mówił, a jak byłoby w praktyce to już inna kwestia.
- Hmm, satelita mogłaby w nas dupnąć, ale ja nie wiem czy byłaby to taka dobra śmierć. Oglądałeś "Przystanek Alaska"? Tam była taka sytuacja, że koleś został w ten sposób zabity, a potem nie można było oddzielić jego ciała od satelity, więc go pochowano z tym. Wszyscy się śmiali na pogrzebie i całą powagę chuj strzelił - tak to się dzieje, gdy Sonia mogła nawiązać do jakiegoś serialu lub filmu - przechodziła w tryb gaduły. No, alkohol zrobił też swoje.
Kozakova nie uważałaby, żeby Arthur powiedział coś szczególnie zabawnego, ale sama nie mogła się powstrzymać od śmiechu. Dlatego też zawtórowała wilkołakowi, uspokajając się po chwili.
- No dobra, to co chcesz zrobić tej nocy?

I'm thinking too much again. How my life will end? I have to life tomorrow. I don't wanna live tomorrow.
sałata


 

Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
Potrzebował paru długich chwil, by zrozumieć, dlaczego Sonia tak się dziwi temu, co powiedział. Nie sądził, że tak zaszokuje kobietę i to z zupełnie innych powodów, niż powinien!
- Ja nie przejmuję się pełnią. - Powiedział powoli, jakby miał coraz większe trudności z formowaniem słów. - Nie przemieniam się, jeśli nie chcę... rodzice mnie tego nauczyli. - Podzielił się swoją historią w wielkim skrócie.
Rodzice zmuszający go do ukrywania natury wilka wyrządzili mu tym samym krzywdę, ale również pozwolili żyć normalnie.
- Mój brat jest taki jak ty. Powinniście się poznać. - Parsknął. Nie miał pojęcia, dlaczego pomyślał, że (jak mu się wydawało) wycofany i wstydliwy Oliver może przypaść do gustu Soni. Z drugiej strony, on sam również był wolny, choć w pamięci pozostawała Rachel. - Szalał podczas pełni, biegał za kotami... ech, mój braciszek... - Westchnął. Potarł twarz po raz kolejny, by odgonić senność. Miał wrażenie, że może odpłynąć w połowie zdania.
Filozofie kobiety były być może sensowne, ale nie mieściły się w pijanym umyśle Buckleya. Kiwał głową, zgadzając się z jej słowami. Każda rasa miała coś z człowieka.
- Jak ludzie, tylko lepsi. - Podsumował, choć nie wiedział, czy prawidłowo. Nie czuł się lepszy od kogokolwiek. Wilkołaki były po prostu... nieco bardziej magiczne.
Śmiech Soni był przyjemny dla ucha. Arthur cieszył się, że udało mu się go wywołać.
- Spotkałem kiedyś skrzydlatą kobietę z rogami. - Wspomniał. - Mówiła, że jest czarownicą, jak z Harry'ego Pottera.
A może Verena mówiła coś zupełnie odwrotnego? Jakie to teraz miało znaczenie?!
Arthur wsparł się o ścianę i powoli, bardzo powoli spróbował zebrać z ziemi i znów stanąć na nogach.
- Uciekamy przed satelitą, żeby nie było wstydu. - Zarządził. - Mówiłaś, że gdzie mieszkasz..?
Ostatecznie... skoro kobieta sama go zapraszała, mógł przenocować u niej. Przecież nie miał nikogo, komu mógłby być wierny.

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Sonia Kozakova

23


178 cm


Where is my mind?







