Gilvrey Avery

400


Freedom - I love and understand it Freedom - I'm not able to give it away







[Cytuj]
Podobała mu się – nie dość, że była piękna to jeszcze była seksowna. Gdyby nie jego okropny stan i okropne samopoczucie, może już teraz by się pieprzyli. On też dostrzegał to, że ma zgrabne biodra.
Za dużo „może” i za dużo zapewnień, które mogą okazać się zapewnieniami bez pokrycia. Za mało czynów, a za dużo słów. Doceniam twój trud w zdobycie tego artefaktu — odpowiedział z pewną dozą powagi. Za dużo mówiła i nie potwierdzały tego żadne istotne czyny. Nie oddawałaby tego artefaktu za bezcen. Byłaby to odpowiednia zachęta dla niego.
Z wykazywaniem się nie miał problemu, z innymi rzeczami również, ale to właśnie ta organizacja przez dłuższy czas nie kontaktowała się z nim. To budziło jego wątpliwość, nawet, jeśli ten kontakt w końcu nastąpił. Było wiele rzeczy, które chciał zrobić i to nie tylko dla nich.
Niestety, tak. Co to za gówno, które atakuje wielu Podziemnych? To wygląda jak typowa dla Przyziemnych grypa z niekoniecznie przyziemnymi objawami. To dotknęło tylko czarowników czy wampiry i wilkołaki również? I jak wam idzie? — niechętnie to przyznał, ale teraz nie miał już wyboru. Zadał jej parę pytań, z czego pierwsze było pytaniem retorycznym. Na dwa ostatnie chętnie poznałby odpowiedzi. Skoro pracowali nad lekarstwem, mógł im pomóc. Pomagając im, pomógłby sobie.
Działałem sam, ponieważ wy się rozpłynęliście w powietrzu albo jak to określiłaś, musieliście się przegrupować. Sądziłem, że wszystkich was wyłapano. Może mogłem lub powinienem was szukać, ale jeśli moje podejrzenia okazałyby się prawdą, moglibyście pociągnąć mnie na dno. Ponieważ możemy sobie wzajemnie pomóc, będę działać z wami — powiedział wprost, szczególnie, że skończyło się głaskanie po głowach. Odsunięcie się od tej sekty na jakiś czas było koniecznością, skoro oni nie dawali znaku życia. Mogli sobie pomóc wzajemnie i dopóki to będzie mieć miejsce będzie z nimi. Nie będzie to jednak na zawsze i na wieczność.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Uśmiechnęła się na swój sposób wrednie, co w jej przypadku wyglądało jak naprawdę niegrzeczne zaproszenie do łóżka, z atrakcjami. Chociaż do niczego takiego nie zamierzała doprowadzić. Raczej chciała być w tym momencie trochę zołzą, co również nieźle jej wychodziło.
-Odezwał się ten, który od dobrych dziesięciu minut dopytuje, co z tego wszystkiego będzie miał i chętnie pięknych słówek słucha, ale do zaoferowania nic nie ma – odpowiedziała spokojnie. Właśnie tak to wyglądało. On chciał słuchać co dostanie, dostawał właśnie słowa, a potem marudził że za dużo słów, a zdecydowanie za mało czynów. Problem w tym, że on nie był na tyle miły, by nawet powiedzieć, co on ma im do zaoferowania, poza swoim ego powiększonym do rozmiarów wierzy w Pizie. A niestety krzywą wieżą, to raczej nikomu nie zaimponuje.
Oddałaby za bezcen, bo nie miałaby pewności, że ten czarownik nie zniknie sobie z tym artefaktem. Poza tym, wolała by oddać mu coś, co nie należało tylko i wyłącznie do niej. A jeśli sądził, że za samo przystąpienie do sekty, będzie obdarowywany prezentami, to kurwa pomylił instytucje. Fabryka świętego Mikołaja, była w Laponii.
-Ma nieco więcej objawów, niż te charakterystyczne dla grypy, a są one w sumie zależne od rasy. Dotknęła wszystkich podziemnych, nawet wróżki, a także nefilich i Przyziemnych. Powiedziałabym, że dobrze. Wiemy, że w dwóch pierwszych etapach na pewno się nie umiera, co jest dość ironiczne jeśli weźmie się pod uwagę kaszel i kichanie krwią. Wiemy, jak się przenosi, a także… hm... – zamruczała cicho, ale nie dokończyła. Teraz miała w sumie rozterkę, czy warto mu mówić, co działo się dalej, czy niech sam się przekona? Taka niespodzianka na pewno poprawiłaby marudzie humor, ale z drugiej strony… to nie jej problem. Poza tym, pewnie jej nie uwierzy.
-Niby mądre podejście, ale z drugiej strony… ci którzy ryzykowali, dowiedzieli się, że mamy się dobrze. Nawet pomimo tego „rozpłynięcia się w powietrzu”. Niemniej cieszy mnie informacja, że nadal chcesz z nami działać. – powiedziała z uśmiechem, by potem wstać i wyciągnąć z kieszeni przedmiot, który wyglądał jak aztecka moneta, wykonana ze złota i ozdobiona szlachetnymi kamieniami. Kamienie szlachetne, a także same rysy wewnątrz momenty sprawiały, że moneta do złudzenia przypominała zwierzęce oko. Naprawdę piękna, ale i magiczna. Podała ją Gilvreyowi.
-Twój pierwszy artefakt, czuj się szczęśliwy. To Oko Xolotla, dzięki niemu będziesz mógł się, kiedy tylko zechcesz przenieść do miejsca, w którym aktualnie przebywa sekta. Czyli nawet jeśli zmienimy lokację, to i tak nas znajdziesz. No i jeśli spojrzysz przez ten środkowy klejnot, przez „źrenicę” będziesz widział nawet w najgłębszych ciemnościach – wytłumaczyła mu, co to jest i do czego służy.

Gilvrey Avery

400


Freedom - I love and understand it Freedom - I'm not able to give it away







[Cytuj]
Prawdą było to, że wcale nie musiał potraktować poważnie wiadomości, którą mu zostawiła i nie musiał tutaj przychodzić, tylko nadal działać na własną rękę. Mógł odciąć się od tej organizacji i świat by się nie skończył.
Nie wydawał się wzruszony tym wrednym uśmiechem. Nie powinna się tak uśmiechać, bo jeszcze jej tak zostanie. Nie lubił zołz.
To akurat ważna część całej sprawy, szczególnie, że nie uprawiam wolontariatu, nawet, jeśli chodzi o pozbycie się słabości u Podziemnych — zapewnił ją o tym. Nie uprawiał wolontariatu i prawdę mówiąc, zamierzał bujać się z nimi dla osiągnięcia swoich celów.
On miał im do zaoferowania? Swoją wiedzę i magię oraz możliwość spełnienia swoich marzeń, szczególnie, jeśli chodzi o Nocnych ?owców. Na przeszkodzie stanęła mu jedynie choroba. Miał zamiar przyzwać demona, opracować sposób na rozdzielenie krwi anielskiej i człowieczej. Potrzebował wyzdrowieć, by móc korzystać ze swojej magii i nie martwić się o to, że ona zawiedzie.
Kobieta mówiła o bardzo interesujących rzeczach, które dotyczyły całego ich półświatka i dlatego postanowił zamienić się w słuch.
Macie podejrzenia odnośnie tego, co wywołuje tę chorobę? Chociaż właściwie to zaraza, skoro zapadają na to wszyscy. Jak rozumiem, można na to umrzeć? A ten kaszel to też krwią? O ile kaszel jeszcze rozumiem, ale trudno mi sobie wyobrazić kichanie krwią. Chyba, że to będzie następstwo kataru, który mnie męczy. Nawet jeśli to nie wydaje mi się to logiczne. Jak to gówno się przenosi? „A także”… co? — postanowił zadać tej kobiecie parę pytań odnośnie tej choroby.
Może jak dowie się czegoś więcej to będzie w stanie opracować na nią lekarstwo. O ile nie umrze, bo najwyraźniej to było całkiem prawdopodobnie. Kaszel ta się przeżyć – może wynalezione przez ludzi lekarstwa nie pomogą, ale mogą złagodzić część objawów. Kichanie krwią było nielogiczne, bo zwykle coś takiego jest objawem oznaczającym wysuszoną śluzówkę nosa i krew występuje z katarem. Może oznaczać to coś poważniejszego, ale to u jednostek. Wykaszliwanie płuc miałoby więcej sensu. Nawet on widywał chorych na gruźlicę. Informacja o drogach przenoszenia się choroby też mogły mu pomóc. Uniósł jedną z brwi za sprawą tego niedopowiedzenia.
Powiedzmy, że mieli szczęście. Liczę na to, że nasza współpraca będzie owocna — odparł i lekko wzruszył ramionami, by po raz kolejny hałaśliwie wydmuchać nos.
Na pewne rzeczy nie zwróciłby uwagi, gdyby nie słowa kobiety i to, że postanowiła przekazać mu ten artefakt. Obrócił w palcach ten artefakt, starannie oglądając go ze wszystkich stron. Dostrzegał jego piękno, ale o wiele bardziej interesowały go jego magiczne właściwości.
To zdecydowanie dobry początek naszej współpracy. Podoba mi się to i znacznie ułatwi nam to współpracę. O, to podoba mi się jeszcze bardziej — powiedział i uśmiechnął się z dość nieporadnym zadowoleniem. Schował ten artefakt do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wolał go nie zgubić.

/zt

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar, Margot
#8


Miasto ją drażniło. Mogła w nim przebywać przez jakiś czas, ścigać to, na co akurat miała ochotę, ale wędrowanie po nim w poszukiwaniu czegoś przydatnego do przeżycia, czy w celu znalezienia innych wróżek, które zniknęły jej z pola widzenia, nie było już takie miłe. Łapała się na tym, że ciągle szukała zagrożenia, nasłuchiwała kroków przeciwnika, gotowała się do potencjalnej walki spodziewając się ataku. Byli na terenie Łowców, gdzie Clave uważało zasmarkany papier za deklarację praw obowiązujących wszystkie rasy i Taillis wiedziała, że musi uważać, gdzie stawia kroki. Wiedziała o tym, może jako doświadczony wojownik, może podświadomie nie ufała tym, którzy się koło niej znajdowali, może po prostu wolała być, kurwa, gotowa na wszystko. Ale były też młodsze albo delikatniejsze wróżki, które nie spędzały życia na doskonaleniu umiejętności bojowych, żyły w ciszy, odosobnienia, z dala od innych i Niedźwiedzica czuła, że to o nie musi zadbać w pierwszej może kolejności, problem z nimi był jednak taki, że trudno było je odnaleźć i namierzyć, by w ogóle móc się nimi zaopiekować. Nie miała magicznych zdolności czarowników, nie umiała ich zatem wytropić i jedynie liczyła na szczęście, na jakiś ślad, którym mogłaby podążyć. Nie martwiła się za mocno o Nimat i jej dzieci, wiedziała, że jej kuzynka będzie umiała o siebie zadbać, Devana i Oinari również radzili sobie całkiem dobrze, pozostawała jednak wciąż Ignis i część wróżek, które widziała tamtego felernego dnia, ale ich ślad umknął jej sprzed nosa. Była jednak, niewątpliwie, niczym pies tropiący, który po tym jak podjął już się zadania, nie zamierzał rezygnować, choćby był głodny albo zmęczony. I być może właśnie ten upór spowodował, że zawędrowała tego dnia do parku, choć padało i było dość cicho. To jednak sprawiało, że Taillis czuła się lepiej.
Zatrzymała się na chwilę oddychając nieco głębiej i zastanawiając się, dokąd mogłaby się teraz wybrać, co załatwić, co sprawdzić. Nie mogła błąkać się bez celu, ale nie przychodziły jej już do głowy właściwie żadne miejsca, gdzie mogłaby jeszcze spotkać wróżki, gdzie mogłaby szukać kolejnych przejść. Wiedziała cały czas, że coś się jej wymyka, ale trudno było powiedzieć, co dokładnie. Musiała jak najprędzej znaleźć Oinari, ale jego chowaniec albo jej nie słuchał, albo miał własne zdanie na ten temat, bo nie był skłonny się po niego udać. A może po prostu nie umiała go o to odpowiednio poprosić, generalnie chuj wie, nie jej ostatecznie oceniać. Tak czy inaczej czuła napięcie, które uderzało gdzieś mocno w jej kręgosłup, w kark, w całe ciało, coś co szarpało i nawoływało, żeby się w końcu, kurwa, wzięła do dalszej roboty, a nie opierdalała spacerując sobie jak jebana panienka pod parasolką w czasie deszczu.

//Usagi <3

Usagi

980








[Cytuj]
Lisy myślą tylko o sobie? Bzdura! Instynkt stadny w lisach był i jest na tyle silny, że za wszelką cenę chcą chronić swoich współbraci. Z tego także powodu Usagi zaangażowała się czynnie początkowo w poszukiwanie Ignis, a następnie wspólne szukanie portalów do ich świata. Wszystkie matki uczyły, że nie należy przedłużać sztucznie gościny. A jeżeli ktoś nie miał matki - ups, jego problem. Taka Usagi na przykład matkę miała, ale niewiele to dało, bo wychowana ponownie (cóż za resocjalizacja!) została przez świątynne lisy o złotym futrze. Co kraj to obyczaj, prawda? Zmierzając do celu, po znalezieniu dwóch portali, lisica obrała sobie inny cel. Należy poinformować resztę wróżek o tym fakcie.
Zdaje się, że jej postępowanie wynikało z czystego poczucia obowiązku. Teoretycznie nie musiała się zbytnio przejmować jej nie-ogoniastymi znajomymi. Zwłaszcza, że po przygodzie w Hogg's Pond i napadzie agresji ze strony Szaleńca wolała unikać ich jako grupy. Agresja nigdy nie działała na nią zbyt dobrze. Myślami jednak wracała często do jednej osoby, która zdawała się być najbardziej poturbowaną w przebiegu wydarzeń.
Niedźwiedzica. Tylko tyle o niej wiedziała. Usagi miała nadzieję, że otrzymała odpowiednią opiekę, skoro była tak ważna dla Ignis. Może sama nie była jakoś szczególnie blisko z innymi wróżkami, ale jeżeli ktoś był ważny dla jednego lisa, stawał się ważny także i dla niej. W dodatku patrząc przez pryzmat ataku Szaleńca właśnie, Marianne urosła w oczach Usagi, stając się jednocześnie chyba najbardziej odpowiedzialną osobą na tym całym bezkrólewiu. Och, jak dobrze było w wiosce Kitsune, gdzie panował jedyny słuszny ustrój - teokracja...
Lisy należały też do psowatych i potrafiły szukać. Problem jest taki, że Lisy nie polują na Niedźwiedzie, toteż nie było za bardzo jak zabrać się do poszukiwań. Taka niemoc w połączeniu z emocjonalnym wykończeniem spowodowanym spotkaniem z Rycerzem nie malowała przyszłości w kolorowych barwach. Kitsune miała jednak jeden sprawdzony sposób na przywrócenie nerwów do względnej równowagi. Flora. Nic więc dziwnego, że pchana instynktem znalazła się w okolicach The York Flower. I nie przeszkadzał nawet deszcz, bo kaptur osłaniał jej ciało od zbytniego zmoknięcia. Przeszła jej przez głowę tylko głupia myśl, że od angielskiego klimatu można zwariować.
I czyżby właśnie wariowała? Już z daleka zdawało jej się, że widzi postać pod parasolką, która przypomina Niedźwiedzicę właśnie. Wyglądała co prawda znacznie lepiej niż wtedy, gdy spotkały się po raz pierwszy (jednak obrażenia robią swoje), ale około osiemdziesiąt procent pamięci i sto procent wyostrzonego wzroku mówiło jej, że warto podejść. Co też zrobiła.
- Na kogo czekasz? - odezwał się głos z dołu i jeżeli tylko Niedźwiedzica zdecyduje się spojrzeć w dół, zobaczy twarz Usagi w niedalekiej odległości. Wystarczającej do uderzenia w nos w wyniku zaskoczenia, dodajmy.

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar, Margot
Nie wiedziała właściwie zbyt wiele o lisach, znała w końcu do tej pory jedynie Ignis i chyba nawet nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, że ta była prawdziwą Lisicą, a nie jedynie ukochała sobie to zwierzę na tę postać. Owszem, znała legendy i bajki, ale traktowała je podobnie, jak inne opowiastki do poduszki, chociaż przecież sama była jedną z mniej typowych wróżek, jeśli można tak powiedzieć. Biorąc pod uwagę jej magiczne umiejętności, trudno byłoby ją nazwać nawet w jakimś minimalnym stopniu istotą nadprzyrodzoną. Nie spełniała życzeń, nie robiła żadnych zasranych czarów marów i generalnie przedkładała prawdziwą walkę nad inne zdolności, toteż nie powinno nikogo dziwić, że z roślinami rozmawiało jej się kiepsko. To, że opanowała przyjmowanie postaci niedźwiedzia w stopniu co najmniej zadowalającym, wiązało się z jej chęciami rozszarpywania wrogów na strzępy i nie miało w sobie żadnych innych, nieco bardziej romantycznych podstaw. Ale jednak, pomimo wszystko, choć różniła się od tych delikatnych wróżek, jakie podobno powinny istnieć, chociaż nie knuła intryg i nie zachowywała się jak należy, to dalej identyfikowała się ze swoją rasą i niezaprzeczalnie uznawała ją za najlepszą, niezależnie od tego, co twierdzili inni, czy jak na to w ogóle spoglądali w ostatecznym rozrachunku.
Niezależnie od tego, jak bardzo nietypowa była, niezależnie od tego, że służyła wielu panom, niezależnie od tego, że musiała zmierzyć się ze świadomością, że kitsune istnieją, a Król nie żyje – nadal stała po jedynej naprawdę dobrze znanej sobie stronie. Przy wróżkach, nieważne jakie te by nie były, aczkolwiek Bevina zamierzała utopić przy pierwszej możliwej okazji, bo jego zachowanie zaczynało przechodzić, kurwa, jakiekolwiek pojęcie. Nie zamierzała się jednak poddawać i z góry zakładała, że będzie działać dla dobra wszystkich jej rasy, że ich znajdzie i zapewni im bezpieczeństwo, w końcu tego właśnie od niej wymagano. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie zaprzedać duszy diabłu i wykupić u niego pakiet czarów tropiących, uznała jednak ostatecznie, że jest to jedynie wyjście na czas, gdy nic innego nie zadziała. Tymczasem, jak przekonała się po chwili, okazało się, że najlepszym wabikiem na każdą wróżkę w tym mieście, niezależnie od jej pochodzenia, światopoglądu czy czego tam jeszcze, jest roślinność, natura albo samotność.
- Mała Lisica – powiedziała nieco warkliwe, aczkolwiek głos znowu ją zdradził i zabrzmiał nieco głębiej, niż chciała. W pierwszej chwili najeżyła się gotowa do zamiany parasola w broń masowego rażenia, co w przypadku jej umiejętności nie byłoby aż tak trudne, ale prędko rozpoznała wróżkę, którą początkowo wzięła za jakieś natarczywe dziecko. Cholera, mniejsza nie mogła być? Sama Taillis wzrostem nie grzeszyła, ale nawet ona przerastała całkiem sporo Usagi. – Można powiedzieć, że na ciebie. Szukam ciebie, Lisicy i innych, którzy zniknęli mi sprzed nosa. Tu… przestaje być bezpiecznie – rzuciła, przy okazji rozglądając się uważnie, jakby poszukiwała potencjalnego zagrożenia. Odnosiła wrażenie, że inni zaczynają się nimi interesować, musiała ich zatem wyprowadzić z obrębu miasta w nieco bezpieczniejsze i spokojniejsze miejsca, a teraz takie posiadała.

Usagi

980








[Cytuj]
Dobrze było mieć kogoś, kto był tak oddany swojej robocie jak Marianne. Pewnie gdyby się zastanowić, nikt inny z wróżek po tej stronie portalu nie miał aż takiej siły ducha, by za coś podobnego się zabrać. Albo w międzyczasie narobił sobie tylu wrogów, że nikt nie chciał go słuchać. Wyobrażacie sobie Bevina w roli latarnii wskazującej bezpieczną drogę i dom dla zagubionych wróżek? No właśnie. Przy Usagi Marianne przypominała nawet trochę taką latarnię morską, zwłaszcza w połączeniu z jej jasnymi włosami. Nie trzeba było oczywiście wspominać o powadze, jaka od niej biła. Właściwie jeżeli już miała jakiś wybór co do swoich kompanów, lisica wolała właśnie takich. Skoncentrowanych na swojej robocie, rzeczowych i mogących ewentualnie obronić ją przed zlaniem skóry. W tych ciężkich czasach trzeba było taktycznie dobierać swoich przyszłych sojuszników, a Marianne była bardzo cennym towarzyszem.
Żeby nie było, że Usagi cały czas myślała o Marianne w samych superlatywach i ogólnie wysyłała jej serduszka ze swoich raczej apatycznych oczu, przejdziemy dalej. Nasza bohaterka faktycznie była rozmiaru raczej kieszonkowego, no ale można to zrzucić na karb wieku - babcie też od pewnego momentu tylko maleją. Natomiast warto wspomnieć, że ego burej nie było aż tak napompowane, by znaleźć w słowie "mała" punktu zaczepnego. W sumie nawet jej się to spodobało, że została taką wersją mini. Czy pokazała to na zewnątrz? Oczywiście, że nie.
Natomiast kiwnęła tylko głową, potwierdzając jej słowa.
- Wiem, gdzie jest Ignis - powiedziała od razu, chcąc zapewnić Marianne o swojej względnej przydatności. W końcu sama wzięła na siebie ciężar odnalezienia lisów. Kto, jak nie ona? Oinari nie nadawał się do tej sprawy zupełnie - po ich spotkaniu tylko potwierdziła, że dalej śmierdział jak obcy i nie zachowywał się jak każdy inny lis. - Znalazłyśmy dwa portale - dodała po chwili, jednak znacznie ciszej. Żeby jednak jej słowa nie zostały porwane przez wiatr, jednocześnie przysunęła się do Niedźwiedzicy blisko. O wiele za blisko na standardy jej normalnej przestrzeni osobistej i pewnie naruszając także przestrzeń swojej rozmówczyni. Równie szybko cofnęła się. Miała nadzieję, że konieczność bliskości zostanie zrozumiana, a ona sama obędzie się bez razów parasolem po łbie.
Ukryte pod zamaskowaniem, jednak totalnie widoczne dla Marianne puchate, lisie uszy poruszyły się niespokojnie. Dokładnie to samo zrobiły wszystkie ogony. Niebezpiecznie?
- Mrok? Czy inny? - w domyśle chodziło oczywiście o "innego wroga". Niby Oinari wspominał o konieczności jak najszybszego przejścia do Faerielandu. Czy to dlatego, że groziło im tutaj jakieś niebezpieczeństwo?

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar, Margot
Taillis urodziła się wojownikiem i nim zamierzała umrzeć, nie istniały żadne półśrodki, jakieś częściowe rozwiązania, czy częściowe możliwości, nie w jej przypadku. Była zatem zdecydowana, kiedy coś już brała na cel, to dążyła do niego uparcie, a teraz wierna była tylko i wyłącznie wróżkom, dla których stawała na głowie, zawierała kontrakty z czarownikami i łamała własną dumę. Zamierzała jak najprędzej wrócić do domu, by przekonać się, czy jest tam jeszcze cokolwiek, co można uratować, ale dopóki portal pozostawał zamknięty, a ona nie miała klucza - chowaniec Oinariego gdzieś zniknął i podejrzewała, że udał się do pana - musiała skupić się na innych sprawach. Na zapewnieniu wszystkim bezpiecznego schronienia, gdzie nikt by ich nie atakował. Na zapewnieniu pożywienia, opieki oraz względnego spokoju. Musieli się zorganizować, a ona nie pchała się za bardzo do wielkiej polityki, zajmując się raczej walką na wszelkich możliwych frontach. Oinari mógł działać, mógł tworzyć jakieś koalicje, mógł rozporządzać innymi i wydawać im rozkazy, ona zaś wiernie je wypełniała wiedząc, że tylko w grupie będą w stanie zdziałać coś przeciwko temu, co ich spotkało i na co jeszcze się zanosiło. Jakakolwiek by nie była - tępa, szczekająca niczym kundel, nieodpowiedzialna - wojowała za pomocą każdej broni, jaka wpadała w jej ręce. Słowem, czynem czy też prawdziwym orężem.
Nazwanie Usagi Małą Lisicą nie było w jej odczuciu niczym złym, w końcu kobieta była faktycznie niziutka i drobniutka, pewnie znalazłyby się jakieś zjeby, które wzięły ją za dziecko, czy coś podobnego. Taillis patrzyła na nią z wysokości swego metra sześćdziesięciu ośmiu i usilnie zastanawiała się, jak można być aż trak delikatnym. Być może w jej niedźwiedziej głowie budziło to nawet coś na kształt instynktu opiekuńczego, tak jak w przypadku Ignis, ale nie zamierzała się z tym jakoś szczególnie mocno odsłaniać. Nie było najmniejszych wątpliwości, że zależy jej na tym, by zadbać o znalezioną właśnie wróżkę oraz ruszyć jak najprędzej na poszukiwanie kolejnych, którymi mogłaby się zaopiekować. Miała cel, a była do tego rozpędzoną, pieprzoną, lokomotywą i nie wygasł w niej jeszcze żar.
- Dobrze. Mam dla was bezpieczne schronienie. Przyprowadzisz ją tam...? Nie wiem, czy chce mnie widzieć po tym, co zrobił Bevin - powiedziała od razu. Nie zamierzała prowadzić ich do Sigyn, bo była niemalże pewna, że spotka tam tego zasrańca i oszołoma, ponieważ jednak jej siostrzeniec rozporządzał domem swego przyjaciela, musiał liczyć się z tym, że ciotka sprowadzi mu tam więcej zbłąkanych dusz. Przynajmniej wszystko znajdowało się na terenach poza miastem, mogli zatem być blisko siebie i w razie problemów wędrować między domami. Nie zamierzała nikogo wysyłać do jebanego Azylu, nie ufała pieprzonym Nefilim i poszłaby do nich sama uzbrojona po zęby. Innych by tam nie wysłała.
- Dwa? - rzuciła właściwie zadowolona, zupełnie nie reagując na to, że Usagi nagle znalazła się faktycznie w jej przestrzeni osobistej. Jej informacja była ważniejsza niż cokolwiek innego, nic zatem dziwnego, że Niedźwiedzica z prawdziwą przyjemnością skinęła głową, by zaraz potem rozejrzeć się uważnie po okolicy. W końcu cholera wie, co tu miało uszy, prawda? Ostatecznie nawet kwiatki, przy których stały, mogły na nie nakablować. Nic zatem dziwnego, że Taillis operowała nieco ogólnymi pojęciami.
- Wszystko. Mrok jest w Yorku, zostałam o tym powiadomiona. Inni już też zorientowali się, co się dzieje. Lepiej byłoby, gdyśmy nie biegali tak po mieście. Wiesz... gdzie są inni? - odezwała się zatem prędko, by ustalić kolejne fakty. Wiedziała, że musi zabrać stąd Usagi jak najszybciej, pewnie też wzbudzać zaczną za chwilę zainteresowanie innych przechodniów.

Usagi

980








[Cytuj]
Czy Usagi mogła wziąć do siebie bycie nazwaną Małą Lisicą? Raczej nie. Owszem, była jedną z tych starych wróżek, chociaż znowu nie tak bardzo starych, ale z pewnością nie miała kija w dupie aż do takiego stopnia. Lubiła szacunek - zarówno obdarzanie nim odpowiednich osobników, jak i otrzymywanie go. Ale nie miała kompleksu na punkcie swojego wzrostu, w końcu - zawsze mogła go zmienić, witamy w erze kameleona.
Właściwie to nawet ucieszyła się z przydomku. Jeżeli inne wróżki mogły coś o niej powiedzieć w przeciągu ich krótkich znajomości, to na pewno nie mogli powiedzieć jej imienia. Wszyscy, za wyjątkiem Rycerza, którego spotkała na Wrzosowisku nie zdążyli się zapytać o jej miano. Zawsze nie było czasu, a Usagi znowu nie była szczególnie rozmowna. Kto jednak mógł się dziwić, skoro ostatecznie była pustelnikiem z Wyspy Lisów, wyrwaną z korzeniami i wsadzoną w zupełnie inny czas i miejce. Długie życie to jedno, ale niestety umiejętności społeczne z pewnością nie idą z nim w parze.
- Wolimy go unikać - powiedziała dość wolno, mając na myśli Bevina, który w jej głowie dalej funkcjonował pod pseudonimem "Szaleniec". Ignis miała do niego znacznie bardziej negatywny stosunek i w mniemaniu burej lisicy z pewnością doszłoby do rękoczynów. Ona sama natomiast wolała nie przebywać w jego towarzystwie z jednego prostego powodu - obawiała się, co takiego może wyczynić w sytuacji, gdy przemoc jest najgorszą odpowiedzią ze wszystkich. Odpowiedzią, której starała się unikać za wszelką cenę i której brzydziła się tak bardzo, że jej użycia w nieuzasadnionym przypadku nie byłaby w stanie sobie wyobrazić.
Na pytanie o przyprowadzenie Ignis do bezpiecznego miejsca skinęła jedynie głową. Obiecała Oinariemu, że zbierze lisy, więc bardzo dobrze, że znalazła się również Marianne, która ogarnęła dla nich schronienie. Właściwie była wdzięczna, bo nie wiedziała, czy Ignis ma ostatecznie w miarę bezpieczne warunki życia. Nie była także świadoma z zagrożenia, które czychało na wróżki od innych ras, chociaż późniejsza wypowiedź Niedźwiedzicy potwierdziła to, czego mogła się spodziewać. W końcu naiwnością byłoby myślenie, że nikt nie zauważy nagłego przypływu wróżek lub, że wszyscy będą z tego zadowoleni. Amaterasu opuściła tą przeklętą ziemię, gdy wyczerpała się magia z kryształów. Pomijając zmiany w wyglądzie zewnętrznym dwóch lisów, samo to było na tyle złym znakiem, że należało się zastanowić nad ich przyszłością w tym wymiarze. Na razie jednak jedynie potwierdziła informację o dwóch portalach przez kolejne skinienie głowy.
Na całe szczęście Usagi była też na tyle rozgarnięta, by zbyt długo nie naruszać przestrzeni osobistej Niedźwiedzicy, a przynajmniej nie zbyt bardzo. Dlatego też odsunęła się od niej odrobinkę, jednakże na tyle, by zostać w zasięgu ściszonego szeptu. Przez ukrycie lisich uszu musiała polegać tylko na tych ludzkich, a one z kolei miały ograniczoną wyczuwalność na dźwięki. Coś za coś.
Na wiadomość o mroku jej mina, wcześniej raczej nie wyrażająca zbyt wielkiego wachlarza emocji, zmieniła się. Zacisnęła usta w wąską linię, a spojrzenie skupiła na Niedźwiedzicy. To z pewnością nie były dobre wiadomości i dzięki Bogini, która może jeszcze ich dogląda, trafiły na siebie w tym właśnie miejscu. Lepiej się działa wiedząc, że ktoś może ci deptać po piętach i potencjalnie krzyżować plany.
- Widziałam Ignis, Rycerza i Oinari. Tylko ich - powiedziała zgodnie z prawdą, po czym na moment ponownie zamilkła. Wydawało się, jakby w tym czasie mogło nie być z nią żadnego kontaktu, jednak w przeciągu pół minuty ponownie wróciła do siebie - Oinari prosił o znalezienie lisów. Wiesz, gdzie jest ten młody? Biały, jeden ogon, blondyn. - jej czarne oczy skupiły się w oczach Marysieńki, przekazując jej niemą prośbę. Młody był najtrudniejszy do wytropienia, bo w ogóle go nie znała. Była także święcie przekonana, że nigdy nie zjawił się w wiosce, co zupełnie komplikowało sprawę z jego świadomością swojej tożsamości. A o kim w ogóle mówiła? O Anthonym oczywiście! Widziała go jedynie pokiereszowanego, gdy wszystkie wróżki wypluło w Hogg's Pond. Nie znała jego powiązań rodzinnych, ba, nawet imienia! Żadnej informacji o tym, gdzie mógłby się znajdować. A w Yorku pewnie podobnych młodzieńców było wystarczająco dużo, by cała heca z maskowaniem w końcu upadła.
Jedyna nadzieja w Niedźwiedzicy.

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar, Margot
Niedźwiedzica była przyzwyczajona do tego, że używała najróżniejszych określeń, niekoniecznie imion, w stosunku do pozostałych wróżek. Sama również najczęściej używała swego zwierzęcego miana, aczkolwiek przywykła również do tego, by mówić innym, by zwracali się do niej per Marianne. Imię to wyniosła z czasów, gdy przebywała bardzo długo we Francjij i dopiero w późniejszym czasie zorientowała się, że miano które przybrała, dotyczy również symbolu tego ludzkiego kraju. W pewnym sensie było to dla niej nawet zabawne, aczkolwiek nie przywiązywała do tego aż tak wielkiej wagi. Ostatecznie na przestrzeni dziejów przedstawiała się tak licznymi imionami i nazwiskami, że pewnie nie pamiętała już ich wszystkich, poza jakimiś szczególnymi, jakie na długo do niej przylgnęły albo wiązały się z bardzo konkretną, bardzo istotną osobą, o której nie była w stanie zapomnieć. Tak czy inaczej, jeśli Usagi nie chciała protestować, a i sama nazywała ją Niedźwiedzicą, to pewnie w głowie pucas będzie funkcjonowała już jako Mała Lisica.
- Też wolę unikać zasrańca - rzuciła na to krzywiąc się, a jej zęby przez chwilę błyszczały pomiędzy wargami, jakby chciała po prostu ugryźć na odległość Bevina. Nie była w stanie z nim rozmawiać, chociaż przecież próbowała, nie był w stanie przyjąć do wiadomości, że byli jednym rodem, jedną rasą, a jej nie obchodziło zupełnie, że była jakaś tam księżniczka. Skoro była, to dlaczego Oinari zaczął wszystkimi zarządzać, dlaczego zaczął ich prowadzić? Przecież ona również mogła działać. Nie znała co prawda najlepiej Catriony, ale w jej głowie obijała się również wściekle myśl, że to ją Król wybrał do wypełniania jakiegoś zadania, nie zaś kobietę, która teoretycznie mogłaby przewodzić Jasnemu Dworowi, gdyby ten jeszcze istniał. Tym samym właściwie Bevin mógł sobie wsadzić jej topór w dupę, czego mimo wszystko nie mówiła na głos pozwalając, by wszystko to jakoś mijało ją bokiem. Nie mogła i nie chciała skupiać się na wielu kwestiach, na wszelki wypadek, po prostu dążyła do tego, by wykonać swoje zadania i to jak najlepiej.
Uśmiechnęła się przelotnie, gdy Usagi zapewniła ją, że przyprowadzi Ignis, zdaje się, że to wystarczyło. Nie zamierzała dyskutować z Lennem, ani z tym jego czarownikiem, na temat tego, że zrobiła sobie z ich domu jakieś schronienie dla wróżek. Potrzebowali pomocy, znajdowali się w obcym świecie, właściwie w środku wojny, toteż Niedźwiedzia nie zamierzała pierdolić się w tańcu. Musieli się gdzieś ukrywać, musieli być zdrowi i bezpieczni, a do tego trzeba było im snu, jedzenia i ciepłego schronienia. Skoro Devana znała tego całego czarownika i nie patrzyła na niego nazbyt krytycznie, Taillis zamierzała mu zaufać, ale pomachać toporem dla zasady, gdyby tylko zaczął marudzić.
- Zabiorę cię do domu, a później pomyślimy razem, jak szukać pozostałych. Zdaje się, że wiem, o kim mówisz, a jeśli tak, to jest to bliska mi wróżka. Powinnam zdołać go znaleźć, nie martw się o to. Jeśli chcesz przyprowadzić, hm, Rycerza, nie widzę przeciwwskazań - rzuciła na to jeszcze kiwając lekko głową. Nie podobało jej się zainteresowanie, jakie wzbudzali i musiała podjąć dalszy trop, musiała przekonać się, czy faktycznie ktoś ich zdradził, czy może Mrok postanowił opowiedzieć wszystkim w okolicy o tym, że wróżki pojawiły się w Yorku. Była nadal wściekła na Lenna za to, że powiadomił Łowców, ale przynajmniej chyba trzymał względzie mordę na kłódkę w temacie tego, co dokładnie się stało. Wiedziała jednak, że prędzej czy później to wyjdzie na światło dzienne i wtedy Devana będzie musiała zacząć się tłumaczyć razem z synem. Nie mogli w kółko się oszukiwać i chować pewnych spraw. Niedźwiedzica miała jedynie nadzieję, że gówniarz ostatecznie zostanie z nimi, ze swoją rasą, a nie tymi zakłamanymi Łowcami, których chciała jak najszybciej potraktować ostrzami broni.
- Czy wiesz o jeszcze jakiś innych lisach, których mogłybyśmy szukać? - spytała jeszcze wskazując wróżce kierunek, w którym powinny się udać, by trafić do domu czarownika.
Don't know where to go
Don't know where to go
Don't know if I should
Don't know if I could

Usagi

980








[Cytuj]
W gruncie rzeczy przydomki były nawet nie drugą, a pierwszą naturą wróżek. Sama Usagi raczej nie używała imion, jeżeli nie było to wskazane. Co innego, że praktycznie w tym momencie nie żył nikt, kto mógły posiadać wiedzę o jej prawdziwym-prawdziwym imieniu. Po swoistym zmartwychwstaniu, które dopełniło jej lisią naturę, nie miała kompletnie żadnych wspomnień. Zastanawiało ją, jakim sposobem Oinari znał tych wszystkich innych. Śmierdził obcym na kilometr, a zachowanie innych względem niego wskazywało na to, że inne wróżki go znają i szanują. Jednak wtedy mieliby większe pojęcie o istnieniu kitsune, nie byłoby potrzeby ewentualnego tłumaczenia wszystkiego od nowa. Poza tym, sam stał na czele "drugiej" grupy. Oczywiście, na ten moment, dopóki nie wymyślą jak dostać się na powrót do domu i nie wcielą tego planu w życie, byli jedną drużyną. Była jednak święcie przekonana, że wszyscy czuli tę temporalność i choć była wdzięczna Niedźwiedzicy za zaoferowaną pomoc - nie chciała się również narzucać na tyle, by przekroczyć granicę przysługi i nie zaciągnąć przypadkiem jakiegoś zobowiązania.
Bo lisy po pierwsze, nie zapominają, po drugie, są strasznie honorowymi istotami.
Oczywiście, wyłapała też te krótkie prawie-chłapnięcie zębami. Powiedziawszy szczerze to nie chciałaby się znaleźć w skórze Szaleńca, gdy następnym razem stanie twarzą w twarz z Niedźwiedzicą. Na dobrą sprawę nie miała również pojęcia o zarzewiu konfliktu, gdyż wszystkie te dworskie rozgrywki pozostawały całkowicie poza jej percepcją. Może to i lepiej? Gdyby wyszło na jaw to, czego już domyślał się Rycerz, miałaby podwójnie przechlapane, bo nie daj boże jeszcze ktoś chciałby zagonić ją do obejmowania jakichkolwiek bardziej poważnych stanowisk niż tylko "tymczasowy opiekun".
- Dziękuję - powiedziała głosem, który już w pierwszej głosce wydawał się bardziej wesoły, zupełnie tak, jakby pewien ciężar w końcu zszedł z jej ramion. Czyżby Usagi właśnie poznawała jedną z prawd rządzących światem? Jak dobrze jest mieć przyjaciół... - Jesteś dobrą osobą.
Te ostatnie dodała dopiero po dość dłuższej chwili milczenia. Ucieszyła się z tego, że istnieje prawdopodobieństwo, że młode jest w dobrych rękach. Niestety jednak nie mogła całkowicie odpuścić sobie spotkania z nim, chociażby dlatego, że "dobre" nie oznacza "kompetentne". A w tej sytuacji miała pod swoimi skrzydłami Lisicę, która spędziła na wyspie może 20 lat i niedoliska, który pewnie nic o swoim pochodzeniu nie wiedział. Niezbyt ciekawa sytuacja. Zwłaszcza, że już wcześniej starała się ostrzec Oinari przed możliwymi skutkami ubocznymi przebywania zbyt daleko od Świątyni, ale... dalej nie wydawało jej się, żeby zrozumiał.
Z zamyślenia wyrwało ją dopiero pytanie Niedźwiedzicy. Spojrzała na nią z dziwnym spokojem, przez który delikatnie przebijał się smutek. Potrząsnęła głową w zaprzeczeniu, po czym uniosła swój czarny łepek do góry, pozwalając kroplom deszczu upadać na jej policzki.
- Wszyscy, którzy żyją byli tam. Nad jeziorem - oczywiście chodziło jej o to, że są raczej marne szanse, by znalazła się druga ekipa wróżek wyrzucona w innej części Yorku, czy może nawet świata - Reszta została na wyspie. Tam trzeba ich szukać - chyba nawet taki emocjonalny słoń w składzie porcelany w rodzaju Marianne był w stanie stwierdzić po atmosferze, jaka zapadła między nimi, że Usagi raczej nie wiąże z tym wielkich nadziei. Szczerze powiedziawszy, gdzieś tam w środku tliła się dalej iskierka, która pozwalała na myślenie o powrocie do "starego". Jednak lisi pustelnik przeżył w swym wróżkowym żywocie tyle, że nie sądziła, by ktokolwiek wyszedł bez szwanku z tego, co stało się na wyspie. Zwłaszcza po wybuchu w świątyni.

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar, Margot
Czy Taillis przejmowała się imionami? Właściwie określała się od dawna jako Niedźwiedzica, chociaż jej najbliżsi używali imienia, które przyjęła dawno temu. Stulecia minęły od chwili, gdy będąc we Francji musiała wymyślić sobie miano, jakim mogłaby się posługiwać i nim nawet o tym pomyślała wybrała Marianne, co przylgnęło do niej na tyle, że właściwie wszyscy mówili o niej właśnie w taki sposób. Ewentualnie określali ją nieco bardziej bojowym mianem wywodzącym się faktycznie od zwierzęcia, którego formę przyjmowała najczęściej i najchętniej, okazując nie tylko jego siłę, ale i swoistą łagodność, co wcale nie było tak proste do dostrzeżenia. Tak czy inaczej nie miałaby do nikogo uwag, gdyby wymyślił jej jakiś nowy przydomek, ostatecznie przywykła do tego, że wołano ją już w różne sposoby, była przez długi czas również mężczyzną, toteż pewnie i na znane komuś z dawnych lat miano by zareagowała. Nie wiedziała jednak, kim tak naprawdę jest Usagi. Co ciekawe - sama nie wiedziała kim jest. Nigdy się tym nie interesowała, uznawała po prostu, że matka odeszła i tyle, ale gdyby usiadła i o tym pomyślała, doszłaby chyba do wniosku, że właściwie w ogóle jej nie pamięta, a z opowieści ojca nie mogła wywnioskować zupełnie nic. Czy zatem jego miłość została urażona i nie był w stanie mówić o tej kobiecie? Czy kryło się za tym coś innego? Nie wiedziała i zapewne nigdy nie miała się dowiedzieć, ostatecznie ci, którzy znali prawdę, znajdowali się już raczej od dawna w świecie osiągalnym jedynie dla martwych.
Trudno było jej całkowicie ukryć odruch. Nie umiała tak spokojnie przejść obok samego wspomnienia o Bevinie, który był śmierdzącym kundlem. Skąd wziął się ich konflikt? Proste. Stąd, że młokos nie umiał zrozumieć, że dowódcami z reguły zostają o wiele bardziej doświadczone jednostki. To zaś, że Taillis nigdy nie była zaprzysiężona żadnemu dworowi, nie składała obietnic na śmierć i życie wyraźnie stało pucasowi solą w oku. Dopiero stulecia później Niedźwiedzica znalazła własne miejsce na ziemi, zaufała na tyle Królowi, by oddać mu pokłon i ślubować, że pozostanie mu wierna aż do śmierci. Kwestia ta stawała się teraz o tyle łatwiejsza, że jej obietnice dotyczyły po prostu wszystkich wróżek. Na zrozumienie pewnych spraw miał jednak dopiero nadejść czas.
Skinęła sztywno głową na jej pochwałę i Usagi właściwie powinna się cieszyć. Niedźwiedzica nie należała niestety do ośób, które umiały przyjmować komplementy. Och, gdyby spotkały się stulecia wcześniej, być może Mała Lisica miałaby szansę dostrzec rumieniec zdobiący oblicze wojowniczki, teraz jednak kobieta strzelała oczami na boki nie mając pojęcia, jak powinna się w tej kwestii zachować. Prędko jednak skupiła się na tym, co wróżka miała jej jeszcze do powiedzenia i złapała głęboko oddech, bo kwestia, którą Usagi poruszyła, była niesamowicie ciężka. Taillis wiedziała jednak, że nie mogą przejść obok niej obojętnie, że to coś, do czego muszą dążyć, powrót na wyspę, choćby miało to być najtrudniejsze na świecie, choćby miało to kosztować kogoś życie. Niedźwiedzica liczyła się z tym, że nie powróci już do rodzinnej krainy, ale w dużej mierze taki właśnie był los wojowników, nie mogła zatem po prostu protestować.
- Wrócimy tam. Jestem pewna, że znajdziemy właściwą drogę - stwierdziła dość twardo, a później pogoniła niejako Usagi stwierdzając, że mogą zacząć za chwilę zwracać nazbyt wielką uwagę otoczenia, więc nie ma sensu dalej tutaj sterczeć. Musiały dotrzeć do domu czarownika, gdzie na pewno będą o wiele bezpieczniejsze.

//z/t x2 <3 ?
Don't know where to go
Don't know where to go
Don't know if I should
Don't know if I could
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo