Sophie Lavoisier

293



I may look happy, but honestly dear, the only way I'll really smile is if you cut me ear to ear.







[Cytuj]
Multikonta: Finn, Syriusz, Lexa, Ismena
- Okay, skoro tak to myślę, że na tyle jestem w stanie się zgodzić - stwierdziła, bo czarownik ewidentnie potrzebował w tym momencie kogoś, kto trochę pokieruje go na właściwą drogę. Cóż Sophie mogła w końcu zrobić dla kogoś coś dobrego.
Zamyśliła się na jego kolejne słowa, jednak trwało to tylko moment.
- Pomyślę o stawce i porozmawiamy o tym, kiedy spotkamy się następnym razem - odpowiedziała w końcu na jego propozycję. Właściwie to od samego początku nie zamierzała żądać czegokolwiek w zamian, ale skoro czarownik sam to zaproponował to aż grzechem byłoby nie skorzystać. Miała już wielu dłużników a także wiele osób na swoich usługach, które były na każde skinienie Sophie. Wampirzyca wiedziała bardzo dużo a wiedza, którą posiadała potrafiła być bardziej niebezpieczna niż broń i bez problemu szło dzięki temu sterować poszczególnymi jednostkami.
- Sophie. Albo Królowa Lodu, jeśli wolisz... większość kojarzy mnie pod tym pseudonimem - być może nawet Ceris słyszał już kiedyś od kogoś o Królowej Lodu, w końcu takie rzeczy w York rozchodziły się dosyć szybko. To określenie samo przylgnęło do Sophie, ponieważ wampirzyca przybyła do York tuż po śmierci Vincenta, w momencie swojej największej żałoby, zamknięta na wszystko i wszystkich, przez co nikt nie miał szansy poznać jej taką, jaka była naprawdę... a w rzeczywistości głęboko pod tą maską chłodu i obojętności kryła się dobra, choć nieco pogubiona uczuciowo i emocjonalnie osoba.
 

Ceris Grim

20/21



Angel of Darkness







[Cytuj]
Multikonta: Xavier, Elvan, Rose
Ceris wysłuchał kobiety. Ciekawy miała pseudonim. Kròlowa Lodu? Może to przez to, że nie okazywała uczuć? Możliwe.
Jak widać Ceris pozastanawia się nad tym pòźniej. Zaraz wyciągnął z kieszeni kartkę i napisał na niej swòj numer komòrki. Potem podał Sophie ją.
- Mam nadzieję, że masz telefon komòrkowi. Jak nie to może jakoś mnie odnajdziesz - przyznał.
Mògł podziekować zawysłuchanie. Jednak to nie było w jego stylu.
- To do zobaczenia Sophie - powiedział.
Zaraz wstał zabierając swoją kurtkę oraz biorąc na ręce Jaspera. Widać, że piesek dalej nie był przekonany do Kròlowej Lodu.
Zaraz Ceris odszedł i zostału mu tylko czekanie na wiadomosci od kobiety.

Z/t.
 

Sophie Lavoisier

293



I may look happy, but honestly dear, the only way I'll really smile is if you cut me ear to ear.







[Cytuj]
Multikonta: Finn, Syriusz, Lexa, Ismena
Wzięła od Cerisa karteczkę i nie bardzo mając gdzie ją włożyć, po chwili namysłu wcisnęła ją za szeroki, jedwabny pasek, ściągający suknię.
- To, że ubieram się jakbym żyła w innej epoce nie znaczy, że nie idę z duchem postępu - odpowiedziała na to stwierdzenie o telefonie. Fakt, jeśli patrzeć na strój, wampirzyca wyglądała, jakby zatrzymała się na etapie średniowiecza, ale wcale tak nie było, bo potrafiła obsługiwać telefon, laptop czy te wszystkie inne badziewia Przyziemnych.
Czekała na jakieś dziękuję czy cokolwiek, bo w końcu nie dla każdego była taka miła a tym bardziej nie każdemu oferowała pomoc... jak widać jednak dla niektórych osób nawet zwykłe podziękowanie to zbyt wiele.
- Do zobaczenia - odpowiedziała, po czym nie czekając już na nic więcej, oddaliła się, by kontynuować swoje polowanie... zdecydowanie nie skończyła jeszcze na dzisiaj z krwawymi ucztami.

/zt
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
//po spotkaniu z Jaydenem

Wrzosowisko było doskonałym miejscem na spacer, bo czemu nie? Z dala od ludzi, z dala od zgiełku, kiedy już chęć do przeżywania jakiś emocji minęła. Poza tym ściemniało się, nadchodził wieczór, a Jonathan mimo wszystko nie chciał zostawać jeszcze sam w hotelowym pokoju. Wolał zaczerpnąć nieco świeżego powietrza, spędzić trochę czasu z dala od miasta, jak w czasach, gdy był dzieckiem żyjącym w jakiejś głuszy. Teraz już się tak nie dało, mało było miejsc na świecie, gdzie naprawdę można było być samemu, bez całego tłumu, bez komórek czy internetu, gdzie można było się zaszyć i liczyć tylko z dzikimi zwierzętami, które nie zawsze chciały się do niego zbliżać. Skoro zatem nie znał zbyt wielu takich miejsc, a ostatnimi czasy był nieco zmęczony i nie miał potrzeby wędrowania gdzieś na szczyty Alp, by pobyć samemu, wybrał się na wrzosowiska, które zawsze uznawał za nieco malownicze. Co prawda być może nie konkretnie tą porą roku, ale mimo wszystko okolica mu odpowiadała. Była dostatecznie wyludniona, by mógł swobodnie wędrować przed siebie błocąc sobie buty i wtulając szyję w ramiona. Na pewno nie wyglądał teraz jak groźny czarownik, ale nie spodziewał się również, by ktokolwiek go tutaj śledził, przychodził do niego z jakimiś zadaniami, czy cokolwiek podobnego.
Zatrzymał się na moment, kiedy powiał mocniejszy wiatr, ale nie chciało mu się jeszcze wracać. Mimo wszystko okolica przyciągała go do siebie, miała w sobie coś takiego, że nie chciał jeszcze wracać do miasta, nie miał potrzeby padania na łóżko i spania aż do rana. Mógłby się czegoś napić, ale w końcu obecnie przeżywał fazę odwyku od faszerowania się wszelkimi używkami w nadmiarze, a spotkań z innymi istotami miał już nieco powyżej swych kocich uszu. Nie, żeby całkowicie od nich stronił, w końcu chciał przeżywać jak najwięcej, ale czasami nadmiar szkodzi i właśnie tak było tym razem. Nic zatem dziwnego, że niczym jakiś bohater romantyczny włóczył się po wrzosowiskach Yorku zastanawiając się, co właściwie powinien ze sobą począć.

//Opal
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Opal Lengyel

170



I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana
Opal także potrzebowała trochę odpocząć i pobyć chwilę sama, a że wieczór, mimo iż nadal chłodny, był naprawdę przyjemny, postanowiła wybrać się na mały spacer, który zrobił się z jakiegoś powodu trochę dłuższy, niż przewidywała. Zresztą nie pierwszy raz już tak się zdarzyło.
Po raz kolejny spojrzała na swoją prawą dłoń, gdzie na palcu serdecznym znajdował się pierścionek ozdobiony kamieniem szlachetnym. Nadal nie wierzyła w to, co się stało. A raczej, nadal nie dowierzała, że naprawdę poczuła się na tyle odważna, a zarazem pewna swoich uczyć, że zgodziła się wyjść za Craiga. Była jednak niesamowicie szczęśliwa z tego powodu i miała nadzieję, że od teraz w jej życiu nie pojawią się już przeszkody, których nie dałaby rady przeskoczyć. No może poza jedną, którą skutecznie spychała na dno świadomości. Ostatnio musiała robić to coraz częściej.
Schowała w końcu prawą rękę do kieszeni swojego beżowego, wełnianego płaszcza, czując, jak powoli zaczynała marznąć. Wsłuchała się odgłos wiatru hulającego na wrzosowisku. Ten dość uparcie targał jej ciemne włosy, przez co musiała co chwilę odgarniać je ze swojej twarzy. Było to jednak tego wieczoru nawet trochę bardziej zabawne niż irytujące.
Dobrze, że przynajmniej tym razem odpuściła sobie buty na obcasie, bo prawdopodobnie dawno już ugrzęzłaby w błocie.
W sumie też mogłaby wybrać się na spacer gdziekolwiek na świecie. Opuszczone uliczki Paryża, których układ znała praktycznie na pamięć, okolice jeziora gdzieś na Węgrzech, nad które nie raz lubiła się wybrać, szczególnie gdy bywało cieplej, czy pewien park z amfiteatrem w Madrycie. Okazywało się jednak, że mimo wszystko to właśnie wrzosowiska najbardziej ją dziś przyciągały.
Pamiętała, jak zorganizowała tu swoje urodziny. Jak wiele się od tego czasu zmieniło.
Szkoda tylko, że było ciemno, a Opal kompletnie odpłynęła myślami, bo w pewnym momencie poczuła, jak w coś uderza, upadając pośladkami w błoto. Spojrzała w górę, musząc się trochę poprawić. Wpadła w kogoś, a nie coś.
- O mój boże, przepraszam, nie zauważyłam... Pana - dodała, upewniając się wcześniej co do płci posiadacza twardych pleców. Zgrzebała się z ziemi i spróbowała otrzepać płaszcz, czuła jednak, że bez prania się nie obejdzie.
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Widać czarowników ciągnęło już do takich dziwnych miejsc. Było w nich coś, co kojarzyło się z magią, ale również spokojem, a może po prostu każdy z nich raz na jakiś czas potrzebował świętego spokoju, jak każdy człowiek, kiedy nikt nie wchodzi ci na głowę, dookoła nie gra muzyka i da się skupić na własnych myślach. Możliwości były różne i tak jak nie tak dawno temu Jonathan powiedział Lennanowi - równie dobrze mógł zjawić się tutaj, by odprawić jakiś niesamowity rytuał, do którego potrzebna była mu pełnia księżyca, krew dziewic i głowa kozła. Szkoda tylko, że podobne zabawy wcale mu się nie podobały i przypominały mu raczej coś na kształt tanich horrorów klasy Z, których zdecydowanie nie lubił. Myślę zatem, że spokojnie można było uznać, że nie przyszedł tutaj odprawiać jakiś czarnych rytuałów, a raczej pomyśleć, pozwolić sobie na to, by zgiełk miasta z niego spłynął, razem z większością emocji pozostawiając go w jego nieco znudzonej formie larwalnej.
Nie spodziewał się, że ktoś tutaj na niego trafi. A na pewno nie spodziewał się, że ktoś wejdzie prosto w jego plecy. Odwrócił się spokojnie, wciąż trzymając dłonie w kieszeniach swego granatowego płaszcza i spokojnie spojrzał na kobietę, której głos rozległ się dopiero co za jego plecami. Jego kocie uszy drgnęły delikatnie, ale poza tym nic nie zmieniło się w jego postawie. Uśmiechnął się lekko, samym kącikiem ust, a później przekrzywił nieznacznie głowę.
- Zawsze wydawało mi się, że jestem dostatecznie duży, żeby było mnie widać z daleka - powiedział jedynie dość rozbawiony, chociaż w jego postawie było nadal coś ze znudzonego kota. Czy może raczej - kota czającego się przy mysiej norze, który w każdej chwili gotów jest do wykonania skoku. - Nic mi Pani nie zrobiła, nie ma za co przepraszać - dodał ciekaw, co wydarzy się dalej. Zachowywał jednak całkowity spokój, nie było bowiem powodu, dla którego miałby się na nią gwałtownie rzucać. Tym bardziej, że istniał cień prawdopodobieństwa, że się pomylił, czyż nie?
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Opal Lengyel

170



I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana
Fakt, czarownicy mieli już to do siebie, że lubili od czasu do czasu znikać wszystkim z oczu i zaszyć się gdzieś, gdzie mogli pobyć z własnymi myślami i odczuciami. Byli rasą, która chyba najbardziej ceniła sobie możliwość chodzenia własnymi drogami, doceniali także samotność, która musiała już być częścią ich natury. Co prawda nie zawsze, ale Opal miała już swoje doświadczenia z całkiem sporą gromadką wiedźmoków, wiedziała co nieco.
W końcu nawet ona, mimo iż uwielbiała spotykać ludzi, jak i inne istoty i całkiem lubiła zawierać nowe znajomości, potrzebowała od czasu gdzieś się wynieść, by w spokoju móc porozczulać się nad swoim żywotem.
Rytuałów jednak tej nocy nie zamierzała odprawiać, szczególnie takich krwawych. Zresztą i tak czarna magia nie była jej ulubioną dziedziną, także pewnie nie miałaby się za bardzo czym popisać. Chociaż pewnie całkiem zabawnie by wyglądała, gdyby na środku pola nagle zapaliła kilkadziesiąt świeczek i nagle zaczęła wokół nich tańczyć, mażąc przy tym okolicę krwią niewiadomego pochodzenia. Tak, prawdopodobnie skromny pokoik w wariatkowie już by na nią czekał.
Czarownik mógł uznać to za dziwne, może trochę głupie, ale kobieta naprawdę go nie zauważyła. Tak czasem bywało, gdy myślało się o niebieskich migdałach, zerkając w niebo, a nie przed siebie.
- Zamyśliłam się i nie patrzyłam przed siebie, naprawdę, nawet nie wiem jakim cudem aż tak się wyłączyłam - uśmiechnęła się, zerkając na okolicę, starając się dowiedzieć, gdzie dotarła, nie kontrolując, gdzie ją nóżki poniosły. Przynajmniej się nie zgubiła, tyle dobrego.
Przyjrzała się nieznajomemu, od którego zaczęła wyczuwać specyficzną aurę czarownika. Uśmiechnęła się szerzej, dostrzegając kocie uszy. Oho, trafiła na członka jej rasy, no proszę. Jon powinien także od niej wyczuć magiczną aurę, a także dostrzec pokrywające jej kości policzkowe gadzie, czarne łuski.
- Wolałam przeprosić, w końcu wpadanie na obcych może zostać odebrane jako niegrzeczne - dalej się uśmiechała. Mężczyzna ją zainteresował. Nie znała go, a to musiało oznaczać, że był w Yorku od całkiem niedawna, w końcu takie było jej zadanie, by kojarzyć każdego z czarowników. I w sumie, co jej szkodziło, by poznać go lepiej?
- Jestem Opal - wyciągnęła do niego rękę na przywitanie, na razie zdradzając tylko swoje imię. Ciekawe, czy on już coś o niej zasłyszał? I jeśli tak, to niech lepiej będą te dobre rzeczy.
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Nie należeli tak naprawdę do żadnego ze światów, nic zatem dziwnego, że wędrowali po ścieżkach, jakie sobie sami wytaczali, po drogach, które wybierali tak, by odpowiadały im i nikomu innemu. Znali samych siebie, nie musieli spędzać całego życia w tłumie, nie musieli również wiecznie wystawiać się na świecznik, zaś coś w ich naturze musiało być takiego, że kochali mimo wszystko spokój, a ciemność, noc i spora odległość od siedzib ludzkich wpływała na nich pozytywnie. Oczywiście, prawdą było, że Jonathan mógłby właściwie jedynie pstryknąć palcami i znaleźć się gdzieś na pustkowiach Syberii, ale zdaje się, że obecnie to wcale nie było mu potrzebne do szczęścia, ani do koncepcji sztuki. Nie pasowałoby tutaj również morderstwo i składanie ofiar, w końcu czarownik zdecydowanie wolał zajmować się innymi rzeczami, niż grzebaniem we flakach, nie podobał mu się również wcale pomysł przywoływania z czeluści piekielnych jakiś pomiotów, które być może z przyjemnością wyjawiłyby mu ostatecznie personalia jego ojca. Które uparcie od siebie odsuwał, odrzucał i nie chciał mieć z tym nic wspólnego, wolał nie zdawać sobie sprawy z tego, co jeszcze może z niego wypełznąć i ujrzeć światło dzienne w pełnej okazałości.
Trudno powiedzieć, czy ostatecznie uznawał to za głupie. Na pewno za dość zabawne, a jeszcze bardziej - za podejrzane. Mimo wszystko znajdowali się w głuszy, gdzie nie było niczego poza krzewinami, które kołysały się nieznacznie na wietrze. Scenerię mieli wprost idealną do rzucenia się na siebie, do odbycia jakiegoś pojedynku albo do dokonania morderstwa doskonałego. Znajdowali się również w odpowiednim miejscu, by rozpocząć jakieś podchody, wędrówki, by rozpocząć taniec, którego kroki były dla nich pozornie znane, ale trudno było ostatecznie ocenić, czy przypadkiem nie nadepną sobie na odcisk. To, że widziała jego uszy było dla niego całkowicie oczywiste, on również dostrzegał łuski na jej policzkach, poza tym miała rację - aura, jaka ich otaczała, była doskonale wyczuwalna. Jonathan miał niemalże ochotę posmakować powietrze, jakby chciał się przekonać, czy nie jest przypadkiem wypełnione swoistymi wyładowaniami elektrycznymi, a może miałoby posmak gorzkiej ziemi?
- Niegrzeczne? To było raczej... interesujące - powiedział na to, a jego jasne oczy błysnęły nieznacznie, gdy na moment uniósł nieco powieki. Uśmiechnął się zaczepnie, widać było, że z przyjemnością wciągnie kobietę w jakąś dyskusję, pozwoli jej na to, by powiedziała mu co nieco o miejscu, w którym się znajdowali, a może poczeka aż ta zdradzi, czy należy do sekretnego stowarzyszenia czarowników, czarnoksiężników oraz innych wiedźm. Nie był na pewno wrogo nastawiony, ale sprawiał raczej wrażenie kota, który się czai i na coś czeka, kota, który wypatruje każdego kroku swego przeciwnika.
- Jonathan - odparł na to ujmując dość mocno podaną dłoń. Spojrzał jej przy okazji prosto w oczy, co może nie było z jego strony do końca grzeczne, ale chociaż mężczyzna był niewątpliwie elegancki, niewątpliwie dobrze wychowany - jeśli można tak było to nadal określać - to miał w sobie również te elementy, które skłaniały go do bycia zaczepnym. I właśnie to robił teraz, sprawdzał, jak daleko może się posunąć.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Opal Lengyel

170



I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana
Czy naprawdę żaden świat do nich nie pasował? Czy może tylko co niektórzy właśnie tak postanowili się czuć, choć nie koniecznie musiało tak właśnie być? W końcu nie tylko oni różnili się od zwykłych, ludzkich istnień, a ten świat już od wieków nie należał tylko do przyziemnych. Zamieszkiwały go istoty ich pokroju, które w końcu stały się jego nieodłączną częścią, wgryzając się w jego delikatny ekosystem i sprawiając, że ten prawdopodobnie nie byłby już bez nich taki sam. Tak, chyba jednak należeli do tego świata, a przynajmniej ta jedna czarownica czuła, że tu jest jej miejsce, do którego całkiem pasuje.
Nie oznaczało to jednak, że nie zdarzało jej się iść czasem pod prąd, a czasem zupełnie zbaczać, ze ścieżki. Po prostu robiła to wtedy, gdy było jej to na rękę. Tak jak dziś, po prostu czuła potrzebę wyrwania się z miasta, z czterech ścian, mimo że w sumie na co dzień w ogóle jej to nie przeszkadzało. Miała jednak trochę do przemyślenia, a otwarta przestrzeń zawsze sprawiała, że jakoś łatwiej było zastanowić się nad dręczącymi kwestiami. I przy okazji podjąć jakąś decyzję.
I w sumie zależy, co czarownik rozumiał poprzez grzebanie we flakach. W końcu nie raz Opal musiała się za to zabrać, chociaż zapewne w innym celu, niż mężczyzna myślał. W końcu już nie raz nie dwa robiła za medyka, a aby naprawić człowieka, czasem trzeba było w nim pogrzebać. I w sumie, akurat to potrafiło zapewnić niesamowitą satysfakcję. Większą dla niej na pewno niż zabicie bezbronnej istoty.
O proszę, kolejny czarownik, który tak jak ona nie wiedział, kim był jego ojciec i nie śpieszył się z poznaniem tej jakże wielkiej tajemnicy. Jakoś nigdy nie było jej ta wiedza do szczęścia potrzebna, umiejętności do przywoływania miała marne, a sam ojczulek nie kwapił się do poznania swojej córeczki. Chociaż pewnie wyjaśniłoby to jej parę kwestii, które w jej życiu się pojawiły.
Może i wyglądało to podejrzanie, ale czarownica naprawdę nie miała złych zamiarów. Zresztą nie miała żadnych.
Cisza, która panowała wokoło, ciemność, jak i wiatr naprawdę sprawiały, że sceneria wokół nich mogła wydawać się mroczna, może nawet złowieszcza. Kobieta jednak uśmiechała się, jakby kompletnie tego nie widziała. Jeśli ktoś chciał z nią rozpocząć taniec, musiał się przygotować na to, że nie była zbyt łatwą partnerką w prowadzeniu. Lubiła czasem uciekać, czasem dodać własne kroki, by w końcu jednak przez chwilę dać się pociągnąć w swoją stronę. A następnie odbić gdzieś w bok, z uśmiechem burząc zaplanowaną choreografię.
- Interesujące mówisz? Cóż, zapewne nie za często ktoś na ciebie wpada na środku prawie że pustkowia - musiała przyznać. Naprawdę, robiło jej się coraz bardziej głupio, ale co się stało, to się nie odstanie. Odpowiedziała jednak uśmiech, widać w końcu było, że czarownik naprawdę nie ma jej tego za złe.
I jeśli chciał wyciągnąć coś od Opal, to musiał jakoś ją przekonać, by zaczęła mu co nieco opowiadać. A skoro jak na razie się za to nie zabrał, to ona mogła zacząć zadawać pytania jako pierwsza, prawda?
- Spacer? - spojrzała, na mężczyznę, ciekawa, co też go tutaj sprowadzało. Próba uporządkowania kwestii, tak jak i ona, a może po prostu chęć odpoczynku od miejskiego tłoku? Albo i jeszcze co innego?
Uścisk dłoni był całkiem mocny, przez głowę Opal nawet przewinęło się pytanie, po co? W końcu nie była jedną z tych osób, której należało udowadniać swoją siłę, a już na pewno nie fizyczną, bo po prostu była drobną, z wyglądu dość delikatną kobietą. Nie skomentowała tego jednak, dalej się uśmiechając.
- Miło poznać - stwierdziła tylko.
I spojrzenie w oczy cale jej nie przeszkadzało. Czarownica miała to do siebie, że nie bała się kontaktu fizycznego z innymi, nie miała problemów z naruszaniem jej przestrzeni osobistej, nie czuła też się źle, gdy naginała granice innych. Sama spoglądała w oczy Jonathanowi, starając się wyczytać z nich coś więcej, niż ciekawość, które kryła się także w niej.
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Można było na to patrzeć pod tak wielką liczbą kątów, że trudno byłoby zapewne znaleźć jakiś wspólny, który dawałby dokładnie taką samą optykę dla każdego. Jonathan czuł mimo wszystko, że to on nie do końca pasuje do tego świata, na którym wszystko stopniowo przemijało, a on okazywał się być właściwie niezniszczalny i nic nie wskazywało na to, by spieszyło mu się na tamten świat, jeśli taki faktycznie istniał. To prawda, że był dzieckiem demona, że wiedział, iż można sięgać do piekielnych czeluści, że można robić różne niezbyt mądre rzeczy i chełpić się tym, że przywołało się kogoś zza grobu, ale mimo wszystko czarownik miał wątpliwości co do tego, czy istnieje cokolwiek poza Ziemią, poza tym skrawkiem wszechświata, na którym musieli egzystować. Oczywiście, doskonale wiedział, że czarownicy nie są jedynymi przedziwnymi istotami błąkającymi się po świecie, ale mimo wszystko odnosił nadal wrażenie, że to nie dla nich zostały przeznaczone te lądy, te kraje, to wszystko, co mogli oglądać. To były jednak jedynie jego osobiste przemyślenia i nikt nie musiał się z nimi zgadzać, w końcu Jonathan nie zamierzał zamieniać się w jakiegoś sekciarza, który będzie chodził od drzwi do drzwi i głosił swoją naukę.
Tym razem nie mówił jednak o uzdrawianiu i odnosił się do tego, o co ich wszystkich podejrzewano. Pił do przywoływania demonów, do składania krwawych ofiar, chłeptania posoki i innych tych bzdur, jakie były im przypisywane już od stuleci. Co prawda ostatnimi czasy zaczynał czuć, że chyba czegoś mu brakuje, że nie jest do końca kompletny, ale mimo wszystko nie chciał o tym zbyt głośno mówić, nie chciał tego roztrząsać z kimś przypadkowym, dodatkowo odnosił wrażenie, że podobne kwestie mógłby zrozumieć właściwie tylko inny czarownik, a że obecnie w jego otoczeniu nie było takiego, którego mógłby uznać za przyjaciela, walczył sam z ciemnością, jaka miała zwyczaj go atakować. Zdawało się, że nadchodziła ta chwila, w której musiał zdobyć odpowiedzi na zasadnicze pytania, a jednym z nich bez dwóch zdań było to, kto z piekielnych czeluści pokusił się o jego spłodzenie. Z jednej strony obawiał się tej odpowiedzi, z drugiej jednak chciał ją w końcu uzyskać. Może kiedyś zdoła dotrzeć do prawdy, może kiedyś.
Jonathan również nie miał żadnych zamiarów. Żadnych planów. Aczkolwiek scenografię mieli faktycznie pierwszorzędną jak na spotkanie dwójki czarowników. Ktoś by jeszcze mógł pomyśleć, że przyszła pora na jakiś diabelski pojedynek, w którym udowadnialiby sobie uparcie, które z nich jest lepsze, które jest silniejsze. Może niektórzy Nocni Łowcy uważali, że faktycznie robią podobne rzeczy, ale dla mężczyzny było to po prostu śmieszne. Posądzano ich jednak o tak wiele spraw i dziwnych rzeczy, że właściwie nie zdziwiłby się, gdyby dopisano kolejną na listę i spoglądano na nich jeszcze nieco krzywiej, niż obecnie.
- O nie, na pewno nie. Gdybym wierzył w przeznaczenie, powiedziałbym pewnie, że musieliśmy się tutaj dzisiaj spotkać - zauważył na to uśmiechając się nieco ironicznie, a następnie skinął potwierdzająco głową. - Spacer. Z dala od tłumu, który nie pozwala ci myśleć. Ciągłe przebywanie w Yorku jest cholernie męczące, czuje się tam jak robotnica w wielkim mrowisku. Niemniej jednak mnie również bardzo miło cię poznać - powiedział na to, a następnie przekrzywił nieznacznie głowę przyglądając się stojącej przed nim wiedźmie. Była zdecydowanie piękną kobietą i zdaje się, że była osobą, którą Jonathan mógłby polubić, choć oczywiście nie zamierzał niczego przesądzać na podstawie tego jednego, całkiem przypadkowego spotkania. Bo za takie mimo wszystko je uznawał, chociaż oczywiście doskonale wiedział, że w każdej chwili może spotkać się z zrzeszonymi czarownikami. Musiał swoją drogą z nimi w końcu pomówić, uznał więc, że spokojnie może zapytać o to Opal.
- O co chodzi z tą organizacją? - rzucił całkiem swobodnie, a następnie zaproponował jej, by przeszli się jeszcze nieco, w końcu od takiego sterczenia w miejscu mogli jeszcze zmarznąć. Jeśli chodzi zaś o jego silny uścisk dłoni - nie miał on nic wspólnego z jakąkolwiek demonstracją, ot po prostu, wiązało się to z przyzwyczajeniami Jonathana. Zwłaszcza tymi nieco bardziej intymnymi, o których Opal wcale nie musiała wiedzieć. Nie zamierzał się jednak w żaden sposób tłumaczyć, w końcu nie zrobił jej krzywdy, ani nie starał się zdominować jej w żaden sposób. Był daleki od chęci udowadniania innym czarownikom, że jest od nich lepszy, chociaż oczywiście, kiedy dowiadywał się, że od niektórych z nich jest starszy, czuł się nieco pewniej. Może mimo wszystko potrzebował chociaż cienia docenienia?
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Opal Lengyel

170



I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana
Jak widać, każdy miał swoje wątpliwości i każdy w inny sposób podchodził do świata, nie ważne, jak wiele mogło ich łączyć, oraz jak dużo dzielić. Opal czuła, że świat jest jej i poruszała się po nim swobodnie, czerpiąc pełnymi garściami, ciesząc się tym, że właśnie tu mogła żyć. A czasem po prostu nienawidząc tego miejsca, gdy te sprawiało, że musiała przechodzić przez ciężkie chwile. Nigdy jakoś nie myślała o tym, że mogła tu nie należeć. W tym Jonathan zapewne wydałby się jej dziwny i trudno jej by było go zrozumieć. Jednak tak już bywało, że nie każdego mogliśmy pojąć i zostawało jedynie uszanować jego zdanie, choć pewnie by czarownicę korciło, by trochę je zmienić i pokazać swój punkt widzenia.
Pewnie prychnęłaby śmiechem, na te wszystkie stereotypy, które inni do nich przypisywali. Owszem, magia była niezwykle ważną częścią jej życia, pomagała sobie za jej pomocą w wielu codziennych czynnościach, ale już latanie na miotle, jak i składanie ofiar z kotów i dziewic mocno odbiegało od tego, czym się zajmowała. Akurat ona bardziej przypominała tę dobrą czarodziejkę z różnych baśni, niż złą czarownicę, ale cóż, zapewne nie jedna osoba nic by sobie z tego nie robiła, bo w końcu wiedźma, to wiedźma, prawda?
Walka samotnie nie zawsze była najlepszym pomysłem. O dziwo druga osoba umiejąca wysłuchać, doradzić, czy po prostu posiedzieć w ciszy, użyczając swojego ramienia, mogła nagle ukazać temu, kto nurzał się w ciemności, odrobinę światła. Tylko należało jedynie tego chcieć, nie zawsze jednak łatwo było się przyznać do słabości i poprosić kogoś o pomoc.
Opal jeszcze nie czuła, że musiała poznać odpowiedź na pytanie, kto przyczynił się do tego, że chodziła po tym świecie. Żyła w zupełnej nieświadomości, w sumie nie mając pojęcia, czy to źle, czy to dobrze. Wiedziała jednak, że jeśli sam ojciec w końcu zdecyduje się zagadać do swojego dziecka, to nie będzie się bronić, może przynajmniej dowie się czegoś pożytecznego, a może nie da jej to nic?
Póki jednak demoniczny rodzic miał ją gdzieś, sama nie zamierzała być lepsza.
Rzeczywiście, piękna sceneria na walkę, gdyby nie to, że Opal stroniła od potyczek, zamiast tego wolała miłą pogawędkę przy herbacie lub winie. Ewentualnie jakąś interesującą przygodę, szczególnie jeśli wchodziło w nią zwiedzanie jakichś miejsc, których w sumie zwiedzać się nie powinno. A i można było zabrać sobie co nieco pamiątek. Wolała w końcu zdobywać przyjaciół, niż wrogów, nie tylko dlatego, że w ten sposób miała wiele korzyści, ale także przez to, że cieszyła się, mogąc pobyć w towarzystwie innych, ciekawych osóbek.
- Czemu jesteś taki pewny, że to nie byłby przypadek? - spojrzała na niego, również się uśmiechając, ciekawa, co też właśnie działo się w tej głowie. Sama lubiła wierzyć, że w jej życiu nie raz zjawiał się wredny los, który stawiał przed nią ciągle nowe zdarzenia, w jej przypadku dość często raczej irytujące, albo bolesne. Miała jednak nadzieję, że tym nie wydarzy się nic złego, bo w sumie to zaczęłoby się powoli robić po prostu nudne.
- Coś o tym wiem, jak zazwyczaj miasto było miejscem, w które lubiłam się zanurzać po sam czubek głowy, to jednak muszę ostatnio przemyśleć parę rzeczy, a tłum i zgiełk mi w tym nie pomagają - spojrzała lekko w bok, gdzie powinni dostrzec nikłe światła całkiem sporego miasta, które teraz było tak odległe.
Trzeba było przyznać, że Jon też był całkiem niczego sobie i gdyby serduszko Opal nie byłoby już zajęte przez innego czarownika, chętnie by się skusiła na coś zobowiązującego. W tym wypadku jednak nadal nie widziała nic przeciwko temu, by mogli zostać całkiem dobrymi znajomymi. Wyczuwała, że mogli mieć coś ze sobą wspólnego.
Uniosła brew, gdy Jonathan dość szybko postanowił zadać pytanie o organizację. Żadnych podchodów, tak prosto z mostu? Nawet przez chwilę musiała się zastanowić, czy czarownik wie w ogóle z kim dokładnie ma do czynienia, ale nic nie wskazywało na to, że rozpoznał ją, jako przywódczynię pożal się boże organizacji. Wolała więc jak na razie się z tym nie zdradzać za bardzo.
- Organizacja jest całkiem świeża i zapewne jeszcze będzie musiało minąć sporo czasu, zanim rozwinie się w finalną formę, nie miej jednak kilkoro czarowników, w tym ja, zechciało w niej być. Nadal jednak trudno jest się dogadać w wielu kwestiach. Czasami mam wrażenie, że nasza rasa uwielbia się kłócić przy każdej możliwej okazji, a słowo kompromis nie istnieje w naszym słowniku - westchnęła, a na jej twarzy pojawiło się widoczne przez sekundę zmęczenie. Po chwili jednak zamaskowała je uśmiechem. - Mimo wszytko myślę, że watro się trochę w niej rozejrzeć - stwierdziła, spoglądając na Jona, spojrzenie, jakim go obdarzyła, było jednak nie do końca obecne.
Tak, to właśnie organizacja sprawiała, że ostatnio zażywała tych wszystkich spacerów. To, jak działała obecnie, nie było najlepszą opcją, Opal zdawała sobie sprawę z tego, że wiele z ustaleń, które zaproponował Shi, nie do końca się sprawdziły. Zresztą, czarownik miał zamiar trzymać czarowników twardą ręką, a do niej ten sposób postępowania po prostu nie pasował. A przecież została na to stanowisko podstępem wsadzona. Musiała przemyśleć to, co chciała zmienić. A powoli docierało do niej, że zmiany te będą dość gruntowne.
Wróciła jednak w końcu na ziemię.
- Myślałeś nad tym, by do niej dołączyć, czy po prostu pytasz z ciekawości? - zapytała, bo w sumie jak już miała zainteresowanego, to mogła trochę się więcej dowiedzieć.
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Ależ Jonathan zupełnie nie stronił o rozmów, od dyskusji na temat tego, jak ktoś podchodzi do świata, do życia, co w tym wszystkim widzi. Ba, wręcz uwielbiał dowiadywać się nowych rzeczy, grać w swoiste gry i prowokować, gdy było trzeba. Był dość ciekawską istotą, wsadzał kij w mrowisko, wciskał palce między drzwi i obserwował uważnie do czego to prowadzi. Dlatego nie miałby zapewne nic przeciwko, gdyby Opal postanowiła z nim porozmawiać, gdyby wyłożyła mu swoje racje, a on jej swoje własne. Istniał cień prawdopodobieństwa, że każde z nich nieco zmieni swoje podejście do otaczającego ich świata, istniała również możliwość, że pozostaną przy swoich stanowiskach, aczkolwiek usatysfakcjonowani wymianą poglądów, do jakich właśnie doszło. Być może wiedźmie nie odpowiadałby do końca nieco ironiczny sposób bycia Jonathana, ale wiązał się on chyba z jego wiekiem, tym co przeżył i co pamiętał. Stanowił - zdaje się - swoistą formę ochrony przed złem, jakie jest prawdziwe, realne i najczęściej wcale nie wiąże się z demonami, chyba że takimi skrytymi w pozornie dobrych jednostkach. Tak czy inaczej, na pewno nie żałowałby rozmowy z kobietą, bo wszystko wskazywało na to, że miała jednak umysł otwarty i nie była tak zafiksowana na punkcie jakiejś idei, by nie móc pochylić się nad innym spojrzeniem i osądem, nad tym, co się działo i co można było wyłuskać z niektórych spotkań. Być może nawet byłby w stanie opowiedzieć jej, jako innemu czarownikowi, o swym poczuciu niekompletności, które ostatecznie doścignęło go i zaczynało wściekle szarpać za nogawki, niczym oszalały pies z wścieklizną. Nie było to niestety nic przyjemnego, a Jonathan czuł, że długo już nie będzie mógł się opierać.
Jej rozmówca nie znosił nudy. Lubił ekscytację, adrenalinę, czuł coś na kształt chęci przeżycia wszystkiego, co przeżyć się da, poznania odcieni wszystkich emocji, posmakowania ich i przekonania się, czy aby na pewno nie są gorzkie albo słodkie tak bardzo, że nie będzie w stanie ich przełknąć. Siedzenie w miejscu nie było zdecydowanie dla niego, musiał wciąż poszukiwać nowych rzeczy, uwielbiał podróże, uwielbiał również interesujące dyskusje, które dodawały mu nie tylko energii, ale pozwalały na zagłębianie się w kolejnych przemyśleniach. Niektóre z nich mógł przenosić na swoją sztukę, inne zaś stanowiły motor napędzający go do dalszego tworzenia, do budowania czegoś nowego. Uśmiechnął się teraz nieco zaczepnie do Opal, a jego jasne oczy błysnęły, zaś we włosach pojawiły się białe pasma.
- Dwóch czarowników wpada na siebie pośród niczego, kiedy jest już ciemno i zimno... Klasycznie powinni byśmy pewnie stoczyć śmiertelny pojedynek, ale to byłoby nieprawdopodobnie nudne. Może zatem przeznaczenie przysłało nas tutaj z jakiegoś innego względu? - odpowiedział, może nieco pokrętnie, ale chciał zobaczyć, jak Opal na to zareaguje. Był w tym wszystkim jednak mocno uprzejmy, aczkolwiek w jego głosie dałoby się wyłapać nutę zaczepliwości powodującej, że Jonathan zachowywał się tak, jakby zarzucał wędkę i chciał sprawdzić, jaka ryba złapie się na jego przynętę. Trudno powiedzieć, czy był w tym wszystkim przyjemny, być może nieco irytował, ale na pewno nie był zły, nie był nieprzyjemny i nie szukał sposobu do tego, by rozpocząć jakąkolwiek walkę.
Skinął głową na jej słowa mając wrażenie, że nie powinien teraz ciągnąć jej za język, a przynajmniej nieco odczekać nim zdecyduje się na podjęcie jakiegoś działania. Był niczym prawdziwy kot, który czai się i szykuje do skoku, chociaż obecnie Jonathan postanowił zadać nieco odmienny cios. Uderzył od boku, z miejsca, jakiego Opal pewnie się nie spodziewała. Czasami, trzeba to przyznać, wolał pytać wprost i obserwować skutki, niż kluczyć bawiąc się w podchody. Było to przyjemne w przypadku Łowcy, który wzbudzał w nim tak wielkie pożądanie, ale przy wiedźmie, choć niewątpliwie atrakcyjnej, wyczuwał nieco inny rodzaj potencjalnego porozumienia. Poza tym, choć spotkał tutaj już czarowników, jakoś żadnego z nich nie zapytał o organizację, jakby to było w dziwny sposób niestosowne albo nie przystawało do tej danej osoby.
- Nie brzmi to zbyt zachęcająco - zauważył z nieco rozbawionym uśmiechem, a następnie spojrzał na Opal z uwagą i przekrzywił głowę, jak zaciekawiony kot, gdy w ramach odwetu zadała mu swoje pytanie. Oczywiste było, że skoro drążył, to z jakiegoś względu go to interesowało, teraz jednak należało pociągnąć nadal grę, by uzyskać jak najkorzystniejsze warunku potencjalnej umowy. Przymknął nieznacznie powieki. - Pytam, bo dotarło do moich uszu, że proponuje się wstąpienie do organizacji. Ale poza tym nikt nie przedstawił mi żadnych argumentów za, ani przeciw, a skoro mówisz, że na razie wygląda to jak spór przekupek w dzień jarmarczny, to zastanawiam się, czy jest sens się w to bawić. Przyznaję, rozbawił mnie ten zamysł, bo jak do tej pory wszyscy znani mi czarownicy chodzą własnymi ścieżkami. Z drugiej strony dostrzegam potencjalne plusy... Zatem? Co ty sama o tym myślisz? - zapytał odbijając piłeczkę w jej stronę. Nie wiedział, że to ona jest czarownikiem, który zasiada na czele organizacji, to prawda, nie wiedział nawet, czy do niej należy, ale mimo wszystko wydawała mu się być nieco bardziej sensowna niż ci, których poznał. Zatem, być może, trafił pod dobry adres.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Opal Lengyel

170



I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana
Jeśli Jonathan lubił dyskutować, to w sumie całkiem dobrze trafił. Opal także lubiła od czasu do czasu skupić się na pewnych ideach, czy też przemyśleniach i po prostu o nich z kimś porozmawiać. Była niby to wiekowa, jeśli spojrzeć z perspektywy zwykłego śmiertelnika, jeśli zaś zerknąć na nią oczami czarownika, mogłaby pewnie przez wielu zostać nazwana dzieciakiem, gdyby nie to, że w sumie nie dawała innym o sobie tak myśleć. Nie zawsze to pomagało, ale wiedziała, że miała już szacunek wielu osób, co w sumie jej schlebiało. Nie oznaczało to jednak, że nie potrafiła słuchać i czerpać nowej wiedzy z doświadczeń innych. Owszem, wiele nauczyła się ze swojego życia, dużo jednak jeszcze było przed nią, a jak można lepiej dojść do jakichś wniosków w niektórych sprawach, jeśli nie przez właśnie dyskusję? No, może przeżywając co niektóre doświadczeni na własnej skórze, te jednak nie zawsze zostawiały jedynie życiową mądrość, ale i rany na sercu oraz duszy, które Opal leczyła już dość długo, by w końcu dziś jako tako mogły się zabliźnić, dzięki czemu była gotowa na więcej.
Jeśli Jon chciałby jej opowiedzieć o swoich problemach, ona pewnie załatwiłaby im butelkę dobrego wina i chętnie posłuchała. Zresztą, jednej osobie robiła już za psychologa, może papierka nie miała, zawsze mogła jednak coś spróbować pomóc. Nikt nie musiał się zgadzać z nią i jej spojrzeniem na świat, może za to jednak udałoby jej się kogoś doprowadzić na jeszcze inne, może lepsze wnioski?
Jon nie lubił nudy? Opal również. Ciągle szukała nowych wyzwań, ciągle sięgała po coś nowego, zwiedzała świat, łaziła na dziwne wyprawy, nie przejmując się zbytnio konsekwencjami. Starała się pomóc każdemu, nie patrząc na to, jak trudne to było, uwielbiała być wśród ludzi i innych istot, które mogłaby poznać i z którymi mogłaby przeżyć nowe przygody. Ostatnio w jej życiu pojawiło się co prawda poczucie obowiązku, które trochę ją dusiło, ale także sprawiało, że miała w życiu kolejny cel. Bo do niedawna nie miała go w ogóle. Błądziła, szukając, nie wiadomo czego, goniąc za czymś nieokreślonym, co by pozwoliło jej przetrwać.
Teraz miała Craiga, miała organizację, miała kim się opiekować i to sprawiało, że nie musiała szukać sensu życia na siłę. Nie potrafiła jednak dalej usiedzieć dłużej w jednym miejscu.
Biała pasma we włosach trochę zaskoczyły czarownicę, ale w sumie wydały jej się całkiem ciekawym dodatkiem do prezencji Jonathana. Spojrzała na nie z zainteresowaniem, stwierdzając w myślach, że chyba są nawet jeszcze bardziej twarzowe i oryginalne niż jej łuski, po czym odpowiedziała na zaczepny uśmiech.
- Do pełnego obrazu brakuje burzy z piorunami i deszczu oraz jakiejś zniszczonej budowli - pokręciła głową. - Żeby stoczyć z kimkolwiek taki pojedynek, musiałabym tego kogoś mocno nienawidzić. Pokojowa ze mnie raczej osoba. Zresztą istnieją bardziej wyrafinowane metody na pozbycie się przeciwnika - zaśmiała się. Tak, wolała podstęp, czy to słowem, czy odpowiednią substancją, zresztą, nie używała tego zbyt często. Można byłoby powiedzieć, że w ogóle. - Los może chciał, byśmy po prostu się poznali? - rzuciła. - W końcu nie wiadomo, czy któreś z nas nie będzie tego drugiego potrzebować, skoro już zakładamy, że świat chciał nas sobie przedstawić - odpowiedziała w końcu. W sumie zawsze jest to jakiś powód, chociaż nadal obstawiała za przypadkiem. Na los zwalała w większości swoje niepowodzenia życiowe. Wolała go postrzegać jako tego wrednego.
O organizacji wolała powiedzieć prawdę, niż później oglądać na czyjejś twarzy mało słodki wyraz rozczarowania. Szczególnie teraz, gdy jej wątpliwości co do tego wszystkiego coraz bardziej w niej rosły. Nadal jednak trudno jej się było pogodzić z ich nieumiejętności zgrania, dlatego skrzywiła się, gdy usłyszała stwierdzenie Jona. Owszem, nie brzmiało zachęcająco, to prawda. Nie oznaczało to jednak, że kompletnie nie ma nadziei.
- Może i nie brzmi, jednak jeśli nikt nie będzie chciał nad nią pracować i w niej pomagać, to jak może się sytuacja polepszyć? - zapytała, bo w końcu mimo wielkich chęci, sama nie mogła zrobić wszystkiego, szczególnie w kwestii dogadania się innych między sobą.
Wysłuchała odpowiedzi czarownika. Musiała przyznać, że ta w sumie wcale ją nie zdziwiła. Wielu miało podobny pogląd. Próba zarządzania stadem kotów, które i tak chodziły tam, gdzie chciały, wydawała się wszystkich komiczna, Opal jednak naprawdę ciężko pracowała, by te wszystkie zwierzaki nadal trzymać na jednym podwórku, próbując co chwilę przygarniać coraz to nowsze.
Zabawne, że to właśnie ona miała wiec powiedzieć, co myśli. Z drugiej strony, kto jak nie ona, znał organizację od podszewki? Lepiej więc pewnie Jon i tak nie mógł trafić, w końcu reszta jakoś mało się tym wszystkim przejmowała.
- Myślę, że organizacja ma sens. Jednak w trochę zmienionej niż teraz formie. Przydałoby się wprowadzić parę zmian, szczególnie w zarządzaniu, może nie traktować tego tworu jako organu władzy, który i tak średnio się sprawdza, ale przekształcić to coś bardziej jako ostoję dla czarowników, gdzie każdy znajdzie pomoc, szczególnie jeśli chodzi o sprawy czysto związane z badaniami i nauką. Organizacja na scenie politycznej swoje już zrobiła, w pewnym momencie udało nam się poszerzyć prawa czarowników, teraz chyba po prostu należy skupić się na czymś innym - mówiła, z każdym słowem czując, jak jakieś dziwne napięcie z niej uciekało. Na jej twarzy widać było spore skupienie, jak i zamyślenie. W końcu udało jej się dojść do jakichś wniosków, chociaż myślała nad tym całkiem spory kawałek czasu. Widać rozmowa z kimś innym była całkiem pomocna.
 

Jonathan White

299



Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Lubił rozmawiać. Lubił słuchać. Lubił wypowiadać jedno słowo i sprawdzać, do czego ono doprowadzi. Widział już nie raz, że w ten sposób może zabrnąć naprawdę daleko, bo jego rozmówcy czuli się zobowiązani do przedkładania mu najróżniejszych wyjaśnień. Tak czy inaczej Jonathan był po prostu ciekawski, lubił znać opinie innych, przepadał za analizowaniem ich charakterów, celów życiowych i zachowań, ale podobały mu się również dyskusje zahaczające zdecydowanie o filozofię, metafizykę, czy czystą fantastykę, która w ich przypadku akurat mogła nie raz i nie dwa okazać się prawdą. Nie tylko go to bawiło i dostarczało chwilowej rozrywki, ale tak jak uważała Opal, mógł czerpać z tego obszerną wiedzę, którą następnie byłby w stanie wykorzystać w życiu. Doświadczenie zostawiło na nim różnego rodzaju blizny, te merytoryczne i te całkiem fizyczne, ale z części wydarzeń z przeszłości nie był w stanie wnieść już niczego do swego, nazwijmy to, dorosłego życia. Nie był w stanie wycofać tego, co spotkało go, gdy był dzieckiem, a nauki, jaką z tego wyciągnął nie był z kolei w stanie umiejscowić w teraźniejszości, która była zupełnie inna i nie przypominała tego, co było. Być może gdyby wyrzucił z siebie pewne przemyślenia i wątpliwości - poczułby się lepiej, ale jednak do tego potrzebował chyba poczucia swoistego bezpieczeństwa i jakiejkolwiek więzi, a chociaż odnosił wrażenie, że zdoła porozumieć się z Opal w pewnych istotnych kwestiach, to nie odsłaniał się przed nią na razie na tyle, by była w stanie zrozumieć, co dokładnie się w nim chowa. Nie zachowywał się również jak przerażony dzieciak, czy zaszczute zwierzę, nie sprawiał wrażenie naprawdę zagubionego, więc niewiele mogła pod tym względem z niego wyczytać. Ale kto wie? Czas pokaże, czy ostatecznie będą w stanie dobrze się ze sobą dogadywać, zawsze istniał cień szansy, że pomimo pozornego podobieństwa ostatecznie skoczą sobie do gardeł.
I nie, nie znosił nudy. Stagnacji i zatrzymywania się gdzieś bez większego celu. Nawet przybywając do Yorku miał przed sobą coś konkretnego - organizację właśnie, którą chciał poznać, zrozumieć, chciał dowiedzieć się, jakie mają tutaj argumenty za tym, by go przekonać do połączenia sił z innymi czarownikami. Była to kolejna zmiana w jego życiu, a mężczyzna zdecydowanie się ich nie bał. Tak samo jak nie obawiał się wciskania palców między drzwi i usilnie męczył wciąż pewnego Nocnego Łowcę. To było z jego strony prawdziwe igranie z ogniem, w końcu oczywistym było, ze Nefilim może zechcieć go skrzywdzić lub też otrzyma po prostu nakaz usunięcia go raz na zawsze z tego świata. To zaś dodawało zapewne Jonathanowi potrzebnej mu adrenaliny. Jeżeli zaś wszystko to okazywało się być zbyt blade, tak samo jak każde kolejne przypadkowe spotkanie, miał jeszcze swoją sztukę.
- Zapomniałaś o podniosłej muzyce - dodał śmiejąc się głośno, a część jego włosów jeszcze mocniej pobielała. Gdyby Opal zaczęła przyglądać mu się uważnie, tak jak robił to niewątpliwie Lennan, już wkrótce doszłaby do wniosku, że włosy zdają się reagować na emocje Jonathana. Były w jego wypadku czymś zupełnie innym niż uszy. - Załóżmy, że to taki zabawny pakt pomiędzy dwójką czarowników, mogę na to przystać, w końcu mam przed sobą bardzo uroczą wiedźmę - powiedział na to i mrugnął do niej nadal rozbawiony, aczkolwiek mówił całkowicie szczerze na temat jej urody. Była atrakcyjną kobietą i nie zamierzał temu zaprzeczać, było w niej coś pociągającego, nie zatrzymywał się więc za bardzo w tym przedkładaniu jej komplementów i stosowania delikatnych zaczepek. Być może nie fascynowała go tak, jak Lennan, ale na pewno pociągała na swój sposób.
- Zdaje się, że to pytanie retoryczne - rzucił w odpowiedzi uśmiechając się do niej nieco ironicznie. Mówiła prawdę, ale jednocześnie powinna zdawać sobie sprawę z tego, jacy czarownicy potrafią być. Uparci, samodzielni, wędrujący własnymi ścieżkami niczym koty. Być może właśnie z tego powodu Jonathan został obdarzony takim, a nie innym narządem słuchu? Kto wie. Przekrzywił nieznacznie głowę, gdy Opal wyrażała swoje przypuszczenia, czy może raczej przedstawiała propozycje. Skinął ledwie dostrzegalnie głową, bo ta ścieżka mu się podobała. Skoro jednak na razie panował tam bałagan, to jak niby zamierzali to osiągnąć? Ona i ten tajemniczy przywódca?
- Nie miałbym nic przeciwko należeniu do organizacji, gdyby pozwalała mi na doskonalenie swoich umiejętności, wymianę doświadczenia z innymi czarownikami, na prowadzenie badań nad ziołami i zgłębienia wiedzy dotyczącej bram. Generalnie nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby organizacja stała się zacnym Uniwersytetem Magicznym. Nie ukrywam jednak, że wydaje mi się ciągle, że ktoś zapomina o najważniejszym prawie nie tylko czarowników, ale i każdej istoty. O godności. Skoro już ta organizacja istnieje, czy nie warto byłoby pochylić się nad kwestią tego, że możemy poczuć się niczym psy znakowane w schronisku, gdy już Łowcy zorientują się, że jesteśmy w okolicy? - odpowiedział na to ciekaw, jak ona teraz podejdzie do tej kwestii. Inna sprawa, że mógł sobie tutaj z nią teoretyzować, ale gdzieś musiała być decyzyjna osoba. - Zasiadasz w jakiejś Radzie organizacji, czy tylko wymieniamy się teoretycznymi poglądami? - zapytał zatem znowu całkowicie bezpośrednio, bo nie miał z tym problemów.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Opal Lengyel

170



I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana
Rozmowa dla samej rozrywki, możliwości manipulowania słowem, wyciągania z ludzi informacji, czy czasem drobnego przekomarzania się z nimi także Opal jak najbardziej odpowiadała. Często wciągała innych w rozmowę, czasem nawet wbrew ich woli, a potrafiła mówić dużo, czasem prosto z serca. Innym razem bawiła się w małego krętacza, kusiła, czy wodziła za nos, ot, tak, z czułości. Może to dlatego, choć nie bardzo lubiła to przyznawać, odnalazła się całkiem nieźle w roli polityka? Chociaż ostatnio nie miała, kiedy występować typowo w tej roli, wspominała owe spotkania czy z Radą, czy z Królem Wróżek w sumie całkiem dobrze.
Rozumiała dobrze, że niektórych spraw nie opowiadało się pierwszej napotkanej osobie, w końcu i ona posiadała swoje własne, ukryte przed światłem dziennym tajemnice i historie, o których wiedzieli jedynie nieliczni. Nie tylko dlatego, że nie chciała, by inni o nich wiedzieli, ale trudno jej było samej sobie z owymi problemami poradzić, temu spychała je na dalszy plan, udawała, że nie istnieją. I póki ten sposób działał, nie miała zamiaru tego zmieniać. Była jednak zawsze gotowa wysłuchać drugiego człowieka. Nie wszyscy w końcu byli tacy jak Jon i ona, prawda? Niektórzy potrzebowali właśnie kogoś zupełnie obcego, by mógł posłuchać ich wywodów i im pomóc.
Oboje zdecydowanie nie bali się poznawać świata i nowych doznać, tak jak jednak czarownik wciskał palce między drzwi, tak Opal alb miała tendencję do ich wyważania, lub, jeśli okaże się, że nie ma, tak dużej siły przebicia, szeptania pod nimi słów zachęty, co by ofiarę samą z nich wywabić. Po prostu lubiła soje palce i nie bardzo lubiła, gdy te ktoś miażdżył, mniej lub bardziej chcący. W skrócie mogła brnąć do celu, dopóki to na czym jej zależy, nie okaże jej się mnie cenne, niż to, co mogła na tym stracić.
- Co polecasz na odpowiedni podkład, może klasyczne Walkürenritt or Ritt der Walküren Wagnera, tak co by pasowało nastrojem do burzy? - i niech nikogo nie zdziwi, że Opal ten tytuł wymówiła akurat w języku oryginalnym. W końcu okres Austro-Węgier zdążyła przeżyć.
Zwróciła uwagę na pogłębienie bieli, nie zamierzała jednak na razie wyciągać wniosków, w końcu na razie za mało wiedziała. Może jeszcze dostanie okazję na podziwianie innych kolorów?
- No nie wiem, zawieranie paktów może się czasem skończyć źle, szczególnie jeśli ktoś coś dopisuje małym druczkiem. Jednak tym razem może się skuszę? - w sumie co aktualnie mogło jej zaszkodzić? Albo inaczej. Co mogło ją gorszego spotkać niż to, co działo się do tej chwili?
I tak, wiedziała, że podobała się wielu osobom, musiała w takim razie więc przyznać, że musiała być całkiem ładna. I w sumie, nie przeszkadzały jej przez to komplementy, które zapewne były szczere. Nawet się z nich trochę cieszyła, w końcu każda kobieta lubiła, mimo iż to trochę płytkie, gdy ktoś mówił, że dobrze wygląda. Wiadomo, ego przyjemnie rosło w takich momentach. Nie była jednak czarownikiem zainteresowana w taki sposób, w końcu na jej palcu lśnił pierścionek zaręczynowy, więc pomimo przyjemnej rozmowy, nic by zapewne pomiędzy nimi nie zaszło.
- Cóż, odpowiedź raczej trudna nie jest, przyjmijmy więc je za pytanie retoryczne - uśmiechnęła się. Tak, czarownicy byli trudni, ich podejście przyprawiało o ból głowy, nie mogła jednak zostawić tego wszystkiego i ruszyć na Karaiby, chociaż nie raz przewijało się to przez jej myśli. Wzięła na siebie odpowiedzialność (a raczej koś ją na nią zrzucił i uciekł do nefilim), nie mogła więc się tak łatwo poddać.
Patrzyła na Jonathana, trochę zaciekawiona przez jego wypowiedź o ich godności. A potem nawet się uśmiechnęła. Sama miała dobry kontakt z łowcami, nie uznawała ich za jakichś złych, chociaż ci nigdy po prostu jej nie podpadli. A to dlatego zapewne, że przez prawie całe swoje dotychczasowe po prostu z nefilim nie miała za wiele kontaktu.
- A co Łowcy mają do naszej godności? Nie mają prawa na nią wpływać, nie ważne, co sami sobie ustalają. Zresztą, od wieków działaliśmy po swojemu, nie patrząc na nich, chociaż oni pieklili się o każde możliwe zaklęcie, które im się nie spodobało. Póki Łowcy traktują mnie z szacunkiem, to i ja podobnie do nich podchodzę. Zaczną mną gardzić, ja nie będę im dłużna. Zazwyczaj kierowałam się ową zasadą do każdej napotkanej istoty i w sumie jak na razie to działa. Zresztą, po to organizacja była stworzona, by Łowcy mieli świadomość, że żaden czarownik nie jest sam. Jeśli w pojedynkę mogą oni nam w jakikolwiek sposób zagrozić, o tak całej grupy raczej nie potrafiliby powstrzymać. Zresztą jak na razie ani razu nie próbowali - mówiła, nieświadomie pokazując, jak wiele wie na temat samej organizacji. W sumie nawet trochę jej się zapomniało, że nie wyjawiła, kim do końca jest. A gdy już pojawiło się o to pytanie, lewo powstrzymała szeroki uśmiech. W sumie była ciekawa, czy Jon czegokolwiek się domyślił.
- A na kogo ci wyglądam? - zapytała zaczepnie, tym razem jednak nie ukrywając uśmiechu.
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo