Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Jonathan nosił takie, a nie inne demoniczne znamię i chociaż z boku mogło wyglądać słodko, to mężczyzna miał z nim najróżniejsze problemy. Uszy były bardzo wrażliwe, w czasie zimy musiał chodzić z czapką naciśniętą niemalże do samej brody, a zasypianie na boku było zdecydowanie utrudnione, bo czasem jego kocie części po prostu się na to nie godziły i tyle. Były wrażliwe na dotyk, o wiele bardziej niż takie zwyczajne, ludzkie uszy, które nie raz i nie dwa były strefami erogennymi. Skoro bywały tak delikatne u zwykłego Przyziemnego, to trzeba było dodać dwa do dwóch i otrzymać odpowiedź na to, jak czarownik mógł reagować na próby bliższego z nimi zaprzyjaźnienia. Doskonale wiedział, że nie raz i nie dwa był przez nie traktowany jak o wiele słodszy, niż był w istocie, aczkolwiek trudno byłoby również powiedzieć o nim, że był klasycznie złą istotą, w końcu nie zionął ogniem, nie wzywał demonów z czeluści piekielnych i nie wypruwał innym flaków. Chociaż cień niebezpieczeństwa z całą pewnością się w nim czaił, nawet nie tak słabo osłaniany, w końcu ciemność dryfowała co jakiś czas na dnie jego wejrzenia.
- Być może, kto wie... - powiedział cicho, z nieskrywanym pomrukiem, który mógł sugerować wiele, a jednocześnie mógł nie oznaczać niczego szczególnego. Przesunął się jednocześnie tak, że znowu dotknął kolanami jego nóg, a potem upił łyk kawy i spojrzał na Xaviera. Jego jasne oczy błysnęły i czarownik przez krótką chwilę naprawdę przypominał Kota z Cheshire, który miał coś bardzo ważnego do powiedzenia Alicji.
- To się chyba nazywa mordercze zabawy - powiedział na to śmiejąc się cicho. - Masz inne takie pomysły, czy mogę przestać się bać, że chcesz mnie zrzucić w przepaść? - dodał jeszcze przekrzywiając nieznacznie głowę, a jego spojrzenie zdawało się w tym momencie płonąć. Może nie do końca podobała mu się wizja siedzącego na przeciwko niego mężczyzny, ale niebezpieczeństwo, jakie się w niej czaiło, było słodką uwerturą do tego, co może nadejść.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Xavier Alexander Verlac

32


190 cm


Be strong like a Dragon







[Cytuj]
Multikonta: Elvan, Ceris, Rose
Xavier zdawał sobie sprawę z tego, że demoniczne znamię Jonathanie te słodkie kocie uszka i ten kolor włosòw są słodkie, ale tak naprawdę jako czarownik jest ona bardzo niebiezpieczny. Morningstar jest na etapie uczenia się o Świecie Cieni. Przeczytać te wszystkie księgi to nie lada wyzwanie. Jednak brunat wierzy, że podoła. W sumie nie tylko on, bo i Shatae, James, a nawet jego prawdziwa rodzina o nazwisku Verlac. Jak w ogòle brzmi? Jakby tamci ludzie nic nie znaczyli dla Francuza? Przecież go wychowali. Szybciej rodzine, ktòra go przygarnęła traktował bliżej niż ròd Verlac. Dla niego byli oni... obcymi ludźmi. Może to się kiedyś zmieni. Czas pokaże.
Xavier znòw poczuł obicie się kolanami ze strony czarownika. Udał niby, że coś mu upadło i zaraz pogładził kolano czarownika dłonią. Potem wstał jakby nic się nie stało.
- Wybacz... myślałem, że coś mi upadło - odrzekł.
Morningstara jakoś zagadkowe były oczy Jonathana. Jednak musiał przyznać, że są one niesamowite.
- Od razu morderczą. Chciałem tylko przeżyć coś... niebezpiecznego w dwòjkę. Czy to złe? - zapytał.
Dalej patrzył się w jego niebieskie oczy. No i co teraz?


<div style="font-family: 'Great Vibes'; font-size: 30px; color: #4b7388; margin-bottom: 3px; position: relative">Jeśli możesz się śmiać<div style="font-family: 'Caveat'; font-size: 17px; color: #4b7388; position: relative">mimo bólu i stanąć na nogi. Twoje słabości na pewno z czasem zniknął.
<img src="https://i.pinimg.com/originals/88/f8/de/88f8ded21fc3cb23e51988ec512f8260.gif" width="100" style="border-top: 8px solid #4b7388;"><img src="https://78.media.tumblr.com/78e62194c979a5fe7bc90ab1e9ab31c5/tumblr_p6auofQ4co1vj7qtpo3_540.gif" height="100" width="235" style="border-bottom: 8px solid #4b7388;"><img src="https://i.pinimg.com/originals/86/28/81/8628818f5b86a3a9caf23f488fd0ec59.gif" width="100" style="border-top: 8px solid #4b7388;">



<div style="font-family: 'Great Vibes'; font-size: 30px; color: #4b7388; margin-top: -10px; margin-bottom: 3px; position: relative">Jeżeli będziesz wylewać łzy<div style="font-family: 'Caveat'; font-size: 17px; color: #4b7388; position: relative">przerażony samotnością, nikt Cię nie uratuje. Nigdy.
 

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Owszem, był niebezpieczny, ale zdaje się, że w zupełnie innym kontekście niż ten, o jakim obecnie myślał Xavier. Mimo wszystko Jonathan nie należał do tych czarowników, którzy wygrzebywali z innych wnętrzności, by dowiedzieć się, co przyniesie przyszłość, nie malował krwią żadnych pentagramów i nie pił herbatki ze swym demonicznym ojcem dyskutując na temat tego, jak zniszczyć cały świat. Był, gdyby się nad tym zastanowić, potulny jak baranek, chociaż strzelać potrafił z naprawdę sporą precyzją i nie polecał nikomu stawać na linii strzału. Magia była chwilowo tematem drugorzędnym, tym bardziej, że mimo wszystko mężczyzna nie był żadną maszyną do zabijania, aczkolwiek z całą pewnością byłby w stanie dać prztyczka w nos większości chełpiących się swoją siłą istot.
Uśmiechnął się lekko pod nosem, gdy Xavier wykonał ten ruch. Dość prosty, zdecydowanie odgrywany już miliony razy, ale obecnie dla Jonathana nie stanowiło to żadnego problemu. W końcu skoro został zaproszony na kawę, a mężczyzna wykazywał zainteresowanie jego osobą, czarownik nie musiał analizować każdego jego ruchu i gestu zastanawiając się, dokąd ma ich to zaprowadzić. To, przynajmniej w odczuciu Jonathana, było całkowicie jasne i nie należało dorabiać do tego żadnej głębokiej filozofii.
- Nie - powiedział nieco ciszej, a jego głos zdawał się w tej chwili wibrować. - Niebezpieczeństwo jest niesamowicie przyjemne i pociągające - stwierdził spoglądając na niego spod przymkniętych powiek, a na jego ustach pojawił się zdecydowanie zaczepny, nieco demoniczny uśmiech, który nie należał do najłagodniejszych. Uniósł dłoń i podświadomie wbił mocno paznokcie we własne wargi. - Więc... Jak bardzo pociąga cię to, co niebezpieczne i zakazane? - spytał jeszcze, a jego włosy nieco zmieniły barwę, było to jednak na razie nie nazbyt dostrzegalne, jakby Jonathan całkowicie leniwie wkraczał na kolejny grunt, sprawdzając jednocześnie, czy ten przypadkiem się pod nim nie zapadanie.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Xavier Alexander Verlac

32


190 cm


Be strong like a Dragon







[Cytuj]
Multikonta: Elvan, Ceris, Rose
Brunet nie wiedział w jakiś sposób zachowuje się jego towarzysz. Chodzi o to czy jest bardziej taki milszy czy jeśli czegoś chce to brnie nie zważając na nic i idzie po trupach. Poza tym jak wiadomo czarownicy skrywają w sobie nutkę tajemniczości i trudno ich rozgryźć.
Xavier tylko przyglądał się zmieniającej mimice jego gościa. Widać, że adrenalina naprawdę była dla niego ważna, a Morningstar też chciał jej doświadczyć.
Nie raz doświadczył uciekając przed demonami jak się dowiedział ze Świata Cieni.
Niebezpieczne i pociągające? Jak widać idą ze sobą w parze.
- Bardzo. Jednak ludzie boją się tego i ciężko znaleźć odpowiedniego kompana - wyjaśnił.
Następnie dalej napił się kawy.
To było prawdą. Ludzie bali się niebezpieczeństwa. Kiedyś by poczuć adrenalinę Xavier skoczył z bangi. Poza tym całe jego życie to jedna wielkie niebezpieczeństwo, bo z jego szczęściem natykał się na osobniku na których nie powinien.
Dobrze, że wiele razy pomagał mu i ratował z opresji jego już nieżyjący kuzyn Alan, a potem... Nicolaus. W sumie tego drugiego Nefilim dawno nie widział. Zapewne posłali go na misję w ostateczności przenieśli do innego Instytutu, ale mniejsza o to.
- A Ty lubisz mieć z kim poznawać nowe niebezpieczne rejony? - zapytał.


<div style="font-family: 'Great Vibes'; font-size: 30px; color: #4b7388; margin-bottom: 3px; position: relative">Jeśli możesz się śmiać<div style="font-family: 'Caveat'; font-size: 17px; color: #4b7388; position: relative">mimo bólu i stanąć na nogi. Twoje słabości na pewno z czasem zniknął.
<img src="https://i.pinimg.com/originals/88/f8/de/88f8ded21fc3cb23e51988ec512f8260.gif" width="100" style="border-top: 8px solid #4b7388;"><img src="https://78.media.tumblr.com/78e62194c979a5fe7bc90ab1e9ab31c5/tumblr_p6auofQ4co1vj7qtpo3_540.gif" height="100" width="235" style="border-bottom: 8px solid #4b7388;"><img src="https://i.pinimg.com/originals/86/28/81/8628818f5b86a3a9caf23f488fd0ec59.gif" width="100" style="border-top: 8px solid #4b7388;">



<div style="font-family: 'Great Vibes'; font-size: 30px; color: #4b7388; margin-top: -10px; margin-bottom: 3px; position: relative">Jeżeli będziesz wylewać łzy<div style="font-family: 'Caveat'; font-size: 17px; color: #4b7388; position: relative">przerażony samotnością, nikt Cię nie uratuje. Nigdy.
 

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar
Och, jaki był? Trzeba było poznać go naprawdę dobrze, by przekonać się, co siedziało w jego głowie. Wcale nie był tak prosty, jak budowa cepa, Jonathan w końcu posiadał w sobie dwie natury, którym pozwalał dochodzić do głosu. Niektórzy pewnie uznaliby, że był trochę jak doktor Jekkyl i mister Hyde, ale to też nie do końca oddawało to, co się w nim kryło. Był w końcu demonem, te zaś, nie ma co ukrywać, były również kapryśne, zmienne i nie chciały zatrzymywać się w miejscu. Co zaś do niebezpieczeństw i adrenaliny, to owszem, nie było tajemnicą, że czarownik za nimi przepadał, że smakował je jak prawdziwe rarytasy, że sięgał ku nim, gdy dochodził do wniosku, że jego żywot jest zdecydowanie zbyt nudny. Kochał wszystkie gwałtowne emocje, uwielbiał je, gromadził jak prawdziwe skarby, które wskazywały mu bezpośrednio na to, że jednak żyje, a przede wszystkim, że ma po co żyć.
- Doprawdy? – rzucił śmiejąc się cicho, a jego jasne oczy błysnęły. Ludzie kochali to, co niebezpieczne, ale nie zawsze mówili o tym na głos, kryli to, jakby było to coś godnego pogardy, jakby nie było warto po to sięgać. Ach, jak mało o tym wiedzieli. Czy naprawdę Przyziemni byli tak lękliwi? Nie wydawało mu się. Być może zatem siedzący przed nim mężczyzna ryzykował zdecydowanie zbyt mało?
- Uwielbiam – zakomunikował pochyliwszy się w jego stronę. Dopił wcześniej kawę, a teraz wyglądał tak, jakby zamierzał się dalej w coś przednio bawić. Bo, co by nie ukrywać, taka również była prawda. – Nie mogę się doczekać, aż spróbujesz mnie znaleźć – dodał szeptem wprost do jego ucha, potem wycofał się i po prostu wstał. Mrugnął do niego zaczepnie, zachęcająco, wskazując na to, że gra właśnie się rozpoczęła, a potem z uśmiechem opuścił kawiarnię uznając, że ziarno zostało zasiane, należało teraz jedynie poczekać na plon.

//zt (sesja jest już bardzo w tyle, więc pozwolę sobie ją zakończyć)
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you
 

Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
Wszystko znów zaczynało kierować się ku normalności. Arthur mógłby nawet stwierdzić, że sytuacja była bliska idealnej.
Wciąż nie kupił kolejnego samochodu, za to wrócił do biegania po parkach Yorku. Udało mu się zrzucić parę zbędnych kilogramów i przede wszystkim odbudować kondycję wraz z pewnością siebie. Również jego firma przędła lepiej, gdy część starych klientów wróciła i pojawili się nowi. Rachel wciąż nie mieszkała z nim na stałe, ale spędzali ze sobą tyle czasu, że nikomu wydawało się to nie przeszkadzać. No, może tylko Olliemu, który ciągle zajmował kanapę brata... zresztą, przecież obiecali już sobie, że Oliver niedługo zniknie, musiał tylko dowiedzieć się o swojej wyprowadzce. Arthur naturalnie wciąż nie kwapił się do tego, by go o tym poinformować.
W całej tej sytuacji najlepsze było jednak to, że Arthur odciął się od wilkołaków, anielic, demonów i całej reszty magicznego tałatajstwa, które prawie zrujnowało jego idealny, budowany latami świat. Nie potrzebował watahy, by czuć przynależność. Miał watahę w swojej małej rodzinie.
Zmrużył oczy, gdy oślepiło go słońce poranka, wpadające przez duże, lekko brudnawe okno kawiarenki. Uniósł filiżankę do ust zerkając na swój cały świat, z którym zatrzymał się na poranną kawę i ciastko w Betty's.
- Masz może jakiś kontakt z watahą? - Wypalił bez zbędnych wstępów, choć miał wrażenie, że takie przywołanie tematu może nie spodobać się jego narzeczonej. Pamiętał, jakimi uczuciami Rachel darzyła Kierana i spółkę.

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Rachel Hiddle

25



Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne.







[Cytuj]
Multikonta: Danielle, Breena
Rachel opierała dłonie na jednym z większych kubków, jakie miała okazje widzieć do tej pory. Uwielbiała tę małą kawiarenkę, nie tylko z powodu tego, jak przepyszne były ich łakocie, a kawa gorąca i wyjątkowo smaczna. Lubiła ją przede wszystkim dlatego, że szanowała klienta i jego portfel. Wszystko, co było tutaj sprzedawane, zawsze miało określoną porcję, której ona nie potrafiła przepić i przejeść, przez co spora część skapywała właśnie narzeczonemu. Powoli uniosła kubek do ust i upiła niewielki łyk, krzywiąc się, kiedy to wrzątek poparzył jej język. Syknęła i przejechała nim po swoich zębach, jednocześnie odstawiając go na blat ciemnego, drewnianego stolika. Jej wzrok leniwie przeniósł się na partnera, uprzednio rejestrując kolejne deszczowe popołudnie w miasteczku. Kałuże z minuty na minutę robiły się coraz to większe, a ludzie kryli się pod parasolami i nieprzemakalnymi kurtkami. Czy oni również mieli coś przy sobie? Zazwyczaj nosiła jakiś w torbie, niemniej, ostatnio wszystko wywróciło się do góry nogami. Pomijając rzecz jasna Toma, który uwielbiał grzebać w jej rzeczach i przywłaszczać sobie wszystko bez informacji.
- Hm?- jedna z brwi uniosła się delikatnie, by zaraz opaść. Nie spodobało jej się to pytanie. Zawsze, kiedy to robił, miała przedziwne wrażenie, że coś pod jego jasną czupryną się kotłowało.
- Nie, ostatnio nie. Dlaczego pytasz?- poruszyła się delikatnie na krześle, przysuwając nieco bliżej mężczyzny. Ray nie była do nich przekonana. Od zawsze pojęcie watahy kojarzyło jej się źle. Nawet jeśli w przypadku Kierana, jego wataha była rodziną, tak po prostu nie potrafiła się przemóc.
- Myślisz, aby się z nimi spotkać? No wiesz, po tym wszystkim?- w jej głosie nie było osądu, ani złości. Ewidentnie klarowała się tam czysta ciekawość. Właściwie, to nie mieli okazji na ten temat porozmawiać. Wszystko wcześniej było takie świeże i drażliwe. Próby zapomnienia o tym koszmarze niestety spełzły na niczym.
 

Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
Arthur tylko przez moment uciekał wzrokiem, jakby bał się widzieć reakcję Rachel na własne słowa. Po chwili jednak znów przeniósł wzrok na narzeczoną, nie chcąc przepuścić nawet odrobiny z wszelkich emocji, które przemkną przez jej twarz. Miał wrażenie, że panna Hiddle ma podobne odczucia co do tego, co się działo i co ważniejsze - przez kogo się działo.
Gdyby nie wataha, żadne z nich nie przeszłoby przez to, przez co przejść musiało. Również Oliver byłby bezpieczny. Z drugiej strony, wtedy nie poznałby tej swojej anielskiej koleżanki, Pii...
Uśmiechnął się do Rachel, jakby za tym lekkim grymasem chciał ukryć swoją niepewność.
- Bez powodu. - Odpowiedział, po czym zrobił małą przerwę na kolejny łyk kawy. Dzielnie znosił jej temperaturę. - Nie, nie będziemy się z nimi spotykać, Rachel. - Podjął decyzję za oboje. - Po prostu zastanawiałem się, czy wszystko w porządku. Ciężko jest przejść do codzienności, gdy wiesz, że po drugiej stronie miasta może dziać się coś... takiego. - Luźno nawiązał do wydarzeń z Laytonem.

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Rachel Hiddle

25



Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne.







[Cytuj]
Multikonta: Danielle, Breena
Czy to instynkt wilkołaka, czy może zwykła kobieca intuicja- ciężko było powiedzieć. Jej oczy jednak lekko pociemniały, a broda uniosła się do góry. Oceniając zachowanie ukochanego oraz stan psychiczny, w jakim się znajdował. Bo przecież jeszcze do niedawna bywały momenty, gdzie nie mógł o tym mówić, myśleć. Miał problemy ze snem i budził się z krzykiem, a ta blizna... pomimo tego, że dla niej nie znaczyła nic a nic, dla Arthura była zmorą, jaka zrujnowała jej życie. Drobna szczęka kobiety zacisnęła się lekko, a powieki opadły wraz z westchnieniem, jakie wydarło się z płuc.
- To już przeszłość, Artie. - mruknęła bez przekonania w głosie. Tak, jakby przeczuwała, że to wszystko będzie bardzo długo ciągnąc się za nimi i tak łatwo nie da o sobie zapomnieć. Cmoknęła, przejeżdżając językiem po swoich zębach i ułożyła dłoń na blacie stołu, by ponownie w niego zastukać.
- Ale nie wiem czy umiem się z nią pogodzić. - dodała zaraz, przenosząc wzrok ponownie na szybę, na krople wody i przechodniów.
- Bo... bo co, jeśli znowu znajdzie się jakiś świr, który będzie chciał zrobić to samo? Mało takich kręci się po świecie? Co wtedy, co się stanie z dziećmi? Jaka to ma być przyszłość dla naszej rodziny?- jeśli wczesniej choć trochę śmiał podejrzewać, że jego panne, coś trapiło, tak obecnie nie powinien mieć żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości. Słowa wylały się z jej gardła szybko, z wyraźnym przestrachem i ugrzęzły jej w gardle w momencie, gdy chciała dodać coś jeszcze. Coś ważniejszego.
- Nie wiem Arthur co zrobić, by o tym zapomnieć. A przecież ja... ja nawet w tym nie uczestniczyłam. To Ty walczyłeś i omal nie przepłaciłeś tego życiem.-
 

Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
Arthur starał się myśleć, że to, co przez co oboje przeszli, było tylko złym snem, z którego wyrwali się dzięki powrotowi do normalności i zerwaniu kontaktów. Minione wydarzenia wciąż czasem dręczyły go, szczególnie w nocy, ale nauczył się sobie z nimi radzić. Zupełnie nierealne wspomnienia demona nie mogły mu zagrozić, gdy obok znajdowała się Rachel. Problem narastał, gdy narzeczonej nie było i samemu musiał radzić sobie ze zmorami nocy. O tym jednak Rachel wiedzieć nie mogła, tak jak o paczce środków nasennych, skrzętnie ukrywanych pod materacem łóżka.
Buckley nie sądził, by wspomnienia noworocznej nocy i widok własnej oszpeconej twarzy opuściły go kiedykolwiek.
- To już nas nie dotyczy. - Spróbował uspokoić Rachel. Sam również przeniósł spojrzenie na okno i przechodniów. - Jest Clave, wataha, czarownicy... oni nas ochronią. To nie nasza walka, Rachel.
Arthur widział magię, o której nigdy mu się nie śniło. Nie mógł dorównać mocą innym z podziemnego świata. Jego pomoc była zbędna.
Odszukał dłoń Rachel na blacie stolika.
- Nie martw się, Ray. To się nie powtórzy. Obiecałem ci, że weźmiemy ślub w przyszłym roku. Nic nie stanie nam na przeszkodzie. - Spróbował nieco rozjaśnić atmosferę.

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Rachel Hiddle

25



Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne.







[Cytuj]
Multikonta: Danielle, Breena
Ray zmarszczyła lekko swój zadarty nosek i cicho westchnęła. Wspomnienia wróciły. Odżyły ze zdwojoną siłą, do złudzenia przypominając cofnięcie się w czasie. Dając jej wyobraźni najprawdziwszy koszmar, którego nie mogła przepłakać w jego czułych i ciepłych ramionach.
Ponownie zsunęła wzrok na jego kubek. Miała mieszane uczucia do tego, co robić i jak postępować. Czy może powinni przyłączyć się do watahy, zamiast zachowywać się jak dwa wilkołacze ufoludy, czy może pozostać we własnym, trzyosobowym- bo Ollie też był rodziną (niestety)- stadzie. To wszystko przyprawiało ją o zawroty głowy.
- A co jeśli... to wszystko się powtórzy, Artie? Jeśli znowu pojawi się ktoś, kto będzie chciał wybić nas, bo nie będzie podobać mu się koncepcja? - Ray pochyliła się lekko nad stołem, aby nikt przypadkowo ich nie podsłuchał. Nawet jeśli mieli obwiniać o to samego Alfę, tak niewątpliwie byli stworzeniami stadnymi. I potrzebowali kogoś, bo tylko wataha jest w stanie przetrwać, a nie pojedyncze osobniki.
- Tylko tak damy radę. Bo przecież nie wyrzekniemy się tego, kim jesteśmy. Prawda? - odchyliła się, by oprzeć plecami na krześle. Cmoknęła, a zaraz potem przejechała językiem po wnętrzu policzka, ponownie ukrywając się przed jego wnikliwym spojrzeniem.
 

Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
Po tym, jak zagrożenie i jego następstwa minęły, Arthur mógł poczuć wstyd po tym, co się z nim stało i jak przez ten czas traktował Rachel. Utrata akceptowalnego wyglądu nie była końcem świata, poza tym, rozumiał, że dla Ray nie miało większego znaczenia to, jak wyglądał. Był głupcem odrzucając ją tylko ze względu na własne demony. Mimo wszystko starał się jednak pamiętać, że tamte wydarzenia mogły mieć wpływ na jego stan psychiczny i nie powinien się obwiniać.
Poza tym, Rachel była teraz z nim. Wszystko było dobrze - po staremu.
- Jeśli nie będziemy utrzymywać kontaktu z Kieranem, to nie będziemy o tym nawet wiedzieć. - Stwierdził wprost. - Nie zamierzam więcej mieszać się w sprawy ratowania świata, nie jestem bohaterem. - Pokręcił lekko głową, jakby temat go irytował. - Całe życie spędziłem bez przejmowania się... tym drugim. - Stwierdził ogólnie, by żadne ciekawskie uszy nie wyłapały jego prawdziwych intencji. - Ollie też to potrafi, ty też, Rachel. Żadne z nas nie potrzebuje wilka.
Wilkołactwo przynosiło same problemy. Opanowanie bestii było kluczem do sukcesu.

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Rachel Hiddle

25



Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne.







[Cytuj]
Multikonta: Danielle, Breena
Rachel zrobiła lekko nadąsaną minę, słysząc słowa Arthura. Nie wiedziała przez co przechodził i w dalszym ciągu przechodzi jej ukochany. W końcu ta męska duma nie pozwalała na to, by otworzył się przed nią i przyznał, że istnieje coś, z czym sobie nie radzi.
- Udawanie, że problem nie istnieje, nie sprawi, że on magicznie zniknie, Kochanie. - zauważyła z niezadowoleniem. Nie spodziewała się tego, że jej narzeczony postanowi zachować się w ten sposób. Tak, jakby wolę walki, dumę i odwagę coś zjadło jakiś czas temu.
- Poza tym, naprawdę chcesz wyrzec się części samego siebie? Naprawdę chcesz?- zabrzmiała trochę płaczliwie, choć nie zamierzała płakać. Emocje jednak wdarly się w krtań i dały o sobie znać. Przecież ona dorastała w kulcie wilków. I chociaż długo była w stanie to wszystko ukrywać, tak wilczyca wewnątrz potrafiła się budzić. Nie chciała z nią walczyć. A żyć w symbiozie.
- A co z dziećmi? Przecież one... będą czystej krwi.- zakończyła, insynuując, że choroba księżycowa dopadnie również i je.
 

Arthur Buckley

32



You know, I'm cursed with morals. I was raised a certain way. I wish I wasn't. I wish I was raised by wolves.







[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham
Nawet gdyby Arthur przyznał, że ma problem z poradzeniem sobie z tym, co przeszedł - czy zmieniłoby to sytuację? Nie wydawało mu się, by podziemi mieli swojego własnego psychologa, który mógłby pomóc mu z jego koszmarami. Rachel była lekarzem, ale zajmowała się obrażeniami ciała. Nie mogła mu pomóc. To, że była obok, stawało się najlepszym lekarstwem.
Uśmiechnął się do Ray, jak do dziecka, które robi coś niemądrego, by zaimponować dorosłym.
- Nie widziałaś, co się działo, Rachel. Byliśmy bezsilni. - Przyznał bez wahania. - Zostawmy to komuś, kto jest od nas silniejszy i będzie w stanie stawić czoła niebezpieczeństwu. Nasz wkład nie robi im różnicy, więc lepiej być bezpiecznym niż nadstawiać karku w imię dumy.
Spotkanie z demonem dla wilkołaka może skończyć się wyłącznie poparzeniami i połamami kośćmi. To czarownicy i nefilim powinni zajmować się sprawami, które są im odpowiednie.
- Nie chcę, już to zrobiłem. - Sprostował. - Dzieci wychowamy tak, jak rodzice wychowali mnie i Olivera. My naprawdę tego nie potrzebujemy, Rachel. Nie wystarczy ci to, co już mamy?
Arthur nachylił się nad stolikiem, by być bliżej narzeczonej.
- Oboje jesteśmy wykształceni, mamy pracę i dom. Niedługo weźmiemy ślub, może pojawiają się dzieci. Nie potrzebujemy niczego więcej.

Conceal don't feel don't let them know
Let it go
 

Rachel Hiddle

25



Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne.







[Cytuj]
Multikonta: Danielle, Breena
- Kochanie, ale...- przerwała, kiedy zaczął mówić dalej i jednocześnie wyrzucać z siebie te wszystkie lęki i fobie, jakie tliły się w jego wnętrzu. Zacisnęła wargi, a w oczach błysnął żal i smutek, kiedy zdała sobie sprawę z tego, co musiał przejść. Miał rację. Ona tego nie widziała, nie musiała przeżywać i martwić się o to, czy wróci sama do domu, o własnych siłach. Czy właściwie to wróci w ogóle.
Jej dłoń wysunęła się do przodu, by niepewnie i powoli ująć tę męską. Ścisnęła ją delikatnie, jednocześnie nie będąc szczególnie nachalną. Jeśli zechciałby ją zabrać, tak nie zaprotestowałaby wcale. Bo przeżył wiele i nie chciała naciskać.
- Zrobimy jak będziesz chciał. Ale nie uważam, że wychowywanie ich bez możliwości poznania i zaakceptowania wilkołaków będzie krzywdzące.- odparła dopiero po krótkiej chwili. Musiał wiedzieć, że wesprze go w każdej możliwej kwestii, choć nie zawsze będzie to zgodne z jej poglądami.
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo