Shadows of York Strona Główna


Poprzedni temat «» Następny temat
3. La bokka de la cokka
Autor Wiadomość
Verena


Verena Thompson

225

Czarownik

zawód: wiedźma


Tylko magiczka może się roześmiać mężczyźnie w twarz i powiedzieć "To spróbuj mnie zmusić!"

Wysłany: 2019-02-10, 23:15    [Cytuj]

Syndrom Sztokholmski. Ładna, krótka nazwa na całe tomy popierdolenia. Ale jakże to było prawdziwe, jakże rzeczywiste… Tylko nikt tutaj nikogo nie porwał. Nikt wobec drugiej osoby nie okazywał agresji. Verena może nie była najcierpliwszą osobą na świecie, może i denerwowała się prędko i wybuchała, ale w gruncie rzeczy była naprawdę miękką bułą. A Gabriel? Wykorzystywał, brał co chciał, zaczęło to do niego docierać i czuł się winny. Co za chora sytuacja.
- Masz jakąś obsesję na tym punkcie chyba – na punkcie jej i mężczyzn. Słyszała to nie pierwszy raz z jego ust i powoli zaczynało ją to drażnić. Jakby interesowała ją zabawa na jeden raz, na chwilę, to na pewno ktoś by się znalazł. Ale taka relacja ją nie obchodziła. Więc było jak było. - Dla twojej informacji, brałam już kiedyś ślub. Skończył się unieważnieniem przez papieża – parsknęła pod nosem, bo brzmiało to absolutnie absurdalnie. A najgorsze w tym wszystkim było to, że… była to prawda. Nigdy mu tego nie mówiła. Nigdy nie pozwalała sobie przy nim, przy kimkolwiek właściwie, na zapuszczanie się w meandry rejonów wspomnień tamtego życia. - Krystyna – poprawiła go odruchowo, ale niepotrzebnie. Ten cholerny faerie doskonale wiedział jak nazywał się jej kot.
- Niektóre samoopalacze się pienią. Nie żebym sprawdzała osobiście – bo na sobie nie testowała. Lubiła się taką jaka była. Ale w czasie wolnym, gdy nikt nie patrzył, buszowała po krańcach youtube’a, to i na takie rzeczy się natykała. Trochę go teraz też podpuszczała. I coś czuła, że za niedługo będzie słuchała o wynikach eksperymentu z samoopalaczami.
- Daj spokój. Nie możesz być gorszy ode mnie – coś za coś. Zaufał jej na tyle, by powiedzieć o swojej córce, to i ona mogła mu odsłonić małego rąbka tematu tabu, prawda? Tak to właśnie działało. Daj trochę, dostaniesz też trochę w zamian. Albo wylecisz przez drzwi i już nigdy nie zostaniesz wpuszczony do środka. - Kim. Ładnie – uśmiechnęła się pod nosem, gdy zobaczyła zdjęcie. Nie, zdecydowanie nie wyglądała na pięciolatkę. Trochę zabolało – myśl, że on pewnie z tym swoim dzieckiem dogaduje się świetnie. Nie to co Verena i jej córka.
[Profil] [PM]
 
 
Gabriel


Gabriel

1401

Faerie


Tell the wolves i'm home.

Wysłany: 2019-02-11, 00:02    [Cytuj]

Nie dało się zaprzeczyć, że fizycznie nikt tu nikogo nie porywał. Tylko okazywało się, że myśli były porywane z łatwością. I robiły, co tylko im się żywnie podobało.
Racja, nie pierwszy raz jej to mówił, czy sugerował, pewnie nie będzie też ostatnim. Miał obsesję na tym punkcie. Obsesję pod tytułem: Verena jest samotna, a fajnie by było, gdyby nie była. To pewnie by pomogło uciszyć jego maluczki głosik sumienia, który się odzywa, że czasami traktował Verenę tak a nie inaczej. Tak jakby samotność rzeczywiście dało się zwalczyć jedynie poprzez znalezienie sobie drugiej połówki. To nie tak, że Verena nie mogła, ona po prostu nie chciała. Nie ufała, nie chciała i wolała bezpiecznie trzymać się swojego. Towarzystwa swojego.
Ściągnął brwi, czekając na coś w stylu "żartowałam", kiedy wyskoczyła z tym ślubem, ale nic takiego nie nastąpiło. Ona dalej gotowała, całkowicie normalnie. To, co powiedziała, też nie było wypowiedziane takim tonem, jakby mówiła o herbatce, ale też nie takim, o jakim mówi się... och, chyba po prostu ciężko było mu jednak połączyć Verenę i ślub. Mimo swoich paplanin.
- Czy to jest jedna z tych rzeczy, o które nie powinienem pytać? - Tak... za bardzo nie wiedział, jak do tego podejść, z której strony to ugryźć. Czasami potrafiła naprawdę bardzo alergicznie na jakiekolwiek sugestie, że jest w związku, nawet w żartach, reagować, raz się śmiertelnie o taki żarcik obraziła, a tu... hmph, czyżby ukazywała się natura jednej z traum?
- Gabriel, miło mi. - Pewnie, że pamiętał. Ale no... Krystyna okazała się Christianem, a jak Christiano to Ronaldo. Nie? To nie tak?
Cofnął telefon i wrócił do przeglądania tych dziwnych... opalaczy. Załączył jutjuba i zaraz w kuchni rozbrzmiała śmieszna melodyjka, a ładnie, naturalna opalona pani, zaczęła opowiadać, jaki to nie jest genialny wynalazek. Wróżek zsunął się ze swojego krzesełka i przywlókł reklamówkę, w której były jeszcze chipsy i - piwo. Bo przecież wciąż nie zrealizowali planu z upiciem się i wyjechaniem do Meksyku. Ale piwko było skromne - po jednej butelce na głowę. Tak dla towarzystwa. Wyłożył towar na blat i złożył reklamóweczkę.
- Aaa dziękujęę, jest piękniejsza niż same słoneczko, mój chomiczek-jedyny-kochany, niuniuniu! - Prawdziwy tata z mocnym instynktem tacierzyńskim. - Tak? A mi się wydaje, że byłabyś świetną mamą! Jesteś naprawdę kochana i opiekuńcza.
_________________
[Profil] [PM]
 
 
Verena


Verena Thompson

225

Czarownik

zawód: wiedźma


Tylko magiczka może się roześmiać mężczyźnie w twarz i powiedzieć "To spróbuj mnie zmusić!"

Wysłany: 2019-02-11, 00:27    [Cytuj]

Nie wszystko było takim, jakim jawiło się na pierwszy rzut oka. Była samotna z wyboru, bo tak, a nie inaczej potoczyło się jej życie, bo to, a nie co inne ją interesowało, bo nie chciała lokować swoich uczuć w jakiejś tymczasowej instytucji z poczucia obowiązku, żeby nie być sama. Była też sama, bo miała takie małe marzenie, by tej drugiej osobie zaufać. Tak po prostu zaufać, móc opowiedzieć o smutkach i radościach bez skrępowania, że zostanie źle odebrana, wyśmiana, czy że zostanie to powiedziane gdzieś dalej. Czy był ktoś, komu mogła w tym zaufać? Na pewno nie pierwszej-lepszej napotkanej osobie. A to sprowadzało ją do tego miejsca, w którym się właśnie znajdowała. I do samotności, do której zdążyła już przywyknąć. Nie, że jej chciała. Po prostu nie chciała półśrodków. Nie była też człowiekiem, który musiał się spieszyć z wyborem osoby, której zaufa, bo jego życie jest takie krótkie. Jej nie było. I żaden zegar tak naprawdę nie tykał. Nie tak do końca.
- Daj spokój. Łatwo tutaj połączyć wątki – powiedziała tyle, to mogła wytłumaczyć skąd wzięło się to unieważnienie. Nie, żeby nie dało się tego domyśleć. Wystarczyło… pomyśleć właśnie. - A jak sobie wyobrażasz ślub z kobietą, której nagle wyrastają łuski, rogi i skrzydła? Toż to demon. Idealny obraz pomiotu szatana. Nie bardzo się pomylili, co? – było słychać gorycz w jej słowach, nawet jeśli stała odwrócona do faerie plecami i nie mógł widzieć jej twarzy. - Nawet się za bardzo nie zastanawiali z tym unieważnieniem. A mój drogi mąż bardzo szybko znalazł sobie kolejną kobietę – akcentu na to jedno słowo też nie dało się przeoczyć. Ot, mała tajemnica odsłonięta. Trochę to tłumaczyło, czyż nie?
Thompson odwróciła się od garnków tylko na chwilę, gdy usłyszała szelest jakieś stukanie przy stole. To Gabriel wyciągał kolejne skarby ze swojej reklamówki. Reklamówki menelki. Cholera – wiedziała, no wiedziała, wyczuła pismo nosem, że przytargał ze sobą alkohol! Nie obraziła się na to ani trochę.
A Gabriel rozpływający się nad swoją córką był prawdziwie uroczym widokiem. Jego zdanie o niej też, jaka szkoda jednak, że było kompletnie chybione.
- Miło, że tak uważasz. Ale niestety rzeczywistość jest zupełnie inna. Zawaliłam sprawę. Ja i moja – zacięła się na chwilę, westchnęła i wróciła do tematu. Jak się powiedziało „a” to trzeba powiedzieć też „b” – córka nie mamy dobrego kontaktu. Nie rozmawiamy ze sobą od dawna – „córka” rzecz jasna była adoptowana. Do pewnego stopnia. Ale zgadywała, że akurat na to Gabriel wpadnie. Doskonale wiedział o ułomności czarowników.
[Profil] [PM]
 
 
Gabriel


Gabriel

1401

Faerie


Tell the wolves i'm home.

Wysłany: 2019-02-11, 00:48    [Cytuj]

Racja, wystarczyłoby pomyśleć! Ale nie pomyślał. Nie zastanowił się, że mogło chodzić o rogi i skrzydła, bo dla nie były naturalne - piękne! - i widział je cały czas. Jej skrzydła, ogony syren, pióra Connie. Wszystkie te rzeczy, które dla większości ludzi były niedostrzegalne. Ano właśnie -niedostrzegalne. Znał teorię. Kiedy czarownik się przemieniał, gdy budziła się jego krew, zaczynało się tango. Wszystkie dziwne rzeczy zwalały się na łeb na szyję. Widział nawet, jak próbowali palić takich czarowników, którzy nie potrafili się początkowo maskować. Bali się tego, czego nie rozumieli. A jak przerażony musiał być taki czarownik? Tylko że ponieważ dla niego było to takie normalne - nie załapał. Potrzebował odpowiedzi, a ta, całkiem oczywista, spłynęła na niego ponurym światłem. Gorycz w jej głosie. Nagle wydawała się twardsza niż zazwyczaj - i jeszcze bardziej krucha wewnętrznie. Przeżyła swoje, zdążyła już wiele nocy przespać się z tymi myślami i obrazami, ale to nie jest tak, że wszystkie rany z czasem znikały. Goiły się, malały, ale nie znikały. Pozostawały blizny, które otwierały się, kiedy za mocno na nie nacisnąć.
- Hmm, ja ciągle widzę pięknego anioła, którego skradziono prosto z chmurek. - Uśmiechnął się. Ludzie się nie pomylili co do tego, że miała demonicznego przodka, ale Gabriela to jakoś... nie ruszało. Do myśli, że demony i anioły są bardzo blisko, przywykł tak samo jak do tego, że każdy z nich miał jakieś swoje rogi - i nie mam tutaj na myśli dosłownych rogów. Większość magicznych miała bardzo wyraźne atrybuty fizyczne. - Ooo, proszę, temu facetowi chyba krowa na oczy nasikała, że zrezygnował z takiej belle! - Uwielbiał ludzi. Lubił z nimi spędzać czas i im pomagać. Lubił płatać im psikusy najróżniejszego rodzaju i przeszkadzać. Jak każda rasa - mieli swoje ułomności. A że było ich dużo, żyli krótko i byli strachliwi - mieli ich więcej od innych.
- W takim razie czas to naprawić! Wiidzęę..! - Przymrużył oczyska i wyciągnął głowę w kierunku Vereny. Jego ciało w końcu dorobiło się ubrana. I było to oczywiście onesie bobra. Ale twarz i figura pozostała ta sama. - Przejmujesz się, jeden zero dla mnie! - Wykrzyknął, a w zasadzie - przekrzyczał Verenę, zanim miałaby szansę naprostowania czegokolwiek. Traktował to wszystko bardzo poważnie. Tylko nie chciał, żeby Verenę rzeczywiście to bolało, więc... próbował trochę to zakryć żartami. - Opowiesz mi o niej? O was? To hipokretynizm z mojej strony, ale na pewno się dogadacie! O ile nie obowiązuje tu zasada "jaka matka taka córka" i obie nie macie kijka w tyłku podpisanego "unoszenie się dumą". - A coooś czuł, że tak właśnie jest. Dlatego pewnie nie mogą się dogadać.
Otworzył oba piwka, wyciągając otwieracz z szufladki i podsunął jedno Verenie, a sam upił drugie, opierając się o jeden z blatów.
- Za twoje szczęście, Maleńka.
_________________
[Profil] [PM]
 
 
Verena


Verena Thompson

225

Czarownik

zawód: wiedźma


Tylko magiczka może się roześmiać mężczyźnie w twarz i powiedzieć "To spróbuj mnie zmusić!"

Wysłany: 2019-02-11, 01:13    [Cytuj]

Dla niej już też były naturalne. Od wielu, wieeelu lat. Tak samo nie zwracała większej uwagi na znaki innych czarowników – bo to też było absolutnie normalne. Niektórzy mieli wśród ludzi łatwiej, niektórzy trudniej, ale prawda była taka, że nikt z nich nie był do końca normalny. A Verena, ze swoimi pierzastymi skrzydłami i diablimi rogami – tym bardziej.
Jej nie próbowali palić. Ale robili jej i z nią inne rzeczy, które bardzo jasną i bolącą łuną zapisały się w jej umyśle, psychice, wspomnieniach, przebijając się przez grubą warstwę kamienia aż tutaj, aż teraz.
- Anioła, który nie poleci już do nieba, bo spadł i połamał skrzydełka. A od tego wyrosły mu rogi. Bo nie jest już krystalicznie czysty – mówił jej już to. Że jest piękna, że jest aniołem – mogła jednego z nich przypominać, dopóki ktoś nie zobaczył jej rogów. Albo – co gorsza – łuskowego ogona. - Zrezygnował, bo koniecznie chciał potomka i być z dala od diabła, którym się okazałam być – jakież szczęście, że nie mogła mieć dzieci. Inna sprawa, że nigdy nie kochała tego mężczyzny. Wydano ją za mąż, bo był bogaty, a jej rodzina potrzebowała kasy. Jak to się dla nich wszystkich skończyło można się było tylko domyślać. Brązowooka powiedziała na ten temat już chyba dość. Przynajmniej… Na tę chwilę. Karta z jednym z jej demonów została więc odkryta.
Naprawdę nienawidziła ludzi, w przeciwieństwie do Gabriela. I miała ku temu dobre powody.
- Tego chyba nie da się naprawić. Nie rozmawiamy ze sobą od… Od osiemdziesięciu lat właściwie – mówiła mu, że okres, w którym poznała jego był dla niej trudny. I że chociażby z tego powodu nigdy go nie zapomni. Zakładając, że w ogóle o tym wyznaniu pamiętał – to teraz miał chyba odpowiedź dlaczego był trudny. - Oczywiście, że się przejmuję. To w końcu moja… Zawsze będzie… - nie umiała tego powiedzieć. Że zawsze będzie jej córką. Że pomimo tego, jak to się wszystko potoczyło, w głębi serca ciągle kochała ją jak własne dziecko. Ech, szlag by to wszystko. - Co mogę ci powiedzieć… Właśnie ta zasada obowiązuje. Zresztą przecież ją znasz. Sam wiesz jaka jest – i teraz myśl Gabrielu, przekopuj własny umysł w poszukiwaniu osoby, kobiety, pasującej do tej układanki.
Ciągle w fartuszku złapała za podaną jej butelkę piwa i upiła łyk. Maleńka wcale taka maleńka nie była, ale i tak się lekko uśmiechnęła.
[Profil] [PM]
 
 
Gabriel


Gabriel

1401

Faerie


Tell the wolves i'm home.

Wysłany: 2019-02-11, 01:30    [Cytuj]

On nigdy tak do końca nie potrafił znienawidzić swojego ludu. Tylko że to był jego lud. A Verena? Przecież ludzie nie byli "jej ludem". Czarownicy też nie tak do końca. Łączyły ich nie więzy krwi i wspólni przodkowie, a tylko to, że wywodzili się od demonów i potrafili władać magią. Tylko albo AŻ. Mimo to - robiło różnicę. Zresztą czarodzieje zawsze byli indywidualistami i to, że teraz udało się im tak zebrać było niesamowite. Dlatego zakręcił się wokół nich w tym ich światłym czasie. A teraz kręcił się wśród wróżek. Kiedy to wróżkowie mieli "światły czas" i inni przybywali do nich szukać schronienia. Niemal dało się uwierzyć, że obecność Gabriela przynosiła szczęście. Słowo "niemal" było kluczowe.
- Nawet jakby ci te rogi z tyłeczka wyrastały, nadal byłabyś aniołkiem! - Tak, tak, gadali o tym, chyba nawet nie raz. On swoje, ona swoje. Ona z kompleksem, on... w gruncie rzeczy szanował ten kompleks, ale nie zamierzał jej przestawać aniołkować. Kiedyś w końcu przekona się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zresztą - hej, rozmawiał swój ze swoim. Mówił to z pełną świadomością. Odbił się od blatu i zaszedł kobietę od tyłu, zarzucając jej łapska na ramiona, żeby ją przytulić. - Bardzo mi przykro, Verenko. Bo naprawdę niesamowita z ciebie pieczarka. - I pocałował ją w bok głowy. Taki szybki dziubas! Po czym odsunął się na bezpieczną odległość, żeby mu się tłuczkiem nie odwinęła. Tak bezwarunkowo.
Już w momencie, kiedy Verena wspomniała o tych osiemdziesięciu latach, Gabriel zaczął łączyć wątki. Dopasowywać jedno do drugiego. Kojarzyć. Przypominać sobie. Jak łowienie rybek z wyjątkowo płodnego stawiku. W końcu wyciągasz całe wiadro, chociaż zaczynasz od jednej rybeńki. Łączenie wątków było dopasowywaniem ich do jej historii. A kiedy skończyła - trybiki zapracowały na pełnych obrotach. Po chwili na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie. Zdziwienie i szukanie potwierdzenia.
- O żesz ty... no jaka matka taka córka! - Wyciągnął dłonie przed siebie, grzbietem do dołu, z wyprostowanymi palcami. Jakby pokazywał właśnie na stopy Connie, która stała tuż obok. Nie stała. Ale Gabriel miał wyjątkowo wybujałą wyobraźnię. - Już wiem, czemu była na mnie taka sfoszona wtedy po cyrku! I po fairylandzie! Oprócz tego, że też myślała, że umarłem. - Pokiwał głową sam do siebie. - Nie miałem pojęcia! Pisklak mi nic nie powiedział! Toooż to zołza, niech tylko ją... - dorwę. Ale tego nie wypowiedział. Bo mała zołza zniknęła. - W Labiryncie jej się znowu zachciało kisnąć. - Zaplótł ręce na klatce piersiowej, przybierając prawdziwie sfoszoną i urażoną minę.
_________________
[Profil] [PM]
 
 
Verena


Verena Thompson

225

Czarownik

zawód: wiedźma


Tylko magiczka może się roześmiać mężczyźnie w twarz i powiedzieć "To spróbuj mnie zmusić!"

Wysłany: 2019-02-11, 01:51    [Cytuj]

Verena nie nienawidziła czarowników. Po prostu unikała dłuższego kontaktu z nimi, dlatego, że byli jacy byli. To, że się zebrali do kupy było istnym cudem. A Thompson nie bez powodu nazywała ich Organizacją Klaunów. Ewentualnie Zbieraniną. Było to właśnie dlatego, że byli takimi indywidualistami, każdy jeden i każda jedna. A ludzie… Ludzie nie byli jej ludem. Zupełnie się z nimi nie utożsamiała. Zresztą nie ona jedna – było wielu takich czarowników. Wystarczyło spojrzeć na Connie, która większą część czasu chowała się w Labiryncie, z dala od ludzi. Tam czuła się bezpieczna. I czy ktoś mógłby ją winić? Nie. Na pewno nie Verena.
- Lepiej nie. Trudno by się wtedy siedziało – wystarczyło, że sterczały z głowy i że musiała się długo układać na poduszce do snu, żeby jej nie przeszkadzały ani się nigdzie nie wbijały. Ale dało się żyć. Skrzydłami się wystarczyło owinąć i jakoś to było.
Nie trzymała już tłuczka do mięsa w rękach od dłuższego czasu. Zamarła, gdy poczuła ręce zaplatające się na niej do pakietu z buziakiem w bok głowy. Zupełnie nie tego się spodziewała, tak samo jak słów, które padły. Na chwilę stała się kamienną statuą, na którą spojrzała Gorgona – i wcale nie przejawiała żadnych odruchów, które miałyby wskazywać, że zaraz się odwinie Gabrielowi. Raczej odwróciła do niego głowę, trochę skołowana i z pytaniem w oczach. Och, no i dziwne, że sobie oczu nie wydłubał o jej róg.
- Załapałeś? Świetnie – to oznaczało, że obędzie się bez dogłębnego tłumaczenia i głupich, dociekliwych i bolesnych pytań. Teraz już wiedział. A jej z jakiegoś powodu wcale nie było z tego powodu lżej. Czuła za to dziwny smutek. Że wiedział jaka była Connie. Że wiedział, co się z nią teraz dzieje. Gdzie jest. A ona nie. Pisklak, zołza i inne okeślenia. Bolało. Trochę.
Wyłączyła kuchenkę i sięgnęła po butelkę, z której pociągnęła mocno i zdrowo.
[Profil] [PM]
 
 
Gabriel


Gabriel

1401

Faerie


Tell the wolves i'm home.

Wysłany: 2019-02-11, 02:13    [Cytuj]

80 lat... sporo, nawet jemu się tak wydawało. Nie bardzo dużo, nawet nie dużo - ale sporo. Nie wyobrażał sobie, żeby miał na tyle lat rozłączyć się z Kim. Jak tą zołzę tracił z oczu na tydzień to zaraz było łolaboganie, bieganie w panice i krzyk, rozpacz! Ale one się nie widziały 80 lat. Niestety, że trochę się zapędził w swojej paplaninie, zauważył za późno. Już zdążył naruszyć wrażliwe punkty i sprawić, że zabolało ją bardziej.
- Przepraszam. Mój długi język. Nie wiedziałem. - Miał dobry kontakt z Connie, ale... skąd ona znowu miała o tym wiedzieć? Ten dobry kontakt nie był stopą pro przyjacielską w stopniu, w którym kochaliby się niemiłosiernie. Nie był nawet stopą, w której zapraszaliby siebie wzajem do swoich domów. Spuścił teraz z tonu i naprawdę zabrzmiał na skruszonego. Ponoć wróżki nie potrafią kłamać. Haa... ciężko było w to uwierzyć, kiedy wiedziało się, jak świetnymi manipulatorami są. Tutaj jednak mówił prawdę. Zresztą - cały czas mówił prawdę. Nie okłamywał Vereny w żadnym punkcie.
- Jesteś jej mamą, powinnaś dać jej dobry przykład pokory. Odpuścić. Nagiąć dumę. - Itepede. Oczywiście, że jej zależało - już to usłyszał. Niestety - chyba nie mógł pomóc szukać Connie. Nie miał wstępu do Labiryntu, a biorąc pod uwagę to, co się tutaj działo ostatnio... dobre, że Verenie nic nie było. Ale - była dużą dziewczynką, potrafiła sobie radzić. W to nie wątpił. - Zajmowałem się tutaj jedną dziewczynką. Była nieuleczalnie chora, a niektóre moje moce przestały działać po tym, jak przestrzelili mi skrzydła. Nikt jej nie mógł pomóc. Była przecudowną, przekochaną istotką. Traktowałem ją jak córkę. Jak się okazało, nie byłem jej jedynym fanem. Przemienił ją wampir, a potem... potem zabili ją fanatycy. Po powrocie z ziem wróżek byłem przekonany, że wreszcie będę mógł jej pomóc, chociaż trochę, a czekało mnie małe śledztwo, żeby znaleźć jej prochy. Najgorsze jest to, że moja córka... moja Kim też zniknęła.
Gabriel nie bał się niczego - tak można było o nim powiedzieć. Nie wyglądał nawet na jakkolwiek przestraszonego. A jednak się bał.
Wyłączył głupio gadającą laskę, której i tak nie słuchał i włączył znów zdjęcia. Pokazał Verenie zdjęcie bladej jak śmierć, zmęczonej, chudej dziewczyny. Od razu było po niej widać, że jest chora. Bardzo chora. Ale uśmiechała się przepiękne. Ostatkami swojego życia.
- To ona. Mała Eliza.
_________________
[Profil] [PM]
 
 
Verena


Verena Thompson

225

Czarownik

zawód: wiedźma


Tylko magiczka może się roześmiać mężczyźnie w twarz i powiedzieć "To spróbuj mnie zmusić!"

Wysłany: 2019-02-11, 02:47    [Cytuj]

Teraz już wiedział, a mleko zostało rozlane. Ani jedna ani druga nie mówiły o sobie; długie lata ktoś, kto nie znał ich przed rozłamem nie miał pojęcia, że te dwie czarownice łączyło coś więcej niż zwykła znajomość i niechęć pomiędzy czarownikami. Niektórzy rzecz jasna siłą rzeczy wiedzieli. Ale nie Gabriel, który poznał Verenę niedługo po tym, a Connie masę czasu później. Nie mogła mu mieć tego za złe. Ale jednak i tak zabolało to, co powiedział bardzo bezmyślnie. Nie pierwszy zresztą raz. Zazdrościła im tego dobrego kontaktu. Bo widziała ten kontakt – tak cyrku, jak i chociażby na spotkaniu czarowników tuż przed wypadem na bagna. Naprawdę, nie było o czym mówić. Miała oczy.
- Nie po osiemdziesięciu latach. Poza tym ona bardziej widziała we mnie dużo starszą od siebie siostrę niż matkę. Za wiele czasu minęło, za dużo się wydarzyło. Nie mam żadnych złudzeń, Gabriel – wzruszyła ramionami, jakby chciała od siebie odgonić ten cały temat, pokazać, że nic ją to nie obchodzi. Niestety obchodziło. - Próbowałam z nią rozmawiać. Ostatnim razem. Nic z tego nie wyszło – ostatnim razem czyli w lipcu i sierpniu, gdy Conni wychynęła z Labiryntu i częściej się pokazywała na oczy. Taka była kolej rzeczy. Za błędy się płaciło. Chociażby samotnością, którą obecnie przeżywała.
- Przykro mi. Naprawdę – miała słabość do dzieci, ale o tym faerie doskonale przecież wiedział. I to od samego początku. Mogła nie znosić ludzi, ale dzieci się to nie tyczyło w żadnym wypadku. A im starsza była, tym bardziej miękła na tym polu. - Nie chcę sobie nawet wyobrażać co czułeś, gdy okazało się, że nie żyje. Miała wyjątkowego pecha, skoro fanatycy dorwali ją niedługo po przemianie… A o swoją córkę się nie martw. Mam wrażenie, że jeżeli wdała się w ciebie, to sobie poradzi. Może chciała się w końcu wyrwać spod opieki tatusia. Długo jej już nie ma? I ile ona w ogóle ma lat? – to w sumie też był ważny element tego wszystkiego, prawda? No i… w razie czego mogła spróbować ją wytropić, choć prawdę mówiąc to nie wiedziała czy zaklęcie w ogóle zadziałałoby po takim czasie. Zakładając, że był to dłuższy czas.
Spojrzała na zdjęcie, które jej pokazał.
- Już ją chyba widziałam. Pokazywałeś mi jej zdjęcie w lipcu – chyba wtedy, gdy wybrali się na arcyważną misję pod tytułem przesłać wiadomość pewnemu Życzliwemu.
[Profil] [PM]
 
 
Gabriel


Gabriel

1401

Faerie


Tell the wolves i'm home.

Wysłany: 2019-02-11, 11:36    [Cytuj]

Za często zdarzało mu się tak peplać bez zastanowienia. Najgorsze jest to, że peplał tak, nawet jak się starał i naprawdę przykładał. Pewnych rzeczy najwyraźniej nie tak łatwo się pozbyć i u siebie naprostować, a on zresztą nie żył znowu w takiej sprzeczności z samym sobą. Tylko w chwilach takich jak ta psioknął na samego siebie w myślach za swoją bezmyślność. Teraz nawet zastanawiał się nad tym, co rzec. Bo co tu dodać? Że rozumiał? Że to faktycznie za dużo czasu? Że... że to córka, nie ważne, ile czasu minie?
- Z perspektywy bycia dzieckiem mogę ci powiedzieć, że przeprosiny nawet po milenium działają bardzo sprawnie. - Każdy z nich był dzieckiem. Każdy z nich był innym dzieckiem, mającym inne doświadczenia ze swoimi rodzicami. Każdy z nich miał innego rodzica, inny charakter i inny pogląd na świat. - Te 80 lat to słaabaa wymówkaa. - Uśmiechnął się i lekko prztyknął Verenę w nochala, żeby się rozchmurzyła. Chociaż troszeczkę. Obie kobiety miały naprawdę trudny charakter, kawał trudnej historii za sobą. - O co się właściwie pożarłyście? - Dopytał w końcu. Pewnie nie potrzebowały wiele. Wystarczyła jedna sprzeczność. Verena była uparta, Connie była uparta. Wolały już uprzeć się na swoim i zerwać wszystko, byle nie przyznać się do błędu i nie zaakceptować punktu widzenia drugiej strony. Nie ważne, która ze stron miała rację. Nie zamierzał jej tutaj wciskać, że na pewno się pogodzą w końcu i będą bratki, miłość i słoneczniki. Uważał jednak, że podanie sobie dłoni było możliwe.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się ciepło, cofając telefon do siebie i przyglądając się dziewczynie. Chyba po prostu przypominała mu Kim. Nie musiała mieć podobnych rys twarzy - po prostu ją przypominała.
- Aaa, było minęło, ludzie umierają, to zupełnie normalne. - I teraz już się z tym pogodził, bardzo szybko, bo był bardzo przyzwyczajony do śmierci - proste. Ale jednak było mu... tęskno? Żal? To chyba złe określenia. Melancholia się w nim zalęgała przy tym temacie. Dlatego szybko ją rozganiał, bo czuł jej paraliżujące pnącza, które się w niego wbijały. - Ooo, mój kwiatuszek-bączuszek to taki maleńki, słodki berbecik! Już ma sto osiemnaście latek! Prawie dorósł mój słodki serdelek! - Piał dalej swoje zachwyty do księżyca. Temat-pułapka. - Niee... wdała się bardziej w matkę. - Uśmiechnął się pod nosem. - Chociaż mam nadzieję, że nie do tego stopnia, by urodzić dziecko i stwierdzić, że jej się znudziło i zniknąć. - Przekrzywił głowę na bok i pokiwał nią. - Możliwe, że gdzieś szaleje. Ale nigdy nie ignorowała mnie na tak długo. - Bunt? Nie, to nie było w stylu Kim. Zwłaszcza, że pozwalał jej w sumie na wszystko, była jego oczkiem w głowie. Nie było się czemu buntować.
- Tak? Nie pamiętam zupełnie... ej, co z tym obiadem. Dick Beaver jest głodny. - Pomasował się po brzuszku.
_________________
[Profil] [PM]
 
 
Verena


Verena Thompson

225

Czarownik

zawód: wiedźma


Tylko magiczka może się roześmiać mężczyźnie w twarz i powiedzieć "To spróbuj mnie zmusić!"

Wysłany: 2019-02-11, 13:10    [Cytuj]

Jak przez całe życie nie przejmowało się, że palnie się do kogoś coś, co go zaboli, to trudno było teraz nad sobą panować i się zastanawiać; trudno było przesiewać słowa, które mogą kogoś zaboleć, zwłaszcza, jeśli w sumie tak do końca nie znało się osoby, z którą się rozmawia. Chcenie to już dobry krok na drodze, ale zdecydowanie niewystarczający. Tak samo jak dobre intencje – nimi było wybrukowane piekło. Szkody były już poczynione i Verena zdawała się trochę wycofywać.
- Nie wiem. Nigdy nie słyszałam od moich rodziców przeprosin. Zresztą dawno już nie żyją. A mój ojciec… - ten ojciec oczywiście, ten prawdziwy, demoniczny – cóż, nigdy go nie spotkałam – i nadal się wymówkowała, że nie ma pewności kto to jest. Kłamstwo. Podświadomie czuła kto to.
Pfyfnęła na niego, tyknięta w nos.
- O zasady. O brak szacunku. I o to, że Constanza nie uczy się na swoich błędach. I o to, że łgała mi w żywe oczy. Przyłapałam ją na praktykowaniu czarnej magii raz i ją ostrzegłam. Nie wyciągnęła z tego żadnych wniosków i niedługi czas później przyłapałam ją drugi raz – chodziło też o kwestie bezpieczeństwa. Verena nie mogłaby zareagować, gdyby coś wymknęło się z rąk Connie. Ona sama błyszczała na innym polu. I czym innym jest studiowanie magii zakazanej w teorii – czy mogłaby ją winić za ciekawość i chęć pogłębienia wiedzy teoretycznej? – a czym innym w praktyce.
To nie była jedna sprzeczność. To był brak szacunku do panujących zasad, które też Verena wyraźnie nakreśliła, gdy zaczęła uczyć ją magii. Wszystkiego co sama umiała. Nie chodziło też o jakieś tam zakaziki Clave, bo kogo one obchodziły w Spiralnym Labiryncie. Chodziło o przyzwoitość. Pewnych rzeczy nie powinno się dotykać. Jak nekromancji – co jawiło się Verenie prawdziwym obrzydlistwem.
- Maleńki i słodki berbecik?! – prychnęła na niego z niedowierzaniem. On chyba oszalał. - Ona ma sto osiemnaście lat. Sto osiemnaście! Jak ja miałam sto osiemnaście, to się władowałam w wojnę – burknęła na niego. Cóż. Mógł z tego łapać tak, jak łapała on. Czyli, że na pewno ma więcej niż 118. Granica się przesuwała. Tym niemniej może i dla każdego rodzica dziecko zawsze pozostanie dzieckiem, ale trzeba było widzieć umiar. A jego córka, o Boże, to już od dawna nie było dziecko. Nawet, jeśli na takie się zachowywała. Prędzej czy później trzeba było dorosnąć. Może w końcu do tego doszło.
Zostawiła ich? W sensie, że matka Kim. Verena w odpowiedzi na to stwierdzenie po prostu ścisnęła usta w bardzo cienką linię, ale ugryzła się w język. Nie wyobrażała sobie jak można urodzić dziecko i uciec. Ona nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.
- Mogę spróbować ją wytropić, jeśli chcesz. Oczywiście o ile w ogóle jest na ziemi, a nie gdzieś indziej – przykładowo – w Krainie Wróżek, poznając ją na własną rękę. Tam by jej chyba nie znalazł, co? Telefony nie działały i szukaj wiatru w polu. Chociaż tam też mogłaby poszukać.
- Jak będziesz się tak przedstawiać, to nici z obiadu – odpowiedziała mu, ale zaczepiona ruszyła się po talerze i sztućce, z czego jeden komplet wcisnęła jemu, - Obsłuż się – były ziemniaczki w garnuszku, były kotleciki i suróweczka z buraczków.
[Profil] [PM]
 
 
Gabriel


Gabriel

1401

Faerie


Tell the wolves i'm home.

Wysłany: 2019-02-11, 13:34    [Cytuj]

- Dziwne by było, gdyby żyli. Chyba że jako zombie. W sumie, zastanawiałaś się kiedyś jak to jest mieć pieska zombie? - Typowo amerykańska rodzinka - dziecko, mama, tata i piesek. Zawsze musi być piesek. I ta wredna sąsiadka, której nikt w zombie przemienić nie będzie chciał, bo tylko czekasz, aż wyzionie ducha i w końcu przestanie być taka wścibska. - Mi tu chodziło o ciebie, głuptasie. O ciebie w roli matki. - Przeprosiny od demonów? Hę? Nawet nie wpadł na to, by coś takiego sugerować, ale skoro Verena tak to odebrała... Nawet sobie to potrafił całkiem nieźle zwizualizować. Czerwonego skurwielka z różkam, który bardzo przeprasza swoją córeczkę, a potem dźga ją trójzębem w dupsko. Pewnie dlatego przychodziło mu to z taką łatwością, bo sam tak robił. Och, jak mi przykro, tak bardzo przepraszam..! Że nie zabiłem cię od razu.
- Ou... - Skomentował i wykrzywił twarz w typowym grymasie "upsiii!". - To sobie nagrabiła. - Z perspektywy rodzica - rozumiał doskonale. Gdyby jego dziecko zaczęło bawić się z mocami, które mogą je narazić na niebezpieczeństwo... i gdyby kłamała mu w żywe oczy to..! To na pewno by się na nie nie obrażał, tylko starał rozmawiać tak długo, aż w końcu by dotarło, dlaczego to jest złe, że... robi to sama. Bo przecież tatuś by jej pomógł, byle nie robiła tego sama. Tylko że to by miało miejsce zaraz po wybuchu. Bardzo zimnym wybuchu, bo zawsze, kiedy puszczały mu nerwy, milknął, a świat wokół zaczynał pokrywać się lodem. Różnili się sporo z Vereną, ale rozumiał ją doskonale. Sprawa nie była prosta. Przynajmniej - z perspektywy rodzica, podkreślam, bo tak to sam wsadzał łapy w magię zakazaną i robił wiele paskudnych rzeczy razem z niektórymi czarownikami. Tego typu sekrety zmywał pierwszy deszcz, jak ślady krwi z ziemi.
- Co ty mówisz!- Napuszył się. - Toż to maleństwo! Moje słodkie! - Przytulił telefon do klatki piersiowej, spoglądają na Verenę z oburzeniem. Ale tylko przez moment, bo zaraz wrócił do normalnego stanu. - Wiem, wiem, przesadzam. Starałem się trochę... odpuścić. Kimi jest naprawdę glupiutka i łatwowierna. To chyba najczystsza dusza na Ziemi. Próbowałem ją przystosować do życia jak tylko mogłem, ale, eech.- Ciężko było to w pełni pojąć, dopóki się jej nie spotkało. Założył dłoń za potylicę i podrapał się po bobrzym kapturze. - Nie dali mi podręcznika "jak wychowywać dziecko, kiedy sam jesteś dzieckiem".
W gruncie rzeczy nie interesowało go aż tak bardzo, ile lat ma Verena. Nie miało to dla niego wielkiego znaczenia, to raczej tylko minimum ciekawości. Tak samo jak z tym, jak się jej żyło, kiedy była jeszcze... człowiekiem. Jasne, chciał wiedzieć. Ale bardziej chciał, żeby oboje mili dobry humor teraz i poznawali siebie z dziś, niż wnikać w to, co było kiedyś. Cokolwiek to było - minęło dawno temu.
- Byłbym bardzo zobowiązany, querida.* - Stanął na palcach (zupełnie niepotrzebnie) i zerknął do garnuszka. - Tak sobie myślałeeem... że może spróbowalibyśmy znaleźć tę demoniczną dziewczynuszkę, przez którą musiałem zostawić walizkę w zrujnowanym pokoju? Nie chwaliłem ci się chyba jeszcze, ale zacząłem robić licznik moich spalonych posiadłości. Wiesz, taki jak mają w więzieniu, wygląda to cool. - Nałożył sobie ziemniaczki na talerzyk i mięęęęsoooo! - MIEENSOooOOoO! - Mniam! - Ooo! I zupełnie zapomniałem! Miałem ci powiedzieć! Tamto targowisko, tamto miasto na bagnach, oczyściliśmy je i odbudowaliśmy. - Wypiął dumnie pierś, uśmiechając się promiennie. - Fajnie, nie?

*j.port. - najdroższa
_________________
[Profil] [PM]
 
 
Verena


Verena Thompson

225

Czarownik

zawód: wiedźma


Tylko magiczka może się roześmiać mężczyźnie w twarz i powiedzieć "To spróbuj mnie zmusić!"

Wysłany: 2019-02-11, 14:15    [Cytuj]

- Nie. Brzydzę się nekromancją – więc nie, nie zastanawiała się jakby to było i prawdę mówiąc, to spojrzała w tej chwili na Gabriela jak na wariata.
Takie rzeczy mu chodzą po głowie? Chyba nie powinna się dziwić. Dzieciak, no po prostu dzieciak – jak zresztą chyba każdy facet. Gabriel miewał głupie pomysły – chociaż to „miewał’ to niedopowiedzenie miesiące. To nie „bywało” raz na jakiś czas. Ale i Verena nie była od niego wiele lepsza, a czasami jej pomysły były jeszcze głupsze. Tyle, że nie tykały tematów nekromancji i czarnej magii. No po prostu… Po prostu nie.
- To raczej Constanza nie chciała rozmawiać. Spakowała manatki i się wyniosła. Na głucho. Niedługo potem wylądowałam w Polsce, a resztę historii znasz – wzruszyła ramionami. Było minęło, taka prawda. - Ale ja też nie mogłam pozwolić na samowolkę. Tak to jest, jak dasz palec, to chcą wziąć całą rękę – więc nie mogła sobie pozwolić na nagięcie zasad, które jasno nakreśliła na samym początku.
Tak naprawdę to Verena wyłagodniała, ale dopiero po czasie. W ciągu tych osiemdziesięciu lat mniejszej czy większej samotności. W momencie, gdy to wszystko się rozgrywało – nie była taka ja teraz. Była twarda, musiała być. I chciała, by Connie też była, by radziła sobie z tymi cholernymi czarownikami.
- Cóż, przeżyła tyle czasu, więc jakoś sobie poradziłeś bez podręcznika – wiedziała, że pewnie robił co mógł, a że mógł niewiele… I to bez matki… eeech. Cóż. Ona też wychowywała „dziecko” samotnie, wiedziała dokładnie z czym to się je. Giosepa może nie była niemowlęciem, gdy trafiła pod skrzydła Vereny, ale jakby była – zupełny pisklaczek w świecie magii.
Przeszłość może i minęła, to prawda. Ale dzwoniła echem w uszach w momentach najmniej do tego odpowiednich. A ciągłe Gabrielowe paplanie o tym, że powinna sobie znaleźć mężczyznę w niczym nie pomagało. Zaś znalezienie sobie kogoś tylko po to by zapełnić pustkę, jawiło się kobiecie nieczyste. I jako oszustwo wyrządzone na samej sobie. Już wolała być sama, niż wiązać się z byle kim, byle tylko nie czuć pustki. To i tak było tylko rozwiązanie na chwilę.
No to ustalone. Spróbuje ją odnaleźć. Chociaż musiała go później poinformować, to że to i tak może nic nie dać.
- Czekaj… Jakim pokoju? O czym teraz mówisz? – demoniczna dziewczynka – ych, domyślała się, że chodziło o tę wyciągniętą z cyrku. Bo o jaką inną? Ale nie załapała o co chodzi z walizką. - I ile ich naliczyłeś? – taaak, cóż. Ta w Yorku dość spektakularnie spłonęła. Zabawne, bo jakoś żaden z jej domów nigdy nie spłonął. Może dlatego, że nie spraszała do niego byle kogo. I nie robiła z niego azylu czy tam przystani dla bezdomnych Podziemnych. Każdych. Kogoś mogłaby tutaj przekimać i przetrzymać na dłużej – to fakt. Ale nie jakichś wampirów z ulicy i nie wiadomo kogo jeszcze.
- Wiem o tym. Jedna z czarownic brała w tym udział – to, że była na uboczu – i to częściowo przez niego – nie znaczyło, że nie słuchała. Cholera, na tym polegała jej praca. Na wiedzy. - Fajnie – choć to nie było słowo, którego sama by użyła w stosunku do oczyszczenia tamtego plugawego miejsca. Zbyt źle jej się kojarzyło mimo wszystko. - Smacznego.
[Profil] [PM]
 
 
Gabriel


Gabriel

1401

Faerie


Tell the wolves i'm home.

Wysłany: 2019-02-11, 14:40    [Cytuj]

Ano, znał podejście Vereny do magii, która wypaczała. Dla niego nie było żadnych limitów na tym świecie poza tymi, które sam sobie narzucał. Były też te, które narzucali ci, których lubił i potrafił się do nich dostosować... czasami. Bo potem przychodził moment, kiedy pokusa stawała się silniejsza, a jeśli była porywająca - to stawała natychmiastowo. Jak tam, w cyrku, kiedy dobrał się do klatki demona, żeby ją uwolnić. Jak na banach. Na wszystkich wojnach po kolei. Zamieniał się wtedy w zupełnie inną osobę niż był na co dzień, jakby ktoś naciskał jakiś pstryczek w jego mózgu i przełączał na działanie berserka.
Pasowało to w sumie i do Constazy i do Vereny. Gdyby tylko miał tego Pisklaka pod ręką to pewnie by jej nagadał - ale nie miał. Nie miał pojęcia, co się z nią działo. To jest - zawsze kisiła w Labiryncie, kiedy shit was geting serious. Jej wypełznięcie z bezpiecznych zakrętów skończyło się dość ostro, a niepokoje dopiero teraz się jakoś wyłagodziły. Tak i teraz miał czas przyjść i zobaczyć, co słychać na tym padole. Nie mógł się nie zgodzić ze słowami Vereny, a potwierdzenie nie wchodziło tu w grę, bo jego córka była zupełnie inna. Grzeczna. Nawet jeśli lubiła, zupełnie jak tatuś, łazić swoimi drogami. Damn, co on gadał, że wdała się w mamusię - była prawdziwym oszołomem jak Gabriel. Tylko jakoś to do niego nie docierało, bo widział w córeczce aniołka.
Gabriel w życiu by nikogo nie zaprosił do zamieszkania w jego domu. Jego dom był jego azylem i to, że kręcił się po nim wampir, kuło go mocno. Drażniło. Z tą sprawą była większa komplikacja - bo to nie on tamtego wampira zaprosił. I tutaj ujawniała się jego słabość - naprawdę ciężko mu było córeczce odmówić. Całkiem nieźle to wychodziło, bo Jack w sumie pilnował Kim. Ona go lubiła, a on w zamian za dawanie mu dachu nad głową miał prywatnego ochroniarza. Status - to skomplikowane. Bo Kim gotowa się była wtedy wyprowadzić. A on był gotowy na bardzo wiele, żeby jednak tego nie robiła. Nie wytrzymałby w pustym domu.
- W waszej posiadłości. Nie słyszałaś, że wybuchła? - Uniósł brwi, pakując buraczki do dzioba. - Doliczyłem się pięciu. Mogłem coś pominąć. Liczę razem z moim pokojem w waszej posiadłości. - Wymierzył w Verenę widelcem.
- Itadakimasu! - Klasnął w dłonie i pochylił głowę, dobierając się do jedzonka, kiedy już usiedli przy stole.
_________________
[Profil] [PM]
 
 
Verena


Verena Thompson

225

Czarownik

zawód: wiedźma


Tylko magiczka może się roześmiać mężczyźnie w twarz i powiedzieć "To spróbuj mnie zmusić!"

Wysłany: 2019-02-11, 15:50    [Cytuj]

Jedni narzucali na siebie zasady i się im poddawali, chcąc, żeby ich życie miało jakiś porządek i żeby nie zatracić człowieczeństwa z braku lepszego słowa, które Verena pewnie wypowiadała z trudem. A inni byli chaosem i było im wszystko jedno, do czasu, aż zatrzymywali się na chwilę, a wtedy doganiała ich cicha myśl, że… to życie jest jakieś… miałkie. Jałowe. Coś w nim brakuje. Może tych zasad właśnie. Czegoś, co trzymało cię w ryzach, żeby nie zwariować za szybko.
I o ile sprawa z cyrku rozeszła się po kościach i niezbyt się nią Verena przejęła, to z bagnami – cóż… już nie mogła przejść obok tego obojętnie. I nie przeszła. Domyślała się, że jej sąsiadka musiała słyszeć jakieś krzyki, kiedy Verena straciła nad sobą panowanie.
W kwestii Connie nie było już chyba nic więcej do dodania. Już dawno tę sprawę pogrzebała w swoim umyśle i szanowała niepisany pakt o nie wchodzeniu sobie w drogę, chociaż chciała to zmienić podczas tegorocznego lata. Nic z tego nie wyszło, Constanza nie była ani trochę chętna, by cokolwiek zmienić, a Verena nie chciała jej naciskać. Na siłę niczego się przecież nie wskóra.
Tutaj to właśnie wychodziło – brak zasad. W sensie w relacji Gabriela z jego córką. Dał więcej niż dłoń. Dał całą rękę. Jeszcze więcej. Więc Kim robiła co chciała, doskonale wiedząc, że ojciec tylko pogrozi palcem, a potem zrobi wszystko, żeby ją zatrzymać przy sobie. Sam to na siebie zrzucił. Brak zasad był chaosem. Brak zasad sprawiał, że było się wiecznym dzieckiem, bo wszystko było wolno.
- Ach, o tym mówisz. Nie wybuchła. Tylko jeden pokój tak wygląda – wzruszyła ramionami. Wiedziała, że będą kłopoty z tym dzieciakiem, po prostu wiedziała, że lepiej byłoby ją odesłać, a nie zatrzymywać. Dziecko czy nie – tutaj akurat jej słabość do dzieci przegrywała z niechęcią do demonów i z mieszaniem się w ich sprawy. Znaczy – sama to wielokrotnie robiła, ale dzięki temu wiedziała jak niebezpieczne to jest. - Więc swój pokój możesz z tego wykreślić – uśmiechnęła się do niego lekko. - Dawno tam nie byłam swoją drogą. W swoim pokoiku – bo takowy też miała. Może i mogła zawsze wrócić tutaj, ale nie zawsze się chciało. Więc jeden pokój zaanektowała dla własnych potrzeb.
Ciepły obiadek i piwko do tego. I czipsy na później. Żyć nie umierać, co?
[Profil] [PM]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Shadow York @ 2018
Kody i szatę graficzną wykonała Altharis Martell
Za pomoc również dziękujemy Yinowi.

Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
Witaj nieznajomy







Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 8