[Cytuj]
Multikonta: Anthony, Sigyn
- Och - to była jej pierwsza reakcja na słowa Arthura i chyba nie potrafiła dodać nic mądrzejszego. Zamiast tego zawiesiła się nieznacznie, mimowolnie myśląc, jak to jest nie przejmować się tymi wszystkimi problemami, które obecnie miała. Cholera, musiało to być wygodne!
- Masz brata? Pewnie młodszy, co nie? - spytała, przypatrując się Arthurowi. Wyglądał jej na typa, co jak już był tym starszym rodzeństwem. Poważniejszym i bardziej odpowiedzialnym. Sonia nie była pewna, dlaczego uważała Arthura za rozsądnego, skoro upił się z jakąś nieznajomą i teraz siedział, i gadał z nią o dziwnych rzeczach.
- Spoko, możesz kiedyś mnie z nim spiknąć. Będzie zabawnie, jeśli też pije wino jak ty - zaśmiała się mimowolnie na wspomnienie miny wilkołaka, gdy dostał od niej wódkę.
Rosjanka zamruczała tak, że nie dało się stwierdzić czy się zgadza z Arthurem, czy nie. Raczej zrobiła to, żeby nie było, że go olewa. Za bardzo głowa ją bolała, żeby ponownie rozmawiać o poważnych rzeczach.
- Czekaj... kobieta z rogami i skrzydłami? - w jej otumanionym umyśle pojawiło się wspomnienie cyrku z demonem i charakterystycznej postaci ze wspomnianymi atrybutami. Sonia nie miała z nią bliższego kontaktu, ale trudno było nie zapamiętać kogoś o takim charakterystycznym wyglądzie. - J-ja... ja chyba wiem, o kim mówisz - dodała niepewnie, bo teraz przypomnienie sobie dokładnie Vereny było czymś graniczącym z niemożliwym. - Harry Potter ssie! - no, przynajmniej, co do tego była pewna.
- Ho-Holgate... o tam! - machnęła w mniej więcej dobrym kierunku i spróbowała wstać. Udało jej się, ale musiała przytrzymać się ściany, żeby znowu nie wylądować pod nią. Sonia przetarła oczy, które już jej się lepiły. Przydałoby się coś, czym mogłaby się się rozbudzić. - Chodźmy po drodze do sklepu - zaproponowała, robiąc niepewny krok. Drugi i trzeci był już bardziej opanowany, aż zaczęła iść. Trochę się zataczając, ale dzielnie idąc do przodu. - Ej, Arthur? Znasz "Kalinkę"? Nie? To się nauczysz - stwierdziła i zaczęła śpiewać pod nosem wspomnianą piosenkę. Trochę fałszowała, ale pomogła jej się skupić na tym, żeby utrzymać pion i iść, więc było okej.
Z pieśnią na ustach!

zt x2 <3

I'm thinking too much again. How my life will end? I have to life tomorrow. I don't wanna live tomorrow.
sałata


 

Alysanne Branson

[Cytuj]
Multikonta: Teq, Reb, Maz
Najnowszy/

Ucieczka z tego burdelu była najlepszą drogą. Potrzeba wytchnienia, na jakiś czas sprawiła, że ostatecznie dopięła swego i teraz była zupełnie inną osobą. Musiała znaleźć dla siebie miejsce, odnaleźć się w miejscu, gdzie będzie jej dobrze, gdzie nikt nie będzie robił jej pod górkę. Miała swoje życie, swoją przyszłość. Dzień przed wigilią był dla niej najgorszym czasem. Nie miała przyjaciół, rodziny. Była totalnie sama. Postanowiła ostatecznie spocząć sobie w jednym z barów i tam upić się na tyle na ile tylko będzie mogła. Zamówiła sobie whyskie i siedząc w milczeniu przy stoliku, popijała sobie obserwując otoczenie. Mało ludzi, każdy zajęty swoimi sprawami, każdy poszukujący prezentów, śmiejący się do przechodni. Po prostu okropność. Alys, nie pojmowała, z czego się mogą tak cieszyć? W końcu to tylko kilka dni świąt. Świąt, które zawsze były do dupy. Zdecydowanie tak było lepiej, nie musiała słuchać przecież ględzenia pijanej rodzinki.
 

