Lennan Fairwolf

30



I was lost until I found me in you I saw I side of me that I was scared to But now I hear my name and I'm running your way







[Cytuj]
Multikonta: Ignis
Zawarł pakt z diabłem i... poza dreszczem na kręgosłupie, poczuł coś jeszcze. Oczekiwanie. Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić? Zaprzedał właśnie duszę, czy jeszcze nie? Co mógł chcieć od niego Czarownik, który kręcił się wokół, kusił, ale niczego nie brał. Jakie mógł mieć powody? Pytał pośrednio o wróżki. Chciał czegoś od nich, czy z rasą nie miało to niczego wspólnego? Lennan czuł, że tak jak on sam interesuje się tym, co kryje się za jasnymi tęczówkami, ich właściciel interesuje się nim samym. Widział to w gorących spojrzeniach, jakie były mu posyłane, a także wyczuwał w pytaniach. Na wzmiankę o tym, aby uważał na co pozwala, uśmiechnął się jedynie tak, jakby chciał powiedzieć, że nie boi się. W pewnym sensie taka była prawda. Nie bał się tego, co mogło przynieść jutro. Bał się utracić bliskie mu osoby, ale tych nie było wiele. Bał się też burzy, jednak to zjawisko raczej nie było czymś, co Jon mógł wyciągnąć nagle z kieszeni i użyć przeciw niemu. Chyba, że władał przyrodą, ale to było raczej niemożliwe.
- Nie zapominaj o tym, bo kiedyś się zdziwisz jak skoczę w przepaść - odparł cicho, a tym razem to jego spojrzenie nabrało na intensywności. Naprawdę chciał poznać wszystko, co było związane z magią, a także co kryło się po drugiej, ciemniejszej stronie lustra. Pożądał wiedzy. Wiedza dawała władzę nad sobą, nad wydarzeniami. Przykładem był Jon, który wiedział jak się zachowywać, żeby osiągać z góry zamierzony cel. Nic więc dziwnego, że ta ciekawska dusza jak Lennan, próbowała właśnie podejść jak najbliżej ognia. Na nowe zasady wprowadzone do gry - wbita bila to jedno pytanie o czary - Lenn poczuł ogromną satysfakcję. - To możesz od razu usiąść i patrzeć, bo z taką zachętą, nie wiem czy pozwolę ci zagrać - zaśmiał się i to był ostatni raz, gdy podobny dźwięk wydobył się z jego gardła. Zaraz bowiem pogrążyli się w rozmowie o tym, o czym w pewnym sensie chciał nie myśleć. Jednocześnie nie miał z kim o tym porozmawiać, z kim podzielić się odczuciami, a Jonathan... On mógł go zrozumieć, sam skrywał mrok.
Czuł jak fala emocji zaczyna się w nim rozlewać, ale nie były to te przyjemne pragnienia. Nie... Do tych było im daleko. W głowie miał chaos, pogrążony w mroku, w którym brakowało odrobiny światła. Nienawidził brutalności, dzikiej, zwierzęcej agresji, dążenia do wyniszczenia wszystkiego wokół. Zabić, aby przeżyć, tak. Zabić dla zabawy, zabić dla zabawki, zabić dla poczucia władzy... To wzbudzało w nim głuchą wściekłość. Tortury wywoływały u niego obrzydzenie. Człowiek, przy całym swym geniuszu, zamiast wymyślić sposoby na uratowanie natury przed jej unicestwieniem, lubował się w zadawaniu bólu. To z kolei sprowadzało do czucia obrzydzenia wobec samego siebie, które napędzało tylko machinę wściekłości, nieomal nienawiści.
- Miałem go torturować, w imię czego? Bólu, którego i tak nie odczułem ja? Nie przywróci to nikomu życia, a jedynie zabije część duszy torturującego. Może strzeliłem do bezbronnego, ale nie czerpię z tego jedynie satysfakcji - wypowiedział te słowa cicho, nad wyraz spokojnym, ale lodowatym tonem. Zabił Igora, bo miał chwilę władzy. Miał możliwość wymierzyć sprawiedliwość, jak powiedzieliby inni, ale tak naprawdę miał sposobność pozbyć się problemu raz na zawsze. Mimo to myślami czasem odgrywał scenę, zastanawiając się, czy nie mógł jednak przestrzelić mu wpierw jednego uda, potem drugiego, krocza... Patrzeć jak się wykrwawia, wypuszczając kolejne strzały w takie miejsca, żeby bolało, ale żeby wciąż był przy życiu zanim jednym ciosem odciąłby mu głowę, aby nabić ją na pal. Tak jak Basilone nabił głowę Faerie. Obrzydzenie do samego siebie za podobne myśli przelała się przez niego gwałtownie sprawiając, że odsunął się od stołu i w dwóch krokach był przy stoliku z piwem. Wychylił zawartość jednym ruchem, z cichą nadzieją, że jakoś ochłonie pod wpływem zimnego napoju. Niestety, dłonie zaczęły mu się nieznacznie trząść, więc zacisnął je w pięści. Przed oczami migały mu obrazy pokazywane przez iluzję Erika, które ukazywały młodego Joe w bestialski sposób mordującego wampira dla durnej części samochodu. Lennan potrzebował jak najszybciej odwrócić swoje myśli.
Podszedł do stołu, z zaciśniętą szczęką i wyraźnym napięciem, które nie chciało ustąpić, a którego pragnął się pozbyć. Nachylił się, uderzył w biała, a widząc jak gniewnie uderza ona w kolejne wsparł się na dłoniach i pochylając głowę przymknął oczy. Wszystko w nim się gotowało, każdy mięsień był napięty, a on sam miał ochotę coś popchnąć, uderzyć, rozerwać. Najlepiej samego siebie.
- Trafiłem. Możesz sprowadzić tutaj coś mocniejszego niż piwo? Bez konieczności wędrówki do baru? - spytał próbując odzyskać nad sobą kontrolę. Podniósł głowę, aby wbić ciemne, wciąż jeszcze gniewne spojrzenie w Jonathana. Jeszcze jakieś pytania?
We are the broken ones, who chose to spark a flame
Watch as our fire rages, our hearts are never tame
'Cause we were born for this
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Cena była już z dawien dawna określona, a Lennan mógł sobie myśleć o jakimś zaprzedawaniu duszy. Na co właściwie przydałaby się Jonathanowi? Być może do jakiś nieopisanych mrocznych rytuałów, które były dla niego równie ciekawe, co filmy o morderczych bobrach zombie. Czarownik wolał zdecydowanie bardziej wymierne pakty, które coś mu przynosiły, najlepiej zaś jeśli miała to być czysta i niczym nieskrępowana przyjemność. Łowca musiał doskonale wiedzieć, co kryło się za umową, tą pierwszą z brzegu, jaką właśnie zawarli całkiem nieświadomie, bo w końcu Łowca nie miał jeszcze bladego pojęcia, jak działa dyskutowanie z samym diabłem. Tak czy inaczej mógł domyślać się charakteru przyszłych roszczeń wraz z odsetkami, bo nigdy nie wiadomo, ile jeszcze paktów zostanie przez nich w niemy sposób podpisanych, nim ostatecznie Lennan będzie musiał oddać to, co Jonathanowi należne. Czarownikowi spodobało się zdecydowanie to wyzywające spojrzenie, jakie zostało mu posłane i nie mógł powstrzymać krzywego, ale diabelnie pociągającego uśmiechu, jaki wypełznął w tej chwili na jego wargi i uniósł w nieco ironiczny sposób ich prawy kącik. Gdyby to było tylko możliwe, to w tym momencie jego oczy rozbłysnęłyby zapewne milionami iskier, zamiast tego we włosach o tak różnych barwach pojawiła się gwałtownie biel, potem zaś jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stały się ponownie całkowicie miedziane, niesamowicie intensywne w tej barwie, jakby miały coś przekazać Łowcy.
- Zdziwię? - spytał nieco ironicznie i pochylił się ponad stołem. Przypominało to nieco sytuację z pubu, znajdowali się jednak zbyt daleko, by móc w jakikolwiek sposób się dotknąć. W tej chwili Jonathana zupełnie nie obchodziło to, że może poruszyć bile, czy cokolwiek takiego. - Będę na to czekał - powiedział cicho wciąż wpatrując się uważnie w mężczyznę. To było prawdziwe wyzwanie i każdy z nich mógł odczytywać je inaczej, ale czarownik nie zamierzał precyzować, o co dokładnie chodzi, nie chciał wchodzić w wyjaśnianie własnych zamiarów, bo to wcale nie było potrzebne. Miał również nadzieję, że nie usłyszy od Łowcy jakiegoś nieporadnego tłumaczenia, które ani nic nie wnosiło, ani nie poprawiało nastroju, jedynie go psuło. A trzeba przyznać, że właśnie przekroczyli wspólną pewną granicę, w sposób nieodwołalny, co niesamowicie podobało się Jonathanowi. Ponieważ jednak lubił igrać z losem, sięgnął po dwie kolejne możliwości przeprowadzenia frontalnego ataku. Poza tym był ciekaw, czego się dowie, co jeszcze zobaczy i usłyszy, chciał wiedzieć jak najwięcej, chciał się przekonać, co ostatecznie kryje się w Lennanie, co takiego jest w nim, czego nie ma w innych istotach zaludniających ten świat. Bo, że coś się tam kryło, było dla czarownika aż nazbyt oczywiste.
- Czcze przechwałki, uwierzę, jak zobaczę - rzucił na to jeszcze na swój sposób karcąco, potem zaś ich rozmowa potoczyła się w zupełnie inną stronę, a on zaczął obserwować Lenna z jeszcze większym zainteresowaniem. Role się odwróciły i tym razem to on przypatrywał się ciemności, mrokowi i swoistej oschłości, która spowodowała, że jego mięśnie się napięły. Uniósł nieco głowę, w dziwnie dumny sposób, nieco zaś jak spłoszone zwierzę, które nie jest do końca pewne, czy nie powinno uciekać. Dreszcz zsunął się przyjemną, zimną falą wzdłuż jego kręgosłupa, gdy przypatrywał się teraz Łowcy. Był niesamowicie emocjonalny, z czego być może nie zdawał sobie sprawy, a teraz uczucia wypływały z niego w taki sposób, że Jonathan musiałby być ślepy, by je przegapić. Fascynowało go to i miał niesamowicie wielką chęć wyciągnąć przed siebie rękę, by go dotknąć, czuł jednak, że granie w ten sposób nie doprowadziłoby go do żadnego sensownego miejsca. Jeszcze nie. Gdy mężczyzna się odezwał, czarownik przekrzywił nieznacznie głowę i nie minęła nawet chwila, a jego włosy stały się smoliście czarne. Przez jego wargi przemknął pełen satysfakcji uśmiech, który zgasł jednak prędko, a w oczach pojawił się cień smutku, który zaraz został zastąpiony przez całkowitą obojętność i senność, jak się zdawało.
- Są tacy, którym sprawia to przyjemność. Jak myślisz, dlaczego ludzie kochali oglądać tortury? Dlaczego znęcają się nad innymi, gdy tylko mogą?Poza tym patrzysz na to od zupełnie innej strony... Patrzysz na to przez swój pryzmat, ale pomijasz fakt, że oprawca mógłby w końcu przeżyć to, co sam czynił, poczuć strach, który czuli ci, których krzywdził. Dla wielu jest to najlepszy kodeks na świecie, oko za oko i ząb za ząb - odparł cicho, a jego głos znowu brzmiał niczym ostra stal. Och, swego czasu jemu również podobał się Kodeks Hammurabiego i zastanawiał się nawet, co poczułby wykorzystując te pradawne zapisy, które przecież, jakkolwiek by na to nie patrzeć, były sprawiedliwe. Skoro ja cierpiałem, ty też powinieneś cierpieć, powinieneś wiedzieć, jaki zadałeś mi ból. Ostatecznie jednak nie przynosiło to ukojenia, czysta nienawiść wypalała, a patrzenie na to, jak ktoś kogo chcieliśmy zabić faktycznie umiera... Może i dla niektórych była to czysta satysfakcja, ale mimo wszystko Jonathan miał w stosunku do tego mieszane uczucia. Sam nie umiał opowiedzieć się ostatecznie po żadnej ze stron, tym bardziej, że od stuleci już pielęgnował sam w sobie najczystszą nienawiść, jej wysublimowany smak i obrzydliwą satysfakcję, że ci, których nie chciał, już dawno zdechli i zamienili się w zniszczone kości rozkładające się gdzieś w ziemi. Zapomniani. A on nadal żywy.
- To nie jest do końca pytanie. To bardziej wyzwanie - zauważył mając wrażenie, że Lennan przekroczył samotnie jakąś granicę, za którą on już nie był w stanie podążyć. To był inny rodzaj mroku niż jego własny, odmienny, pociągający, straszny, a jednocześnie pobudzający do dyskusji. Nie wiedział jednak, czy Łowca zechce podjąć się tej dyskusji, nie wiedział, czy sam chciałby się w niej nurzać, niczym w bagnie. A jednak był zafascynowany, był niemalże opętany chęcią dotarcia do całkowitej prawdy. Postawił butelkę whiskey na stole, obok pustej już szklanicy po piwie i gdyby nie to, że myślami wciąż znajdował się przy mroku, z całą pewnością doszedłby do wniosku, że takie nieopatrzne mieszanie trunków przez Łowcę jest dla niego szalenie korzystne. Teraz jednak fascynowało go coś zupełnie innego. W tej chwili. - Zostało ci jeszcze kilka pytań - dodał, a jego głos nieco złagodniał, aczkolwiek nadal mógłby ciąć nim metal. Bez najmniejszego problemu.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Lennan Fairwolf

30



I was lost until I found me in you I saw I side of me that I was scared to But now I hear my name and I'm running your way







[Cytuj]
Multikonta: Ignis
Atmosfera zaczynała przypominać tę z baru, gdy wszystko wokół zgęstniało, a obaj byli naprawdę blisko siebie. Lenn mimowolnie zastanowił się, czy i teraz Czarownik użył ziołowej pasy, ale szybko odepchnął od siebie tę myśl. W końcu, jakie to miało znaczenie? A jednak było coś w atmosferze pubu, co sprawiało, że jego myśli schodziły na nieznane mu tory, których nie był wciąż pewien, czy chce poznawać. Żyj pełnią życia, jakbyś jutro miał umrzeć? Nie do końca potrafił aż tak się przełamać. Mimo to, wbrew samemu sobie dawał się w to wciągnąć. Nie zamierzał się tłumaczyć z własnych słów. To było bezcelowe. Z jednej strony mówił to, co mu ślina na język przynosiła, można uznać, że mówił to, co podświadomie chciał powiedzieć. Z drugiej strony miał wrażenie, że wie już co powiedzieć, aby Jonathana włosy mieniły się ferią barw. Jak teraz. Na widok białych pasm, które szybko na powrót stały się płomienno rude, Łowca poczuł jak coś głucho uderza mu w piersi i nie tylko Czarownik patrzył teraz naprawdę intensywnie. Gdyby jednak ktoś zapytał Lenna co ten robi, pewnie odparłby, że nic.
Milczał, chłonąc każde słowo Jona, rejestrując nagłą czerń w jego włosach. Na twarzy Łowcy pojawił się na moment drwiący uśmiech. Kolejne podobieństwo? Gdyby Lennan miał możliwość, jego włosy w tej chwili również byłyby smoliście czarne, choć w ciągu dnia ich kolor niewiele odbiegał od tego. W nocy budzą się demony., a te które są w każdym z nas? Och, te były o wiele gorsze, potrafiły spać przez wiele lat, żeby nagle podnieść się z dna serca i zawładnąć całym człowiekiem. Przyswajał słowa Czarownika, starając się nie analizować ich, nie wnikać. To mogłoby go tylko sprowokować do dalszego pielęgnowania własnych odczuć, a nie chciał tego. A może jednak było już za późno?
Nie potrafił skupić się na tym, o co mógłby zapytać. Zostało jeszcze kilka pytań, tak... Bile leżały i czekały, aż ktoś zacznie je wbijać, ale jego myśli uciekały do tego, o czym wolał zazwyczaj nie myśleć. Kim był tak naprawdę, jaki był? Och, Mroczna Wojna nie była taka tylko z nazwy. Właśnie wtedy wszystko zaczęło się w nim zmieniać, zniekształcać, a nawet odrywać od kręgosłupa moralnego. Kiedy musiał patrzeć jak jedni wybijają drugich, czuł się źle. Jednak wojna to wojna, bogini żądna krwi i okrucieństwa. Czara przelała się, gdy został pojmany przez przyjaciół i w pewnym sensie torturowany. W chwili, gdy mieli zamiar sięgnąć po bardziej brutalne metody, gdy chcieli najzwyczajniej odciąć mu czubki uszu, żeby „znormalniał”, nie wytrzymał. To, co się wtedy działo, położyło się cieniem na jego myślach, zmieniając sposób patrzenia na wiele rzeczy. Satysfakcja, którą wtedy odczuł była jedynie z pozoru pociągająca, tak jak władza. Wszystko jednakże odeszło w niepamięć ustępując miejsca obrzydzeniu do samego siebie. Co było honorowego w torturowaniu, w wyrafinowanym zadawaniu bólu innym, kiedy ostatecznie zabijało się ich? Bólu nie da się zmierzyć, nie można też przełożyć swojego na innych. Jednak wtedy Lennan poczuł coś na kształt wzywania go, przyciągania. Od tamtych chwil czuł przyjemny dreszcz na kręgosłupie, kiedy miało dojść do walki, tym większy im groźniejsza się wydawała. Zwykły trening mógł się przerodzić w bitwę dla jego organizmu. Chore podniecenie potrafiło go opanować do końca. A jednak, w chwili zabijania Igora był opanowany. Czuł wściekłość, ale nie dał jej się zaślepić. Nie pozwolił aby przejęła nad nim kontrolę. Wypuścił strzałę, trafiła tam, gdzie miała i skończył się problem. Tyle... Ale jednak za mało. Wyobraźnia podsuwała obrazy, które mógł urzeczywistnić, a które zlekceważył. Starał się nie myśleć o nich, próbował z tym walczyć, a wystarczyło jedno, idealnie wycelowane pytanie, żeby znów miał ochotę wyciągnąć nóż z cholewy wysokich butów i przećwiczyć zadawanie ciosów na kimkolwiek. Nawet na mężczyźnie obok.
Odkręcił szybko butelkę, która cudownie znalazła się obok pustej szklanki. Pociągnął solidny łyk wprost z butelki, po czym nalał sobie obficie do szklanicy. Odstawił butelkę, ale upił jeszcze łyk ze szklanki, pozwalając aby ognisty trunek rozlał się ciepłem po jego wnętrzu. Nieco drapieżny uśmiech wypełzł na jego usta, ale równie szybko zniknął. Podszedł bez słowa do stołu, łapiąc ponownie za kij. Skoro trafił, to dalej była jego kolej. Namierzył białą bile, ustawił się i jakby spokojniej wycelował i trafił. Kolejna połówka wpadła do łuzy, ale Lenn nie czekał na nią, tylko namierzył kolejną, żeby po okrążeniu stołu ponownie trafić połówką. Wyprostował się i spojrzał prosto w oczy Jona, który był teraz o krok od niego. Kolejne pytania? Ale jak pytać, skoro w głowie kłębiły się zgoła inne obrazy? Wypełnione mrokiem, krwią, cierpieniem, ale też spełnieniem i satysfakcją.
- Mówisz o Kodeksie Hammurabiego... – zaczął cicho, tonem z pozoru łagodnym, ale w jego spojrzeniu nie było ani odrobiny światła. - Według ciebie miałem sprawić, aby poczuł ból wszystkich ofiar? Myślisz, że tego nie chciałem? Wciąż mam przed oczami, jak unieruchamiam go strzałami, trafiając w uda... – zaczął snuć opowieść na wpół warcząc, na wpół mrucząc, jakby droczył się z nim. Jednocześnie zaczął zbliżać się do Jona powoli, nie zatrzymując się ani na chwilę. - Nawet nie wiesz jak bardzo chciałem wypuścić strzały w jego brzuch, żeby kurewnie bolało, ale żeby żył. Tu... i tu... Przyszpilić go do ziemi strzałą pod jednym obojczykiem... A potem pod drugim... Żeby ostatecznie ciąć ostrzem od mostku w dół. Nie wiedziałem tylko czy wolałbym ćwiartować go żywego, czy tylko odciąć głowę... O nie, nie wiesz jak chciałem – mówiąc wyciągnął rękę i nieznacznie wbijał palce w miejsca, o których mówił. Zaśmiał się cicho, a w jego oczach na ułamek sekundy pojawiło się szaleństwo, zaraz przytłoczone obrzydzeniem do siebie. - Byłbym jednak taki sam jak on. Nie różniłbym się niczym. Jedna strzała wystarczyła. A co ty byś zrobił? Oko za oko? – dokończył twardym głosem, wpatrując się z bliska w jasne oczy. Może, gdyby nie był teraz zaślepiony zupełnie innymi emocjami, nie pozwoliłby sobie stać tak blisko Jonathana. W tej chwili nie liczyło się nic poza próbą walki z ciemnością, która szeptała mu czułe obietnice do ucha. Teraz jednak mrok nabierał kształtów i przybierał postać obecnego Czarownika, sprawiając, że w Lennanie budziły się ognie, których do tej pory nie rozpalał. Stojąc tak blisko, mając okazję dotknąć przez moment twardego brzucha towarzysza, czuł jak przez jego ramię, od palców przebiegają prądy. Gdyby tylko na moment rozsądek przejąłby nad nim kontrolę, może odsunąłby się o krok, a tak wpatrywał się uparcie, nieomal buntowniczo, wprost w jasne oczy Jonathana. Na twarzy Łowcy, pod krzywym, wyzywającym uśmiechem, widać było mieszaninę uczuć, których sam nie był do końca świadom. Od obrzydzenia wobec siebie samego i tortur, przez fascynację mrokiem widocznym u Jona, wyczekiwaniem, pragnieniem walki, a skończywszy na czystym podnieceniem jak zawsze w takich chwilach. Powinien odpuścić, kiedy jednak nie potrafił....
We are the broken ones, who chose to spark a flame
Watch as our fire rages, our hearts are never tame
'Cause we were born for this
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Jonathan czuł doskonale, jak atmosfera gęstnieje i właściwie można nawet powiedzieć, że na to czekał, że niecierpliwie szedł na przód, przesuwał się krok za krokiem, by dotrzeć do tego miejsca, by przekonać się, czy pojawiło się ono na ich drodze tylko raz, czy ponownie trafią na ten obszar ruchomych piasków, gdzie każde słowo i każdy gest mógł doprowadzić do takiej, czy innej tragedii, do takiego bądź innego poruszenia, które mogło odmienić dokładnie wszystko. Czarownik doskonale czuł swoistą presję, wiedział, że jeden nieodpowiedni krok może zaprzepaścić to, co do tej pory zdołał pochwycić, ale mimo wszystko nie mógł się w pewnych kwestiach powstrzymać i uparcie drążył, uparcie szukał, stawiał pytania i wsadzał palce w rany, by sprawdzić, czy zdoła je naruszyć, czy zdoła spowodować, że zaczną krwawić na nowo, że ujawnią to, co obecnie chował tak mocno Łowca. Dostrzegł już, że zagadnienia związane z jego pochodzeniem są nie tylko wrażliwe, ale w pewien sposób kluczowe, że stanowią jedną z baz, do jakich należy dotrzeć, nim wyruszy się w dalszą podróż. Ponieważ jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie zdoła wydobyć tego sekretu z mężczyzny tego wieczoru, powędrował w zupełnie inną stronę, jakby zamierzał brać wet za wet, skoro Lennan poprzednio wdarł się do jego bezpiecznego świata, skoro wydobył z niego mrok, to teraz Jonathan postanowił uzyskać dokładnie ten sam efekt, zamierzał tak samo mocno sprowokować Łowcę i zobaczyć, co czai się w jego spojrzeniu, co czai się na jego dnie, co jest tam, pod tą powłoką na wpół niewinną, na wpół posłuszną zasadom, jakie chyba nie do końca mu odpowiadały. Bo, mimo wszystko, czarownik dostrzegał, że Nefilim jest odmieńcem, takim samym, jakim był Jonathan, istotą, która według wszelkich prawideł nie pasowała nigdzie, ale tak samo jak inni chciała żyć, chciała iść na przód i przede wszystkim chciała być sobą - tym kimś, kim czuła się wewnątrz, bez tej horrendalnie głupiej nagonki i otoczki stwierdzającej, że każdy kto jest inny - jest zły.
Widział, w sposób niezaprzeczalny, że Lennan nie jest do końca w stanie skupić się na niczym innym, jak ta ciemność, jaką Jonathan wywołał. Pojawienie się mocnego alkoholu nie zrobiło na nim właściwie żadnego wrażenia i po chwili zaczął go w siebie wlewać w takim tempie, że czarownik był właściwie pewien, że nie minie dużo czasu, a Łowca po prostu poczuje zawroty głowy. Nie zamierzał tego jednak komentować, tym bardziej, że fascynowało go to, co kryło się w mroku, do jakiego dotarł. Chciał przekonać się, kim dokładnie jest Nefilim stojący u jego boku, chciał przekonać się, czy ten byłby w stanie z powodu rozkazu skrócić go o głowę, czy byłby w stanie zatrzymać rękę przed strzałem, czy był typem, który pragnął się mścić i doskonale widział, że ten świat jest zakłamany i ci, którzy w imię jakiegoś większego dobra mordują innych są równie okrutni, jak ich ofiary. Przede wszystkim zaś Jonathan chciał się dowiedzieć, co dokładnie czuł Lennan, co kryło się na dnie jego serca w związku ze wspomnieniami, jakie dotyczyły tamtego dnia.
Czarownik mimowolnie naprężył wszystkie mięśnie świadom tego, że mógł zbudzić coś, co nie pozwoli mu tak łatwo się wycofać. Widział, że uczucia, jakich poszukiwał, były niczym sztorm i z każdą kolejną chwilą unosiły się coraz mocniej odsłaniając to, co Lennan z całą pewnością skrzętnie ukrył, z czego nie spowiadał się nikomu innemu. Jonathan mógłby poczuć się właściwie doceniony, gdyby nie to, że wściekłość ziejąca od Łowcy miała niesamowicie oszałamiającą moc. Nienawiść jaką płonął miała znajomy smak - gorzki, rzekomo upajający, przechodzący jedynie w trupi odór, który dusił i niszczył jakikolwiek błysk satysfakcji. Był to smak mściwy i najgorszy ze wszystkich, jakie czarownik poznał w swoim życiu. Mimowolnie pomyślał więc, że miał jednak rację i z Łowcą łączy go o wiele więcej, niż obaj są w stanie przyznać to na głos. Potem jednak Lennan go dotknął, a żar jaki buchnął w jego ciele spowodował, że każdy mięsień napiął się jeszcze mocniej, jakby do skraju wytrzymałości. Mrok, jaki spowijał Jonathana stał się wręcz zabójczo ciężki, tak intensywny, że aż dusił i widać było, że Lennan wspominając własne sprawy, wyciąga tak naprawdę na światło dzienne demony samego czarownika, sięga tam, gdzie kryło się coś jeszcze.
- Oko za oko - powiedział Jonathan, a jego głos był znowu ostry jak stal. Oparł kij do bilarda o stół, a potem uniósł rękę i gdy tylko wypowiedział te trzy słowa dotknął twarzy Lennana, musnął jedynie jego powiekę, jakby chciał mu pokazać, co chciałby zrobić. - Ząb za ząb... - dodał, a w jego głosie pojawił się pomruk, głęboki i jednocześnie ostry, niemalże zwierzęcy, który mógłby wydać z siebie w zupełnie innych okolicznościach. Jego palce spoczęły na wargach Lennana. Zacisnął je gwałtownie, tak mocno, że jego paznokcie wbiły się w skórę, tak mocno, że na pewno wywołał u Łowcy ból, a gdy tylko szarpnął dłonią, bez wątpienia rozerwał skórę na jego wargach. Przypominał teraz wściekłego kota, który jest gotów do zadania śmiertelnego ciosu, ale Łowca, który stał tuż przed nim i mógł go obserwować do woli, nie mógł mieć najmniejszych trudności z dostrzeżeniem obezwładniającego bólu i cierpienia, jakie zapłonęły w jasnych oczach, jakie przez chwilę przejęły władanie nad Jonathanem spychając go w mrok. Tak ciemny, że ten, który Łowca już widział, zdawał się być jedynie słodkim preludium.
- A potem zakosztowałbyś najbardziej gorzkiego rozczarowania, jakie zna ten świat - dodał tak cicho, że właściwie Lennan chyba powinien czytać słowa z ruchu warg albo nachylić się do niego, by być w stanie zrozumieć, co dokładnie Jonathan chciał mu przekazać. - Satysfakcja ma to do siebie, że smakuje słodko tylko po pierwszym kęsie, a potem staje się zgnilizną, która podchodzi ci do gardła - dodał jeszcze zamykając na chwilę oczy, a potem sięgnął po otwartą butelkę i sam pociągnął solidny łyk czując, jak piekący płyn ścieka mu z kącika ust. Och, znał to, o czym mówił Lennan. Wiedział, jak to jest pragnąć zadać to samo cierpienie, jak to jest czuć satysfakcję, a potem zdać sobie sprawę z tego, że to jedynie namiastka tej nienawiści, jaką się czuje i że nie przynosi to ulgi. To była jedynie ułudna, błędne twierdzenie, że odwet smakuje doskonale. Kodeks Hammurabiego był szlachetny w swych założeniach, ale Jonathan mimo wszystko czuł, że rodził jedynie większą nienawiść, większą grozę i więcej zbrodni. Z drugiej strony wściekłość pielęgnowana latami stawała się ciężarem, z którym nie można było walczyć. Czy jednak zadanie prostej śmierci albo odejście w drugą stronę nie było gestem godnym prawdziwego triumfatora?
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Lennan Fairwolf

30



I was lost until I found me in you I saw I side of me that I was scared to But now I hear my name and I'm running your way







[Cytuj]
Multikonta: Ignis
Byli do siebie cholernie podobni, choć może nie było to aż tak dostrzegalne od boku. Może nie każdy uważał Łowcę za kogoś, kto przekroczył pewne granice, dla wielu był tylko zwykłym półwróżkiem, a nawet kimś niedostatecznie dobrym do czegokolwiek. Były dni, gdy świadomość tego doprowadzała Lennana do szału. Były jednak takie chwile, kiedy miał to zupełnie gdzieś, tych było nawet o wiele więcej. Jednakże teraz, w pubie, mężczyzna pozwalał wyjść na powierzchnie tym pragnieniom, które zazwyczaj ukrywał, tym, o których starał się nie myśleć. Udawał, że wcale nie istnieją. Pociąg do brutalności, do krwi, do zadawania, a nawet odczuwania bólu. To wszystko było wyraźnie widoczne w jego oczach, gdy tylko Jon znalazł się dostatecznie blisko. Te emocje łączył jednak z czymś zupełnie innym niż zabijanie i właśnie z tego powodu do tej pory je chował. Dlatego też udawało mu się blokować te pragnienia, gdy przychodziło do zadań zleconych przez Dyrektora, kiedy musiał kogoś zabić. W jego odczuciu powinno się robić to z honorem, bez czerpania chorej przyjemności. Tą można było odczuwać w innym miejscu, w innej sytuacji, o ile trafiło się na odpowiedniego partnera, a takiego jeszcze Fairwolf nie znalazł. Można byłoby rzecz, że aż do tej pory...
Chwila, w której Jonathan podniósł dłoń i dotknął jego twarzy była tym momentem, który zaważył na całości. Nie był pewien, w którym momencie podniósł nogę na tyle, żeby wyjąć z cholewy buta nóż. Wszystko stało się na tyle szybko, że później nie był w stanie podzielić wspomnienia na konkretne momenty. Ogień w jasnych oczach, zaciśnięte palce ich właściciela na wargach Łowcy, a potem żelazny posmak na języku. W tej samej chwili ostrze błysnęło i zatrzymało się przy twarzy Czarownika, opierając się czubkiem o jego dolną wargę, naciskając na tyle, żeby poczuł, ale żeby nie uszkodzić wrażliwej skóry. - W ten sposób? - spytał ochryple, a ciemne oczy Lennana błyszczały ni to szaleństwem, ni to wyzwaniem, przemieszanym z wyraźnym zadowoleniem. Uśmiechnął się kpiąco, zlizując czubkiem języka krew z własnej wargi, po czym odsunął nóż, czując jak mimowolnie odrętwienie zaczyna go dopadać. Może w końcu alkohol doszedł do władzy? Szum w głowie i nieznaczne zawroty, które ustąpiły miejsca adrenalinie, sprawiły, że nieznacznie oprzytomniał. Tak samo widok bólu w oczach towarzysza i jego kolejne słowa.
- Właśnie dlatego uważam, że zabijać powinno się z honorem... Szacunkiem dla drugiej osoby – odparł spokojnym, nieco zmęczonym głosem. Wciąż jeszcze czuł ogień we własnym ciele, tak nagle wzniecony. Sięgnął po swoją szklanicę, w której jeszcze było trochę trunku, żeby wypić wszystko za jednym razem. Przymknął oczy, opierając się o stół i czując alkohol robi swoje. Oparł czubek ostrza o własną skroń, kręcąc lekko głową. To, co czuł w sobie, choć pozornie od boku mogło nie być tego widać, było nie do opisania burzą, huraganem emocji. Schował nóż do cholewy buta, po czym sięgnął po kij. Wycelował w kolejną połówkę, ale tym razem spudłował, co było do przewidzenia.
- Zaraz wracam– rzucił, po czym udał się do łazienki. Kiedy był już sam, oparł się ciężko o umywalkę, zaciskając na niej dłonie, aż pobielały mu kostki. Jak mogło dojść do tego, że zwykłymi pytaniami mężczyzna wyciągnie z niego to, co do tej pory tak skrzętnie ukrywał? Najbardziej chore, najdziksze pragnienia? Jak mógł dać się tak łatwo podejść, jak...? Popatrzył w lustro, a dostrzegając własne rozpalone spojrzenie wykrzywił się kpiąco. Odkręcił zimną wodę i nabierając jej w dłonie, zanurzył w niej twarz. Liczył, że zadziała jak lodowaty prysznic, ostudzi jego chęci, myśli. Liczył, że będzie mógł na spokojnie wrócić do stołu, żeby dalej prowadzić grę. W końcu za każde trafienie miała być odpowiedź. Tylko, co za każde trafienie Jonathana? Ile już mu się udało? Jedna, dwie? Zakręcił wodę, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Woda nieznacznie osłabiła zawroty głowy, ale nie ugasiła ognia w brązowych oczach, które zdawały się być jeszcze ciemniejsze niż wcześniej.
Wrócił do stołu, nieco spokojniejszy. Obiecał sobie nie dać się ponownie wyprowadzić aż tak z równowagi, nie dać się wciągnąć w rozmowę o zabijaniu, o odwecie. Odnotował jednak w pamięci, żeby jeszcze kiedyś zapytać o zemstę. White wydawał się być kimś, kto zna to z autopsji, a to sprawiało, że Lennan zaczynał się mimowolnie zastanawiać, czy jednak czarownik nie ma krwi na rękach. Z drugiej strony, kim był, żeby oceniać? Rozkazy nie zwalniały z odpowiedzialności. Ale czy byłby w tej chwili w stanie wykonać podobny rozkaz, gdyby się okazało, że jednak obecny tu Kocur jest poszukiwany? To pytanie pojawiło się nagle, ale odegnał je niczym natrętną muchę. Nie chciał o tym myśleć, wolał żyć w ułudzie, że trafił na kogoś zupełnie innego. Na towarzysza zabawy kogoś kto pomoże mu w zrozumieniu wielu kwestii.
- Wracamy do gry? - spytał z ironicznym uśmiechem, przeczesując wilgotne włosy dłonią. Podszedł do swojego kija, który ponownie zarzucił na swoje ramiona, opierając o niego dłonie, jakby cofnęli się w czasie do początku spotkania. Jedynie jego płonące spojrzenie zdradzało, że nie do końca odsunął od siebie wszystko, co miało miejsce przed paroma minutami. Wbił spojrzenie w jasne oczy i poczuł delikatne mrowienie na karku. Zdecydowanie nie całe napięcie minęło, ale mógł już myśleć wyraźniej.
We are the broken ones, who chose to spark a flame
Watch as our fire rages, our hearts are never tame
'Cause we were born for this
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Jonathan, w przeciwieństwie do Łowcy, już dawno pogodził się z tym, kim był. Wiedział doskonale, że z pewnymi sprawami po prostu nie można walczyć, nie można się szarpać, nie można próbować robić z siebie kogoś, kim się nie było. Ból pociągał go w pewnym sensie, nie brzydził się widokiem krwi, nie brzydził się żadnego rodzaju szarpaniną, okazywaniem własnej siły, dominowaniem nad drugą istotą. Oczywiście – wszystko w granicach rozsądku, bo mimo wszystko nie zamierzał zadawać trwałego cierpienia, nie brał sobie wszystkiego, kiedy tylko mu się to podobało, miał swoje hamulce, miał rozsądek, który jednak dyktował mu odpowiednie zachowanie i powodował, że nie rzucał się na każdego z łapami, że nie biegał za nim, że nie zachowywał się tak, jakby był pomylony. Jednakże ciemność, poza tą stroną demoniczną, tą którą poznał już Lennan, żyła w nim od lat, stuleci właściwie, od kiedy tylko pojął, że pewnych rzeczy nie powstrzyma, że nie przełoży ich w żaden sposób na cokolwiek innego. Zadawanie bólu sprawiało mu nieprawdopodobną wręcz przyjemność, chociaż z całą pewnością nie wydrapałby nikomu oka, nie zacząłby grzebać w jego flakach, nie szukałby niebezpiecznych zabaw, którymi mógłby kogoś okaleczyć. Inną kwestią były ostrza, które mogły zadawać rany, aczkolwiek używane z głową jedynie nacinały skórę pozostawiając na niej blade nitki blizn, które z czasem zanikały. Skoro Łowca jeszcze ich nie znał, skoro chował je tak uparcie, skoro nie chciał się do nich przyznać, to właśnie miał okazję spojrzeć na nie w całej okazałości, miał okazję poczuć to wszystko, zapoznać się z mrokiem, który każe krzywdzić, a jednocześnie daje nieopisaną wręcz przyjemność i dziką satysfakcję, która jest w stanie zalać całe ciało falą tak gorącą, że nie sposób jej nawet ostudzić. Mógł więc patrzeć, wpatrywać się w to, analizować i szukać odpowiedzi na to, jak się z tym czuje, z tym ogniem, jaki bez dwóch zdań w nim płonął, jak czuł się z tym, że ktoś również podzielał te same uczucia i potrafił wziąć ciemność w ramiona, potrafił pokładać się z mrokiem i czerpać z niego tak nieopisaną wręcz satysfakcję, której pewnie inni nie byli tak do końca w stanie zrozumieć.
Trzeba przyznać, że Jonathan w pewnym sensie nie panował nad tym, co robi. Dotyk Lennana pobudził go do działania, do brnięcia w to wszystko niezależnie od tego, że mężczyzna nie pozwolił mu do tej pory zbliżyć się na tyle, by faktycznie odkrył to, co w nim było najdelikatniejsze i najbardziej wrażliwe. Pozwolił jednak dotknąć tej części siebie, która nie tylko czarownika fascynowała, ale i pociągała z każdą chwilą mocniej. Wcześniej uważał Łowcę za przystojnego, interesującego, a jego ciekawość świata była bez dwóch zdań dodatkowym atutem, teraz jednak, gdy zobaczył w nim to, co sam kochał najmocniej na świecie, czego potrzebował niczym ryba wody, Lennan zaczął pociągać go jeszcze mocniej, a on nie mógł się powstrzymać przed tym, by nie pokazać mu, co dokładnie oznacza zadawanie się z Jonathanem Whitem, z czarownikiem, który nie mordował, ale nie raz leżał w zniszczonej pościeli, na której było znać ślady krwi, który dawał się szarpać, który potrafił chwycić kogoś tak mocno, by go unieruchomić. I chociaż nie znosił bólu fizycznego, to chłód ostrza na jego wargach spowodował, że serce zaczęło bić mu bardzo mocno, a podniecenie niemalże pchało go nadal na przód każąc mu sięgać po więcej. Nic zatem dziwnego, że rozchylił wargi, by dotknąć czubkiem języka lodowatego ostrza, a potem chwycić je w zęby, aż na stali pojawiła się para z jego oddechu. Wtedy jednak Lennan wycofał się, sięgnął po nieco bezpieczniejszą używkę, pokazał gwałtownie, jak opada z niego to napięcie pozostawiając po sobie jedynie zmęczenie. Napił się, by potem uciec przed Jonathanem, który musiał odetchnąć głęboko, by zapanować nad pragnieniami, jakie się w nim obudziły.
Kiedy został sam, usiadł na stole i napił się whiskey czując, jak po jego ciele rozchodzi się dreszcz. Na rękach pojawiła się gęsia skórka, a on z trudem łapał kolejne oddechy. Rozbudzone pożądanie, pragnienie zdobycia Łowcy, chęć chwycenia go z całych sił, a tych mu nie brakowało, i przygniecenia go chociażby do ściany była w tym momencie olbrzymia. Krew pulsowała w jego ciele, serce się tłukło, w uszach mu szumiało. Więź, jaką czuł już wcześniej, weszła właśnie na całkowicie nowy poziom i Jonathan nie był w stanie temu zaprzeczyć. Wsparł kij do bilarda o podłogę, na jego czubku oparł dłonie, a na nich wargi. Wyglądał na naprawdę zamyślonego, podświadomie zacisnął nawet zęby na kciuku i nie poruszył się, gdy Łowca do niego wrócił. Uciekł, ale wyraźnie mrok go do siebie przyciągał, bo chociaż mógł uciec, stał ponownie przy stole do bilarda, być może kalkulując, jakie powinien jeszcze zadać pytania.
Jonathan przeniósł w końcu na niego spojrzenie oczu, jasnych i błyszczących, i pewnie gdyby tylko Lennan uważnie mu się przyjrzał, dostrzegłby właściwie całkowicie nową barwę jego włosów. Były smoliste, to prawda, ale zdawało się, że jednocześnie tak ogniście rude, jak to było tylko możliwe. W pełni oddawały to, co obecnie czuł czarownik, odzwierciedlały jego pragnienie, które zamierzał zrealizować i teraz już nic i nikt nie mógł stanąć mu na przeszkodzie. Widział również, że Łowca, choć jeszcze tego nie wiedział, odpowiadał na jego zachęty o wiele mocniej, niż by się do tego przyznał.
- Zakładasz, że będziesz w stanie mnie pokonać? – spytał nieco ochrypłym głosem, ale czaiła się tutaj kpina, wyzwanie, zachęcenie do tego, by Lennan podejmował się dalej wyzwania. Czarownik najwyraźniej jednak zamierzał mu je utrudniać, zamierzał wpuszczać go w maliny i grać z nim jeszcze mniej uczciwie. Podszedł do niego powoli, zaraz po tym, jak pociągnął łyk alkoholu i nachylił się nad stołem do bilarda tuż obok Nefilim, jakby nie było innego miejsca. Nic zatem dziwnego, że otarł się o niego biodrem i zrobił to jeszcze dwa albo i trzy razy, gdy przymierzał się do strzału. Biała bila pchnęła na bok kilka innych rozrzucając je po stole, ale nie doprowadziła do żadnego wymiernego skutku. Ruch był po stronie Łowcy.
- To naprawdę wszystko? Czy jestem w stanie sprowadzić tutaj coś mocniejszego? Chyba pójdę ci na rękę i uznam, że to było jedynie pół pytania – zakomunikował już nieco spokojniej, chociaż jego oczy i ciało płonęło. Igrał właściwie z ogniem, podpuszczał Lennana, pociągał go do siebie, by ten miał jeszcze więcej powodów do czegoś na kształt wdzięczności. A jednocześnie by chciał odkryć więcej tajemnic, więcej sekretów, więcej tego wszystkiego, co czaiło się w czarowniku. Mężczyzna uniósł się nieco, by przysiąść bokiem na stole do bilarda i spojrzeć nieco wyzywająco na Nefilim.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Lennan Fairwolf

30



I was lost until I found me in you I saw I side of me that I was scared to But now I hear my name and I'm running your way







[Cytuj]
Multikonta: Ignis
Chciałoby się rzec, że nie zdawał sobie sprawy z tego co też dzieje się w tej chwili z nimi, co oni robią. Jednak gdzieś pod ciemną kurtyną dzikich pragnień ukrywała się nieśmiało świadomość tego, co to ze sobą niesie. Świadomość, że właśnie zapada między nimi niewypowiedziana obietnica, którą prędzej, czy później będzie trzeba wypełnić. Obietnica zaznania prawdziwego spełnienia z domieszką tego, co tak strasznie nakręcało ich obu do działania. Jednego poczucie bólu, drugiego zadawanie. Gdyby tylko Lennan nie bałby się spojrzeń na to z pełną świadomością, również przyznałby rację Czarownikowi, że jednak łączy ich o wiele więcej niż wcześniej przyznawał. Może nawet zgodziłby się, że jest to swego rodzaju przeznaczenie, nieco może kpiącego z nich losu.
Obserwował jak Jonathan wysuwa język, żeby dotknąć ostrza, a następnie łapie je w zęby i poczuł dreszcz na kręgosłupie, który nakazał mu zrobić jeszcze krok w przód, żeby nieomal przylgnąć do niego całym ciałem. Dzieliło ich naprawdę niewiele, a przez ułamek sekundy w głowie mężczyzny przebiegła wizja, jak właśnie tym ostrzem, trzymanym tak w zębach, Kocur mógłby przesunąć po jego ciele, raniąc je nieznacznie. Ten przebłysk wywołał kolejną falę dreszczy, kumulujących się w jednym, zdającym się po to istnieć miejscu. Może, gdyby miał więcej odwagi, więcej otwartości na nieznane i nie byliby w miejscu publicznym, może skończyłoby się to inaczej. Jednakże odsunął nóż, schował go i uciekł do łazienki, gdzie próbował dojść do siebie. Całe jego ciało mówiło mu, że jest, bardzo dobrze mu znany sposób, na pozbycie się tego napięcia. Że gdyby tylko chciał, wystarczyłoby słowo, gest, a dostałby wszystko, co tak uwielbiał, czego szukał, co go nakręcało, bez jednocześnie bezsensownej walki, zabijania. Wszystko jednakże wskazywało na to, że jeszcze nie był gotów na poznanie tej części samego siebie. Studiowanie natury innych osób, zjawisk, przedmiotów przychodziło mu o wiele łatwiej, niż analiza własnych żądz i zachowań.
Wracając do stołu dostrzegł, że White jest zamyślony. Kiedy jednak zadał pytanie i wbił w niego spojrzenie, widok jaki miał przed sobą od razu nasunął inne obrazy. Te z kolei sprawiły, że poczuł się tak, jakby ktoś na nowo rozpalał ognisko w jego ciele, umiejscowione niewiele poniżej pasa. Na domiar wszystkiego, Jonathan zbliżył się i otarł parokrotnie o niego. Cudem powstrzymał mimowolną ochotę na jęknięcie, odsuwając się nieznacznie od niego. Syknął, gdy pod wpływem uśmiechu rany na wargach ponownie się otwarły.
- Zamierzam spróbować... Pytanie tylko o co toczy się gra i co ty zyskujesz za każde trafienie – odpowiedział, przesuwając językiem po ustach, zlizując tym samym na nowo krew. Jeszcze trochę czasu minie zanim na dobre zagoją się nowe ranki. Czuł się... oznaczony. Jakby teraz każdy miał wiedzieć, że ktoś go sobie w jakiś sposób... zaklepał? - Mam wrażenie, czy zostałem oznaczony – rzucił jeszcze bez zastanowienia, po czym zdjął kij z ramion i zaczął obserwować uważnie bile i ich nowy układ, który został zaburzony przez nich samych jak i ostatnie trafienie Jona.
- Dziękuję za wspaniałomyślnośc – zaśmiał się. - Tak więc druga część pytania. Potrafisz teleportować do siebie wszystko, czy są jakieś warunki? Musiałeś to wcześniej widzieć, czy jakbym poprosił o sprowadzenie tutaj mojej... harmoniki, powiedzmy... też mógłbyś to zrobić? – dokończył pytanie z zaciekawieniem, ale również wyraźną próbą skupienia myśli na czymś zupełnie innym niż atmosfera jaka się wytworzyła między nimi. Ostatecznie nie ruszył się z miejsca, bo tam, gdzie stał miał idealną pozycję, żeby trafić swoją bilą. Nie wiadomo co w niego wstąpiło, ale nachylił się, uderzył w białą i nie dźwigając się jeszcze, spojrzał na Jonathana z błyskiem w oku i lekkim uśmiechem, który znów okupił pieczeniem w wardze
- Żeby przenieść ludzi zawsze musi być brama? – spytał i dopiero wtedy wyprostował się, patrząc czy trafił bilą do łuzy. Pudło. - Twój ruch...
We are the broken ones, who chose to spark a flame
Watch as our fire rages, our hearts are never tame
'Cause we were born for this
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Cokolwiek by nie mówić, Jonathan doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Lennan wie. Nie był przecież na tyle ślepy i głuchy, ale z całą pewnością nie chciał dopuścić do siebie myśli, że może fascynować go drugi mężczyzna. Aczkolwiek, być może w tym przypadku większym problem był fakt, że długowieczny był czarownikiem, istotą zrodzoną z demona, który przecież miał to do siebie, że przychodził siać postrach, ból, cierpienie i zniszczenie, że jedyne co go podniecało to śmierć i mrok. To, co teraz ujawnił przez Łowcą Jonathan mogło być swoistym odbiciem tego wszystkiego, tych pragnień, o jakich nie należało mówić głośno, ale bez dwóch zdań wiązało się to z czymś zupełnie innym, z czymś równie gwałtownym, ale niesamowicie wręcz cielesnym. Nie dało się ukryć w żaden sposób, że w tej chwili Nefilim zrozumiał w pełni, co oferuje mu czarownik, jakie możliwości będzie miał, jeśli tylko wypełni swoje zobowiązanie, jakie powstało, gdy tylko podpisał tę pierwszą umowę. Cyrograf został nawet w pewien sposób splamiony jego krwią, której drobinki osiadły na palcach Jonathana po tym, jak rozerwał mu paznokciami wargi. Nie miał co prawda pojęcia, co dokładnie wyobraził sobie Lennan, gdy znalazł się tak blisko niego, ale ten jeden ruch, to ostrze przy jego twarzy, wystarczyło, by powiedzieć mu, że doskonale się rozumieją. Czarownik bez większego problemu zadał mu ból, być może nie jakiś szczególnie wielki, ale jednak na tyle znaczący, by Lennan nie był w stanie go po prostu pominąć i to, co dostał w odpowiedzi jedynie utwierdziło go w przekonaniu, że więź, jaką wyczuł wcześniej, była w istocie o wiele mocniejsza niż z kimkolwiek innym, kiedykolwiek wcześniej. Było to niczym wybuch swoistych fajerwerków w głowie, ale zdawał sobie sprawę z tego, że nim zdoła otrzymać to, czego pragnie, będzie musiał się sporo natrudzić.
Uciekł. Na chwilę przynajmniej, a Jonathan nawet nie zamierzał pytać dlaczego potrzebował tej chwili dla siebie. Nie zamierzał mu jednak w żaden sposób odpuszczać i chociaż pozornie wracali do gry, to tak naprawdę zaczynało się tutaj coś zupełnie nowego. Pojedynek, który nie miał nic wspólnego z bilardem, porzuconym i leżącym obok nich jak zupełnie zapomniana rozrywka. Lennan najwyraźniej jednak chciał nadal sprawiać pozory normalności i czarownik uznał, że przynajmniej częściowo może mu to ułatwić. Na razie. Bo wiadomo, że nie zamierzał przestawać prowadzić swojej gry, w którą wciągnął się już całym sobą. Obietnica, jaka pomiędzy nimi zapadła była wręcz zbyt słodka, by mógł od niej uciec, była niczym jakiś wabik, jakiego nie był w stanie zupełnie pominąć.
- A jak myślisz? Twój dług rośnie z każdym celnym uderzeniem... – powiedział na to spoglądając wprost w jego oczy, a jego jasne tęczówki zdawały się przez chwilę być jeszcze bledsze. Gdyby to było możliwe, z całą pewnością można byłoby uznać, że oczy Jonathana faktycznie w tym momencie zabłyszczały, a gdy tylko Łowca zadał swoje pytanie, czarownik zaśmiał się cicho, nisko, zaś jego głos w tym momencie przypominał raczej westchnięcie pełne dziwnego spełnienia.
- Oznaczony? Sam tak powiedziałeś – odparł na to czując, że mężczyzna się od niego odsuwa, ale nie brał tego za wyraźny znak, że nie życzy sobie jego bliskości. Po prostu teraz, gdy starał się uciec od tego, co wydarzyło się chwile wcześniej z całą pewnością szukał nieco więcej normalności. Ta jednak, Jonathan był tego pewien, nie zamierzała pojawiać się tego wieczoru. Nie między nimi, nie teraz, gdy napięcie było nadal wyczuwalne, aczkolwiek zaczęło obecnie wchodzić na zupełnie inne poziomy i pokazywać coś zgoła odmiennego od tego, czego doświadczali jeszcze chwilę temu. Poza tym czarownik miał pełną świadomość tego, że rozbudził w Lennanie nowe pragnienia.
- Nie. To nie do końca tak działa. Powiedzmy, że chcę napić się kawy – zaczął mężczyzna i po chwili na brzegu stołu, tuż obok niego, stanął papierowy kubek pełen odurzająco pachnącej kawy, mocnej, czarnej, bez żadnych dodatków, które mogły zaburzać jej odbiór – więc wystarczy, że ją znajdę. Tak samo jak z alkoholem. Mogę to również odesłać od siebie – dodał jeszcze skinąwszy lekko głową w stronę butelki, która obecnie była już właściwie pusta i nie minęła chwila, a zniknęła. Przez chwilę Jonathan zastanawiał się, czy będzie w stanie ściągnąć tutaj przedmiot, o którym mówił Lenna, a potem skupił się i wyciągnął rękę, na której wylądował przedmiot muzyczny. Nie należał raczej do Łowcy, ale odpowiadał temu, co mężczyzna chciał zobaczyć. Pomachał nim, a później odesłał na nowo. Przeciągnął się, bo chociaż nie były to zbyt wielkie czary, to jednak zawsze wywierały na niego jakiś tam wpływ. Choćby minimalny.
W następnej chwili zamarł na moment, gdy Lennan spojrzał na niego z dołu. Niesamowicie sugestywnie, Jonathan musiał to przyznać. Nic zatem dziwnego, że gdy mężczyzna się prostował, czarownik pochylił się tak, że niemalże zderzyli się nad stołem. Łowca bez dwóch zdań poczuł jego gorący oddech na karku nim chwilę później czarownik złożył się do uderzenia. Posłał do łuzy pierwszą ze swych bil, a w chwilę później kolejną, co zbliżało go do zakończenia gry, czego nagle bardzo zapragnął. Przymierzając się do kolejnego strzału postanowił odpowiedzieć Łowcy, który był blisko niego. Czuł jego obecność i nie zamierzał temu w żaden sposób zaprzeczać, cieszyło go to zresztą i czekał na jego kolejny ruch.
- Tylko ja mogę się teleportować. Gdybym chciał przerzucić gdzieś ciebie, musiałbyś wejść do bramy – odpowiedział dość zdawkowo, ale jednak na tyle jasno, by Lennan nie miał jakiś błędnych wyobrażeń w tym zakresie. Trzecia bila zatrzymała się tuż przed łuzą, więc Jonathan uniósł się powoli i przekrzywił głowę w bok. Oparł kij o podłogę i przyłożył do niego policzek, spojrzał wprost w oczy mężczyzny, jakby chciał mu powiedzieć, że w czasie ich rozmowy dług zdołał już wzrosnąć. Tym bardziej, że sprowadzona kawa nie została przez niego nawet ruszona. Była kuszącym czerwonym jabłkiem pełnym trucizny.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Lennan Fairwolf

30



I was lost until I found me in you I saw I side of me that I was scared to But now I hear my name and I'm running your way







[Cytuj]
Multikonta: Ignis
Nie każdy był do zdobycia w każdej chwili, nie każdy był na skinienie palca. Choć gdyby Jonathan był kobietą, pewnie w tej chwili jego myśli przygnieceniu chociażby do ściany byłyby spełniane... Jednak kwestia wspólnej płci nieznacznie hamowała Łowcę. Nieznacznie, bowiem ciekawość co byłoby dalej, jak mogłoby to wszystko wyglądać, kusiła go nieprzyzwoicie. Do tej pory nie miał takich myśli, ale może zwyczajnie do tej pory nie trafił na nikogo równie interesującego i równie bezpośredniego? Do tego obiecywał mu dokładnie to, co lubił, czego chciał, a czego żadna kobieta jeszcze nie dała mu, nie odważyła się dać. Z drugiej strony jak namówić istoty z pozoru delikatne do zadawania bólu, a nawet do przyjmowania go? Nie próbował szczególnie mocno, ale w obecnej chwili nawet nie musiał namawiać. Wystarczyłoby jedno słowo, jedno spojrzenie... Chociaż, czy właśnie tego mimo wszystko nie robił? Nie grał w tę grę, nie prowokował? Zachowywał się jak nieoswojone zwierzę, które było ciekawe wyciągniętej w jego stronę dłoni, zbliżał się powoli, ale gdy tylko tajemnicza ręka poruszała się, on uciekał. Zabawa w kotka i myszkę, czy może kotka i królika...
Znów ten dreszcz i uczucie, że wpadł w pułapkę. Właściwie był o tym przekonany od początku spotkania, od pierwszego dwuznacznego zdania, jakie między nimi padło. Różnica była taka, że wpierw starał się od tego uciec, ignorować. Teraz, pod wpływem alkoholu, a także oszołomiony tym, co miało chwilę wcześniej miejsce, nie dbał o to, że sam odpowiada na zaczepki słowne. Prowokował całym sobą, a jeśli nawet nie gestem, tak słowa i spojrzenia robiły swoje. Na ile był tego świadom? Na ile rozum był aktywny pod pierzyną procentów mieszanki z whisky oraz piwa.
- Idziesz w ilość czy jakość spłaty? – rzucił śmiejąc się cicho, ale jego oczy niezmiennie świeciły. Może i to było spowodowane wypitym trunkiem? A może rzeczywiście podświadomie postanowił skoczyć w nieznane, licząc na to, że w odpowiednim momencie ktoś go złapie. Nie chciał zatracać się w czymś nowym bez swoistego przewodnika. Pytanie tylko na ile mógł zaufać poznanemu mężczyźnie? Odkrywał przed nim to, co skrzętnie do tej pory ukrywał, a jednak nie otwierał się na tyle, żeby zdradzić to, co było w nim naprawdę słabe i delikatne. Czy pomimo tego mógł podążać za nim w ciemność? Tą słodką i kuszącą...
Sluchał odpowiedzi dotyczącej teleportacji, ale kiedy tylko na stole pojawiła się kawa, w ciemnych oczach Łowcy zapłonęło pożądanie, inne niż te które wcześniej ukazał Czarownikowi, ale wystarczające, żeby zrozumieć co tak naprawdę kocha półwróżek. Na widok znikającej butelki po whisky wydał z siebie pomruk niezadowolenia. - Ale przywołasz kolejną? Byłoby szkoda kończyć za szybko zabawę – zaśmiał się, widząc, że została mu do wbicia jeszcze jednak bila i czarna, gdyby tylko nie spudłował wcześniej. W głowie jednak zaczęły mu układać się odpowiednie elementy. Mógł więc teleportować właściwie to, co znał. Harmonika była dobra, ale to była to ta konkretna. Z jednej strony przydatna umiejętność, ale mająca swoje ograniczenia. Pokiwał lekko głową na znak, że rozumie i przyjmuje. Wciągnął powietrze, czując jak zapach kawy przyjemnie wypełnia jego nozdrza. Ach, gdyby tak pociągnąć tylko łyk....
Gorący oddech na karku nieznacznie go zdekoncentrował, podobnie jak pobudzający aromat kawy. Przeciągnął dłonią po włosach, obserwując jak kolejne bile trafiają do łuz.
- Nie ma to jak dobra motywacja... A wydawało mi się, że podobno nie potrafisz grać – zaśmiał się, ale w jego głosie czuć było niepewność. Czy on dalej grał czysto, czy jednak robił jakieś hokuspokus z bilami? - Bramę możesz zainstalować tak, żeby zadziałała za jakiś czas? Czy zawsze musisz być obok, żeby ją aktywować zaklęciem? – spytał, przyglądając się, jak ten opiera się i go obserwuje. Samo spojrzenie Fairwolfa pobiegło do kawy, aż w końcu nie wytrzymał. Złapał za kubek, kręcąc nieznacznie głową. Może, jeśli ją wypije, minie działanie alkoholu iz nowu będzie... zdystansowany? O ile to jeszcze było możliwe. Podniósł kubek, ale zatrzymał go tuż przed ustami, wpatrując się we włosy Jona. - Jak szaleć to szaleć – westchnął w końcu, biorąc duży łyk. Smak kawy rozszedł się po nim wywołując coś na kształt cichego pomruku zadowolenia. Och tak, uwielbiał kawę. Wparawiała go zawsze w odpowiedni nastrój, tak jak teraz, wywołując błogi uśmiech na jego twarzy.
W tym momencie do uszu Lennana zaczęły docierać dźwięki piosenki, wydobywające się z głośników. Nie było to nic głośnego, dzięki czemu nie przeszkadzało w rozmowie, ale akurat ten utwór Łowca znał i uwielbiał. Nic więc dziwnego, że zaczął podśpiewywać pod nosem. Mowa tutaj o utworze „Be my fire” zespołu The Blue Stones. Baby be my fire, baby be my flame... Nie dbał o to, że właściwie śpiewa na głos, a nie w myślach, zatapiając się w dźwiękach muzyki. W głowie miał już chwyty, gdyby chciał przenieść to na swoje ukulele, żeby nabrało innego wymiaru, nieco bajkowego. Złapał za kij, wycelował w białą i... spudłował! Nie trafił w ogóle w bilę, co niestety upoważniało Jona do ustawienia białej w dowolnej pozycji, dogodnej dla niego.
- Wychodzi na to... że będę potrzebował rewanżu – rzucił cicho, opierając się biodrem o stół, a kij wspierając na ramionach.
We are the broken ones, who chose to spark a flame
Watch as our fire rages, our hearts are never tame
'Cause we were born for this
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Ależ czarownik doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to tak nie działa. Wiedział co prawda, że jest mężczyzną atrakcyjnym, pewnym swego, umiejącym wędrować dokładnie tam, gdzie chce, ale nie każdy był skłonny padać przed nim na kolana, gdy tylko pstryknie palcami. Byłby albo bardzo w sobie zadufany, albo bardzo naiwny, gdyby wierzył, że coś takiego może mieć miejsce. Dostrzegał niezaprzeczalne zainteresowanie ze strony Łowcy, iskry jakie między nimi skakały były dla niego wyczuwalne, jednak był również pewien, że jeśli chciał cokolwiek osiągnąć, musiał go złamać. Wszystko wskazywało na to, że Lennan nie umiał pozbyć się myśli, że ma przed sobą demona wcielonego i patrzył na niego niezaprzeczalnie przez pryzmat płci. Nie traktował go jako kogoś atrakcyjnego, choć może podświadomość już mu to dyktowała, niewątpliwie jednak nie umiał postrzegać go w tej chwili w sposób całkowicie jasny jako istoty atrakcyjnej seksualnie. Gra toczyła się zatem dalej, chociaż Jonathan musiał przyznać, że zdaje się przesuwać granice na swoją korzyć. Trzeba było jednak grać umiejętnie, by przypadkiem nie wpaść we własną pułapkę, co w takich sprawach było całkiem prawdopodobne. Nie chciał ocknąć się trzymając w pysku własny ogon, jak jakiś oszołomiony pies. Rzucał zatem przed Nefilim smakowite kąski, które bez dwóch zdań prowadziły go ostatecznie w jego stronę. Jeśli Jonathan miałby być szczery, to w pewien sposób kusił go jak nie do końca dostępna kobieta, co zdawało się Lennanowi bardzo podobać, samego zaś czarownika nieco bawiło, ale jednocześnie ekscytowało. W końcu nie wiało tutaj nudą, czyż nie?
Jakość – odparł na to zdecydowanie sugestywnie i spojrzał uważnie na Łowcę, jakby chciał się przekonać, co dokładnie się w nim kryje i co wywoła w nim to jedno proste słowo, jakie wybrał. Jonathan zorientował się już, że Lennan jest jedną z tych osób, które chwytają się półsłówek, które odpowiadają na pytania, nawet jeśli nie zostały one wprost zadane i wykorzystywał to całkiem zręcznie do tego, by wydobywać z niego kolejne spojrzenia i kolejne słowa. Podobnie było w tej chwili, od której nie zamierzał w żaden sposób uciekać, może nawet nieco usilnie ją przedłużał przyglądając się o kilka sekund za długo swemu rozmówcy.
- Motywację mam niezaprzeczalnie wspaniałą. Dla takiej nagrody nauczyłbym się nawet rzutu młotem czy jakiejkolwiek innej abstrakcyjnej dyscypliny sportu. Może saneczkarstwo? – powiedział po chwili zastanawiając się przy okazji, czy za chwilę Łowca nie oskarży go o jakieś oszukiwanie, o kombinowanie z bilami, o granie tak, by był zwycięzcą. Na jego pytanie dotyczące alkoholu jedynie się uśmiechnął, półgębkiem, jakby nieco ironicznie, a w chwilę później na stoliku wylądowała butelka z ciemnym rumem, bo Jonathan nie zamierzał się wcale ograniczać. Bez dwóch zdań Lennan był już rozochocony, buzował w nim mrok i napięcie podsycane alkoholem, który nieznacznie go kołysał, ale najwyraźniej nie spowodował, że mężczyzna zamierzał runąć jak długo na podłogę. To był plus, chociaż oczywiście czarownik wiedział, że musi się miarkować. Podsunął mu już kawę zastanawiając się, czy ten chwyci się na ten lep na muchy i nie pomylił się ani trochę. Dobrze rozpoznał jego swoiste uzależnienie w czasie ich pierwszego spotkania, a teraz bezczelnie je wykorzystał podsuwając pod nos Lennana z wielką kartką wypisaną brokatem: „wypij mnie”.
- Nie zauważyłem, żebyś wbił swoją bilę. To zdaje się pytanie ponad miarę. Grasz uczciwie, czy mam ci nadpisać dług? – rzucił na to z błyskiem w jasnych oczach i sięgnął powoli po białą bilę, którą poruszył w palcach, a następnie z zaczepnym uśmiechem zerknął ponownie na Lennana. Jego włosy przez moment wyglądały, jakby nie mogły się do końca zdecydować, czy chcą być miedziane, czy białe, potem jednak na powrót stały się ogniste, a Jonathan zaśmiał się cicho kładąc bilę na stole. Ustawił ją tak, by nie mógł po prostu spudłować i już po chwili posłał wszystkie przynależne mu bile do łuz, po czym wyprostował się i oparł o stół. Stał teraz blisko Lennana, który sam się do niego przysunął, podświadomie, czy nie, jednak nie mieli do siebie jakoś szczególnie daleko. Czarownik przekrzywił nieznacznie głowę, jednocześnie przymknął zaś powieki i słuchał przez chwilę tego, jak Łowca nuci nieco niepokorną piosenkę. Gdyby wierzył w te dyrdymały dotyczące losu i przeznaczenia, pewnie teraz by sobie coś pomyślał.
- Prawda czy wyzwanie?
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Lennan Fairwolf

30



I was lost until I found me in you I saw I side of me that I was scared to But now I hear my name and I'm running your way







[Cytuj]
Multikonta: Ignis
Lennan jedynie uśmiechnął się opuszczając nieco głowę i przeczesując dłonią włosy. Wyraźnie zakłopotany, uciekał wzrokiem. Owszem, sam prowokował pytania, sam podpuszczał, niejako jakby domagał się komplementów. Z drugiej strony, gdy już słyszał to, czego był świadom, czuł się dziwnie skrępowany. Ostatecznie podniósł głowę, spoglądając prosto w oczy Czarownika. - W takim razie może kiedyś się przekonamy czy było warto – odpowiedział cicho, czując jak z każdym słowem przechodzą go dreszcze, które miał nadzieję, że udało mu się już uspokoić. Niestety nic z tego. To, co przelewało się przez jego zamroczony alkoholem umysł było nie do opisania. Wiedział, czego chce Jonathan i to go onieśmielało w pewnym stopniu. Do tej pory żaden mężczyzna nie dawał tego do zrozumienia w tak intensywny sposób. Z drugiej strony, czy to naprawdę było coś złego? W końcu sam odsunął wzrok, czując, że jeszcze chwila i ulegnie,a ta myśl wywoływała jednocześnie lęk i nadzieję.
Zaśmiał się pod nosem, czując, że uśmiech nie chce zejść mu z twarzy. Och, słodka klątwo procentowa, cóż ty czynisz z człowiekiem? Zaburzasz osąd, sprawiasz, że wychodzą na jaw najskrytsze pragnienia, a następnie pchasz ludzi do ich spełniania. Jednak, czy tak nie było przyjemnie? Na moment przestać się zastanawiać i płynąć z prądem, jak rozmowa i wieczór niesie. Tak też teraz czuł się Lennan. Alkohol wprawiał jego ciało w nieznaczne kołysanie, a może była to wina muzyki? Nie, jednak trunki, gdyż mężczyzna nigdy nie tańczył. Zawsze pilnował, czy ściany się nie zawalą nagle, ewentualnie stał sztywno na parkiecie i pozwalał dziewczynom tańczyć wokół siebie. Teraz przyglądał się jak wokół stołu niejako sam tańczy, wraz z Jonathanem. Jednak pojawienie się kawy i wypicie tego napoju bogów sprawiło, że umysł Łowcy nieznacznie się rozjaśnił. Nieznacznie, gdyż wciąż odczuwał przyjemny błogostan, ale nie szumiało mu aż tak w głowie.
- A skąd mam mieć pewność, że ty grasz uczciwie? - spytał, mrużąc lekko oczy znad kubka z kawą. - Niech będzie, zapytam przy następnym trafieniu – zgodził się jednak, przymykając na moment powieki i wciągając pobudzający aromat kawy. Dla niego na świecie mogły nie istnieć inne używki niż kawa. Może nawet stawiał ją wyżej niż alkohol. Na widok butelki z rumem, która pojawiła się jakiś czas wcześniej, jedynie uśmiechnął się z nieznacznym zadowoleniem, ale kawa wygrywała. Nie potrafił oderwać się od kubka, aż nie zniknęła ostatnia kropla jego prawdziwej miłości. Może zachowywał się jak Alicja z Krainy Czarów, która wypiła napój skuszona karteczką, ale czy było w tym coś dziwnego, skoro wieczór spędzał z Kotem z Cheshire? Spojrzał na Jonathana, śpiewając wraz z wokalistą, obserwując jednocześnie włosy Czarownika. Rude, białe, płomienne... Czy to na pewno wciąż były włosy? A może nie tylko zmieniały kolor? Och, ile dałby za to, żeby ich dotknąć i sprawdzić, czy pod wpływem dotyku także zmienią barwę... Z drugiej strony, raczej nie chciałby, aby nieznajomy, czy wciąż mógł nazywać go tak w myślach, dotykał jego własnych loków. Ostatecznie, zdając sobie sprawę z tego, że stoją bardzo blisko siebie, zdjął kij z ramion i oparł go o stół za sobą. Kiwał lekko głową w rytm piosenki, urywając śpiewy, gdy tylko usłyszał pytanie.
- Wyzwanie – odparł krótko, zdecydowanym tonem. - Zbyt wiele się o mnie dzisiaj dowiedziałeś – dodał cicho, uśmiechając się kącikiem ust. Czuł dreszcz napięcia, jaki znów się pojawił. Oczekiwanie, powodujące, że napięły mu się wszystkie mięśnie, jakby w gotowości do obrony. Nie wiedział czego się spodziewać, choć gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że na pewno nie będzie chciał pokazu łucznictwa. Nie do końca świadom przesunął czubkiem języka po dolnej wardze, wpatrując się z wyczekiwaniem w twarz Jonathana. Co będzie mu zadane?
We are the broken ones, who chose to spark a flame
Watch as our fire rages, our hearts are never tame
'Cause we were born for this
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Zawstydzenie. Doszli zatem do tego momentu, w którym Lennan nieco się speszył i nie do końca wiedział nawet, gdzie podziać oczy i czym się zająć, co Jonathana nieco rozbawiło. Kilka białych kosmyków przewinęło się gwałtownie przez jego miedzianą czuprynę, potem zaś uśmiechnął się dziwnie połechtany jego zachowaniem i tym, jak uciekał od niego spojrzeniem. Było to zachwycające uczucie, a już zwłaszcza w porównaniu z tym ogniem, jakiego posmakował wcześniej. Zastanawiał się, czy Lennan zdawał sobie sprawę z tego, że dotykając go wcześniej wykonał zdecydowany krok ku czemuś nowemu i na pewno nieznanemu, a już bez dwóch zdań niebezpiecznemu. Ciekaw był, jak on się teraz czuje, ale z przyjemnością odnotował fakt, że na Łowcy to wszystko, co się działo, robiło ogromne wrażenie.
- Uważaj – powiedział cicho i spojrzał na niego nieco z góry – bo to wciąż może być nasza umowa – dodał spokojnie. Nie zamierzał teraz pozwolić na to, by Nefilim mu się wymknął. Wiązał go ze sobą obietnicą, choć oczywiście było to działanie całkowicie niemądre, coś jak swoisty wyrzut, ale Jonathan był całkowicie przekonany o tym, że świetnie działający na psychikę stojącego tuż obok niego mężczyznę. Cyrograf został podpisany, w taki czy inny sposób, nie miało to znaczenia, czy przypieczętował go słowem, własną krwią czy podpisem. Czarownik chwytał go za słowa i wykorzystywał je przeciwko niemu dokładnie tak, jak sam chciał. Składał z nich obraz, jaki najbardziej mu się podobał i nie zamierzał się z tym kryć. Pytaniem pozostawało jedynie, w którym dokładnie momencie Lennan zorientuje się, że Jonathan żongluje niemalże po mistrzowsku słowami i gra tymi kartami, które dadzą mu główną wygraną.
Trzeba przyznać, że zdecydowanie podobało mu się to, że Łowca się śmiał. I jak się śmiał. Rozluźnienie, jakie nastąpiło po gwałtownym wybuchu ciemności było równie przyjemne, co chłodny prysznic w upalny dzień. Wywoływało na ciele gęsią skórkę i kusiło jeszcze bardziej, pociągało i przywoływało na swój własny sposób. Jonathan zdecydowanie nie mógł się w tej chwili obejść smakiem i chociaż skupiony był na mężczyźnie, to bez problemu poradził sobie z wyzwaniem, jakie przed nim stanęło. Najpewniej oszukiwał twierdząc, że nie bardzo wie, jak gra się w bilard, a może faktycznie czarował bile, by te wpadały do łuz, kiedy tylko zechce. Trudno ocenić, ale trzeba przyznać, że obawy Lennana mogły być słuszne.
- Przysięgam na mały paluszek i składam obietnicę dobrego harcerza, że jestem niewinny i ani razu nie oszukiwałem w czasie całej gry – stwierdził unosząc rękę i zachowując się dokładnie tak, jakby chciał złożyć jakąś uroczystą przysięgę. Jakiś czas temu zastosował w nieco bardziej ironiczny sposób tę samą technikę na innym Łowcy, tamten jednak nie umiał się z nim zupełnie bawić, to zaś nie do końca odpowiadało Jonathanowi. Nie, żeby Jayden mu się szczególnie mocno podobał, ale jednak liczył na to, że wciągnie go w jakieś maliny. Tak samo jak Lennana, który właśnie przypieczętował swój los wybierając tak, a nie inaczej.
- Pocałuj mnie – powiedział zatem bez najmniejszego problemu. Głos mu nie zadrżał, nie zawahał się, nie było w nim żadnego lęku czy wstydliwości, tylko niesamowita pewność siebie i ta cicha obietnica tego, co znajduje się za tym prostym gestem, tym pochyleniem się ledwie o kawałeczek, tak nieznaczny. Jonathan wsparł się teraz o stół do bilarda odsuwając na bok kij, na którym jeszcze chwilę temu się wspierał, nawet nieco odchylił się w tył, jakby rzucał Lennanowi jeszcze większe wyzwanie, niż chwilę wcześniej, jakby same słowa nie wystarczyły i zdaje się, że tak właśnie było. Przez chwilę wpatrywał się prosto w oczy Łowcy, szukając w nich odpowiedzi na niezadane pytania, zastanawiając się jednocześnie, czy mężczyzna będzie w stanie w ogóle się przełamać, zastanawiając się, co dokładnie dostrzeże w jego ciemnym wejrzeniu. Wiedział, że Nefilim był nieco odurzony alkoholem, z całą pewnością nie do końca spokojny i pewny tego, co chce w tej chwili zrobić, ale daleko było mu do jakiegoś skrajnego pijaństwa. Był świadom, bez dwóch zdań, swoich czynów i wszystkiego tego, co mówił. Być może jedynie procenty nieco go rozluźniły i pozwoliły na to, by zaczął odpowiadać i przestał w końcu zachowywać się, jakby nie miał pojęcia, co się między nimi dzieje. Nic zatem dziwnego, że czarownik wykonał odpowiedni ruch dochodząc do wniosku, że teraz mężczyzna nie będzie raczej w stanie uciec, nie tak po prostu. Nie wpadnie również w szał, co mogłoby być ekscytujące i podniecające, ale nie dokładnie w tej chwili. Jonathan był niezwykle ciekaw, co kryje się za tą granicą, jaką właśnie zamierzał przekroczyć. I nie zamierzał odpuścić.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Lennan Fairwolf

30



I was lost until I found me in you I saw I side of me that I was scared to But now I hear my name and I'm running your way







[Cytuj]
Multikonta: Ignis
Znieruchomiał na słowa o obietnicy, przekrzywiając nieco głowę z przymrużonymi oczami. Zupełnie jakby chciał powiedzieć „blefujesz”. Nie odezwał się jednak, mając świadomość, że to nic nie zmieni. Obaj wiedzieli, że dał się złapać w pułapkę już wcześniej, nie było więc potrzeby w udawaniu, że wcale tak nie jest. Zwłaszcza, że prawdę mówiąc, spodobało mu się towarzystwo Kocura. Pomijając dziwne momenty, pomijając magnetyzm jaki emanował z mężczyzny, Lennan doceniał to, że mógł z nim na spokojnie porozmawiać i mimo wszystko zrewidować swoje spojrzenie na jego rasę. Owszem, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale to zawsze jakiś początek. Mimo też swojej tajemniczości, Jonathan udzielał mu odpowiedzi, których oczekiwał. Można byłoby rzec, że była to transakcja wiązana. Jeden dawał się wodzić za nos, drugi dzielił się wiedzą. Gdyby tylko Lenn był świadom w czym White jest dobry, pewnie dopytywałby o zielarstwo i możliwość przygotowywania eliksirów. Wszystko, co było w jakikolwiek sposób związane z naturą budziło zainteresowanie półwróżka, co nie powinno nikogo dziwić.
Widząc, jak Jonathan podnosi dłoń i zaczyna kryć się za słowem harcera, Lenn wybuchnął śmiechem, który urwał szybko cichym sykiem, kiedy rany na ustach ponownie się otwarły. Dotknął ich wierzchem dłoni, kręcąc głową i spoglądając na towarzysza spod rzęs. - Dlaczego mam wrażenie, że tylko ja jestem pijany, a ty się świetnie bawisz...? Nie mówiąc o tym, że ci nie wierzę z tym całym słowem harcerza – rzucił, ale w jego głosie nie było słychać urazy, a jedynie czyste rozbawienie. Alkohol działał na niego na dwa sposoby – albo rozluźniał go, wywołując po prostu błogostan, albo zawieszał, zmuszając do melancholijnych rozmyślań. Teraz zdecydowanie daleko było mu do rozważania czy jest niebo, skoro podobno było piekło, a jeśli tak, to gdzie on się plasuje ze swoją anielsko-demoniczną duszą, o ile takową posiadał. Teraz był w stanie nieomal euforycznym, dodatkowo odurzony atmosferą, która nie chciała ani na moment opaść, dać im wytchnienia. Podejrzewał, że tym wszystkim w jakiś nieznany mu sposób manipulował Jonathan, ale co miał poradzić? Dawał jej się ponieść, licząc na to, że w odpowiednim momencie po prostu wszystko się skończy. Trochę jak w bajkach, zegar wybije północ, przyjdzie barman i powie, że zamykają... A potem każdy pójdzie w swoją stronę i po grze nie będzie śladu. Po żadnej grze...
Ponownie znieruchomiał, wpatrując się w mężczyznę tak, jakby czekał aż ten powie, że żartował. Widząc jednak pewność siebie bijącą od niego, to jak całym ciałem wręcz krzyczał, że czeka, rzucał mu wyzwanie, które tak pochopnie przyjął. Mając jednak do wyboru to, a być może ponowne pytanie o wróżkową część... Miał do zapłaty niewielką cenę. Wystarczyło się nachylić... Odbił się od stołu, zrobił krok w stronę Jonathana, czując się tak, jakby właśnie wszystko wokół się zatrzymało. Widział jedynie cholernie jasne oczy, które obiecywały wiele, które potrafiły zapłonąć ogniem, równie wielkim jak ten, który sam odczuwał. Może nawet większym.. Teraz jednak była w nich pewność siebie i jakby wątpliwość, czy Łowca się odważy. Spojrzenie ciemnych oczu ślizgało się po twarzy Czarownika, zatrzymując na dłuższą chwilę na jego ustach. Pocałuj mnie. Tak niewiele, a jednocześnie tak dużo oczekiwał. Wyzwanie, ale czy na pewno nie chciał go przyjąć? Nachylił się nieznacznie, nie potrzeba było wiele, w końcu byli nieomal tego samego wzrostu, nawet był odrobinę wyższy. Przeniósł spojrzenie na jasne oczy, po czym zawisł na kilka sekund w odległości paru milimetrów od jego ust. Na swoich wargach czuł jego gorący oddech, wspomnienia przywołały zapach pasty ziołowej.
- Nie dam rady – zaśmiał się krótko, opierając czołem o czoło Jonathana na sekundę. Odsunął się z wyraźną konsternacją na twarzy. Gdyby jednak się odważył...? Ale nie był do końca w stanie... Tak zupełnie sam. Pokręcił głową, zagryzając dolną wargę, mimowolnie kalecząc ją jeszcze bardziej. Planował otworzyć butelkę rumu i napić się z niej solidnie.
We are the broken ones, who chose to spark a flame
Watch as our fire rages, our hearts are never tame
'Cause we were born for this
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Nie blefował. To, czego Lennan musiał się jeszcze o nim nauczyć to fakt, że Jonathan raczej nie oszukiwał. Mówił półprawdy, wykorzystywał ironię, sarkazm i słowne gry, ale należał do tych jednostek, które nie potrzebowały kłamstwa, by iść na przód. Nie zmyślał faktów dotyczących własnego życia, nie koloryzował go i nie robił z siebie wielkiego przedwiecznego, który pstryknięciem palców mógł posłać kogoś na tamten świat. Teraz również nie oszukiwał mówiąc o umowie, bo w końcu mogli tak potraktować to, co ich łączyło, on mógł tak do tego podejść, Lennan mógł wierzyć w to, że faktycznie podpisał dopiero co słowny cyrograf z diabłem. Opcji było naprawdę wiele, a czarownik był skłonny przyjąć właściwie każdą z nich z tego prostego powodu, że podobała mu się gra, jaką prowadził z Łowcą. Jeśli ten nieco się denerwował, nieco spinał, gdy wspominał o tym, że coś może ich teraz łączyć, że Nefilim ma u niego dług, a ten szedł w to z klapkami na oczach, to dlaczego nie miał tak poprowadzić ich tańca? Kroków być może nie znał, ale umiał naprawdę doskonale improwizować, skoro zaś nieco już wiedział o mężczyźnie, łatwiej szło mu dobieranie rytmu.
- Mam kilkusetletnią odporność – powiedział na to z lekkim uśmiechem, nieco krzywym. Mogło się zdawać, że tą prostą wypowiedzią prowokuje Lennana do dociekliwości, do tego, by ten dopytywał, by drążył, by chciał wiedzieć, ile właściwie Jonathan ma lat i co już w swym życiu widział, co wiedział, jak wiele dziedzin nauki starał się chwycić mocno za ogon. Ciekaw był, czy mężczyzna połknie ten haczyk, czy może jednak pominie go przy tej okazji, by – być może – wykorzystać kiedy indziej. - Ranisz mnie, naprawdę jestem uczciwym czarownikiem – zamruczał na to rozbawiony. Przyglądał się zaciekawiony Łowcy, który zdecydowanie zdawał się znajdować na skraju stanu euforycznego. Jonathan nie wiedział, czy doprowadził go do tego alkohol, kawa, czy być może porzucenie tematu związanego z ciemnością i zabijaniem. Choć, bez wątpienia, to również fascynowało Łowcę, jak się zdawało, na tym samym poziomie, co czarownika. Nie wiedział co prawda, że Lennan mimo wszystko nie chce do końca przekraczać granic. Pytaniem jednak pozostawało, czy mężczyzna przejąłby się tym, gdyby tylko usłyszał od Nefilim, że ten się wstydzi albo ma nadzieję, że za chwilę będą zamykać lokal. Bo zachowanie Łowcy jasno pokazywało mu, że jeszcze chwila i zrobi ten pierwszy krok nad przepaścią. Czy spadnie zależało już tylko i wyłącznie od niego.
Czekał. Był niesamowicie ciekaw, czy mężczyzna faktycznie zdoła podołać wyzwaniu. Był rozentuzjazmowany, zdawało się, że gotowy na wszystko, chętny, ale to było dla niego bez wątpienia coś zupełnie nowego. Przyglądał mu się nadal wyzywająco, gdy się do niego zbliżał, gdy się do niego nachylał i tak samo było, gdy Lennan się odezwał i oparł czołem o jego czoło. Czarownik czuł jego cudowne ciepło tuż obok siebie, czuł narastające napięcie, które w zadziwiająco zadowalający sposób przebiegło po jego kręgosłupie. I wiedział już dobrze, co robić dalej.
- Tchórzliwa wróżka – powiedział na to cicho Jonathan. Znajdowali się nadal blisko, więc z całą pewnością Lennan czuł ciepło jego oddechu na swych wargach. Czarownik patrzył z bliska w jego ciemne oczy spod nieznacznie przymkniętych powiek. Cała jego postawa sugerowała jasno, że on sam nie wahałby się nawet chwili i po prostu zrobił ten krok, przekonał się, co znajduje się po drugiej stronie ciemnego lasu, do którego podobno nie było wolno wchodzić. Poza tym jego słowa nie zawierały w sobie gniewu czy oburzenia faktem, że Lennan się wycofał, że nie zrobił tego, co zrobić powinien. W jego głosie nadal brzmiała nuta wyzwania, a jednocześnie czegoś, co powodowało, że Nefilim mógłby odczuć to wszystko, jak ostrogę. Jakby Jonathan był w stanie w tych dwóch słowach zawrzeć całą zniewagę i poczucie gorzkiego zwycięstwa, że i tak wiedział, że Łowca się na to nie odważy.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Lennan Fairwolf

30



I was lost until I found me in you I saw I side of me that I was scared to But now I hear my name and I'm running your way







[Cytuj]
Multikonta: Ignis
Zachowanie Jonathana powinno dać Łowcy do myślenia. Widać było, że jest typem myśliwego, uwielbiał dominować, mieć przewagę. Kusił, wabił, mamił, a wszystko po to, żeby odpowiednio pokierować swoją ofiarą. To sprowadzało do prostej konkluzji, że skoro w czasie, może nie do końca zwykłej, gry w bilard, spotkania przy piwie, Jon obracał sytuacjami tak, żeby to on przewodził, co mogłoby być w innych sytuacjach? Takie myślenie było jednakże jeszcze zbyt odważne jak dla półwróżka, który wciąż jeszcze udawał przed samym sobą, że o niektórych sprawach nie wie, albo że wcale nie o to chodzi. Bawił się dobrze i to było najważniejsze. Póki obie strony były zadowolone można było krzyczeć: chwilo, trwaj!
- Kilkusetletnia odporność? Jak mam tego nie uznać za oszustwo? Próbę spicia mnie dla wygranej? – rzucił ze śmiechem, nie drążąc ile tak naprawdę ma lat. Należało jednak pamiętać, że wszystko, co zostało powiedziane między nimi, Lenn z całą pewnością zapamięta. Nie był tak pijany, żeby mieć luki w pamięci. Można więc spodziewać się, że różnica wieku zostanie poruszona przy następnej okazji, czy to jeszcze w pubie, czy przy kolejnym spotkaniu, o ile do takiego dojdzie. Absurd wieczoru, atmosfera grzesznego pożądania, aura tajemniczości, jaką otaczał się kocurowaty sprawiały, że trudno było uwierzyć w rzeczywistość zdarzeń. Równie dobrze mógłby się obudzić za chwilę we własnej pościeli w Instytucie. Nic więc dziwnego, że błogość wylewała się z niego. Do tego ulubiony utwór w głośnikach, którego tekst zdawał się pasować do nich w tym momencie, czego jednak śpiewający Nefilim nie dostrzegał. Jednak wkrótce nawet piosenka straciła na atrakcyjności, kiedy zdecydował się podnieść rzuconą mu rękawicę.
Czuł, jak jego własne ciało zdradza jego rozum. Zupełnie jakby toczył w sobie dziwną walkę. Stał nad przepaścią, z jedną nogą wystającą poza krawędź. Skoczyć? Tylko co czekało go na dole? Nieznane i właśnie to było tym, czego wszędzie szukał, co go nakręcało, co powodowało, że pchał się w najdziwniejsze sytuacje. Czuł jak serce łomocze mu w piersi, wprawiając ciało w nieznaczne drżenie, ale wycofał się. Wrócił na bezpieczny ląd, żeby za chwilę rzucić się w przepaść.
Ciemne oczy błysnęły czymś na kształt buntu i urazy, gdy dwa słowa padły z ust Czarownika. Zabawne, że gdyby powiedział je ktoś inny, w innej sytuacji, Lenn zapewne odkłoniłby się w przerysowany sposób i odszedł w drugą stronę. Tyle, że teraz słowa zadziałały tak, jak chciał tego Jonathan. W Łowcy nieznacznie zagotowało się, tym bardziej, iż przy ostatnim spotkaniu sam powiedział, że nie można nazwać go tchórzem, a teraz co? Odpuści? Zwykły pocałunek? No dobra, może nie miał całować randomowej dziewczyny, ale to wciąż nie było coś, co mogło prowadzić do zguby. Zagryzł na ułamek sekundy policzek od środka, zawieszając spojrzenie na ustach mężczyzny. Jak to było? Jak szaleć to szaleć? Jednym ruchem położył dłoń na karku White'a przyciągając go do siebie. Ile w tym było chęci udowodnienia, że nie jest tchórzem, a ile prawdziwej chęci spróbowania, trudno powiedzieć. W chwili, gdy tylko poczuł dotyk jego warg na swoich, poczuł się tak, jakby ktoś gwałtownie zaczął go rozgrzewać od środka. Gdzieś z tyłu głowy zapaliła się lampka, jak bardzo miał go tak właściwie pocałować, ale nie był w stanie skupić się na jakiejkolwiek myśli na tyle, żebywybrzmiała klarownie w jego umyśle. Zacisnął nieco palce na karku, pogłębiając pocałunek, z wyczuwalną przyjemnością. Może fakt, że właśnie kolejny raz tego wieczoru przekraczał jakąś granicę sprawiał, że wymuszony z pozoru pocałunek nabrał kolorów? A może Lennan skutecznie zagłuszał własne chęci, które teraz dochodziły do głosu. Czuł jak żołądek mu się wywraca, a dreszcze przebiegające po całym ciele, kumulują się w lędźwiach. Po krótkiej chwili, która dla ciemnowłosego zdawała się wyjątkowo długa, odsunął się na pół kroku z rozpalonym spojrzeniem. W tej chwili zdał sobie sprawę, że przez cały czas miał wstrzymany oddech. Pewnie z tego powodu kręciło mu się teraz w głowie.
- Wróżka może i tak, ale nie tchórzliwa - odezwał się cicho, zachrypłym głosem, mając problem złapać oddech. W jego spojrzeniu widać było wciąż buntownicze ogniki, tańczące wraz z powracającym podnieceniem. Na jego twarzy właściwie było wymalowane, że nowo odkrywane tereny podobają mu się. Były zupełnie inne od tego co znał, choć tak podobne i co tu kryć? Chciał więcej.
We are the broken ones, who chose to spark a flame
Watch as our fire rages, our hearts are never tame
'Cause we were born for this
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo