Shadows of York Strona Główna


Poprzedni temat «» Następny temat
#6 When the world seems to shine
Autor Wiadomość
Shantae Y. Whitelight


Shantae Yvette Whitelight

30

Nefilim

James Whitelight

Mama & Łowczyni na urlopie


Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul

Wysłany: 2019-01-30, 20:13   
   Marg, Nyx, Kieran, Noah
[Cytuj]

Runy runami, nie były w stanie nadrobić kondycji, ani żadnej z tych aspektów. Prawda jest taka, że były traktowane jak wspomaganie, a nie sposób na życie. Kiedy znak zanika, zostawiając po sobie małą bliznę… wtedy organizm odczuwa efekty jej działania, dużego wysiłku, użycia mięśni, czegokolwiek. Dlatego należało być kondycyjnie wydolnym, a Shantae niestety… w ostatnich miesiącach straciła tą zdolność całkowicie.
Taki cwaniak był, chciał przeskoczyć pewne rzeczy? Niestety, bycie rodzicem, pracowanie na stanowisku było… zbyt wymagające, żeby pozwalać sobie na takie coś. To miłe, owszem, że mogli wyrwać się, ale do bliźniąt na chwilę obecną był sztab ludzi, którzy mogli się nimi zająć. Yasmin pewnego dnia wróci do Paryża, dziadek nie będzie mógł poświęcać się w nieskończoność, więc w końcu ich dom opustoszeje, zostaną w nim tylko oni w czwórkę. Dopiero wtedy Whitelight będzie mógł poczuć smak bycia rodzicem.
To, że domek był całoroczny – niewiele zmieniało. Przez to, że nikt go nie zamieszkiwał, nie było w nim palone, więc temperatura spadała. Biorąc pod uwagę miejsce położenia Idrisu, pewnie było tam z półtora metra śniegu i piździło totalnym złem, jak na Syberii, także… nie sądziła, żeby i w domku było zimno. Jeśli chciał tu przyjechać z dzieciakami zimową porą, będzie musiał pogadać z ludźmi z Rezydencji Whitelightów, to nie było daleko, ktoś może się zająć i ich domostwem.
- Głupiego przeziębienia? Karmię idioto. – warknęła zirytowana. Podobno taki obeznany był w temacie! Nie wiedział, że jest wrażliwsza, a cała odporność idzie w mleko dla dziecków? Nie wiedział, że jeśli przeziębi sobie cycki to może stracić w ogóle mleko, a wtedy dzieci będą żreć chemię w proszku? Bezmyślny, naprawdę.
- Ok. – zdjęła z niego ubrania, a jak próbował ją złapać albo coś, biła po rękach, w kryzysowych sytuacjach – gryzła. Nie dała się objąć, wywijając z jego objęć, uciekając, nie ma kombinowana. Miała jego sweter, spodnie i tak były za duże. Zdjęła z siebie ubranie, włączając w to przemoczony stanik, co z miejsca stało się srogim dyskomfortem, na szczęście, w torbie miała zapasowy, na wypadek przelania ilością mleka. Wcisnęła go i założyła jego sweter. – Ogarnij się… – wywróciła oczami, kierując się do kominka, żeby się ogrzać.
_________________

Shantae Yvette Whitelight
I've battled demons that won't let me sleep...
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
James D. Whitelight


James Dominic Whitelight

25

Nefilim

Shantae Whitelight

Szef Instytutu


Wysłany: 2019-01-31, 19:51   
   Adam, Misha, Minnie
[Cytuj]

Nie zamierzał nic przeskakiwać, a wręcz przeciwnie. Chciał doświadczać rodzicielstwa w każdym aspekcie, w końcu to pierwsza i jedyna taka okazja. Żona może i nie do końca była do tego stworzona, jednak James to inna sprawa. Chętnie zamieniłby Serafickie Ostrze na pieluchy. Opieka nad dziećmi zwyczajnie sprawiała mu przyjemność, przy nich stawał się swoją najlepszą wersją. Pomoc rodziny też rzecz jasna doceniał. Nie tak dawno tłumaczył Verlacowi Seniorowi, że gdyby nie Yasmin, wszyscy dawno pomarliby z głodu lub utonęli w morzu brudnych pampersów. Blondas wiedział jednak, że teściowa nie może mieszkać z nimi wiecznie. Shantae, jak się okazywało, zajmowanie się maluchami też nie było w smak. Cóż, wygląda na to, że ten obowiązek spadnie na Jamesa. Czy go to przerażało? Najwyżej odrobinę. W pogodzeniu tacierzyństwa z posadą Dyrektora Instytutu dostrzegał raczej wyzwanie, nie katastrofę. Poza tym, kobiety od lat płynnie balansują między życiem rodzinnym, a zawodowym. Czemu on miałby sobie nie poradzić?
- Przyziemne choroby nas praktycznie nie dotyczą - polemizował, pewnie głównie na swoją zgubę. Głupi jednak nie był, bezmyślny również. W przeciwieństwie do małżonki chyba bardziej uważał na zajęciach w Akademii. Doprawdy, jak długo się znali, tak Czarnulkę zmogły jedynie dwie przypadłości, obydwie związane z demonami. Jedna bezpośrednio, w postaci kurwiogrypy, druga z Yin Fen, a więc luźno powiązana z Podziemiem. Inna sprawa, że anielska odporność wydawała się maleć z wiekiem, czego doskonałym przykładem był Joe. James nie był jednak pewien, czy wyjawił pozostałym rakowe rewelacje, dlatego sam milczał w tej sprawie. Wszyscy dookoła dość mieli zmartwień, więc to jedno też wziął na siebie.
I to oczywiste, że próbował odzieranie go z ubrań zamienić w jakąś przepychankę. Jeszcze parę chwil temu po raz pierwszy od czasu ciąży miał okazję ujrzeć cień dawnej Shantae. Ba, nawet miło było usłyszeć od niej parę ostrzejszych słów. Prowokacja to jedyne co zdawało się wyrywać ją ze stanu apatii, ale chyba przeszła jej ochota na pyskówki. W tym wypadku odpuścił, oddając jej sweter i pozwalając zwinąć się przed kominkiem. Sam bez słowa ruszył na górę zastanawiając się co dalej. W sypialni znalazł zastępczą bluzę oraz parę ciepłych skarpet, z łóżka porwał jeszcze kołdrę, wszystko znosząc na dół. Łowczyni nie ruszyła się nawet na krok, nadal grzejąc się w blasku płomieni. James podszedł do niej niespiesznie, na kobiece ramiona zarzucając puchowe okrycie, którym otulił ją ciasno. Skarpetki ułożył na jej udach i objął Czarnulkę czy tego chciała, czy nie - Przepraszam. Chciałem Cię tylko sprowokować - mruknął podbródek opierając na jej ramieniu i podobnie jak kobieta, wpatrując się w strzelający ogień - Jeszcze nie wiem co zrobić ... i jak Ci pomóc Mała, ale wymyślę coś, żebyś znowu była szczęśliwa. Słowo Nefilim.
_________________

she knows me like I know myself
[Profil] [PM]
   
 
Shantae Y. Whitelight


Shantae Yvette Whitelight

30

Nefilim

James Whitelight

Mama & Łowczyni na urlopie


Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul

Wysłany: 2019-02-01, 00:31   
   Marg, Nyx, Kieran, Noah
[Cytuj]

Owszem, przyziemne choroby praktycznie nie dotyczyły Nefilim, jednak po co narażać się na ryzyko? Nawet drobne infekcje, jak ból gardła, mogły wpłynąć negatywnie na dzieci… A chore niemowlęta były ostatnim, na co Shantae miała teraz chęci. Była w głębokim dole, do czego przyznała się kilka chwil temu, ledwo radziła sobie z sytuacją. Co by było, gdyby jeszcze Theo albo Clair rozchorowali się? Shan nie wiedziała już sama czy podołałaby tej kwestii. Gdyby nie obecność Yasmin i jej nieoceniona pomoc przy bliźniętach, Czarnulka pewnie już dawno skończyłaby źle. To nie tak, że nie kochała dzieci, kochała je bardzo mocno, ale ta cała sytuacja była dla niej bardzo przytłaczająca. Nawet bardziej niż powinna.
Ten przebłysk „dawnej Shantae” był w gruncie rzeczy dobrym znakiem. Była jeszcze dla niej nadzieja, po prostu trzeba będzie nad tym bardziej popracować i poczynić odpowiednie kroki. To nie tak, że całkowicie straciła wiarę w siebie i swoje możliwości, balansowała na granicy, ale wciąż nie poddawała się. James na pewno doskonale o tym wiedział, choć dopiero po dzisiejszej rozmowie, mógł mieć pełny pogląd na całą sytuację.
Zadrżała lekko, kiedy narzucił na jej ramiona kołdrę. Było jej zimno, nawet jeśli miała na sobie jego sweter. W ich mieszkaniu było dość ciepło, dzieci nie mogły marznąć, ale Shan pamiętała o codziennym wietrzeniu pokoju, w którym dzieciaki spały. Dbała o nie, starała się, słuchała porad bardziej doświadczonych w tych kwestiach. Może i nie stosowała się do wszystkich, ale była raczej uważnym uczniem. Okryła się szczelniej puchowym materiałem i zawiesiła wzrok na kominku. Oparła głowę o jego, kiedy tak wsparł brodę na jej ramieniu. Westchnęła cicho.
- Może muszę zamknąć tamten rozdział bezpowrotnie i… przyzwyczaić się do nowej roli? – szepnęła. Te słowa bolały… Bolały starą Shantae, która wciąż nadal była w środku i rozkładając bezradnie ręce patrzyła na to, jak daje się złamać i ulega macierzyństwu. Przygryzła lekko wargę i znów zadrżała z tego całego chłodu.
_________________

Shantae Yvette Whitelight
I've battled demons that won't let me sleep...
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
James D. Whitelight


James Dominic Whitelight

25

Nefilim

Shantae Whitelight

Szef Instytutu


Wysłany: 2019-02-04, 09:53   
   Adam, Misha, Minnie
[Cytuj]

Chore niemowlaki to nie koniec świata, choć pewnie tak właśnie odebrałby to James. Już i tak mieli sporo szczęścia z demoniczną grypą. Nie dopadła ona maluchów pomimo przebywania pod jednym dachem z zarażonym dziadkiem Joe. Cóż, ten był uwięziony w swoim pokoju przez większość czasu. Swoista kwarantanna, którą zarządził Blondyn. Całe szczęście, że zdobyli wcześniej lekarstwo i udało się staruszka postawić szybko na nogi. W tym wypadku, tak jak obiecał, też zaczął pomagać przy dzieciach i w Instytucie. Ilość głupich żartów też znacznie spadła. Widocznie otarcie się o śmierć oraz nowa rola pradziadka przywróciły go do pionu. Może jeszcze będą z niego ludzie.
Tak samo dla Shantae była jeszcze nadzieja. James wiedział, że kobieta, którą pokochał nadal czeka gdzieś pod ta smutną, opryskliwą otoczką. Oczywiście miał zamiar wydobyć ją z powrotem na światło dzienne i rozpocząć wspólne, szczęśliwe życie o którym tak marzył. Verlac to w końcu ród wojowników, kobieta na pewno nie poddałaby się tak łatwo, po prostu przytłoczyły ją ostatnie miesiące i Blondas doskonale ją rozumiał.
Sam starał się skupić na pozytywach. Byli tu oboje, żywi, otoczeni rodziną i bliskimi, z dwójką zdrowych, dorodnych bobasów. Tak naprawdę mieli wiele, więcej niż niejeden Nefilim mógł sobie wyobrazić, dlatego Whitelight starał się nie narzekać. Poza tym oni wszyscy go potrzebowali: Shantae, Margaret, Rebekah, Instytut. Czuł, że jeśli on też się podda, to wszystko legnie w gruzach. Pewnie przesadzał, ale i tak czuł na sobie dużą odpowiedzialność. Za szczęście Czarnulki również.
- Albo wypracować kompromis pomiędzy byciem Nocnym Łowcą i byciem matką. Spójrz na Yasmin, wychowała waszą czwórkę nigdy nie rezygnując ze służby - uważał, że teściowa to doskonały przykład. Z resztą, takich jak ona były tysiące. Nefilim się rodzisz i umierasz. Inne tytuły to tylko dodatki. Z resztą, James też planował zostać 'pracującą mamą'. W głowie już planował dostosowanie swojego gabinetu do potrzeb niemowlaków. Shantae musiałaby tylko wpadać między treningami, żeby nakarmić małe głodomory. Że też nie wpadł na to wcześniej.
- Przede wszystkim musisz z kimś o tym rozmawiać. Nie ważne czy ze mną, Yasmin czy Jaydenem. Jest jeszcze Dagon i Margaret, podobno kontakt z innymi matkami pomaga, a jeśli wolisz, znajdziemy Ci terapeutę - tłumaczył, układając się wygodniej. Niestety klęcząc tak za jej plecami musiał pozostawać praktycznie zgięty w połowie, dlatego po chwili małżonka wylądowała pomiędzy jego rozłożonymi nogami, a James oparł się wygodnie o kanapę. Pomiędzy warstwami kołdry odszukał dłoń ukochanej, a napotykając na jej zaręczynowy pierścionek, przypomniał sobie o czymś jeszcze - To jak będzie z tymi prezentami? Chcesz zobaczyć co dla Ciebie mam? - mruknął ustami muskając skroń Czarnulki.
_________________

she knows me like I know myself
[Profil] [PM]
   
 
Shantae Y. Whitelight


Shantae Yvette Whitelight

30

Nefilim

James Whitelight

Mama & Łowczyni na urlopie


Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul

Wysłany: 2019-02-04, 11:44   
   Marg, Nyx, Kieran, Noah
[Cytuj]

James tak tylko myślał, że to nie koniec świata, a fakt jest taki, że gdyby dzieciom coś zaczęło się dziać, on jako pierwszy ogłosiłby stan wojenny, kryzys i klęskę żywiołową, byleby tylko znaleźć możliwość pomocy swoim pociechom. Kochał je bardzo, od początku ciąży miał wręcz bzika na ich punkcie, więc… wcale nikogo nie zdziwiłoby, gdyby nagle Whitelight zaczął świrować, bo pojawił się katar czy cokolwiek. Z małymi dziećmi było gorzej przez to, że nie potrafiły powiedzieć, że je coś boli, a o wszystkim alarmowały płaczem lub krzykiem. W przypadku bliźniąt, podwójny płacz i podwójny krzyk.
Spojrzała na Jamesa, unosząc brew ku górze. Jaki on miał wyidealizowany obraz tego wszystkiego. Yasmin i pogodzenie bycia Nefilim z wychowywaniem czwórki dzieci. To było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Niestety, jej uroczy małżonek nie miał pojęcia jak wyglądała sytuacja w Paryżu. Isaac odziedziczył władzę dziadku Verlacu, kiedy nadszedł odpowiedni moment, była na stołku tylko dlatego, że była odpowiednią partią, no i żoną. Nie zajmowała się czynną walkę, w przeciwieństwie do Shantae, Yasmin nie miała z tym większej styczności. Może i matką była dobrą, a wychować potrafiła, z walką było dużo, dużo gorzej.
- Nie wiesz co mówisz, Skarbie. Moja matka nie jest najlepszym przykładem. Spytaj dziadka Joe. – dodała, prychając lekko ze śmiechem. James naprawdę widział w swojej teściowej anioła, głównie dlatego, że pomogła im bardzo dużo. Shan była jej wdzięczna za pomoc, ale Yasmin robiła to, co zwyczajnie wychodziło jej najlepiej.
- Z matką nie mam zamiaru rozmawiać, ona już dość powiedziała. A Jayden… Wiesz, on nazywa nasze dzieci donutami, więc… nie jest najlepszym materiałem do rozmów. – odparła z powagą. O Margaret nie wspominała, bo jej szwagierka czuła się naprawdę fatalnie, końcówka ciąży była dla niej naprawdę męcząca. Nie będzie jej zawracała głowy. A Dagon… Wilkołak nie był odpowiednim towarzystwem. Poza tym, Whitelight chyba wiedział, że Czarnulka niespecjalnie dogadywała się z kimkolwiek. – Z terapeutą może być ciężko. Poza tym, jak mam z kimś rozmawiać, to wolę z Tobą… – byleby tylko James nie uprawiał swojej filozofii, bo potrafił przegiąć. Rozmowa to jedno, szanowanie się wzajemne to drugie, a opieranie na durnych książkach, to inna kwestia. Według Shantae żadna z tych książek nie miała racji w stu procentach, bo tyczyła ludzi, a nie ludzi z krwią anioła.
- No to zależy… – mruknęła, wywracając oczami i opierając się o niego mocniej. – Jeśli ten prezent to tabletki na sen, to chętnie, bo nie spałam od… nie wiem kiedy. – mruknęła, wzdychając cicho. Niestety, z dziećmi było tak, a nie inaczej. W tym momencie dałaby wszystko za choćby jedną przespaną noc.
_________________

Shantae Yvette Whitelight
I've battled demons that won't let me sleep...
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
James D. Whitelight


James Dominic Whitelight

25

Nefilim

Shantae Whitelight

Szef Instytutu


Wysłany: 2019-02-05, 21:35   
   Adam, Misha, Minnie
[Cytuj]

Jak wiadomo, rodzina Shantae za nim nie przepadała. No, to jest zanim podbił ich serduszka. Jeden tylko Jayden nadal się opierał, ale po jego ostatnich wyskokach to James tym razem nie miał ochoty go oglądać. Poległ na całej linii, zarówno jako parabatai jak i starszy brat. Whitelight wiedział najlepiej jak bardzo Czarnulka przeżyła brak kompana u jej boku. Sam zrobił wszystko by się z typem skontaktować albo w inny sposób wyciągnąć go spod ziemi, pod którą się zapadł. Bezskutecznie. Jaśniepan wrócił dopiero, gdy przyszła mu na to ochota i jeszcze wywołał u siostry przedwczesny poród. Świetna robota.
Co do Verlaców, James nie do końca znał się na dziejach tego rodu, a właściwie żadnego innego też nie. Gdy kontrolę nad jego rodziną przejęły demony, rozsądnie usunęły się w cień zrywając kontakty z innymi rodzinami. Swoich sąsiadów oraz rówieśników blondyn poznał dopiero w Akademii i choć wykładali tam historię Clave, zajęć z genealogii nikt nie zaplanował. Poza ty, bez względu na to jak Yasmin zdobyła stanowisko, musiała przez lata godzić pracę z rolą matki i na pewno miałaby dla Shantae parę cennych wskazówek w tym temacie.
- Donutami? Dlaczego? - zdziwił się Whitelight. Jakoś nie dostrzegał żadnego związku pomiędzy para bliźniąt i pączkami, choć obydwie opcje na pewno były przesłodkie. Ah, mógłby godzinami obserwować te zaślinione buzie i ciemne oczy tak podobne do rodziców, ale o tym Nefilim raczej słuchać nie miała ochoty. W sumie to już zaczynał za maluchami tęsknić, jednak potrzebowali z Shantae tego czasu tylko we dwójkę. Dopiero teraz uzmysłowił sobie jak poważny mieli problem, aczkolwiek nie tracił też nadziei, że uda się go rozwiązać. Inaczej nie byłby Jamesem.
Słuchając małżonki brew drgnęła mu nieznacznie. Już gdy ją poznał zauważył, że trzyma się raczej z boku. Poza rodzeństwem praktycznie nie posiadała przyjaciół i zapewne to też przyczyniło się do jej izolacji w ciąży. Zapewne łatwiej byłoby jej to wszystko znieść gdyby miała wsparcie osób trzecich, ale otworzenie się na innych jak widać przychodziło jej z trudem. Na razie jednak blondyn tego nie skomentował. To nie był odpowiedni moment by dokładać kobiecie trosk - W porządku - mruknął, ściskając lekko jej dłoń pod kołdrą. Cóż, to był jakiś progres, wprawdzie znikomy, ale zawsze to kroczek do przodu - Całkowita szczerość i zero wymądrzania się. Obiecuję, że będę tylko słuchać - brzmiało całkiem nieźle, prawda? Whitelight nie miał jeszcze pojęcia skąd weźmie na to czas oraz energię, ale przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Poza tym wspieranie żony to jego zasrany obowiązek. Trzeba będzie kupić porządny ekspres do parzenia espresso. Ostatnio łykał to niczym szoty w ulubionym londyńskim klubie. Jak te czasy się zmieniły.
- Nie musisz mi mówić. Wczoraj próbowałem podpisać dokumenty stelą zamiast długopisu - zaśmiał się i korzystając z okazji przytulił do żony. Był pewien, że gdyby tylko zamknęli oczy na dłuższą chwilę, obydwoje zasnęliby bez problemu. No, ale obiecał przecież podarki.
- Trochę zaszalałem z tymi prezentami. Ten w lewej kieszeni jest z okazji urodzin - na pewno już zauważyła, że ubranie, które z niego dosłownie zdarła jest lekko obciążone. Cóż, nadeszła pora by sprawdzić dlaczego. James cierpliwie poczekał aż brunetka wyciągnie puzderko i pewnie pomógł jej wsunąć pierścionek na pamięć - Pomysł podsunął mi dziadek Joe. Opowiedział mi, że z żoną poza runami małżeńskimi nosili jeszcze obrączki, żeby po śmierci jednego z nich nadal mieć pamiątkę - wyjaśnił, splatając ich dłonie tak, żeby uwydatnić prostszy, ale inspirowany jej małym prezentem pierścień na własnym palcu.
_________________

she knows me like I know myself
[Profil] [PM]
   
 
Shantae Y. Whitelight


Shantae Yvette Whitelight

30

Nefilim

James Whitelight

Mama & Łowczyni na urlopie


Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul

Wysłany: 2019-02-06, 22:49   
   Marg, Nyx, Kieran, Noah
[Cytuj]

Być może to też wpłynęło na aktualny stan psychiczny Shantae – brak Jaydena. Nie miała obok siebie Parabatai, z którym była związana od wielu, wielu lat. Nie miała obok siebie brata, największego powiernika swoich tajemnic, najlepszego przyjaciela. Jayden przez wiele lat był jej najbliższą osobą, na nikim nie mogła polegać tak mocno jak na nim. Niestety, zniknął, a ich więź zaczęła się osłabiać. O ile jeszcze na początku Shantae wyczuwała, że coś jest nie w porządku, tak później było to coraz słabsze odczucie i chyba tylko obecność runy na jej skórze, dawała jej znać o tym, że on jeszcze żyje. Niestety, to nie on wywołał przedwczesny poród, a fakt, że Jamesowi coś się działo i znikała runa Leytona. Zdecydowanie krzyknęła wtedy jego imię, kiedy odczuła ból, a nie brata.
- Bo są małe i nadziane. To jest Jayden, nie wiem czemu się w ogóle pytasz… – zaśmiała się, kiwając lekko głową. Szczerze mówiąc, już sama nie wiedziała co jej bratu chodziło po głowie i czego tak właściwie się po nim spodziewać. Wiedziała tyle, że nie chciał obrazić bliźniąt, to raczej było troskliwe określenie, albo coś w ten deseń. Czy Shantae tęskniła za dziećmi? W tym momencie nie odczuwała tego tak bardzo, ale cały czas gdzieś w niej istniało to zmartwienie, ze coś może im grozić pod ich nieobecność. Niemniej jednak, potrzebowali tego czasu dla siebie i tej rozmowy, bo jeśli ten stan trwałby jeszcze kilka tygodni… dla Shantae mogłoby się to skończyć naprawdę tragicznie.
Zawsze miała Jaydena i nie potrzebowała nikogo więcej. Shan miała bardzo trudny charakter i ciężko było jej nawiązywać relacje z innymi, dlatego tak podchodziła do innych kobiet. Miała też z nimi mały konflikt, bo większość zwyczajnie zazdrościła jej figury, wyglądu i tego jak potrafiła flirtować z facetami. Może teraz, kiedy tamto życie poszło w niepamięć, łatwiej byłoby jej nawiązać relacje w jakimś klubie matki czy coś. Niestety, to też było sprzeczne z nią, bo nie wyobrażała sobie siąść w kółku i mówić o swoich problemach.
Pogrzebała chwilę w kieszeni, kiedy powiedział o prezencie i wyjęła pudełeczko z biżuterią. Piękna, bardzo w jej stylu. Prezent na urodziny, no proszę, tego się nie spodziewała. Nie mieli czasu myśleć o jej urodzinach, długo rodziła dzieciaki, a później nie miała sił na ruszenie się z łóżka. Chyba jej pierwsze urodziny, których nie świętowała. W zeszłym roku było znacznie ciekawiej, mniej boleśnie na pewno.
- Śliczne… – odpowiedziała cichym szeptem, przyglądając się uważniej błyskotkom. Wsunęła pierścionek na palec, zawieszając wzrok przez dłuższą chwilę. – A drugi prezent? – spytała i zaczęła grzebać w drugiej kieszeni, aby wyciągnąć to, co przygotował dla niej James. – Wiesz, że nie musiałeś tego wszystkiego robić… – dodała. Mógł się skupić na wszystkim innym, a nie kombinować ten wyjazd do Idrisu, ona naprawdę nie wymagała od niego tych wszystkich rzeczy.
_________________

Shantae Yvette Whitelight
I've battled demons that won't let me sleep...
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
James D. Whitelight


James Dominic Whitelight

25

Nefilim

Shantae Whitelight

Szef Instytutu


Wysłany: 2019-02-10, 11:50   
   Adam, Misha, Minnie
[Cytuj]

Z pewnością brakowało jej wsparcia brata. Tym bardziej, że dotychczas był najbliższą jej osobą. Choć nie byli parabatai, James też czuł się zdecydowanie lepiej ze świadomością, że może liczyć na siostrę i nie wyobrażał sobie, by miała gdzieś zniknąć bez słowa. Jeszcze nie miał okazji z Jaydenem rozmawiać, ale był bardzo ciekaw co też brunet ma na swoją obronę. W końcu nie tak łatwo zapaść się pod ziemię, a tym bardziej zapomnieć o bliskich i ciężarnej młodszej siostrze.
- Faktycznie, chyba wolałem nie wiedzieć .. - stwierdził James. Nie było mu specjalnie do śmiechu, aczkolwiek zdążył już zauważyć, że szwagier miał czasem małe odchyły. Kto wie, może nawet nasiliły się wraz ze śmiercią Eileen. To była strata dla nich wszystkich. Whitelight szczerze polubił skromną dziewczynę i nie raz wspólnie walczyli. Pomogła nawet w ostatecznym starciu z demonem podszywającym się pod Connora, jego ojca. Zdecydowanie nie zasłużyła na tak tragiczny koniec.
I czy tak naprawdę zazdrość stała Shantae na drodze do zdobycia przyjaciółek? Cóż, na pewno tak sobie mogła to tłumaczyć. James był nieco innego zdania. Zgadzał się, że jego małżonka ma trudny charakter, ale i jej podejście nie było właściwie. Czarnulka nie potrafiła otworzyć się na innych, pozwolić im poznać się z dobrej strony. Być może za bardzo bała się kolejnego zawodu lub zranienia, jednak dzieci z pewnością będą stanowiły niezły punkt wyjściowy do wielu rozmów z innymi mami i ogólnie kobietami. Może wreszcie poczuje się jak członek grupy.
A o jej urodzinach Nefilim nie zapomniał, po prostu musieli je nieco odłożyć w czasie. Wśród stosów brudnych pieluch i śpioszków do prania nikt nie miał czasu na myślenie o torcie, tym bardziej o prezentach. Nikt poza Jamesem, choć dla ścisłości, przygotował się już wcześniej i tylko czekał na odpowiedni moment. Ten wprawdzie do idealnych nie należał, ale Blondyn postanowił nie wybrzydzać zbytnio. Zaśmiał się, gdy Shantae zaczęła dopytywać o drugi prezent - Prawa kieszeń - poinstruował, obserwując lekko zaaferowaną kobietę. To żadna nowość, że kochała błyskotki, a on dokładał starań by wyszukiwać dla niej te najpiękniejsze. Pozwolił jej nawet osobiście otworzyć drugie puzderko - Ten nie jest urodzinowy - zaznaczył Nefilim - To drobiazg mający wyrazić moją dozgonną wdzięczność za uczynienie mnie najszczęśliwszym facetem na ziemi - ah gdyby tylko słyszał go Jayden czy dziadek Joe. Chyba nikt nie podejrzewał Jamesa o to, że z jego ust kiedykolwiek mogłyby paść tak czułe słowa, a jednak dla Shantae zawsze miał ich kilka z zapasie - Nie myśl, że nie doceniam Twojego poświęcenia. Wiem ile kosztowało Cię sprowadzenie tych dzieci na świat i dziękuję Ci, że się nie poddałaś - chciał aby wiedziała, że w nim zawsze znajdzie wsparcie i Whitelight zawsze opowie się po jej stronie. Byli w końcu drużyną - Akwamaryn i ametyst symbolizują maluchy. Jest też naszyjnik - tu odchylił się nieco, żeby długa ręką sięgnąć po jeszcze jedno welurowe pudełko schowane pod poduchami kanapy - Diamentowe serduszko jest Twoje, szafir będzie dla mnie. W ten sposób zawsze będziesz mieć nas wszystkim przy sobie - uśmiechnął się lekko wyglądając reakcji brunetki. W końcu na wszystko co związane z dziećmi zdarzało jej się reagować bardzo różnie.
_________________

she knows me like I know myself
[Profil] [PM]
   
 
Shantae Y. Whitelight


Shantae Yvette Whitelight

30

Nefilim

James Whitelight

Mama & Łowczyni na urlopie


Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul

Wysłany: 2019-02-10, 13:00   
   Marg, Nyx, Kieran, Noah
[Cytuj]

Jej brat zawsze miał specyficzne poczucie humoru, a jego żarty były bardziej suche niż którakolwiek z pustyni na tym świecie. Nie zmieniało to jednak faktu, że był najbliższą jej osobą, przez prawie cały życie i śmiała się z tych jego żartów, nawet jeśli bywało, że musiała je zapić solidną ilością wody. Jayden mógł się trochę pogubić, stracić drogę, bo był tylko człowiekiem. Szkoda, że ona nie wiedziała jak może mu pomóc, a przez to ich relacja cierpiała coraz bardziej i bardziej. Nie mogła mu pomóc, a on zgubił drogę. Może to kwestia tego, że nie aprobował jej wyboru małżonka? Może tego, że sam stracił żonę. Ich życie cholernie się pokomplikowało.
- Na pewno nie chciał ich obrazić… – stwierdziła tylko, przygryzając wargę. Zawsze go broniła, nie ważne co by się działo. Naturalny odruch, którego nie wyzbędzie się chyba nigdy. James na pewno przywykł już do tego typu zachowań swojej małżonki. Potrafiła rozgraniczyć przy tym pewne rzeczy i choć zawsze starała się wybronić Parabatai, to i tak z reguły obrywał po głowie za takie komentarze.
Ona sama zapomniała o swoich urodzinach, była zbyt zmęczona, zszokowana i zaskoczona nową sytuacją, aby o tym myśleć. Nie skupiła się na tym jakoś bardzo, ale w gruncie rzeczy zauważyła, że większość osób w jej towarzystwie skupiło się na dzieciach, nawet jej nie składając durnych życzeń. Mniejsza z tym, życzenia były niepotrzebne. Jak widać jej mąż pamiętał, tylko postanowił dać jej odpocząć, dojść do siebie po porodzie i przywyknąć do nowego stanu rzeczy. To miłe z jego strony, bo sama nie wiedziała, w jaki sposób zareagowałaby jeszcze kilka tygodni temu.
Wyjęła z prawej kieszeni drugie pudełeczko. Uśmiechnęła się na widok jego zawartości. James wiedział, jak Shan uwielbiała błyskotki, świecące rzeczy i ich ogromną ilość na swoim ciele. Powoli palce jej się kończyły na te wszystkie pierścionki, ale dzielnie założył pierścionek, który właśnie odpakowała i wyszczerzyła się.
- Przepiękne… – odparła cicho, odwracając się do niego bokiem i powoli wsuwając na jego uda. Zwinęła się na nim, jedną ręką obejmując go mocno. Pogładziła dłonią jego policzek, obserwując bacznie, jak sięga po pudełko znajdujące się pod poduszkami. Uśmiechnęła się delikatnie, słysząc jego komentarz odnośnie zawartości. James naprawdę się starał, robił wszystko, aby poprawiać jej humor i znosił to dzielnie. Była na niego zła o to, że postawił dzieci ponad nią, co niekoniecznie było zgodne z prawdą. Oparła czoło o jego czoło i westchnęła cicho.
- A co jeśli nie będę dla nich dobra? Boję się, że w przyszłości potraktują mnie tak, jak ja własną matkę. – szepnęła cicho. Shantae była pełna obaw i nie miała pewności co do niczego, dlaczego James musiał bardzo ostrożnie postępować ze swoją małżonką, która straciła stabilny grunt pod nogami. – Nie chcę też, żeby widziały jak się kłócimy… Wiem, że chcesz dla nich jak najlepiej, ale nie możesz trzymać ich pod takim kloszem, to nie jest dla nich zdrowie. – szepnęła znów, muskając ustami jego policzek. Chodziło jej o to, że James nie powinien przesadnie troszczyć się o Theo i Claire. Jego przesadna troska już raz wywołała katastrofalne skutki i mogła to wywołać po raz kolejny.
_________________

Shantae Yvette Whitelight
I've battled demons that won't let me sleep...
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
James D. Whitelight


James Dominic Whitelight

25

Nefilim

Shantae Whitelight

Szef Instytutu


Wysłany: 2019-02-11, 15:11   
   Adam, Misha, Minnie
[Cytuj]

Jayden i poczucie humoru? Dla Jamesa koncept abstrakcyjny. Szczęście lub nie, jeszcze nie miał okazji by wysłuchać żartów swojego szwagra. Może to i lepiej, choć sam specjalnym kawalarzem nie był, bo ciężko przychodziło mu dostrzeganie pozytywnych stron sytuacji. I tak preferował jednak metody Jaydena niż te stosowane przez dziadka Verlaca. Praktyczne kawały wyrządzały zdecydowanie więcej szkód. Poza tym donuty mu jeszcze wybaczy, byle nie nazywał tak bliźniąt w jego towarzystwie. I tak z Shantae wybrali imiona o francuskim pochodzeniu, żeby wszystkim było prościej, a maluchy nie zapomniały o swoim dziedzictwie. Kto wie, jak dobrze pójdzie może w przyszłości przejmą opiekę nad obydwoma europejskimi Instytutami.
A trzydzieste urodziny to nie przelewki. Mogli zapomnieć o nich wszyscy, nawet sama solenizantka, ale nie James. No bo jak mógłby przepuścić okazję do świętowania tego, że Shan pojawiła się na świecie? W końcu nie wyobrażał sobie życia bez niej. Po prostu kiepsko się złożyło, że trzy ważne wydarzenia przypadły na ten jeden konkretny dzień. Z czegoś musieli zrezygnować, a właściwie przerzucić na inny termin.
Kwestię prezentów miał ułatwioną i przy każdej okazji poszerzał kolekcję biżuterii swojej małżonki. Teraz musi się tylko postarać by miała jak najwięcej okazji by ją zakładać. Z tym może być więcej problemów, ale dla Jamesa Whitelighta nie ma rzeczy niemożliwych. Wiedział, że podarunki przypadły Czarnulce do gustu, jeszcze zanim oświadczyła to na głos. Z resztą, jej czyny mówiły więcej niż słowa i zdecydowanie przypadły Blondynowi do gustu. Wreszcie wróciła 'stara' Shantae. I fakt, może i postawił dzieci ponad nią, jednak tylko tymczasowo i z braku innej opcji. Ostatecznie jego serce podzielone było przecież na trzy równe części.
- Wiesz jakie popełniła błędy i jak ich uniknąć. Czemu miałabyś je powielać? - skoro już wdrapała się na jego kolana, chętnie ułożył wolną dłoń na jej biodrze, drugą odgarniając z policzka ciemne kosmyki. Z tej odległości widział wyraźnie sine worki pod jej oczami. Miał nadzieję, że jego prezentowały się nieco lepiej, aczkolwiek raczej w to wątpił. Słów małżonki też nie traktował jako bolesnej krytyki. Podszedł do sprawy 'na luzie', bardziej skupiony na bliskości szatynki - Właśnie dlatego mam Ciebie, żebyś mnie pilnowała - ostatecznie ciemne pasma wylądowały bezpiecznie za jej ramieniem, odsłaniając oliwkową szyję, którą obsypał kilkoma próbnymi pocałunkami.
_________________

she knows me like I know myself
[Profil] [PM]
   
 
Shantae Y. Whitelight


Shantae Yvette Whitelight

30

Nefilim

James Whitelight

Mama & Łowczyni na urlopie


Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul

Wysłany: 2019-02-11, 23:56   
   Marg, Nyx, Kieran, Noah
[Cytuj]

James miał słabe poczucie humoru, w większości wyłapywał podteksty lub coś, czego nie powinien. Jayden był do niego w tej kwestii bardzo podobny! Też niespecjalnie potrafił żartować, był zdecydowanie zbyt sztywny i nie ogarniał pewnych koncepcji żartów. Najwyraźniej wybrała sobie męża na wzór brata i może w tym tkwił cały problem! Dlatego nie potrafili się dogadać, bo w wielu kwestiach byli do siebie podobni. Jeden i drugi byli fanami noszenia masek, ale przed nią nadal nic nie mogło się ukryć. Może faktycznie coś w tym jest…
Co jak co, ale lepiej nie przypominać Czarnulce, że w ilości jej lat nastąpiła zmiana kodu i trójka pojawiła się z przodu. Czuła się młoda duchem, a przynajmniej jeszcze kilka miesięcy temu. James był od niej dużo młodszy, powinien znaleźć sobie kogoś w swoim wieku, ewentualnie jakąś młodszą kobietą, a on wybrał ją. Shantae nie miała nic przeciwko, kochała go przecież bardzo mocno, całym sercem, ale i tak… była od niego starsza, a świętowanie urodzin tylko o tym przypominało.
- Nie wiem James… Może będę zbyt krytyczna… Wiesz, że w pewnych kwestiach ciężko będzie to zmienić. – odparła zrezygnowana. Jej matka zawsze ją krytykowała, zawsze twierdziła, że robi coś źle, że jest zbyt mało wiarygodna w swoich poczynaniach, że zbyt słabo się stara. Zawsze coś było nie tak. Okey, po latach wiedziała, że Yasmin nie chciała jej w ten sposób skrzywdzić, a wzmóc samozaparcie i kontrolę nad własnym życiem, aby w pewnym momencie mogła określić się jako najlepsza z najlepszych. Trzeba przyznać, że Whitelight-Verlac była niesamowitym wojownikiem. Co z tego, jak reszta sypała jej się w palcach niczym domek z kart.
- Nie chcę Cię pilnować. Chcę, żebyś zasypiał obok mnie, budził się obok mnie, żebym mogła się w nocy do Ciebie przytulić… – mruknęła, wywracając oczami. Właśnie o to jej chodziło. – Mamy przecież ten sygnalizator, nawet z kamerą, więc widać czy coś im się dzieje czy nie… – dodała. Tak, poszła do Przyziemnego sklepu i załatwiła taki sprzęt. Zaskakujące, co to nie zostanie wymyślone. - Nawet jeśli nas nie ma kilka centymetrów od nich, mają siebie. Claire będzie chronić Theo, a Theo będzie chronić Claire. – dodała cicho. Byli bliźniętami, są stworzeni do tego, aby chronić siebie nawzajem.
_________________

Shantae Yvette Whitelight
I've battled demons that won't let me sleep...
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
James D. Whitelight


James Dominic Whitelight

25

Nefilim

Shantae Whitelight

Szef Instytutu


Wysłany: 2019-02-14, 15:18   
   Adam, Misha, Minnie
[Cytuj]

Taka już przypadłość Nefilim. Poczucie humoru u Łowców to rzadkość, ale należy pamiętać, że to wojownicy. W życiu kierują się dyscypliną, skupieniem i ostrożnością. Nie ma tu za bardzo miejsca na żarty. I faktycznie, w tej jednej kwestii Jayden z Jamesem byli do siebie podobni. Z drugiej strony Whitelight miał swoje momenty, w których zdarzało mu się zapominać, że jest nie tylko Nefilim, ale i ojcem oraz Dyrektorem. Przy Shantae i reszcie bliskich potrafił rozluźnić się na tyle by znaleźć czas na głupoty. Jak chociażby pojedynek na wodę, w którym zdecydowanie niedawno zwyciężył.
A swojego rocznika, nawet gdyby chciała, Czarnulka nie zmieni. Nefilim i tak postrzegali wiek nieco inaczej niż zwykli Przyziemni. W ich kręgach dorastało się młodo i umierało szybko. Rzadko kto dożywał późnej starości. Shantae powinna się raczej cieszyć, że nadal stąpała po ziemi. Tym bardziej, że w ciągu ostatniego roku kilka razy była bliska śmierci. Powodów do świętowania mieli wiele.
Mimo wszystko nie w głowie Nocnej Łowczyni były imprezy. Ani nic innego dla ścisłości. Obecnie jej umysł zasnuwały jedynie czarne scenariusze oraz cała masa wątpliwości i nawet słodkie pocałunki męża nie były w stanie ich rozgonić. James wysłuchał jej do końca, wzdychając tylko lekko w delikatną skórę na jej szyi. Niekoniecznie tak wyobrażał sobie ten ich wspólny wieczór. Poza tym wiedział, że jeśli pozwoli kobiecie dalej pogrążać się w mrocznych myślach, to do niczego dobrego to nie doprowadzi.
- Słuchaj - mruknął, podbijając ją lekko na swoich kolanach i chwytając pod żebra. Z taką asekuracją bezpiecznie ułożył brunetkę na plecach, na pierzastej kołdrze przed kominkiem i sam zawisł nad nią - Wybór jest prosty: możemy żyć z dnia na dzień, opiekować się dziećmi najlepiej jak potrafimy i podejmować naszym zdaniem najlepsze dla nich decyzje - brzmiało nieźle, zanim pan Dyrektor na moment nie zatopił się w oczach małżonki, które dopiero w ciepłym blasku kominka zdradzały swoją prawdziwą, bursztynową barwę - Albo możemy martwić się o wszystko i wszystkich, a życie i tak będzie toczyło się obok swoim własnym trybem. Tak czy siak na pewno popełnimy jakiś błąd, i to nie jeden, ale jeśli będziemy trzymać się razem, to jestem pewien, że nasza rodzina przetrwa choćby najgorsze - James nie był ideałem, Shantae tym bardziej. Whitelight był też pewien, że ich dzieciom równie daleko będzie do perfekcji. A jednak wszyscy kochali się i codziennie dawali z siebie to co najlepsze. Nic innego od swojej małżonki nie oczekiwał - Popatrz na Twoją rodzinę i moją. To najlepsze przykłady. Nie zawsze będzie idealnie, ale od tego są bliscy, żeby się wspierać.
_________________

she knows me like I know myself
[Profil] [PM]
   
 
Shantae Y. Whitelight


Shantae Yvette Whitelight

30

Nefilim

James Whitelight

Mama & Łowczyni na urlopie


Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul

Wysłany: 2019-02-16, 11:24   
   Marg, Nyx, Kieran, Noah
[Cytuj]

To brzmiało okrutnie – powinna cieszyć się, że w ogóle dożyła trzydziestki. Zawdzięczała to głównie doskonałym genom, świetnemu treningowi i umiejętnością, które posiadła w życiu. Nikt nie powie jej, że była średnim wojownikiem, była jednam z najlepszych, ale nosząc to nazwisko, musiała być. Ród Verlac był bardzo specyficznym rodem, walczyli o odzyskanie honoru przez ostatnie kilka lat, w znaku rodu znajdował się wąż, zwierzę przebiegłe i wytrzymałe, nie mogłoby być inaczej. Niemniej jednak, ciężko było przyjąć do wiadomości fakt, że Nefilim w wieku trzydziestu lat… to naprawdę osiągnięcie. Niech ten ktoś to powie Joemu, na pewno się zdziwi jego odpowiedzią. Najwyraźniej potomkowie rodu Verlac żyją dłużej niż średnia Nefilimowa.
- A jak mam podejmować decyzje, jak Yasmin ciągle za mną stoi i wskazuje drogę… Sama czuję się jak dziecko, które nie wie co ma robić. – zaśmiała się lekko, kiedy już James dał im opcje. Chyba rozumiał co jego małżonka miała na myśli. Oczywiście, że bardziej interesowała ją opcja A, pani Verlac-Whitelight lubiła kontrolować własne życie, chciała mieć nad nim pełną władzę i cieszyć się każdym dniem, spędzonym z mężem, z dziećmi… Nie mogła tego robić, kiedy miała za plecami suflera, który delikatnie podpowiadał jej, że to nie tak powinno być, żeby zrobiła to inaczej. Oczywiście, że jej matka nie miała nic złego na myśli, chciała pomóc i robiła to najlepiej jak potrafiła. Nie kłóciły się, poświęciła ogrom czasu dla nich i bliźniąt, ale to nie mogło trwać w nieskończoność. Shantae musiała w końcu nauczyć się radzić sobie sama. Dzieci miały już miesiąc, były coraz większe i silniejsze, przecież poradzi sobie… A nawet jak coś spieprzy i popełni błąd, to będzie wiedziała co zrobić następnym razem, prawda? Z matką za plecami to było niemożliwe. Pewnie przez to też Shan straciła tą pewność siebie.
- Teraz mamy swoją rodzinę, James… Twórzmy ją tak, żeby żadna z historii nie musiała się powtórzyć… – powiedziała cicho, przysuwając dłonie po jego bokach. James doskonale rozumiał o co jej chodzi. Ani nie chciała, aby któreś z dzieci czuło się odrzucone, nie chciała też, aby musiały przechodzić ciężki treningi tak jak oni, aby być tymi najlepszymi (wiadomo, będą dobrze wytrenowane, ale nie w taki sposób jak Shantae).
- Na pewno chcesz? – spytała, obserwując go, kiedy tak wisiał nad jej ciałem. Nabrała powietrza w płuca, przygryzając lekko wargę. Nie miała pewności, w końcu jego reakcja jeszcze kilka dni temu była bardzo wymowna, skąd miała wiedzieć czy zmienił zdanie czy może tylko się tak droczy.
_________________

Shantae Yvette Whitelight
I've battled demons that won't let me sleep...
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
James D. Whitelight


James Dominic Whitelight

25

Nefilim

Shantae Whitelight

Szef Instytutu


Wysłany: 2019-02-16, 12:38   
   Adam, Misha, Minnie
[Cytuj]

Może i okrutne, ale prawdziwe. Niby dlaczego Nefilim wiecznie pozostawali w mniejszości? Wielkie niegdyś rody powoli wygasały. Wiecznie brakowało świeżej krwi, a straty w ludziach nie malały. To był trudny orzech do zgryzienia dla Clave. James słyszał, że rozważają nabór dla Przyziemnych ze Wzrokiem. Jego zdaniem ta opcja pozostawała jednak zbyt ryzykowna. Powszechnie wiadomo, że taka przemiana miała największą szansę w przypadku dzieci. Dorosłym pijącym z anielskiego Kielicha groziła śmierć lub też brak widocznych efektów. Poza tym, przygotowanie ich do przemiany też wymagało wiele czasu oraz energii i rzadko kończyło się sukcesem. Pytanie tylko czy istniało lepsze rozwiązanie?
A to, że James z małżonką nadal stąpali po świecie faktycznie nie było zasługą wyłącznie szczęścia, ale też ich sporych umiejętności. Bez nich prawdopodobnie nie przetrwaliby w Świecie Cieni nawet godziny i pomimo swojej niechęci do dyscyplinowania dzieciaków, Blondas musiał przyznać, że chociażby w tym celu musiały przejść szkolenie. Biedne maluchy, raczej nie miały co liczyć na fory od swojej matki czy pradziadka w tej kwestii.
Jeśli chodzi o Yasmin, on sam doceniał każdą poradę i komentarz. To oczywiste, że chciał się niemowlakami zajmować jak najlepiej, więc krytyczne uwagi jakoś mu nie przeszkadzały. Oczywiście Shantae była bardziej wyczulona na zachowanie matki i choć ich relacje znacznie się poprawiły, nadal pozostawały dość kruche. A skoro minął już okres połogu i James zdeklarował się zająć maluszkami w Instytucie, nie było potrzeby by teściowa dalej musiała im pomagać - Porozmawiam z nią - mruknął, chcąc rozwiązać problem jeszcze zanim się na dobre pojawi - Podziękujemy jej za wszystko, co dla nas zrobiła i zapewnimy, że z resztą poradzimy sobie sami. Poproszę Isaaca, żeby
zjawił się i zabrał ją do Paryża osobiście -
wizja szczerze mówiąc nieco przerażająca, przynajmniej dla Whitelighta. Jasne, oboje z Shantae radzili sobie z dzieciakami, ale uspokajająca była świadomość, że obok jest ktoś bardziej doświadczony, kto w razie nagłej sytuacji będzie wiedział co robić. Bez pani Verlac będą zdani tylko na siebie, jednak wychodzili już przecież cało z gorszych kryzysów. Na pewno wszystko będzie dobrze. Poza tym musieli dać Czarnulce możliwość by rozwinęła skrzydła i wzbiła się na wyżyny madkowatości.
- No widzisz, w końcu załapałaś - Nefilim uśmiechnął się do małżonki zdmuchując jasną grzywkę opadającą mu na oczy. To oni pisali własną historię. Nie Yasmin, nie demony. Nie mogli obarczać swoją przeszłością tej dwójki maluchów będących niczym czyste, jeszcze niezapisane karty. I najważniejsze, w tym wszystkim nie mogli też zapominać o sobie. Właśnie dlatego James obniżył się, wspierając już tylko na łokciach i pozwalając odczuć kobiecie nieco swój ciężar - Gdybyś tylko potrafiła czytać w myślach, wiedziałabyś jak niedorzeczne jest to pytanie - stwierdził filozoficznie, podziwiając brunetkę z bliska - i prawdopodobnie wystosowałabyś dla mnie zakaz zbliżania się - dodał z cieniem rozbawienia, nadal jednak nie spuszczając z niej oczu - Seks z Tobą, to pierwsza rzecz o jakiej myślę po przebudzeniu się i ostatnia, która zaprząta mi głowę zanim zasnę - wrócił do niskiego pomruku, serwując jej na zmianę słowa oraz składane na szyi pocałunki. Gardła rzecz jasna się wystrzegał, nadal pozostawało terenem wzbronionym. Whitelight pastwił się tak nad nią dłuższą chwilę, dłonią sięgając do kieszeni swetra, który miała na sobie, po spoczywającą tam stelę. Najpierw obowiązki, potem przyjemności.
_________________

she knows me like I know myself
  
[Profil] [PM]
   
 
Shantae Y. Whitelight


Shantae Yvette Whitelight

30

Nefilim

James Whitelight

Mama & Łowczyni na urlopie


Even Superwoman Sometimes needed Superman's soul

Wysłany: 2019-02-16, 23:17   
   Marg, Nyx, Kieran, Noah
[Cytuj]

To nie tak, że Shantae nie doceniała matki czy miała jakieś problemy z nią. Yasmin pomagała jej bardzo, dawała z siebie wszystko i jej złote rady nie były złośliwościami wobec córki czy wytykaniem jej błędów wychowawczych czy technicznych. Shan naprawdę rozumiała to, że mama chciała pomóc jej najlepiej jak potrafiła, wkładała w to całe serce, ale przecież to ona była mamą, to ona musiała znaleźć złoty środek, to ona musiała opracować własne metody. Nie chciała, aby Yasmin była przy nich cały czas. Dzieci skończyły miesiąc i choć jej obecność bardzo ułatwiała sprawę, nie mogło to trwać w nieskończoność. Będzie mieszkała z nimi rok, dwa czy może dopiero jak dzieci podejmą poważnego treningu w wieku siedmiu czy sześciu lat? Nie na tym polegało pomaganie. Była ich babcią, mogła się z nimi kontaktować, ale nadal była głową paryskiego Instytutu, nad którym władzę sprawował w tym momencie Isaac. Powinna wrócić do męża i zwyczajnie od czasu do czasu odwiedzić swoje wnuczęta, a nie bawić się w suflera własnej córki.
- Ja z nią pogadam. Po prostu powiem, że dam sobie radę sama, tak sądzę. – odparła poważnie, uśmiechając się kącikiem ust. Na pewno sobie poradzi, nie obędzie się pewnie bez problemów, w końcu bliźnięta to dwa razy więcej roboty, ale to i tak… były jej dzieci i ona naprawdę sobie z tym wszystkim poradzi. Innego wyjścia nie widziała. Tym bardziej, że przy matce czuła się cholernie nieporadna. Yasmin ekspresowo przewijała dzieci, radziła sobie naprawdę dobrze, ale nic dziwnego, wychowała czwórkę swoich własnych…
Wywróciła oczami, kiedy zaczął gadać o niedorzecznym pytaniu i wystosowaniu zakazu zbliżenia się. Ah ten James… Miał w sobie bardzo dużo wigoru, ale ściemniać nie potrafił, przynajmniej ona nie łapała się na te jego żarciki czy próby ugłaskania jej. Dobre, zawsze był chętny, a przynajmniej zanim jego żona zaszła w ciążę, ostatnio dał do zrozumienia, że z seksu nici, bo dzieci. Czy naprawdę będzie dochodziło do tego, że będą dawali bliźnięta innym do opieki, żeby wyskoczyć do Idrisu na szybki numerek, bo jeszcze niemowlęta przypadkiem usłyszą i zorientują się, że ojciec właśnie bzyka ich mamusię. Na pewno będą wiedziały o co chodzi!
- Przypuśćmy, Whitelight. W ogóle Ci nie wierze. – odparła całkiem poważnie i pokiwała głową, pozwalając mu na zajmowanie się swoim ciałem. To oczywiste, że DZIECI były pierwszym i ostatnim o czym myślał, a nie seks z nią. Wydawało mu się, ze nabierze ją na tą gadkę? Jeszcze rok temu byłaby tego pewna, ale teraz? No sama nie wiedziała.
- Tylko tego nie spieprz, bo wtedy Cię zabiję… – ostrzegła, podwijając materiał bluzy i koszulki, odsłaniając brzuch. James wiedział, że nie żartuje, bo jeśli ponownie zaszłaby w ciąży, oderwałaby mu głowę. Niektóre gatunki zwierząt tak robią, co prawda w trybie natychmiastowym po odbytej kopulacji, ale nie ma co ryzykować. Z resztą, to próba ich zaufania, a James przecież nie chciał go stracić, prawda?
_________________

Shantae Yvette Whitelight
I've battled demons that won't let me sleep...
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Shadow York @ 2018
Kody i szatę graficzną wykonała Altharis Martell
Za pomoc również dziękujemy Yinowi.

Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
Witaj nieznajomy







Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 8