Syriusz Worthington

743



There is a hell, belive me, I've seen it. There is a heaven, let's keep it a secret.







[Cytuj]
Multikonta: Sophie, Finn, Lexa, Ismena
/po spotkaniu u Neila

Syriusz miał wrażenie, że od pamiętnego spotkania w laboratorium wśród czarowników nastąpił lekki rozłam. Może bez wzajemnej wrogości, ale zdania na temat wykorzystywania czarnej magii i współpracy z innymi rasami były zdecydowanie podzielone. Nic więc dziwnego, że w tym roku żadne z dzieci demonów nie wyszło z inicjatywą zorganizowania wspólnych świąt. Syriusz rozważał, czy może nie zrobić jakiegoś świątecznego spotkania u siebie, w końcu miał duży dom i spore doświadczenie w organizacji imprez, ale ostatecznie zrezygnował. Zamiast tego urządzi pewnie jakąś świąteczną imprezę w Tenebris, otwartą dla wszystkich ras, i też będzie dobrze.
Wracał właśnie do domu, jednak nie byłby sobą, gdyby po drodze nie zaszedł do jakiegoś baru. Omiótł wzrokiem pomieszczenie i pierwszym, co rzuciło mi się w oczy była kobieta (cóż za odmiana, zazwyczaj zwracał uwagę przede wszystkim na facetów!), siedząca samotnie przy stole. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest zbyt szczęśliwa.
- Witaj. Dlaczego taka ładna kobieta pije w samotności? - zapytał, dosiadając się do stolika. Nie, to nie był żadnen tekst na podryw, ponieważ Syriusz był stuprocentowym gejem. Nie znaczyło to jednak, że nie potrafił zauważyć, jeśli kobieta była ładna, poza tym zastanawiało go, dlaczego ta najwyraźniej postanawia upijać się w samotności, w dodatku dzień przed świętami.
 

Alysanne Branson

[Cytuj]
Multikonta: Teq, Reb, Maz
Picie w samotności ostatnio było zdecydowanie odpowiednie na dzisiejszy wieczór. Młoda wilczyca uniosła wzrok wprost na nieznajomą osobę. Przełknęła alkohol, słysząc jego słowa i szczerze...o mało co nie zakrztusiła się nim.
- Może dlatego, że nie mam z kim pić?
Przyznała, wskazując miejsce wolne naprzeciwko siebie. Przeciągnęła się lekko i spojrzała na mężczyznę.
- W ogóle jestem Alysanne.
Przedstawiła się z delikatnym uśmiechem na ustach i skinęła na kelnera, by podał jedno szkło więcej.
- A Ty...nie w trakcie przygotowań? Ludzie szaleją, głupieją, można rzec, ale widzę, że Tobie jakoś niespieszno do tego szału świątecznego.
Dodała, spoglądając z zadumą.
 

Syriusz Worthington

743



There is a hell, belive me, I've seen it. There is a heaven, let's keep it a secret.







[Cytuj]
Multikonta: Sophie, Finn, Lexa, Ismena
- W takim razie pozwól, że się przyłączę - to w sumie nie było pytanie, bo tak czy inaczej miał zamiar zostać, wypić coś i pogadać, bo być może tego właśnie potrzebowała w tym momencie kobieta. Tak, to był właśnie jeden z tych rzadszych momentów, kiedy Worthington robił się empatyczny i chętnie słuchał o zmartwieniach innych osób. Zawołał kelnera i już po chwili także on miał przed sobą szklaneczkę whisky.
- Syriusz - przedstawił się, darując sobie tym razem przechwalanie królewskim pochodzeniem, co miał w zwyczaju robić całkiem często.
- Obchodziłem święta już siedemset czterdzieści dwa razy... po tylu latach chyba miało prawo mi się znudzić, nie sądzisz? - Syriusz bez problemu rozpoznał w kobiecie wilkołaczkę, dlatego sam także nie krył się z tym, kim jest. Zresztą kocie oczy stanowiące jego demoniczne znamię i tak nie pozostawiały żadnych wątpliwości, choć zwykli śmiertelnych najczęściej brali je za soczewki. - Ale ty jak widzę także masz lepsze zajęcia niż przygotowania do świąt - to powiedziawszy ruchem głowy wskazał na szklankę w dłoni Alysanne. Zdecydowanie nie wyglądała jak ktoś, kto cieszy się z nadchodzącej Gwiazdki.
 

Alysanne Branson

[Cytuj]
Multikonta: Teq, Reb, Maz
Alysanne nie znała tutejszych mieszkańców, nie wnikała też w to kto kim jest. Dla niej miało to mniejsze znaczenie. Czemu? Bo jeśli tak dalej będzie po prostu nie zostanie tutaj dłużej niż to konieczne. Nie miała powodu. Słysząc jego słowa tylko się uśmiechnęła pod nosem wskazując miejsce wolne. W końcu czemu nie? Towarzystwa nigdy za wiele, a i nowe znajomości z chęcią się przydadzą.
- Jasne siadaj.
Dodała z uśmiechem na ustach. Chwilę później słysząc jego wypowiedź tylko się roześmiała.
- W takim razie nie dziwota, że masz dość takich cyrków...
Przyznała spoglądając na niego z rozbawieniem.
- Ja...owszem, to idealny kompan, który nigdy nie zawiedzie. Jest zawsze i zawsze pozostanie.
Wzruszyła ramionami i cicho westchnęła.
- Więc Syriuszu...napijmy się wspólnie, ponoć alkohol rozwiązuje nie tylko problemy ale i języki.
Puściła mu oczko rozbawiona.
- A tak swoją drogą...to miasteczko jest dość...dziwne. Przyciąga Podziemnych i to z taką siłą...
Dodała opróżniając swoje szkło.
 

Syriusz Worthington

743



There is a hell, belive me, I've seen it. There is a heaven, let's keep it a secret.







[Cytuj]
Multikonta: Sophie, Finn, Lexa, Ismena
- Fakt, coś w tym jest... whisky nie pyta, whisky rozumie - wzruszył lekko ramionami. Sam raczej nie zapijał swoich problemów, bo gdyby próbował, jego zapasy napojów procentowych skończyłyby się w błyskawicznym tempie - był zwyczajnie za stary, żeby łatwo się spić. Niemniej jednak chętnie sięgał do kieliszka, co raczej nie było tajemnicą, a whisky wręcz ubóstwiał.
- Podobno - uśmiechnął się lekko, opróżniając swoją szklankę do połowy. - Więc... opowiesz mi, co cię gnębi? - bo ewidentnie coś było nie w porządku. Nie trzeba było być Sherlockiem Holmesem, żeby to zauważyć. - Ludzie gadają o mnie różne rzeczy, ale nie mam w zwyczaju rozpowiadać o cudzych problemach... na tyle możesz mi zaufać - wolał to powiedzieć, bo plotek na jego temat krążyło po York pewnie sporo, w tym także te niepochlebne. Cóż, może i rzeczywiście niektóre jego zachowania pozostawiały sporo do życzenia, ale ej! przecież każdy miał jakieś wady a Syriusz w gruncie rzeczy był dobrą osobą. Po prostu potrafił dobrze się bawić i w pełni korzystać z życia, co niestety nie każdy rozumiał.
- Odkąd pamiętam, zawsze było tu pełno członków Świata Cieni. Nie tylko Podziemnych, ale i Nefilim - jakby nie patrzeć, Syriusz mieszkał w York już przeszło sto lat i miał okazję wiele się naoglądać przez ten czas. - A co z tobą? Co ciebie sprowadziło do York? - zapytał, dopijając swoją whisky i spoglądając na nią z ciekawością.
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo