Shadows of York Strona Główna


Poprzedni temat «» Następny temat
Clifford's Tower
Autor Wiadomość
Ceris


Ceris Grim

20/21

Czarownik

singiel

sprzedawca w sklepie zielarskim


Angel of Darkness

Wysłany: 2018-12-03, 20:11   
   Xavier, Elvan, Rose
[Cytuj]

Ceris słuchał młodej wilczycy. Ostatnio stał się trochę pokorniejszy, więc z cierpliwością słucha swoich rozmówców.
- To witaj w klubie osób bez rodziców. W sumie mój ojciec żyje, ale jest demonem, więc sama rozumiesz - przyznał.
Wiadome było to, że Grim nigdy nie poznał swojego rodziciela. Poza tym zbytnio nie chciał. Nie miał rodziców co by go wychowali tylko Sierociniec.
- Łooj to nie ciekawie - powiedział.
Gdy usłyszał tekst o innych wilkach chwilę zastanawiał się.
- Powiem Ci, że nie orientuję się w sferach tutejszych wilków, ale znam pewną wilczycę. Może ona coś będzie wiedziała i Ci pomoże. Co Ty na to? - zapytał.
Zawsze taka propozycja jest dobra. Tylko pytanie czy Constance będzie chciała iść z Cerisem. Czy nie będzie się bała... że może coś jej zrobić.
Słysząc dalsze słowa dziewczyny po prostu się roześmiał.
- Phi... nie martw się umiem sobie poradzić w każdej sytuacji. Wychowywałem się w Sierocińcu, więc to ja raczej mogę mieć zły wpływ na Ciebie - przyznał.
Uśmiechnął się do niej pocieszająco.
- To co idziemy? Niedaleko jest taki sklepik z ziołami tam właśnie pracuję z Rose - opowiedział.
[Profil] [PM] [E-mail]
   
 
Constance Llewellyn


Constance Llewellyn - Palmer

14

Wilkołak

Wysłany: 2018-12-04, 18:29   
   Melisandre, Rebekah, Tequilla
[Cytuj]

Czy rozumiała? Nie bardzo..nie wnikała nigdy w świat Czarowników, jakoś nie po drodze jej była nauka. Skupiona bardziej na tym by odnaleźć matkę, a przedtem matka skupiona była na tym by ją przygotować do tego by z wiekiem znienawidziła Nefilim. A dzisiaj, nie musiała o to się martwić. Connie, przekonana była że to wina Nefilim, wszyscy oni byli pisani pod jedną kartę. Przymknęła powieki na moment i spojrzała na chłopaka.
- Sama wskazówka byłaby wybawieniem...
Przyznała z uśmiechem na ustach i już chwilę później skinęła głową podnosząc się. Imię Rose coś jej mówiło, ale co? Nie mogła sobie przypomnieć za bardzo.
- Zatem prowadź.
Dodała by po chwili z uśmiechem na ustach podnieść się z miejsca i skierować z chłopakiem w stronę wspomnianego sklepu z ziołami. Ciekawe, czy ta dziewczyna będzie coś wiedziała na temat Kierana i jego watahy.
zt.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Devana


Devana

1072

Faerie

Stara miłość nie rdzewieje?

Skrytobójca


Wysłany: 2019-05-10, 23:04   
   Opal, Viviane
[Cytuj]

Portaliku, gdzie jesteś?

Była zmęczona Yorkiem. Nie lubiła miasta, kiedy tylko mogła, chowała się w lesie, w parkach, w każdym możliwym miejscu, gdzie dominowała przyroda. Nie zawsze jednak mogła. Tęskniła za domem, za ich światem, za względną normalnością. Choć głośno tego nie mówiła, bo przecież narzekaniem nie odgoni ich problemów. Trudno jej było odnaleźć się w świecie ludzi. A przynajmniej obecnym. Pamiętała, jak wyglądał tych parę wieków temu. Piękne puszcze, ogromne łąki, czyste jeziora i rzeki. Dzikie plaże i nieprzeniknione morze. A w tym wszystkim małe osady, z czasem miasta ciekawskich istotek, które starały się przetrwać w tych brutalnych czasach i to bez magii. Wydawali się tacy słabi. A teraz proszę. Chodzili po tych ziemiach, jakby uznawali się za panów, z królów. Zgarniali coraz więcej, prawie nic od siebie nie dając. Niszczyli naturę.
Spoglądała na nich z góry, z samego szczytu Clifford's Tower. Patrzyła na metalowo-szklane domy, na samochody, na zapatrzone w telefony nastolatki. Westchnęła głośno i usiadła, opierając się o mur. Zatrzepotała smutno skrzydełkami i rozejrzała się po starej budowli. A i tak młodszej od niej. Może to ona już przestała rozumieć? Nie mogła się dostosować do nieuniknionego? Znów westchnęła i uśmiechnęła się smutno do wrony, która postanowiła przy niej przysiąść. Przywitała się z nią uprzejmie i wdała się w pogawędkę. O tym, gdzie łatwo znaleźć jedzenie, o budowie gniazda, o młodych. Życie zwierząt było tak przyjemnie proste. Czy nie lepiej byłoby zostać nim?
Nie, miała obowiązki. Właśnie. Miała się tu spotkać z Marianną, właśnie dlatego czekała w tym zabytku, który kojarzył się jej choć trochę z architekturą z domu. Musieli do niego wrócić.
A to mogło być całkiem łatwe, bo właśnie po jej lewej znajdował się kolejny portal, który dziś udało jej się odkryć. Teraz tylko dowiedzieć się, kto ma klucz. Bo oczywiście Ojciec nie pomyślał, by jeden dać jej. Nawet jeśli tak często chodziła odwiedzać syna, o którym ten dobrze wiedział. Podniosła się, widząc znajomą sylwetkę i uśmiechnęła się, wskazując na odkryte przejście.
- Coraz bliżej powrotu? - zapytała. Dobrze, że udało jej się ogarnąć. Jednak ciągle miała do siebie żal, ciągle przeżywała żałobę, jeszcze do tego nie miała wieści od Eryka. Mimo to wiedziała, że to nie czas. Mieli robotę do wykonania. Duuuużo roboty.
[Profil] [PM]
 
 
Shizhi


Shizhi

717 lat

Czarownik

???

Zabójca


I have no regrets. I don’t regret living any moment of my life. I just have one…

Wysłany: 2019-05-11, 10:22   
   Shizhi i gromada
[Cytuj]

Zostaje czy nie:

Prawda o portalu

z/t
_________________

To an assasin… Having a heart is the same as death. The moment you have a heart… It’s the moment an assassin dies. The so-called heart… Was abandoned a long time ago.
Gość, zrób klik | Notatnik | Warsztat
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Marianne


Taillis

1020

Faerie

Straż


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT

Wysłany: 2019-05-11, 19:42   
   Jonathan
[Cytuj]

#6

Czy Taillis miała dość tego miasta? Miała dość całego pieprzonego świata ludzi, w którym czuła się nie tylko obco, ale również odnosiła wrażenie, że każdy jej krok jest śledzony, że nie ma tutaj dla niej miejsca. Musiała jak najszybciej znaleźć odpowiedzi na to, jak przedostać się do ich domu, musiała wkroczyć tam jak najszybciej, by stanąć twarzą w twarz z Mrokiem, by rozwiązać wszystkie te problemy, z którymi sobie nie poradzili. Nie zamierzała pozwalać, by pozostałe wróżki wkraczały do domu, dopóki nie przekona się, że cokolwiek z niego pozostało i mogą w ogóle myśleć o jakiejkolwiek odbudowie tego, co kiedyś mieli. Była wojownikiem, była niczym taran, była mięsem armatnim i nie zamierzała nikomu pozwolić przekroczyć portalu, nim sama tego nie uczyni. Nie obchodziło jej zupełnie, czy przeżyje, czy może jednak przyjdzie jej zmierzyć się z czymś, co ją pokona, co zmieni ją w pieprzoną krwawą miazgę. Urodziła się po to, by zabijać, tak została wychowana i do tego została powołana, chociaż nie była tak subtelna jak Devana, która była cichą śmiercią, która zabijała i znikała. Nie, Taillis dzierżyła ciężką broń i szła w bój z uśmiechem na ustach nie mając nic przeciwko temu, by całe jej ciało skąpało się we krwi przeciwników, by nią spłynęło, by jej smak pozostał na czubku jej języka. Została wychowana na maszynę do zabijania i nie znała pojęcia strachu, w przeciwieństwie do swojego ojca nie nudziła się życiem, chociażby to miało być niesamowicie jednostajne, choćby nic miało się w nim nie dziać przez dłuższą chwilę. Czasami oddech był potrzebny, ale odbieranie sobie życia było tchórzostwem pierwszej wody. I być może Taillis targnęłaby się na swoje życie, ale tylko wtedy, gdyby posiadała tajemnice, jakie należało zabrać ze sobą do grobu.
Zjawiła się. Była jak zawsze niczym burza, której nic nie mogło zatrzymać i chociaż faktycznie poruszała się nie do końca tak, jak powinna robić to kobieta, to zdecydowanie w tych ziemskich ubraniach mogła przyciągać spojrzenia. Dla niej strój musiał być na tyle wygodny, by w każdej chwili mogła sięgnąć po broń, nic zatem dziwnego, że nosiła płaskie trampki nad kostkę, obcisłe dżinsy i przyległą koszulę, która nie krępowała jej ruchów. Włosy ściągnęła w kucyk pozwalając, by kołysały się pomiędzy jej łopatkami, a przy pasku miała ukryte cienkie ostrze, którym mogłaby posłużyć się w każdej chwili. Zresztą, dla niej równie dobrą bronią byłaby wyrwana barierka albo kawałek jebanej dachówki, dlatego też przemieszczała się przez miasto niemalże z drapieżną pewnością, że ze wszystkim sobie poradzi i dokładnie taka zjawiła się przed swoją siostrą, by zaraz spojrzeć w stronę portalu, który wskazała. Niedźwiedzica uśmiechnęła się czarująco, jak miała w zwyczaju, a jej niebieskie oczy zabłyszczały mocno.
- Tak - rzuciła cicho i wsunęła dłonie w kieszenie dżinsów, by zakołysać się po chwili na palcach jak mała dziewczynka. - Potrzebujemy kluczy, Dev, ty na pewno o tym doskonale wiesz. Pytanie, czy taki masz - dodała spoglądając na nią z uwagą. Nie chciała od razu wyskakiwać z tym, że układała się z pewnym czarownikiem, chociaż podejrzewała, że będzie musiała się do tego przyznać siostrze, tym bardziej, że istniało duże prawdopodobieństwo, że to nie zakończy się na tej jednej rozmowie. W końcu miała z nim zawieszoną w przestrzeni umowę. Nie chciała o tym mówić głośno, ale być może Erik mógłby również jakoś pomóc. Jakkolwiek.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Devana


Devana

1072

Faerie

Stara miłość nie rdzewieje?

Skrytobójca


Wysłany: 2019-05-14, 01:23   
   Opal, Viviane
[Cytuj]

To, że musieli wrócić do domu, nie podlegało dyskusji. Nie po to mieli przecież własny wymiar, by wszystkie wróżki miały się gnieździć razem z ludźmi. Po coś jednak odgradzały się od nich te wszystkie lata, czasem ciekawsko tu zaglądając, jednak nigdy nie planując się tu przenieść. Był właśnie jednak problem. Co zastaną w Faerielandzie? Ruiny? Gruzy? A może sam pył? Znalezienie drogi do domu rzeczywiście było ważne, ale jeszcze poważniejszą kwestią było przywrócenie go do stanu używalności. A to... Mogło ich na obecną chwilę przerosnąć. Tak. Miała wrażenie, że by móc wrócić do siebie będą musieli zmierzyć się z Mrokiem twarzą w twarz. Tym samym Mrokiem, który tak łatwo pokonał ich Króla. I cholera nie wyglądało to za kolorowo.
Musieli się przygotować, a zwiad do ich świata rzeczywiście był pierwszą rzeczą na liście do zrobienia, gdy już uda im się otworzyć którykolwiek z portali. Nie powinni jednak według niej za wszelką cenę pchać się w paszcze ewentualnego zagrożenia. Skoro już zastało wspomniane, że była tą subtelniejszą, według niej powinni stopniowo zając się za sprawdzaniem, jak bardzo zmienił się ich świat pod ich nieobecność i co mogą z tym fantem zrobić. A i spróbować zdobyć stamtąd jak największą ilość broni, artefaktów i innych pomocy. Przynajmniej do takich wniosków doszła przez ten czas, gdy musiała siedzieć na czterech literach, bo ktoś stwierdził, że powinna odpocząć. Aj nie. Ona musiała działać. Myśleć, planować, i działać. Problem jednak w tym, że czuła się źle, nie mając komu tych planów przedstawić, by mógł zadecydować, czy według nich będą postępować. Brakowało jej kogoś, kto cholera da jej rozkaz i powie, co ma robić. I tak jak Maria narzekała, że Król i Oinari dali jej dokładne instrukcje, które ją zobowiązywały, tak Devana, nie miała nawet tego. Irytujące.
Niedźwiedzica rzeczywiście była niczym taran. Parła naprzód, nie zauważając nawet, że zdeptała biednego mleczyka, dobrze, że nie ostatniego w tym sezonie. Dev skrzywiła się na to lekko, ale nie każdy miała przecież jej umiejętności słyszenia roślin. Trzeba było też przyznać, że pucas wyglądała w ludzkich ubraniach całkiem przyzwoicie. Dev jednak nie do końca potrafiła się do nich przyzwyczaić. Sama miała na sobie czarne legginsy, luźną, zgniłozieloną koszulę sięgającą jej do połowy ud, w talii ściągniętą szerokim paskiem, na stopach zaś zwykłe skórzane, sznurowane półbuty. Na jednym z ud zaś miała specjalnie przymocowany za pomocą skórzanego paseczka, ukrytego pod wyżej wspomnianą koszulą, krótki sztylet w pochwie, tak na wszelki wypadek. Kij go wie, co za dzicy Łowcy tu latali. Może jakiś się niechcący potknie i na niego nadzieje. Jakoś by po nim nie płakała.
Widać widok portalu nie tylko jej poprawił humor. Dalsze kwestie już ta wesołe nie były.
- Wiem, że potrzebujemy - westchnęła i odgarnęła kosmyk swoich rozpuszczonych włosów za szpiczaste ucho. - Niestety Król był na tyle wspaniałomyślny i mi takiego nie sprezentował, inaczej już byłybyśmy w drodze przez Faerieland - mruknęła, jednak nie dała po sobie poznać, jak bardzo jest zirytowana w żaden inny sposób. - Na pewno jeden ma dowódca Gonu, ale o samym Gonie nagle słuch zaginął i nie ma od nich żadnych wieści - skrzywiła się. - Możliwe, że jeden ma Oinari, ten się jednak szlaja nie wiadomo gdzie. Jeśli chodzi o pozostałe wróżki, na ewentualnego właściciela stawiałabym Catrionę. Król uciął sobie z nią pogawędkę, czuć było, że jej nawet ufa i ją poważa. Pytanie tylko, czy na tyle, by powierzyć jej coś tak ważnego? - spojrzała na siostrę poważnie. - Musimy jednak na wszelki wypadek przygotować plan zapasowy, gdyby jednak wszystkie klucze się pogubiły - bo i zakładała taką możliwość. Jeszcze się okaże, że wszystkie klucze zostały we wróżkowie i tyle z zabawy. Oby jednak lepiej nie.
[Profil] [PM]
 
 
Marianne


Taillis

1020

Faerie

Straż


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT

Wysłany: 2019-05-14, 20:49   
   Jonathan
[Cytuj]

Dom, w kontekście tego, co się tam wydarzyło, brzmiał niesamowicie obco i abstrakcyjnie, jakby mimo wszystko był w głowie Taillis jedynie płonącymi zgliszczami. Co najgorsze, takiego widoku spodziewała się tam w najlepszym wypadku, w końcu widziała na własne oczy wir, widziała również ciemność, jaka pochłaniała wszystko na swej drodze, co być może w innych okolicznościach uznałaby za zjawisko zadziwiająco efektowne i intrygujące, ale na pewno nie wtedy, kiedy Mrok pochłaniał łapczywie jen własny świat, jej ostoję, jej schronienie i wytchnienie od tego zasranego świata, który Przyziemni uczynili sobie podległym i zniszczyli go bezpowrotnie. Niedźwiedzica pamiętała go dobrze z czasów, gdy był jeszcze dość dziki i przypominał nawet miejscami to, co mogła oglądać w krainie wróżek, teraz jednak bym zbiorowiskiem śmieci i męczącego betonu. I tylko Przyziemni się nie zmienili, tak samo zapatrzeni w siebie, w swoją chciwość, wojenki, pragnienia i pożądanie. Nie zamierzała tutaj zostawać na stałe i nie sądziła, by chciała tego jakakolwiek inna wróżka.
Jeśli Devana potrzebowała kogoś, kto by jej wysłuchał, to właśnie ta osoba się zjawiła. Nie była co prawda geniuszem taktyczny, czy coś podobnego, a obecnie wychodziła z założenia, że jakieś niepewne zwiady iluś wróżek to chujowy plan, bo do wejścia w to bagno nadawał się wojownik, który w razie problemów poniesie śmierć. Lepiej stracić jednego, niż kilku i na dokładkę nie otrzymać żadnych informacji, aczkolwiek ich brak również był wiadomością, wręcz jaskarwo bijącą kolorami po oczach, która krzyczała, że w ich domu jest w chuj niebezpiecznie. Niedźwiedzica nie bała się tego, co mogła tam znaleźć, właściwie nie bała się chyba niczego, a to, jak wiadomo, było domeną głupców. Można było również spokojnie powiedzieć, że Taillis zaliczała się do tych jednostek, które nie wiedziały, że coś jest niemożliwe do wykonania, więc najczęściej po prostu to robiły, nie zwracając na nic uwagi. Prawdą było również to, że była niczym taran. Maszerowała niczym żołnierz, nie bacząc w ogóle na to, że z uwagi na swą płeć i budowę ciała została powołana raczej do czegoś innego. Nie zamierzała teraz skupiać się na innych aspektach swej natury, aczkolwiek zagubienie, gniew i wszystko, co się z tym wiązało powodowało, że narastało w niej niezaprzeczalnie napięcie, Devana nie powinna się zatem zdziwić, jeśli jeszcze tego samego wieczoru dowie się, że jej siostra poszła znowu w jakieś tango. Tak czy inaczej - nie, nie zwróciła również uwagi na kwiatek, w okolicy pewnie pełno takich, a ona umiała rozmawiać z roślinami tylko wtedy, gdy potrzebowała ich osłony, każde inne stękanie kwiatków było jej obce.
- Kurwa - burknęła nad wyraz elokwentnie, kiedy Dev oznajmiła jej, że nie posiada klucza i zmarszczyła delikatnie nos. Słuchała tego, co jej siostra ma do powiedzenia, a potem westchnęła ciężko dochodząc do wniosku, że musi podzielić się z nią kwestiami, które już udało się jej ustalić oraz przedyskutować możliwe opcje. To nie było coś, co Taillis lubiła, ona kochała działać, iść na przód, być w ruchu. Co zatem jej pozostawało? Tropienie, szukanie i pilnowanie, w tym wypadku portalu, królewskich dzieci i pewnego gówniarza, żeby nic im się nie stało. O innych wróżkach nie wspominając, a upilnowanie ich, podczas gdy rozleźli się po Yorku jak zaraza, było w chuj trudne. Wykonalne, ale wkurwiające.
- Pomówisz z Catrioną? Ja znajdę twojego brata, co nie powinno być trudne, skoro zostawił mi jego - rzuciła machając niecierpliwie dłonią w stronę chowańca, który chyba jej nie lubił, ale wypelniając powierzone mu zadanie, wędrował z tą szaloną wróżką. - Chuj wie, gdzie jest Gon... Znasz chociaż jednego z nich? Bo ja jakoś chyba nie miałam okazji, ignorują mnie, zasrańcy. W każdym razie znalazłam... Kogoś, kto za odpiednią opłatą być może pomoże nam, jeśli utkniemy w czarnej dupie. To znaczy w większym głównie niż teraz. I widziałam się z gówniarzem, załatwiłam dla nas miejsce do spania u tego jego... przyjaciela - parsknęła na ostatnie słowo i pokręciła lekko głową dodając, że mogą się tam wybrać właściwie od razu. Wspomniała też o rozmowie z Sigyn i zapewnieniu, że im pomoże, co w jakiś sposób ją nawet uspakajało, aczkolwiek i tak wolała wybrać się z Devaną w jakieś mniej konfliktogenne miejsce. Oczywiście, o ile ta by chciała, bo w przeciwieństwie do jej brata nie mogła jej zaczarować i zapakować na plecy, żeby zabrać ze sobą.
  
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Devana


Devana

1072

Faerie

Stara miłość nie rdzewieje?

Skrytobójca


Wysłany: 2019-05-15, 21:51   
   Opal, Viviane
[Cytuj]

Miała nadzieję, że naprawdę nie będą musieli kompletnie porzucać domu, że mimo tego, co tam zastaną, mimo spaczenia, które zapewne było gorsze niż te, które zaatakowało bagna, mimo zastania samych gruzów, uda im się tam wrócić. Dla niej mogli nawet musieć odbudowywać wszytko kamień, po kamieniu, cegła, po cegle, ważne jednak, że byliby u siebie. Że nie byliby na łasce innych, co samo w sobie też było równie irytujące, co brak planu.
Niech przynajmniej Nefilim na razie nie wiedzą o ich sytuacji, bo znając życie albo wykorzystają sytuację i postanowią zrobić im kuku, albo co gorsza, będą chcieli pomóc. A ostatnie czego pragnęła, to by smerfy pakowali się ze swoimi brudnymi buciorami w ich sprawy, jeszcze będę żądać wdzięczności. Chyba już by wolała, by pochłonął ją mrok, ewentualnie Edom, niż wisieć tym samozwańczym obrońcom nie wiadomo czego przysługę.
I w sumie ona jednak nadal wolała zaplanowany zwiad, niż wprowadzenie na żywioł tylko jednej osoby, z którą nie wiadomo co się miało stać. Zresztą, powiedzmy szczerze, wolałaby osobiście przekonać się, jak wygląda sytuacja. A robić to należało powoli. Krok za kroczkiem, badając powoli każdy metr, wyszukują potencjalnych zagrożeń. Nie chciałaby, by Maria poszła tam sama, bez żadnego wsparcia, a już na pewno nie chciałaby, by od razu musiała mierzyć się z ewentualnym niebezpieczeństwem, na które nie byliby w żaden sposób przygotowani i by tam zginęła. Devana więc kategorycznie chciała zakazać siostrze przechodzenia samej przez portal. W sumie dobrym pomysłem byłoby może wpuszczenie na początku jakiegoś zwierzątka, najlepiej z przywiązanym sznurkiem, co by ewentualnie sprawdzić, czy we wróżkowie w ogóle panują jeszcze warunki do życia, a nie zabije ich na przykład płonąca lawa, czy brak tlenu. Tak, to mógłby być całkiem niezły plan, patrząc, że owego zwierzaczka mogłaby przesłuchać. Dobrze, że jej chowaniec siedział sobie spokojnie w lesie i pilnował jej szałasu, bo zapewne nie spodobałaby mu się chwilowa myśl wróżki, kto by mógł owym pionierem być.
I tak, rzeczywiście, chód Marianny był troszeczkę pozbawiony gracji, co nawet Dev rzucało się w oczy. Wiedziała jednak, że i tacy ludzie są potrzebni. Twardzi i nieustępliwi, chociaż czasami mogliby trochę pomyśleć nad tym, co robili. I nie deptać kwiatków, bo te zdeptane były miej chętne do dzielenia się informacjami. Driada żyła po prostu w świecie kwestii niezwykle delikatnych i też owej delikatności wymagano od niej. Dopiero po jej zastosowaniu mogła brutalnie wbić komuś sztylet między żebra. Chociaż dosypanie czegoś do ulubionego trunku także było całkiem skutecznie, a czasem wymagało jedynie uśmiechu i miłego słówka.
Marianna swoją wypowiedzią skwitowała także myśli Dev. Tak, sytuacja z brakiem klucza była naprawdę niekorzystna i w sumie mało było opcji, jak ją naprawić. Albo będzie ktoś tak kochany i ów klucz im da, albo będą musiały go wydusić od kogoś siłą (lub wykraść). Albo stworzyć, co było jednak ponad umiejętności Dev, która jeśli chodzi o artefakty, to wiedziała tylko tyle, że istnieją i bywają pomocne. I w sumie tyle.
Widać bez dyskusji jednak się nie obędzie.
Skrzywiła się na prośbę o porozmawianie z córką Królowej, ale czego się nie robi dla własnej rasy, prawda? Może kobiecie nie ufała, może nie przepadała za nią za bardzo, ale trzeba było to zrobić.
- Mogę pomówić - skwitowała, uśmiechając się do chowańca brata i spróbowała się z nim przywitać, docierając do jego umysłu, po czym wyciągnęła rękę, przekazując, że jak chce zostać pogłaskanym, to ona chętnie zaprasza. Widać nie dostawał zbyt dużej ilości czułości od jego obecnej opiekunki, a tak takich uroczych stworzonek nie można było traktować!
Gon, oj ciekawa to była kwestia.
- Gon mijałam parę razy, czasem nawet z nimi pracowałam, ale nigdy nic zbyt zażyłego - w końcu ona rzadko wchodziła w głębsze relacje, czego więc się było spodziewać? Uniosła za to brewki na wspomnienie o tajemniczym jegomościu, co może im pomóc. Czyżby inna rasa? Aż ją Maryś zaskoczyła.
- Kto? - padło krótkie, acz znaczące pytanie. W końcu okłamać ją siostrzyczka nie mogła, tak jak ona jej. Potem jednak straciła tym większe zainteresowanie, bo w końcu dowiedziała się, że pucas widziała się z jej synem.
- Wszystko z im dobrze? Jak przyjął wieści? Co mu mówiłaś? - pytania, ale wolała wiedzieć, czy musi syna o czymś poinformować. - Ach, tego przyjaciela - zrobiła dziwną minę i spojrzała wymownie na Tai. Oj, Dev już coś wiedziała o tym przyjacielu i w sumie całkiem sporo widziała. - To Jonathan, znam go z dawnych czasów, chociaż tego Lennan akurat nie wie. Tak czy siak, dobrze wiedzieć, że mamy jakiś azyl - bo ufała czarownikowi, a w sumie gdzie indziej miały iść, tym bardziej że Eryk nadal nie odpowiadał na jej widomość, co ją bardzo niepokoiło. Nawet na chwilę odbiło się to na jej twarzy, by po chwili zniknąć, zastąpione przez powagę i gotowość do działania.
[Profil] [PM]
 
 
Marianne


Taillis

1020

Faerie

Straż


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT

Wysłany: 2019-05-18, 20:06   
   Jonathan
[Cytuj]

Nie, Niedźwiedzica nie brała pod uwagę tego, że mogli stracić swój świat na zawsze. Tym bardziej nie brała pod uwagę tego, że mieliby prosić o pomoc Clave, Łowców, czy kogokolwiek innego, chociaż przecież sama układała się z czarownikiem. Mimo wszystko była już prędzej gotowa do tego, by sięgać po ich wiedzę magiczną, niż biegać do tych skurwysynów, wśród których właściwie przymusowo przebywał jej siostrzeniec. Od lat zastanawiała się, jak miałaby go namówić do powrotu do domu, bo przecież sama zaszczepiła w nim poczucie obowiązku, nic zatem dziwnego, że trwał w tym Instytucie jak jakiś pieprzony kołek w płocie, a teraz - nawet Taillis zdawała sobie z tego sprawę - był narażony na niebezpieczeństwo z powodu ich obecności w Yorku. Nie wątpiła w to, ze Devana się o niego martwiła, biorąc zaś pod uwagę jej zachowanie, domyślała się również, że myśli o tym swoim potomku demona, którego Niedźwiedzica nie miała jeszcze okazji spotkać i cały czas zastanawiała się, czy aby na pewno ma na to ochotę. Owszem, kochała siostrę, ale to nie oznaczało automatycznie, że ma również darzyć sympatią jej wybranka, najwyżej będzie mu wtykała noże do dupy, jeśli ją za bardzo wkurwi. Nie chciała jednak, by Devana się martwiła i smuciła, bo w końcu nie o to tutaj chodziło. Musiała poza tym być silna, by mogli naprawdę iść na przód, nie chciała, by spotkała ją jakaś krzywda, a na pewno rozważania na temat tego, co się działo, nie pomagały jej do końca w skupieniu się na celu. Zamartwiała się, bez dwóch zdań i właśnie z tego powodu Taillis uważała, że musi przejąć nieco stery, pokierować nią, postawić przed faktami dokonanymi albo też powiedzieć jej, że ma zrobić to czy też tamto. Nie była co prawda Królem ani Oinarim, ale jakoś musiała sobie poradzić, czyż nie?
Tutaj się różniły, ale to pewnie z uwagi na to, że Niedźwiedzica była zdecydowanie pierwsza do bitki i do zapitki. Nie bała się, szła w oko cyklonu śmiejąc się radośnie i trzymając mocno broń, w czasach, gdy wędrowała po Europie skróciła o głowy niezliczoną rzeszę ludzi, a Mrok stanowił dla niej jedynie kolejnego przeciwnika. Owszem, można było zatem spokojnie powiedzieć, że była dość naiwna i głupia, ale nikt nigdy nie mówił, że Taillis zaliczała się do niesamowicie błyskotliwych jednostek. Była siłą, taranem, była potęgą, którą trudno było zatrzymać, gdy już raz została wprawiona w ruch, a teraz nabierała prawdziwego rozpędu. Gdyby Mrok był tylko w jakikolwiek sposób spersonalizowany i namacalny, bez wątpienia wpakowałaby mu topór między oczy i posłała do diabła, gdzie było jego zasrane miejsce. Powinna się pewnie bać, ale tak nie było. Nie bała się chyba nawet śmierci, a tego nie obawiają się jedynie szaleńcy. Była jednak zbyt stara na to, by pierdolić się w tańcu, a skoro już otrzymała jakiś cel, to nie zamierzała obchodzić go bokiem, tylko do niego dążyć, chociażby po trupach. I w tym właśnie zawierał się również jej skrajny brak subtelności, jej twardość i niedostępność. Nawet Deana nie widziała jej nigdy płaczącej, dlatego też jej syn mógł czuć się w pewien sposób wyróżniony. Niedźwiedzica czuła jednak, że może przy nim pozwalać sobie na te chwile słabości powodujące, że pewnie była jednak bardziej kobieca, bardziej ludzka, niż można było przypuszczać po jej codziennym sposobie bycia.
- Dobrze - stwierdziła zatem nie zamierzając dalej ciągnąć tego tematu, a później sapnęła wściekle, jak przystało na niedźwiedzia. Skoro żadna z nich nie wiedziała, co z Gonem, jak mogłaby ich znaleźć? Zapytać Oinariego? Być może on coś wiedział albo słyszał. Albo Catriona? Z Bevinem nie zamierzała się zadawać, bo dupek żołędny i tak nie udzieliłby jej żadnej sensownej odpowiedzi. Kto mógłby jej jeszcze pomóc? Czy Nimat posiadała taką wiedzę?
- Hm? Czarownik - burknęła skupiając się prędko na tym, co mówiła Devana, bo nie chciała jakoś intensywnie wdawać się w pogawędkę dotyczącą jej osobistych umów, chociaż obawiała się, że siostra i tak uczepi się tego jak rzep psiego ogona. - Znośnie, wydaje mi się, że... Czuje do nich niechęć i chyba nie życzy im najlepiej. Wiesz, co to może oznaczać. Z tego co wiem mieszka u tego, jak mu tam, więc będziesz mogła porozmawiać z nim sama i przekonać się, jak się ma i czy jest bezpieczny - rzuciła jeszcze uważniej przyglądając się Devanie, po czym odetchnęła nieco głębiej. -Może jego też nie ma tutaj... - dodała kręcąc nieznacznie nosem. Musiała jednak jakoś ją pocieszyć, czy coś.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Devana


Devana

1072

Faerie

Stara miłość nie rdzewieje?

Skrytobójca


Wysłany: 2019-05-20, 00:36   
   Opal, Viviane
[Cytuj]

Dev wolała brać każdą możliwą opcję pod uwagę i na każdą z nich przygotować po dwa, czy tam trzy palny, w razie, gdyby jebło jeszcze coś więcej. A powiedzmy szczerze, potencjał był spory, patrząc, że Mrok nadal wesoło sobie hasał i nikt nie miał pojęcia jak go powstrzymać. Nawet Dev nie wpadała jeszcze na konkretny pomysł. Iskra. Jak bardzo pragnęłaby ją odnaleźć, wskrzesić i uspokoić szalejącą potęgę. Na razie jednak nie wiedziała, jak miałaby się za to zabrać. I miała ważniejsze problemy do rozwiązania. Przeżyć. Zjednać się. Ochronić innych. Przypadkowo rzucić Bevina na pożarcie wiwerną. Wróć, to ostatnie mogło poczekać. Może jeszcze sie do czegoś przyda jako mięso armatnie.
Sprawa Lennana, który został przez Dev skazany na Instytut, nie była prosta, ale wiedziała, że tak musiało się stać. Miała wrogów. Wielu, którzy widząc tak bezbronną istotkę przy jej boku, od razu by to wykorzystali. Musiała chronić syna, a wysłanie go do Instytutu dawało mu szansę do uniknięcia śmierci z rąk innych wróżek. Choć wystawiało na jeszcze inne niebezpieczeństwa. Starała się jednak przygotować go, jak tylko mogła, starała się go ciągle wspierać i chronić, choć wolałaby, by mógł być zwykłą wróżką, tak jak ona czy Tai. Tego jednak nie mogła zmienić.
Dev owszem, martwiła się, jednak wracała powoli do formy, przez co znów odzyskiwała umiejętność rozdzielania uczuć i problemów osobistych od zadań, które przed nią stały. Dlatego szybko przechodziła ze stanu emocjonalnego, do stanu pełnego skupienia i maski obojętności. Chociaż w drugą stronę też szło to równie szybko. Urok ostatnich wydarzeń, denerwowało ją to, ale walka z samą sobą nigdy nie jest łatwa.
I w sumie dla Dev Mrok też był kolejnym przeciwnikiem. Ona jednak nie widziała ich jako gromadę takich samych jednostek na polu walki. Nie, ona do każdej ofiary, do każdego oponenta podchodziła oddzielnie. Starała się o nim dowiedzieć jak najwięcej, brała pod uwagę jego słabości i zalety, sprawdzała, gdzie najlepiej uderzyć, a za które sznurki nie pociągać, by nie pogorszyć sprawy. Wchodziła w jego skórę, zaczynała go rozumieć, by wiedzieć. jak zniszczyć. Przez to Mrok wydawał jej się tak bardzo trudny do zaakceptowania jako coś, z czy mieli się mierzyć. Nie pomagał brak informacji, który musiała uzupełnić o coś wartościowego. Temu musieli porozmawiać z innymi.
Sytuacja z Gonem była dość patowa, nie miała teraz co na to poradzić. Mogła jedynie zgadywać, że gdzieś się zgromadzili lub zginęli, albo jeszcze gorzej. Chociaż nie wiedziała, czym mogłoby być to gorzej. I chyba nie chciała się przekonać.
O proszę, jej siostrzyczka współpracowała z fioletem z własnej, praktycznie nieprzymusowej chęci? Widać, że świat sie kończył, bo Dev nie spodziewała się czegoś takiego doczekać.
- Poprosiłaś o pomoc czarownika? - jej brwi uniosły się jeszcze wyżej. Oj, miała idealną okazję, by się trochę poznęcać, nawet jeśli byli w patowej sytuacji. Niektóre rzeczy się po prostu nie zmieniają.
- Będę musiała sama z nim porozmawiać - stwierdziła o swoim synu. A przede wszystkim chciała go zobaczyć na własne oczy całego i zdrowego, tak dla uspokojenia swoich nerwów. Jeszcze brakowała, by coś jemu się stało, uznałaby to chyba za jakiś spisek przeciwko jej osobie. I biada temu, kto by to wymyślił. Potem jednak zmarszczyła brwi, bo wyrwana z pewnych myśli nie załapała wątku.
- Kogo nie ma? - zapytała, spoglądając na Marię swoimi szarymi oczami.
[Profil] [PM]
 
 
Marianne


Taillis

1020

Faerie

Straż


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT

Wysłany: 2019-05-20, 19:25   
   Jonathan
[Cytuj]

Plany, zgodnie z tym jak zapatrywała się na to Taillis, miały to do siebie, że klasycznie się pieprzyły. Widziała już dostatecznie wiele w życiu by wiedzieć, że na wojnie najczęściej szło się na żywioł, chyba że miało się ponad sobą niesamowicie przemyślnego stratega, który był w stanie zaplanować więcej ruchów i posunięć, niż to możliwe. W sytuacji, w której znajdowali się obecnie, Niedźwiedzica nie widziała sensu w zakładaniu tego, czy tamtego, tutaj po prostu działało się zgodnie z tym, co nagle się pojawiało, nie pytało się o nazbyt wiele i szło na przód. Jedyne, czego była pewna, to tego, że nie mogą się teraz w żaden sposób zatrzymać, bo z tego nie wyniknie nic dobrego. Odnosiła wrażenie, że część z nich zaczęła już ściągać na siebie uwagę okolicznych mieszkańców, a to było ostatnie, czego Taillis sobie życzyła. Sobie i pozostałym wróżkom, bo nie było tajemnicą, że wszystko to stanowiło zagrożenie dla całej ich rasy. I, jakkolwiek by na to nie patrzeć, jakakolwiek by nie była prawda, dla Niedźwiedzicy jej siostrzeniec nie był żadnym głupim półaniołem, nawet jeśli tak twierdziła jego krew. Dlatego też wierzyła, że pewnego dnia jeszcze do nich powróci. Z jej własnym dzieckiem sprawy miały się zupełnie inaczej, a ponieważ nie była chyba najlepszą matką, wierzyła jedynie, że zgodnie z jej wychowaniem dziecko to posiada dostatecznie twardą dupę, by mierzyć się ze światem niezależnie od tego, gdzie właśnie wylądowało.
W przeciwieństwie do Devany, Taillis żałowała po prostu, że nie może wpakować w Mrok topora i w ten sposób rozwiązać ich wszystkich problemów. Być może dałoby się go spopielić albo utopić, kto wie. Musiałaby to sprawdzić, ale żeby do tego doszło, należało wrócić do ich świata. Choć, jak przekazał jej Lenn, i to nie było aż tak koniecznie potrzebne. Należało zatem działać szybko i nie zastanawiać się po sto razy co dalej, bo inaczej utkną w martwym punkcie, a to, co ich prześladowało, postanowi spożyć ich na śniadanie.
- Zawarłam z nim układ – sarknęła wściekle, co jasno pokazywało, jak jej ta sprawa wadziła. Wiedziała jednak, że mimo najszczerszych chęci z pewnymi kwestiami nie była w stanie poradzić sobie sama. Ani ona, ani Devana, ani inne wróżki. To zaś powodowało, że kręciła teraz nosem. Poza tym była nadal zła na siostrzeńca, o czym wspomniała burkliwie swej rozmówczyni.
- Nie spodoba ci się to, co gówniarz zrobił. Powiadomił tę bandę… świętych niejebliwych, że kręcimy się pod ich nosem. Podobno mają zostawić nas w spokoju, ale nie ufam im. I temu, że zostawią go w spokoju po tej informacji. Poza tym Lenn przyznał, że w Yorku jest Mrok – wyburczała groźnie jeżąc się dość mocno. Pętla dookoła ich szyi zacieśniała się dość mocno, nie mogła jednak pozwolić na to, by splot wbił się w skórę. Jeśli jakiś Nefilim wejdzie jej w drogę i tak zapewne skończy z rozszarpanym gardłem, bo nie zamierzała z nim dyskutować. Uważała jednak, że Devana powinna zastanowić się ponownie nad ukryciem syna. Tym razem przed Łowcami.
- Erik. Skoro nie ma tego drugiego, to może część z nich poszła… coś robić – dodała, co chyba miało być jakąś formą pocieszenia.
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Devana


Devana

1072

Faerie

Stara miłość nie rdzewieje?

Skrytobójca


Wysłany: 2019-05-21, 12:56   
   Opal, Viviane
[Cytuj]

Oh, plany uwielbiały się pieprzyć, to Dev wiedziała aż za dobrze, mimo to zawsze wolała się przygotować, ustalić kilka wersji postępowania, tak by w razie czego sięgnąć po jakiś w miarę gotowy tok postępowania. Tego była uczona od bardzo dawna, to dawało jej poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a i w sumie było tak naprawdę potrzebne. Szczególnie jeśli było się całkiem niezłym strategiem.
Bo owszem, ze strony zwykłego żołnierza woja była chaosem. Była wielką gromadą ludzi, którzy starali się zabrać ze sobą jak najwięcej trupów po stronie przeciwnej, samemu jednocześnie nie dając się ubić za szybko. To żołnierze musieli podejmować decyzję na poczekaniu, gdy otoczeni byli rzez jednostki, które żyły własnym życiem i czasem potrafiły zrobić coś, co zaskakiwało.
Dowództwo jednak patrzyła na to inaczej. Widziało całe oddziały, widziało liczby, a nie ludzi, widziało teren, który mógł dać przewagę, lub spisać na straty. Ono planowało. Ono prowadziło wojska tam, gdzie miały się zetrzeć z wrogiem, ono szukało warunków, które dałyby przewagę. Musieli planować, musieli brać pod uwagę masę czynników, transport, surowce, opiekę nad rannymi, straty i ich uzupełnienie. Właśnie tego Dev uczyła się między innymi od ojca i jego dowódców, właśnie w tym nie raz pomagała, gdy skończyły się dla niej przydziały do cichego pozbywania się zagrożenia.
Zresztą nie tylko na wojnie liczył się plan. Każde jej zadanie musiało zostać dokładnie zaplanowane, musiała wiedzieć, jak podejść ofiarę, jak trafić w słaby punkt.
Nie wiedziała jeszcze, czy walka z Mrokiem była bardziej wojną, czy właśnie dążeniem do zdjęcia jednostki, była jednak pewna, że zanim podejmą działanie, musieli wszystko przemyśleć. A patrząc na to, że zaraz okaże się, że ów Mrok wesoło hasa sobie po Yorku, mieli na to nie za dużo czasu.
Marianna mogła się uważać za średnią matkę, ważne jednak, że się starała, y swoje dziecko wychować. Dev miała po prostu to do siebie, że nie potrafiła do końca puścić Lennana luzem i ciągle chciała go pilnować. Po prostu była tym rodzajem matki, która się martwiła na każdym kroku, zresztą nie tylko o własne dziecko, ale o każdą istotę, z którą nawiązywała bliższą więź.
Pomoc czarowników zapewne im się przyda, zresztą z wszystkich ras to właśnie fiolety chyba jako jedyne byłe im w stanie pomóc, wróć, jako jedyne były im w stanie pomóc, a wróżki nie miały ochoty ich rozszarpać. Dev osobiście lubiła także wilkołaki, ale te raczej nie znały się za bardzo na tajemniczych, pradawnych istotach, które lubiły się w mordowaniu wszystkiego wokół.
- Każdy czarowni po naszej stronie to dobra wiadomość - wzruszyła ramionami, mając nadzieję, że siostra w tym układzie jednak nie wyjdzie na minus, gdy dojdzie co do czego. Mimo to w miarę ucieszyły ją te wieści, razem z wiedźmokami mieli większe szanse, niż gdy działali zupełnie sami. Bez domu. Zapasów. I tak dalej.
Chwila, chwila. Co jej syn zrobił? Na chwilę jej oczy zabłyszczały wściekłością, wzięła jednak wdech, przymknęła powieki i zacisnęła mocno szczęki.
- A myślałam, że Lennan jest inteligentny. Co mu do głowy strzeliło?! Łowcy mogą sobie mówić, co chcą, ale znając życie, przy pierwszej lepszej okazji wbiją nam sztylet w plecy i zatańczą nad naszymi truchłami - zmarszczyła brwi, wyraźne zirytowana. Widocznie jej syn nie rozumiał, nie wiedział, jak to było. Był młody, nie widział wszystkiego, długo siedział pośród Nefilim. Nie czuła jednak, by zrobił dobrze. Jeszcze gorzej, że Mrok zawitał także tutaj. - Trzeba będzie ostrzec resztę o Mroku. Okazuje się, że chyba nigdzie nie jest już bezpiecznie - spojrzała hardo na Tai. Tym bardziej musieli się zjednoczyć i działać. Zarówno by odzyskać dom, jak i pokonać niebezpieczeństwo. I to jak najszybciej, bo już zaczynała czuć oddech niebieskich na karku.
Słowa o Eriku... Sama nie wiedziała, czy jej pomogły, czy jednak wzbudziły większe obawy. Znów zacisnęła szczęki, jednak uśmiechnęła się słabo.
- Widocznie coś ważnego mogło ich zatrzymać. Pewnie Eryk da znać, jak tylko skończą - kiwnęła głową, ścisnęło ją jednak w sercu. Nie teraz. Najwyżej wyśle koleją wiadomość. Może tamta się zagubiła?
[Profil] [PM]
 
 
Marianne


Taillis

1020

Faerie

Straż


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT

Wysłany: 2019-05-23, 21:25   
   Jonathan
[Cytuj]

Pod tym właśnie względem bardzo się różniły. Zostały jednak odmiennie wychowane i podczas gdy Devana zajmowała się nauką strategii, planowania, gdy uczestniczyła w naradach, Taillis prowadziła innych do boju, nosiła chorągwie i nacierała w bezpośrednim ataku z całą swą mocą. Nie raz i nie dwa kręciła nosem na to, co mądre głowy sobie zaplanowały i podejmowała decyzje w trakcie natarcia widząc i czując to, co dookoła niej właśnie się działo. Była wychowana w ogniu walki, w posoce i ogniu, nie było tutaj miejsca na przemyślenie posunięć strategicznych, na to, jak ustawić chorągwie, gdzie co umieścić, gdzie kogo skryć, a gdzie kim rzucić. Dla niej jedyne co się liczyło, to chwila, w której sięgała po broń, potem zaś rozpoczynał się przedwieczny taniec, który prowadził ją coraz dalej i dalej, a ona nie znała słowa dość. Mięśnie mogły drżeć i płonąć ze zmęczenia, a ona stała w kałuży krwi zwiastującej zwycięstwo. Była wojną samą w sobie i trudno powiedzieć, czy byłaby w stanie nauczyć się teraz czegokolwiek mądrego, choć kto wie, być może wniosłaby wiele świeżości do teoretyzujących głów, które nie raz i nie dwa w dupie były i gówno widziały.
Mrok zaś, czymkolwiek by nie był, traktowała jako kolejnego przeciwnika, którego musi skrócić o przysłowiową głowę. Nie bała się jakoś szczególnie mocno, była gotowa do tego, by się z nim potykać, by walczyć, by mierzyć się z tym, co nieuniknione. I, w jakimś sensie, nie liczyło się dla niej to, czy Mrok ma cielesną powłokę i czy można odrąbać mu głowę, ona po prostu była przygotowana na to, by stanąć przeciwko niemu i pokazać mu, na co ją stać, a umiała naprawdę wiele. Była tą, która śmierci kłaniała się w pas i nie miała z tym najmniejszego problemu, dla celów badawczych była nawet skłonna poświęcić siebie, żeby inni uzyskali odpowiedzi na pytania, jak walczyć z tym przeciwnikiem. Trudno zatem powiedzieć, czy była tak mało przywiązana do życia, czy tak bardzo chciała przysłużyć się innym.
- Nie ufam mu. Ani tak do końca Sigyn – powiedziała na to ponownie nieco się jeżąc, ale wiedząc doskonale, że to właśnie z tymi jednostkami powinna się bratać. Mogli im pomóc, mogli posiadać wiedzę na temat jakieś pradawnej magii, przede wszystkim znali się zaś na czarowaniu, to zaś mogło pomóc im wykuć klucze, otworzyć portale i zrobić mnóstwo innych rzeczy, o których Niedźwiedzica nawet nie pomyślała w tej chwili, a które były niewątpliwie potrzebne i co najmniej użyteczne.
- Złamałam mu nos – mruknęła. – Owszem, ma rację mówiąc, że jeśli Łowcy nie będą wiedzieć, to za chwilę zaczną atakować uzbrojone wróżki, ale… Lepiej by było, gdyby dowiedzieli się o tym na innych zasadach. Zirytowałam się nie na żarty. Nie mówiłam mu o tym, że coś się dzieje, że ktoś już nas szuka. Nie tak… dosłownie. Znajdę odpowiedzialnego zdrady i poślę go, gdzie jego miejsce. Boję się tylko, że takich może być więcej – dodała jeszcze, żeby jej siostra miała pełne rozeznanie w temacie, a następnie odetchnęła głębiej. Nie było już za bardzo sensu siedzieć dalej w miejscu, musiała zabrać ją do wskazanego przez Lenna domu, choć z drugiej strony porzucanie portalu też było ryzykowne. Więcej jednak mogły stracić zostając na miejscu marznąc i głodując, niż zajmując się czymś pożyteczniejszym.
- Na pewno. A teraz chodź, zabiorę cię do… no, do Lenna, niech będzie. Nie ma po co grzać tu tyłków – zakomunikowała kiwając nieznacznie głową w stronę Devany i jeśli ta nie miała żadnych przeciwwskazań, to skierowała się w stronę, gdzie stał dom pewnego czarownika.

z/t :3c?
[Profil] [PM] [E-mail]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Shadow York @ 2018
Kody i szatę graficzną wykonała Altharis Martell
Za pomoc również dziękujemy Yinowi.

Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
Witaj nieznajomy







Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 10