Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
#1

Mimo wszystko był zmęczony. Nie spodziewał się ogólnej miłości, radości i fajerwerków, ale nie przypuszczał również, że zgromadzenie tak wielkiej liczby czarowników i ustalenie z nimi jakiegoś konstruktywnego planu będzie tak trudne. Nigdy nie wpadłby również na to, że jednym spośród dzieci demonów, na które przyjdzie mu patrzeć, będzie jego własny, przybrany ojciec, z którym rozstał się już całe stulecia temu. Widać jednak los lubił płatać każdemu figle i tym samym Jonathan ponownie spotykał się z tymi, których być może podświadomie uważał już za zaginionych. Dodatkowo musiał teraz stawić czoła kolejnym problemom i zadaniom, jakie sam na siebie narzucił, tak samo jak i na innych czarowników, i liczył na to, że w obliczu problemów, jakie nagle się przed nimi pojawiły, nie zaczną nagle marudzić i uciekać. Tak czy inaczej czekał ich dość trudny czas, trzeba było zacząć pracować, myśleć o przyszłości, trzeba było również schować honor do kieszeni, jeśli chciało się bezpiecznie ruszyć na przód. Jonathan miał również nadzieję, że teraz, kiedy wrócił Craig, Opal poczuje się jednak lepiej i zdoła wziąć się naprawdę w garść. Poza tym, jakkolwiek by na to nie patrzyła, powinna zastanowić się, czy nie dobrać sobie kolejnego zastępcy, bo Erik nadal nie dawał znaku życia. Zniknął. A Jonathan z pewnym zaniepokojeniem zastanawiał się, dokąd właściwie mógł udać się jego przyjaciel, tym bardziej, że o niczym nie powiadomił Devany.
Czarownik odetchnął głęboko i przysiadł na stole, który stał na środku pracowni, po czym przesunął opuszkami palców po chropowatej powierzchni sporej rzeźby, za którą zabrał się na krótko przed swoim zniknięciem. Nie miała jeszcze właściwie żadnego konkretnego kształtu, trudno zatem było powiedzieć, z czym ma się do czynienia. Dookoła niego znajdowało się całkiem sporo skończonych prac, obrazów, szkiców, rysunków i rzeźb, które chwilowo nie miały dla siebie miejsca, ani nie miały właściciela. Uspokajały jednak Jonathana, przynajmniej częściowo, jakby nadawały jego egzystencji jakiegoś sensu, jakby wskazywały na kierunek jakiś działań, na to, dokąd właściwie powinien się udać. Przeczesał palcami włosy i odetchnął głęboko zastanawiając się, czy Lennan zdołał spotkać się z Dyrektorem Instytutu. A przede wszystkim – czy zdołał od niego wyjść. Starał się na razie nie poddawać jakimś paranoicznym myślom, ale to o czym powiedział Królik w czasie ich ostatniej rozmowy powodowało, że czarownikowi wywracał się żołądek. Zawsze uważał, że Łowcy są zaślepieni własną głupotą, a jeśli postąpią faktycznie tak, jak Lennan zakładał, jedynie potwierdzą osąd Jonathana. Nie ufał im i miał ku temu swoje powody, teraz jednak, gdy syn Devany znajdował się w dość krytycznym położeniu, czarownik miał jeszcze mniej chęci do tego, by zadawać się z potomkami aniołów. Musiał jednak to zrobić, skoro chciał dowiedzieć się, gdzie znajduje się Biała Księga. Zgodnie z posiadanymi informacjami, Łowcy byli im coś winni i Jonathan zamierzał to wyegzekwować, niezależnie od tego, jak wielu gładkich słów będzie musiał użyć. Miał jednak nadzieję, że inni nieco mu pomogą w tych dyskusjach, nie bardzo chciał zwracać się z tym do Opal, ale sądził, że jest ktoś jeszcze, kto może odpowiednio go nakierować. To prawda, że od zawsze znał cenę i wagę słów, ale jednocześnie – z całego serca nienawidził Łowców, tych prawdziwych, tępych i ślepych, więc dyskutowanie z nimi na temat Białej Księgi mogło okazać się nie lada wyzwaniem, zwłaszcza zaś w obliczu tego, co mogli zrobić Lennanowi. Mieszanie zaś spraw prywatnych z pomocą własnej rasie, nie było czymś, co naprawdę chciał robić.
Zamknął na moment oczy zastanawiając się, jak powinien to wszystko poukładać. Wiele jednak zależało od tego, kiedy i w jakim stanie wróci Królik. Musiał zapewnić mu bezpieczeństwo, najdłużej, jak było to możliwe. Dopóki Lennan nie miałby potrzeby pójścia do Instytutu, dopóty mógłby się dość swobodnie poruszać, łącznie z prowadzeniem jakiś negocjacji z Łowcami. Jeśli ci nie zechcą mu pomóc, poszuka niewątpliwie innej drogi dowiedzenia się, gdzie szukać Księgi. Pozostawała jeszcze sprawa wróżek, z którymi trzeba było podjąć dalsze rozmowy i dyskusje, ale chwilowo Jonathan nie wiedział, do kogo powinien się z tym wszystkim udać. Devana wyglądała na załamaną, Marianne przemykała jedynie wściekle po domu – z nią nawet nie miał okazji rozmawiać, a Lisica była dość oszczędna w słowach, wycofana i wolała kryć się w ogrodzie. Może powinien powiadomić Królika o tym, że chciałby pomówić z kimś… ważniejszym? Ale co miałby powiedzieć wróżkom? Czuł, że mętlik w głowie zaczyna mu narastać, a to, czego potrzebuje, to zdecydowanie kojąca obecność drugiego mężczyzny, który zdecydowanie powinien był już wrócić z Instytutu. Czarownik zacisnął palce na brzegu stołu i złapał głębszy oddech przypominając sobie uparcie, że uleganie emocjom prowadzi dokładnie w jedno miejsce – do ciemnej dupy z demonami. Nie bardzo chciał tam wracać, więc zamrugał skupiając się ponownie na wszystkim tym, o czym wcześniej rozważał. I czekał.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Wrócił z Instytutu o wiele wcześniej niż przypuszczał. Dodatkowo zdołał odbyć rozmowę z ciotką i wujkiem, po której miał większy mętlik w głowie. Ostatecznie zaszył się w ogrodzie, z daleka od gości, przygrywając sobie na harmonice. Czuł, że przekroczył kolejną granicę, a wraz z tym spalił za sobą jeden z wielu mostów. Dodatkowo śmierć Stormnighta... Nie żałował, ale nie był również dumy z tego. Czy nie tym gardził? Nawet z Jonem miał rozmowę odnośnie zemsty i na czym się skończyło? Zabił za zdradę, ale wiedział, że to tylko puste słowa. Chciał go zabić od pierwszej chwili, gdy odkrył, że tchórz zwiał. Zrobił to ostatecznie i nic się nie zmieniło. Jedna śmierć a czas biegnie dalej...
Kolejne fragmenty melodii rozbrzmiewały wraz z wypuszczanym przez niego powietrzem. Melancholia wdzierała się w każdą nutę przywołując mało przyjemne rozważania. Jeśli pójdzie a emeryturę, co dalej? Wezwą go, gdy przyjdzie do kolejnej wojny, a czuł w kościach, że jest coraz bliżej niej. Jeśli bitwa miałaby toczyć się przeciw Faerie, nie zamierzał tym razem być partyzantem. Stanąłby w szeregach wróżek, albo w ogóle nie wziął udziału w walce. Tak, czy inaczej, byłby zdrajcą. Jednakże wniosek o emeryturę najprawdopodobniej zostanie odrzucony. Wtedy sam zgłosi się o zdjęcie run, a co za tym idzie, będzie zdrajcą. Czy właśnie tym był...? Kogo zdradzał tak właściwie? Samego Boga, w którego miał problem wierzyć? Rasę, której pełnoprawnym członkiem, zdawało się, nigdy nie był? Siebie samego? Retoryczne pytania, niewymagające odpowiedzi, a na które i tak odparłby krótko – nie. Jeśli jednakże zostanie okrzyknięty zdrajcą i dojdzie do zdejmowania run, co wtedy? Ból przy nakładaniu ich był przyrównywany do palenia skóry żywym ogniem. Jak ogromne będzie cierpienie w czasie ich zdejmowania? Podejrzewał, że będzie odczuwać ból zdzierania nie tylko dwóch stałych run, ale także wszystkich dawniej wyrysowanych na skórze. Podobno był to ból niewyobrażalny. Jak słaby okaże się po wszystkim? Będzie wciąż widzieć dzięki krwi wróżek, czy naprawdę jest w niej jej tak niewiele, że aż dziw, iż ma spiczaste uszy?
Przerwał grę, czując, że jeszcze chwila a znów będzie wściekły. Ruszył w głąb domu unikając gości, chcąc odnaleźć Jona. Liczył, że ten jest już w domu, potrzebował go. Miał wrażenie, że w ciągu ostatnich tygodni coraz bardziej wszystko wokół nich się komplikowało. W jakimś sensie jedynie to coś między nimi... swoista umowa... zdawało się być stabilne. Mylił się, czy rzeczywiście tak było? Każdego dnia chciał się w tym utwierdzać, zapadając głębiej. Tym razem jednak chciał wyciągnąć na światło dzienne jeszcze jedną sprawę, która trwała w cieniu od powrotu Jona. Wsunął dłoń do kieszeni spodni, muskając palcami kostkę do gry. Czym tak naprawdę mogła być? Świadectwem tego, czego miało między nimi nie być – uczuć? Coś cicho szeptało mu, że tak. Jednak wtedy wszystko zaczęłoby obracać się w innym świetle, a nie był pewien, czy jest na to gotów. Nie chciał jednak dłużej przetrzymywać przedmiotu, skoro mógł zawsze doprowadzić Kocura do niego.
Nacisnął na klamkę pomieszczenia, do którego jeszcze nie wchodził, a gdzie liczył zastać gospodarza. Na widok Jona, siedzącego na stole, uśmiechnął się lekko kącikiem ust. Ach, ten nagły spokój wkradający się w myśli. Wszedł do środka, zamykając za sobą uważnie drzwi, o które oparł się na ułamek sekundy plecami, omiatając spojrzeniem pracownię. Prawdę mówiąc nie wiedział, że ma do czynienia z artystą, ani nawet na jaką skalę. Nie był jednak do końca zaskoczony. Jonathan miał w sobie coś z estety, co dało się wyczuć od pierwszej prawdziwej rozmowy. Nowe odkrycie jedynie wywołało większą fascynację mężczyzną.
- Ciężki dzień, co? – rzucił, odbijając się w końcu od drzwi i ruszając w jego stronę. Mężczyzna wydawał się spięty, co świadczyło o chaosie również w jego głowie, a może nawet o trudnej rozmowie z pozostałymi czarownikami. Żadna z opcji nie podobała się Lennanowi. - Rozmawiałem z Margaret. Przekaże moją prośbę o emeryturę, choć jest... niedorzeczna. Mam czekać na wiadomość o decyzji Konsul. Do tego czasu wziąłem wolne – powiedział cicho, stając tuż przed nim, na wyciągnięcie ręki, nie robiąc jednak nic więcej. Sam wsunął nieznacznie dłonie w tylne kieszenie spodni, chowając do jednej z nich harmonikę. Wpatrywał się z lekkim uśmiechem w błękitne tęczówki, próbując odgadnąć co też krąży po jego głowie. Czy może przerywać ich szalony bieg.
- Poznałem też swojego wujka, Księcia. Przekazałem mu to, co mówił Mrok na moim patrolu, a także to, że zmienił się w smoka... – urwał na moment, robiąc jeszcze krok w przód, opierając się ostatecznie biodrami o jego kolana. - Król był smokiem. Mój dziadek, ojciec Devany, okazał się być smokiem. Stąd wygląd Mroku zwrócił moją uwagę... Obiecałem Marianne nie mówić o tym fakcie nikomu. Dodatkowo Oinari uważa, że Król żyje – wyznał ostatecznie, nieznacznie wzdychając. Czuł się trochę tak, jakby zrzucał z siebie ciężar, a jednocześnie miał wrażenie, że to nie było aż tak ważne, żeby nie powiedzieć tego wcześniej.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Prowadzenie rozmów z czarownikami nie należało do najłatwiejszych, każdy z nich był indywidualistą, każdy miał własne pomysły na życie, a Jonathan mimo wszystko nie był ich przywódcą. Inna sprawa, że Opal miała rację uważając, że magami nie da się kierować tak po prostu, tym bardziej, że spora ich część była wiekowa, widziała już właściwie wszystko i działała w niezliczonych konfliktach, brała udział w różnych sporach, obserwowała z ubawieniem zmieniający się świat. Mimo wszystko jednak Jonathan miał wrażenie, że w obliczu nadchodzących problemów kilka karków zdołało się nieco przygiąć, by ostatecznie faktycznie działać we wspólnej sprawie, która okazywała się być coraz większa, jakby siłą rzeczy musiała rosnąć. Ich problemy nie kończyły się na zdezelowanym Spiralnym Wymiarze, nie ograniczały się do poszukiwań Białej Księgi, nie zatrzymywały się nawet na wypowiedzeniu wojny przez Mrok. Szły dalej ukazując, iż ich sprawa jest również sprawą wróżek, ich świata, tego, co mogło czekać te dwie rasy. Jonathan doskonale wiedział, że teraz przyszła pora na to, by wmieszać się autentycznie we wszystko, bo idąc do Łowców, uruchamiał machinę, która miała się już nie zatrzymać. Relacje stawały się coraz bardziej napięte, a bratając się z wróżkami, czarownicy z miejsca właściwie określali, po której stoją stronie. Nie było to nawet nic dziwnego, ostatecznie zawsze byli blisko tej właśnie rasy, działali wspólnie w różnych czasach, w różnych momentach i na całym właściwie świecie. Łowcy zaś, jakby na to nie patrzeć, wadzili im i powodowali, że czuli się skrępowani i nadmiernie ograniczeni. Wiedział, że będzie musiał z nimi pomówić i upomnieć się o swoje, skoro Opal otrzymała obietnicę, należało ją teraz wyegzekwować. Chciał jednak pomówić jeszcze ze swym przybranym ojcem, ten bowiem był starszy, zapewne lepiej wykształcony i miał większe doświadczenie w dyplomacji, niż sam Jonathan, który i tak radził sobie ze słowami całkiem dobrze. Zapewne z powodu tego, iż te towarzyszyły mu od zawsze, od kiedy tylko się urodził, zdawał się znać ich siłę, później zaś spotkał Malekhita, który już w pełni otworzył mu oczy na pewne sprawy i tak oto teraz Jonathan znajdował się w miejscu, z którego za bardzo odwrotów już nie było. Ostatecznie zastępował Opal, działał w jej imieniu, w imieniu całej organizacji i zobowiązał się do pomocy w odnalezieniu Białej Księgi, spoczywała zatem na nim odpowiedzialność za to, co się wydarzy.
Uniósł głowę, gdy drzwi się otworzyły, a gdy dostrzegł Lennana, uspokoił się nieco. Mężczyzna nie sprawiał wrażenia, jakby spotkało go coś złego, nie nosił żadnych ran, być może tylko jego spojrzenie, jego mina, świadczyła o tym, że nie wszystko było dokładnie takie, jak być powinno. Kiedy się odezwał, Jonathan skinął głową na znak, że się zgadza, mijający dzień był naprawdę ciężki, a wiadomości, jakie otrzymał, nieco przerażające. Musiał jeszcze powiadomić Ninę, gdzie powinna się stawić, by pomówić z wróżkami, wiedział jednakże, że wcześniej czeka go spotkanie z jej gniewem, kara, jaką dla niego zaplanowała na pewno nie była łagodna. I nie winił jej za to, ostatecznie w końcu on i Opal zachowali się jak szczyle, które nie maja najmniejszego pojęcia o magii i o tym, jakie ta może budzić problemy, jak bywa skomplikowana i groźna. Gdy Królik podszedł do niego rozsunął na bok nogi, by objąć go nimi i przyciągnąć go bliżej siebie, potem zaś oparł się czołem o czoło drugiego mężczyzny.
- To brzmi, jakbyś wiedział już, co dalej cię czeka – zauważył spokojnie, chociaż jego mięśnie właściwie momentalnie się napięły. Pomyślał, że z drogi na którą wkroczył Lennan, nie ma już odwrotu. Skoro jego prośba była niedorzeczna, to czy mógł z nią dyskutować? Każą stawić mu się ponownie na służbę, a on wtedy odda runy, o tym czarownik był już przeświadczony. Wziął głębszy oddech, bo poczuł mimowolnie narastający gdzieś w trzewiach gniew, później jednak zamrugał i odchylił się nieco w tył, gdy usłyszał kolejne słowa mężczyzny, zaś jego uszy nastawiły się jak u zaciekawionego kota. Aż w końcu w jego ciemnych włosach pojawiło się jaśniejsze pasmo, ciemno brązowe, ale pierwsze od dawna ujawniające jego uczucia.
- Król?- powtórzył za nim cicho i spojrzał wprost w jego ciemne oczy. Kolejne rewelacje, które jednocześnie go martwiły i, zdaje się, jakby zagniewały. Skoro Lennan pochodził od samego władcy wróżek, dlaczego jego krew została zdominowana przez te anielskie ścierwa? I czy teraz cokolwiek mogło podlegać zmianom? Król jako smok… Wspomnienia wizji, przedstawionej im przez Shizhi momentalnie zaczęły ponownie wirować w jego głowie, musiał aż przycisnąć dłoń do oczu, by móc jakoś skupić się na rozmowie. Królik był królewskim wnukiem, tym samym zajmował bardzo bliską pozycję do potencjalnego objęcia tronu, był nie tylko wróżką, w jego żyłach miała płynąć smocza krew, która była dla Jonathana jakąś nieopisaną wręcz zagadką. Odetchnął głęboko nie mając pojęcia, co ma z tym wszystkim zrobić, jakby ułożone wcześniej puzzle wysypały się nagle i okazało się, że nic jednak do siebie nie pasuje.
- Gdyby nie to, że siedzimy po uszy w jednym wielkim bagnie, powiedziałbym, że to nawet zabawne. Książę piekieł, książę wróżek, brzmi jak jakiś podły romans – rzucił starając się chyba jakoś zapanować nad własnymi myślami, nad ich potworną galopadą. – Wiem, gdzie jest Mrok – powiedział w końcu cicho i spojrzał ponownie na Lennana, bo wizja nie dawała mu spokoju. Nie wiedział, co im dawała, ale trzeba było o tym pomówić jak najszybciej z wróżkami. – Są czarownicy, którzy chcą się spotkać z… z twoim wujkiem, jak mniemam. Matką albo ciotką? Bo to chyba oni są tutaj w takim razie najważniejsi? Albo… z tobą? – dodał czując, że mętlik w głowie ponownie się nasila. Co to było za nieopisane szaleństwo?
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Wsunął się między jego nogi z uśmiechem zadowolenia. Spróbowałby tylko trzymać się na dystans... Chociaż, prawdę mówiąc, Lennan miał dziwne wrażenie przy ostatniej rozmowie w garderobie, że Jon nie czuł się do końca pewnie, gdy on sam nie podchodził do niego, nie dotykał w żaden sposób. Aż taki był „dotykalski” przez wszystkie ich spotkania? Nawet jeśli, teraz nie miało to znaczenia. Wyjął dłonie z kieszeni, żeby położyć je na nogach Kocura. Zaśmiał się cicho pod nosem, gdy tylko Jon się odezwał. Zawsze czytał między wierszami, więc dlaczego teraz miałby nie usłyszeć, że Lenn jest pewny tego, co miało nadejść? A jednak w umyśle bruneta pojawiły się jeszcze dwa rozwiązania. Oba ryzykowne, oba wymagające powiększenia posiadanych informacji, ale dające szanse, żeby zagrać na nosie Nefilim i Clave. Kuszące wizje.
- Mam jeszcze dwa wyjścia, ale o nich opowiem innym razem. Potrzebuję wpierw zdobyć więcej informacji – obiecał cicho, przesuwając nieco dłońmi w górę ud mężczyzny. Następne słowa i wywołana nimi reakcja były czymś o wiele trudniejszym do przełknięcia.
Lennan przyglądał się uważnie Jonowi, dostrzegając pojawiające się ciemnobrązowe pasmo. Och, znał je i tym razem nie chciał go widzieć. Z całych sił próbował zapanować nad swoim wyrazem twarzy, zostawiając nieznaczny uśmiech w samym kąciku ust. Niestety oczy rządziły się własnymi prawami i wbrew mężczyźnie ukazywały targające nim emocje. Teraz była to gorycz, smutek. Czy wzmianka o królewskim pochodzeniu nie budziła od nowa nadziei na to, że on sam mógłby żyć dłużej? Mógłby być jednym z Faerie? Problem polegał na tym, że krew Króla, smoka, nic nie zmieniała. Może jedynie stał się o wiele przyjemniejszym drinkiem. Wciąż był zasranym Nefilim ze śmiesznymi uszami. Na to nie było rady, chyba, że zdecyduje się na pewien krok, wymagający czasu, ale obiecujący. Odwrócił spojrzenie, gdy tylko został nazwany księciem wróżek. Zabolało. Nadzieja, która miał Jon, bolała jak na nowo otwierana rana. Najbliżsi chcieliby, żeby był jednym z długowiecznych, żeby mógł spokojnie żyć ramię w ramię z nimi jako pół Faerie. Czuł to, widział to i miał wrażenie, jakby coraz większe mieli wobec niego oczekiwania, którym jednak nie potrafił sprostać. To właśnie bolało, choć starał się tego nie okazywać. Zacisnął palce na udach Jona, wracając do niego spojrzeniem, pociemniałym z nadmiaru emocji, których niekoniecznie pragnął.
- Nie jestem i nie będę księciem wróżek. Będąc wnukiem Króla, wciąż jestem jedynie bękartem, który nie ma prawa do niczego. Dla wielu stanowiłbym pomyłkę, błąd Devany. Krew smoka nic nie zmienia w mojej kwestii – odezwał się cicho, po czym oparł się czołem o czolo Jona. - Jeśli chcą z kimś rozmawiać to albo z Devaną albo z Oinari. Marianne nie jest ich siostrą. Nazywam ją ciotką, ale jest właściwie przyjaciółką matki – wyjaśnił jeszcze, wzdychając cicho. Mrok... czy nie za wiele już im odebrał, żeby jeszcze teraz chwilę samotności musieli na niego marnować? Odchylił się, żeby wziąć w dłonie twarz Czarownika i pocałować go z początku spokojnie, zatracając się w nim z każdą sekundą. Poczuł dość szybko dreszcz przebiegający wzdłuż pleców, wprawiający go w nieznaczne drżenie. Nadmiar emocji znał odpowiednie ujście. Smutek, gorycz, oczekiwanie, nadzieja, ból... A jednocześnie spokój, pewność tego co mają, zadowolenie z chwilowej prywatności. Wszystko mieszało się ze sobą, zapierając na moment dech w piersiach. Nie mógł winić Jona za żywioną nadzieję, za pragnienia, które pokrywały się z jego własnymi. Wcześniej jednak było prościej z nimi żyć, gdy były to tylko jego własne marzenia. Teraz, dzieląc je z innymi, czuł się jak w potrzasku, usilnie szukając wyjścia z sytuacji beznadziejnej. Nie chciał żeby to determinowało resztę dnia.
Odsunął się ostatecznie na tyle, żeby spojrzeć rozpalonym spojrzeniem w jasne oczy, czując, że chaos myśli nieznacznie się uspokoił.
- Nie chcę narzekać, ale już dawno nie dostałem kawy... – rzucił zachrypniętym głosem, sięgając do kieszeni, żeby wyjąć z niej kostkę do gry i unieść ją na wysokość ich oczu. Wilk z jelenimi rogami, z widocznymi wciąż plamami krwi, która wsiąknęła w drewno. - Jednak bardziej od kawy interesuje mnie historia tego w twoim posiadaniu – dodał, uśmiechając się zadziornie. Był ciekaw reakcji mężczyzny, tego od jak dawna miał przy sobie kostkę. Podejrzewał, że od pierwszego spotkania, bowiem sam wtedy ostatni raz ją widział, ale mógł się mylić. Jak często była używana? Jak wiele ułatwiła? - Próbowałem doczyścić ją z krwi, ale za późno się za to wziąłem i zdążyła się wchłonąć... Pomyślałem, że chciałbyś ją odzyskać.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Wsunął się między jego nogi z uśmiechem zadowolenia. Spróbowałby tylko trzymać się na dystans... Chociaż, prawdę mówiąc, Lennan miał dziwne wrażenie przy ostatniej rozmowie w garderobie, że Jon nie czuł się do końca pewnie, gdy on sam nie podchodził do niego, nie dotykał w żaden sposób. Aż taki był „dotykalski” przez wszystkie ich spotkania? Nawet jeśli, teraz nie miało to znaczenia. Wyjął dłonie z kieszeni, żeby położyć je na nogach Kocura. Zaśmiał się cicho pod nosem, gdy tylko Jon się odezwał. Zawsze czytał między wierszami, więc dlaczego teraz miałby nie usłyszeć, że Lenn jest pewny tego, co miało nadejść? A jednak w umyśle bruneta pojawiły się jeszcze dwa rozwiązania. Oba ryzykowne, oba wymagające powiększenia posiadanych informacji, ale dające szanse, żeby zagrać na nosie Nefilim i Clave. Kuszące wizje.
- Mam jeszcze dwa wyjścia, ale o nich opowiem innym razem. Potrzebuję wpierw zdobyć więcej informacji – obiecał cicho, przesuwając nieco dłońmi w górę ud mężczyzny. Następne słowa i wywołana nimi reakcja były czymś o wiele trudniejszym do przełknięcia.
Lennan przyglądał się uważnie Jonowi, dostrzegając pojawiające się ciemnobrązowe pasmo. Och, znał je i tym razem nie chciał go widzieć. Z całych sił próbował zapanować nad swoim wyrazem twarzy, zostawiając nieznaczny uśmiech w samym kąciku ust. Niestety oczy rządziły się własnymi prawami i wbrew mężczyźnie ukazywały targające nim emocje. Teraz była to gorycz, smutek. Czy wzmianka o królewskim pochodzeniu nie budziła od nowa nadziei na to, że on sam mógłby żyć dłużej? Mógłby być jednym z Faerie? Problem polegał na tym, że krew Króla, smoka, nic nie zmieniała. Może jedynie stał się o wiele przyjemniejszym drinkiem. Wciąż był zasranym Nefilim ze śmiesznymi uszami. Na to nie było rady, chyba, że zdecyduje się na pewien krok, wymagający czasu, ale obiecujący. Odwrócił spojrzenie, gdy tylko został nazwany księciem wróżek. Zabolało. Nadzieja, która miał Jon, bolała jak na nowo otwierana rana. Najbliżsi chcieliby, żeby był jednym z długowiecznych, żeby mógł spokojnie żyć ramię w ramię z nimi jako pół Faerie. Czuł to, widział to i miał wrażenie, jakby coraz większe mieli wobec niego oczekiwania, którym jednak nie potrafił sprostać. To właśnie bolało, choć starał się tego nie okazywać. Zacisnął palce na udach Jona, wracając do niego spojrzeniem, pociemniałym z nadmiaru emocji, których niekoniecznie pragnął.
- Nie jestem i nie będę księciem wróżek. Będąc wnukiem Króla, wciąż jestem jedynie bękartem, który nie ma prawa do niczego. Dla wielu stanowiłbym pomyłkę, błąd Devany. Krew smoka nic nie zmienia w mojej kwestii – odezwał się cicho, po czym oparł się czołem o czolo Jona. - Jeśli chcą z kimś rozmawiać to albo z Devaną albo z Oinari. Marianne nie jest ich siostrą. Nazywam ją ciotką, ale jest właściwie przyjaciółką matki – wyjaśnił jeszcze, wzdychając cicho. Mrok... czy nie za wiele już im odebrał, żeby jeszcze teraz chwilę samotności musieli na niego marnować? Odchylił się, żeby wziąć w dłonie twarz Czarownika i pocałować go z początku spokojnie, zatracając się w nim z każdą sekundą. Poczuł dość szybko dreszcz przebiegający wzdłuż pleców, wprawiający go w nieznaczne drżenie. Nadmiar emocji znał odpowiednie ujście. Smutek, gorycz, oczekiwanie, nadzieja, ból... A jednocześnie spokój, pewność tego co mają, zadowolenie z chwilowej prywatności. Wszystko mieszało się ze sobą, zapierając na moment dech w piersiach. Nie mógł winić Jona za żywioną nadzieję, za pragnienia, które pokrywały się z jego własnymi. Wcześniej jednak było prościej z nimi żyć, gdy były to tylko jego własne marzenia. Teraz, dzieląc je z innymi, czuł się jak w potrzasku, usilnie szukając wyjścia z sytuacji beznadziejnej. Nie chciał żeby to determinowało resztę dnia.
Odsunął się ostatecznie na tyle, żeby spojrzeć rozpalonym spojrzeniem w jasne oczy, czując, że chaos myśli nieznacznie się uspokoił.
- Nie chcę narzekać, ale już dawno nie dostałem kawy... – rzucił zachrypniętym głosem, sięgając do kieszeni, żeby wyjąć z niej kostkę do gry i unieść ją na wysokość ich oczu. Wilk z jelenimi rogami, z widocznymi wciąż plamami krwi, która wsiąknęła w drewno. - Jednak bardziej od kawy interesuje mnie historia tego w twoim posiadaniu – dodał, uśmiechając się zadziornie. Był ciekaw reakcji mężczyzny, tego od jak dawna miał przy sobie kostkę. Podejrzewał, że od pierwszego spotkania, bowiem sam wtedy ostatni raz ją widział, ale mógł się mylić. Jak często była używana? Jak wiele ułatwiła? - Próbowałem doczyścić ją z krwi, ale za późno się za to wziąłem i zdążyła się wchłonąć... Pomyślałem, że chciałbyś ją odzyskać.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Dotyk zawsze był jednym z ważniejszych elementów każdej bliższej relacji. Jonathan nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo ciągnęło go do tego, by znajdować się zawsze blisko drugiego mężczyzny, by chociaż trącić go nogą, by się ku niemu nachylić, by musnąć opuszkami palców jego ciało. Od czasu, kiedy wrócił ze Spiralnego, wszystko było jednak nieco trudniejsze, bardziej skomplikowane i nacechowane napięciem oraz niepewnością, jakie nie znikają tak od razu. Tym bardziej, że wcześniej Lennan przejawiał chęci do ucieczki, próbował odciąć się od ich relacji, od tego, co się między nimi wydarzyło. Swoista niepewność, połączona z rozmyślaniem nad tym, co miało miejsce, powodowała wycofanie, kluczenie i unikanie jakiejś prawdziwej, realnej bliskości. Być może żaden z nich nie chciał robić sobie nowych nadziei, a może niczym nieufne zwierzęta, musieli zaczynać swój taniec od nowa, by ostatecznie zbliżywszy się do siebie, poczuć jakiś wewnętrzny spokój. I chociaż nic w ich życiu nie było obecnie łatwe, chociaż wszystko dookoła paskudnie się sypało i powodowało, że świat zaczynał drżeć w posadach, w jakiś przedziwny sposób nadchodziły te chwile ukojenia, gdy mogli być razem.
- Mógłbym ci pomóc – zauważył całkiem trzeźwo czarownik, jednocześnie obserwując uważnie Lennana, jakby obawiał się, że to o czym mówi jest co najmniej niebezpieczne i nie wiadomo, co właściwie za sobą niesie. Czy istniało coś, co byłoby gorsze od zrywania run? Jonathan nawet nie umiał sobie wyobrazić bólu, jaki musi się z tym wiązać, nie chciał nawet próbować, bo nieustannie przypominały mu się wtedy ciężkie, bolesne uderzenia rozgrzanego metalu. Nie życzył czegoś podobnego Królikowi, to zaś powodowało jego wewnętrzny opór przed tym działaniem, powodowało, że nabierał tchu skłonny do tego, by krzyczeć, żeby przestał, żeby się zatrzymał. Nie robił tego jednak, bo miał poczucie, że Lennan sam tego potrzebuje, że musi to zrobić, żeby się określić, a przede wszystkim zmyć z siebie to, co w jakiś sposób go hańbiło i hamowało. To jednak nie zmieniało faktu, że Jonathan się bał. Że jego ciało naprężało się, że zaciskał mocno zęby, gdy myślał o tym wyjściu. Teraz zaś mężczyzna dodatkowo sugerował, że może istnieć inne rozwiązanie, ale milczał jak zaklęty, co pomimo całej, nowo nabytej, tolerancji i wzrastającego zaufania, powodowało u czarownika gniew. I choć ten jeszcze nie wypełzł na jego włosy, to kręcił się w nim warcząc wściekle. Co jednak ciekawe, od kiedy wrócił ze Spiralnego, od kiedy, jak sądził, poznał prawdę, od kiedy stanął twarzą w twarz z koszmarem, demon przestał szeptać. Jakby znalazł swoje miejsce i ukojenie.
Odwrócenie głowy, ucieczka. To nie podobało się do końca Jonathanowi. I chociaż rozumiał wiele, dostrzegał zapewne więcej niż niejeden śmiertelnik, to obecnie nie był do końca pewien, co wywołało jego reakcję. Nie do końca stosowna ironia? Zwrócenie uwagi na fakt, że ktoś mógłby postrzegać ich tak, a nie inaczej? Wkrótce jednak Lennan się odezwał, a czarownik aż wstrzymał na chwilę dech dochodząc do wniosku, że mężczyzna w jakimś sensie nienawidzi samego siebie, tego jaki jest, tego co się w nim kryje, tego co go dotyczy. Nie znosił swojej krwi, która w jego odczuciu była nikomu do niczego potrzebna. To zaś było zdaniem Jonathana wędrowaniem po równi pochyłej, wręcz niemalże zbieganie z niej, w jakąś nieopisaną ciemność. Nie wiedział, czy zdoła to powstrzymać, ale wiedział, że musi spróbować, nim ostatecznie Lennan znajdzie się tam, gdzie znaleźć się na pewno nie chciał.
- Nie wiedziałem, że bycie czyimś wnukiem powoduje, że jest się bękartem – powiedział na to, a jego głos zabrzmiał dość twardo. Był pewien, że tym samym zmusi mężczyznę do tego, by na niego faktycznie spojrzał, by skupił się na tej rozmowie, a nie na jakimś beznadziejnym użalaniu się nad sobą, gdzie właściwie nic nie miało sensu. – Nie wiem zupełnie, kto miałby tak uznać. Ona? Ty? Jedyną osobą, która tak na ciebie patrzy, jesteś ty sam – dodał patrząc wprost w jego ciemne oczy. Skupił się chwilowo na tym i zdaje się, że dopiero po chwili dotarł do niego sens słów Lennana, nic zatem dziwnego, że uniósł nieznacznie brwi. Nie komentował jednak tych rewelacji, bo w końcu on sam również miał przybranego ojca, a śmiertelni i długowieczni od zawsze wchodzili w bliskie relacje z innymi istotami, uznając je za swoje rodziny, za swoje rodzeństwo. Musiał jednak nieco zweryfikować swoje poglądy na kwestie rodzinne Królika, nie zdążył jednak dodać nic więcej, kiedy Lennan uniósł dłonie, by położyć je na jego policzkach.
Przyciągnął go jeszcze bliżej siebie i objął nie tylko nogami, ale również ramionami, odpowiadając mu na pocałunek i ciesząc się z tej bliskości. Skąd się brała? Trudno powiedzieć. Obecność mężczyzny jednak uspokajała Jonathana, jednocześnie jednak napędzając jego chęć do tego, by zostać tylko z nim, by nie myśleć o wszystkim innym, o tym, co się działo dookoła nich, co mogło jeszcze się wydarzyć. Ot, takie zawieszenie w próżni, gdzie mogli być tylko oni. I pewnie dałby się już temu porwać, gdyby nie to, że Królik nieco się odsunął i odezwał znowu, a czarownik uznał, że musi powiedzieć mu już teraz, dokąd się wybiera. Nim jednak zdołał to zrobić, Lennan wspomniał najpierw w o kawie, a następnie wysunął w jego stronę kostkę do gry. Bardzo znajomą.
- Zgubiłeś ją nad rzeką – powiedział przyciągając go do siebie nogami. Teraz Lennan musiał opierać się już dość mocno o brzeg stołu, znajdował się tak blisko, jak tylko było to możliwe i nie bardzo miał szansę na to, by dokądś uciec. Czarownik uniósł dłoń, w której trzymał kubek z parującą, gorącą kawą pachnącą cynamonem, drugą zaś odsunął nieco na bok rękę Królika, by móc patrzeć mu w oczy. – Zabrałem ją od razu, najpierw uznając to za zabawną sprawę, później traktując jako własną kotwicę – powiedział jedynie, ale nie precyzował, co przez to rozumie i co się w tym kryje. Lennan mógł zatem odczytywać te słowa dokładnie tak, jak chciał. Jonathan miał bowiem przekonanie, że pewnych rzeczy lepiej nie mówić na głos, nie kiedy samemu dopiero ze zdziwieniem się je pojmowało. Poza tym wciąż drżeli na krawędzi, wciąż jeszcze wiele rzeczy wymagało wyjaśnienia, a jutro było bardzo niepewne.
- Muszę iść do Instytutu – powiedział po chwili nie odrywając wejrzenie od jego ciemnych oczu.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
To, co działo się przed zniknięciem Jonathana, było jedną wielką pomyłką. Próba ucieczki od czegoś, co dawało mu ukojenie, a co zwyczajnie potoczyło się niespodziewanie szybko. Nie było dnia, żeby nie żałował tamtej decyzji. Pocieszenie stanowiły chwile tuż przed, gdy zwyczajnie trafił do domu Jona, gdy ten go nie odtrącił. Czasem nawet zastanawiał się, czy nie powinien w jakiś sposób wynagrodzić tamte chwile tchórzostwa, ale nie wiedział jak. Najzwyczajniej więc trwał u jego boku, starał się informować o wszystkim, choć wciąż jeszcze czuł opory przed mówieniem wszystkiego. Z różnych względów, których nie potrafił w pełni nazwać. Tak, jak w tym momencie, gdy wspomniał o dwóch wyjściach i dostał od razu po uszach za nie mówienie wszystkiego do końca. Uśmiechnął się, jak dziecko przyłapane na kłamstwie, przymykając na moment oczy.
- Myślałem o odnalezieniu Dzikiego Gonu, jeśli przetrwał ekspansję Mroku... Albo przemianę w wilkołaka... Potrzebuję tylko dowiedzieć się kim będę, gdy się z tego wyleczę i jak to leczyć. Czy zwyczajnie nie jest to mitem – powiedział ostatecznie wprost. Jon miał rację, mógł mu pomóc. W końcu jeśli były potrzebne elikiry, albo inne czary mary, to przecież kto inny mógłby posiadać na ten temat wiedzę, jeśli nie Czarownik? Miał dodatkowo wrażenie, że znów, zamiast naprawiać dawne szkody, odruchowo stawia prowizoryczny mur. Nie chciał go, więc nie pozostawało nic innego, jak powiedzieć o tym, co krąży w jego myślach. - Przy przemianie runy same znikają. Przestałbym być Łowcą bez ich pozwolenia, ale nie chcę tego, jeśli nie ma możliwości wyleczenia w pełni, albo jeśli powrócę do bycia Nefilim – dodał spokojnie. Wiedział, że ma te szczęście, że nie został obdarowany Łaską. Anielska moc uniemożliwiała przemianę w wilkołaka, Łowca stawał się odporny. On sam wciąz jednak mógł się zarazić, mógł poprosić o to i nawet wiedział do kogo poszedłby z tym. Nie miał jeszcze pewności, czy to musi być alfa, czy właśnie wystarczy po prostu wilkołak, ale tamten był tak dumny ze swojej rasy... Lenn był dziwnie przekonany, że mężczyzna nie miałby zbyt dużych oporów, aby go ugryźć. O ile Jon wyraziłby zgodę. Ta myśl, możliwość sprzeciwu Czarownika, uderzyła w niego nieoczekiwanie i z dużą siłą. W ciemnych oczach pojawiła się niepewność, nieme pytanie. W końcu nawet jeśli byłaby możliwość wyleczenia, z całą pewnością wiązałaby się z ryzykiem. Samo bycie młodym wilkiem było ryzykowne, mógłby skrzywdzić mieszkańców ich domu, kogokolwiek. Z drugiej strony to wciąż była droga, na której wejście nie wymagało specjalnego pozwolenia Konsul, nie wymagało łaskawej zgody Clave. Jon mógł mu pomóc wybrać drogę, ale nie zdołałby go już teraz zawrócić, nawet gdyby zaczął się wyraźnie sprzeciwiać. Jeśli lykantropia okaże się nieuleczalna, albo na powrót stałby się Nefilim zamiast zwykłym Przyziemnym, będzie wolał oddać runy. Ból, który przyjdzie mu odczuwać nie był ważny, choć bał się tego. Ostatnio strach zdawał się mu nieustannie towarzyszyć.
Pokręcił lekko głową, słysząc słowa Jona. Nie użalał się... Choć może? Może właśnie tak to wyglądało o boku, gdy stale się sprzeciwiał słowom, że jest wróżką. A może jako jedyny trzeźwo na to patrzył i miał cholerną świadomość, że nawet gdyby dziadek był samym Pradawnym, nic by się nie zmieniło. Wciąż limit życia miałby niewiele dłuższy od Przyziemnych i byłby Łowcą z krwi i kości.
- Nie chcę, żebyś wierzył, że krew Króla czyni ze mnie wróżkę. Dopóki mam w sobie krew Łowców, jestem Nefilim. Dlatego szukam innego wyjścia. Za dużo bliskich chce żebym był wróżką. Dopóki to było tylko moje marzenie, mogłem je pomijać. Teraz jednak mam wrażenie, jakbyście ode mnie tego oczekiwali, że odejdę od Clave i nagle będę Faerie, a do tego jeszcze daleka droga, o ile jest to w ogóle prawdopodobne – powiedział cicho, tuż przed tym, zanim pocałował Jona. W ten sposób uciszając niejako rozmowę. Wiedział, że muszą wiele jeszcze wyjaśnić, wiele sobie powiedzieć, ale były chwile, gdy pragnął po prostu zapomnieć o wszystkim, uciec od tego, co działo się wokół nich. Tak, jak w tej chwili. Wyrzucił z siebie to, co czuł od dłuższego czasu. Devana nie mówiła tego głośno, ale zawsze uważała go za wróżkę i nie chciała oddawać go Łowcom. Zrobiła to jedynie dlatego, że w ich świecie mógł nie być bezpieczny. Właśnie przez bycie wnukiem Króla, który mógł o nim nawet nie wiedzieć. Marianne nie kryła się z tym, że chciałaby aby odszedł od Łowców, przestał im służyć. Zdawała się wypierać fakt, że krążyła w nim ich krew. Teraz doszedł Jonathan, który jasno wyraził swoje zdanie jeszcze w Instytucie i którego nie zmienił. Czy naprawdę nie poczuł przez chwilę czegoś na kształt nadziei, że krew smoka może coś odmienić? Lennan nie chciał na to patrzeć, nie chciał mieć wrażenia, że wciąż jeszcze musi coś osiągnąć, coś zrobić, aby w końcu stać się dla bliskich tym, kim chcą go widzieć. Nie chciał starać się sprostać oczekiwaniom, jakie zdawało się, żywili wobec niego. Chciał od tego uciec, mieć to już za sobą. Jednocześnie nie był tchórzem i skoro już postawił pierwszy krok na drodze zmian, musiał stawiać kolejne. Pozostawała więc ucieczka w bliskość, w chwilowe zapomnienie, z którego z największą przyjemnością korzystał, gdy tylko nadarzała się okazja. Tak, jak w tym momencie.
Wydał z siebie pomruk zadowolenia, gdy został przyciągnięty mocniej. Sam przesunął dłoń na kark mężczyzny czując, że właściwie w tej chwili to nic nie jest ważne. Jednak chciał oddać kostkę, co nie udało mu się zrobić przy ostatniej rozmowie. Z niechęcią odsunął się, dość szybko zostając na nowo przyciągniętym, co wywołało błysk zadowolenia w jego ciemnych oczach. Ich wyraz nie zmienił się, gdy dotarł do niego zapach cynamony i palonych ziaren. Cynamon... Jeśli w ogóle potrzebował w tej chwili afrodyzjaku to zdecydowanie właśnie go otrzymał. Odebrał kubek, z którego napił się ostrożnie, nie spuszczając wzroku z oczu Jona, starając się wyczytać z nich jak najwięcej.
- Kotwica? Jak w chwili umierania? – szepnął, a głos na moment uwiązł mu w gardle na samo wspomnienie tamtych chwil. Odchrząknął szybko, nie chcąc dać się porwać towarzyszącym mu wtedy emocjom. - To tłumaczy zbiegi okoliczności, gdy na siebie wpadaliśmy... Powinieneś ją wciąż mieć – dodał z lekkim uśmiechem znad kubka, z którego znów się napił, odkładając kostkę na stół, obok nogi czarownika. To była ciekawa mieszanka – świeża cynamonowa kawa, od której zawsze krew buzowała mu w żyłach i ciepło drugiego mężczyzny wywołujące zawroty głowy. Nachylił się lekko, odstawiając kubek na stół, na bezpieczną odległość, żeby jej nie wylać, muskając przy okazji ustami szyję Jona. Wyprostował się, kładąc dłonie na jego biodrach, gdy nagle zamarł.
- Do Instytutu? – powtórzył, czując się tak, jakby ktoś właśnie próbował mu opowiedzieć kiepski żart. - Dyrektorem jest Margaret Whitelight, jej zastępcą Freya Von Mainz. Czego od nich chcesz? Nie idziesz sam, prawda? – dopytał, a ciemne spojrzenie, jeszcze przed chwilą rozpalone, zaczęło wypełniać się niepokojem. Jon nie był chyba najlepszą osobą do rozmów z Łowcami, którymi gardził. Musiał więc mieć naprawdę ważny powód, że wybierał się do nich.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Strach, jak widać, ma wielkie oczy. Lennan uległ kolejnej presji, trudno powiedzieć, czy otoczenia, czy jakiś własnych wyobrażeń i w efekcie znaleźli się w dziwnie martwym punkcie, z którego było trudno wyjść, a lekarstwem okazały się dzikie podszepty w głowie jednego z nich. To prawda, że czarownik wolałby tę kwestię rozwiązać w nieco łagodniejszy i spokojniejszy sposób, niż miało to ostatecznie miejsce, ale z drugiej strony odnosił wrażenie, że gdyby świat nie postanowił po prostu posypać się im wtedy na głowy, to nie znajdowaliby się w miejscu, w którym właśnie stali. I chociaż nic nie zostało powiedziane głośno, chociaż na nic nie zwracano szczególnej uwagi, nie mówiono o uczuciach, czy czymś podobnym, to Jonathan czuł spokój, gdy znajdował się z Lennanem. Być może nie taki, o jakim opowiadano, w końcu Świat Cieni nie należał do najprzyjemniejszych miejsc na świecie, a różne problemy i pomysły mogły wszystko wywracać do góry nogami. Tak jak chociażby teraz, gdy mężczyzna w końcu przyznał, co dokładnie chodzi mu po głowie, a czarownik aż wciągnął głęboko powietrze. Nie wiedział zbyt wiele o Dzikim Gonie, nie był ostatecznie wróżką, a o kwestii leczenia wilkołactwa wiedział tyle co i nic, kojarzył jakieś niejasne legendy, ale nie miał pojęcia, czy to w ogóle jest prawda, czy jakaś niemądra zabawa, której nie dało się w żaden sposób logicznie wyjaśnić. Odetchnął jednak głęboko pozwalając, by emocje jakoś się wyciszyły, przynajmniej chwilowo i zamknął oczy.
- Nie mam pojęcia, co mógłby dać ci Gon, nie wiem o nim wiele, musiałbyś w takim razie rozmawiać o nich ze swoją rodziną. A wilkołactwo... słyszałem plotki, mity, legendy, jak chcesz to nazwać, ale nie jestem pewien, czy to prawda. Nie znam nikogo, kto mógłby to potwierdzić, ale jeśli chcesz spróbować się czegoś dowiedzieć, to postaram się pomóc - powiedział cicho, po dłuższej chwili milczenia. Nie wiedział do końca, co właściwie poczuł w związku z tymi całkowicie nowymi rewelacjami ze strony mężczyzny, ostatecznie jednak sam go o nie prosił, sam nalegał, by przestał mieć przed nim tajemnice w tak istotnych kwestiach, które ostatecznie mogły mieć odbicie na ich życiu, wspólnym, czy osobnym, nie wiedział nawet, jak się na tę kwestię dokładnie zapatrywać. Drgnął, kiedy Lennan zaczął ponownie mówić, ale nie odzywał się znowu przez długi czas, analizując jego słowa i zastanawiając się, jak ma do nich podejść, jak wyjaśnić to, co siedziało mu w głowie i jak poprowadzić go przez własne myśli, by nie uznał jednak, że na niego jakoś naciska, czy mydli im obu oczy.
- Nikt tego od ciebie nie oczekuje, ani nie wini za to, że urodziłeś się z krwią Łowców. To po prostu marzenia. Nadzieja, że coś da się zmienić, jak za użyciem czarów, jak za prośbą do dżina. Jesteśmy od ciebie sporo starsi, wiele widzieliśmy, wiele przeżyliśmy, a przede wszystkim - wielu przeżyliśmy. Kiedy się spotkaliśmy... Niewiele wcześniej zmarł mój przyjaciel, staruszek, który już niewiele pamiętał. A ja nadal byłem młody, silny, taki sam jak w dniu, w którym go poznałem. Kiedy długowieczny przywiązuje się do kogoś krótkowiecznego, jego perspektywy się zmieniają, a gorące nadzieje na cud wzrastają - stwierdził w końcu lawirując nieco, ale starając się pokazać też Królikowi drugą stronę medalu, by zdawał sobie sprawę z tego, że to niekoniecznie są oczekiwania, a po prostu porywy serca. Nie umiał tego dokładnie ująć w słowa, nie umiał tego przekazać, a to było coś, co niesamowicie go denerwowało, ostatecznie bowiem uważał, że czym jak czym, ale własnie językiem operuje najlepiej, potrafiąc przekazać swoje myśli bez zbędnej wylewności czy kręcenia, prosto, na temat, tak, żeby każdy wyłowił z nich to, co sam chciał. Teraz jednak było to niemożliwe, z tej prostej przyczyny, że Jonathan nie nazywał nawet własnych uczuć, nie odsłaniał tej części siebie, biorąc chyba po prostu to co miał, takim jakim miał. Nie wyobrażał sobie, że mógłby zostawić teraz Lennana samemu sobie z jego pomysłami, tym bardziej, że był za nie częściowo odpowiedzialny, że wywołał w nim jakąś większą chęć odejścia od Łowców, że popchnął go na nowe, nieznane wody. Kim by był, gdyby teraz zaśmiał mu się w twarz? Nie umiałby już tego zrobić. Wydarzenia, które miały miejsce dopiero co, choć tak naprawdę miarą ludzką minął już kawałek czasu, zmieniły wiele z jego postrzegania tego, co go otacza. I chociaż cieszył się z obecności mężczyzny, chociaż nie chciał go puścić, to wciąż czuł, że jeszcze są na etapie prowadzenia poważnych rozmów i pełne rozluźnienie nie może jednak mieć miejsca, że jest czymś nazbyt niestosownym, że jeszcze muszą dać sobie wytchnienie. Przyglądał się Królikowi, gdy ten odebrał od niego kubek, patrzył na niego cały czas, gdy zadawał swoje pytanie, a później jedynie ostrożnie przytaknął.
- Świadomość tego, dokąd chcesz wrócić - dodał jeszcze w formie wyjaśnienia, zaczynając przekręcać kostkę w palcach. Była dla niego cenniejsza, niż mu się wydawało, ale przez własną słabość i narastające problemy, które w ostatnim czasie wręcz się piętrzyły, nie skupiał się na tym, gdzie ta się znajduje i czy aby w ogóle wyniosła się wraz z nim ze Spiralnego. Nie był przekonany, że jeszcze kiedykolwiek ją odzyska, a tymczasem znajdowała się u Lennana. Wróciła do niego, tylko po to, by ponownie trafić do rąk Jonathana. Była niczym symbol, którego nie mogli się już pozbyć, ale jednocześnie czarownik nie kłamał nazywając ją kotwicą.
- Potrzebujemy Białej Księgi - powiedział w końcu cicho, nie odrywając spojrzenia od jego ciemnych oczu, by go nie drażnić i nie uciekać od odpowiedzialności za to, o czym rozmawiali i w czym musiał brać udział. Nie widział zresztą innej opcji, był częściowo odpowiedzialny za to, co się działo, nie mógł więc tak po prostu odwrócić się od tego wszystkiego i pójść własną drogą. - Idę z Sigyn, ale ponieważ to ja oficjalnie zastępuję Opal, na mnie ciąży obowiązek poważnej rozmowy i doprowadzenia sprawy do samego końca - stwierdził cicho. Czy Lennan zdawał sobie sprawę z tego, jakie stanowisko zajmuje w organizacji? Tego nie wiedział. Nie wiedział również, czy mężczyzna się teraz boi czy irytuje, nie umiał do końca odczytać jego emocji, może po prostu wszystko to się mieszało...
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Prawdę mówiąc Lennan zdążył oswoić się z myślą, że ma partnera i z tym jak to brzmiało dla innych. Przed samym sobą wciąż udawał, że wszystko to jest wynikiem związania umową, której nawet dobrze nie pamiętał. Uczucia, które mu towarzyszyły każdego dnia w czasie zniknięcia Jona i teraz jasno wskazywały gdzie naprawdę pragnie być tego dnia i następnego i jeszcze w kolejne. Nie użyłby pewnie słów „na zawsze”, ale spokój przy drugim mężczyźnie nie towarzyszył jedynie Jonathanowi. Lenn także to czuł i jak powiedział wcześniej, nie zamierzał już się wycofywać. Cokolwiek miałoby się dziać, gdziekolwiek ta droga miałaby go zaprowadzić, nie zrobi kroku wstecz. Podejrzewał też, że nie musi mówić tego na głos. Zdawało mu się, że Jon jest tego pewny, podświadomie, jakby czytał z niego niczym z księgi.
Spojrzał z powagą w jasne tęczówki, które przesłonięte były najwyraźniej niepokojem. Wolał, gdy czaiło się w nich rozbawienie, albo gdy płonęły zgodnie z rudymi pasmami. Teraz jednak było im daleko do tego, co przyjmował z nieznacznym żalem.
- Niezależnie od tego, czy bylibyśmy w stanie wyleczyć mnie z wilkołactwa, wolę dać się przemienić, niż być Łowcą uznanym za zdrajcę, bo chciał odejść – powiedział cicho, tym samym dając jasno do zrozumienia, że w pewnym sensie jego decyzja zapadła. - Jest jeden tylko wilkołak, którego mógłbym o to poprosić. Ma na imię Mikkel, ale nie wiem czy się zgodzi – dodał jeszcze cicho. Był zdecydowany odszukać białego wilka i wyrazić na głos swoją prośbę. Dość odważną, raczej niespotykaną, ale szczerą. Wszystko, żeby nie był Nefilim, żeby pozbyć się ich krwi z własnego ciała. Nie miał jedynie pewności czy Mikkel zgodziłby się, nie mówiąc o strachu, jaki mimowolnie odczuwał na myśl o tym, co go czekało w przypadku przemiany. Uczenie się samokontroli, przemiany w wilka. Problem z zapanowaniem nad sobą w czasie pełni. Problemy nieznacznie piętrzyły się w miarę jak o tym myślal i zamiast zrezygnować z planu przestał go analizować. Powiedział głośno co jest w stanie zrobić, więc nie było miejsca na wycofanie.
Następne jednak słowa Jonathana sprawiły, że znieruchomiał, wpatrując się po prostu w niego i chłonąc wszystko, co zostało powiedziane. Nie po raz pierwszy w czasie ich rozmów miał wrażenie, że właściwy sens jest między wierszami. Nie miało znaczenia, kto mówił, ciągle coś ukrywali, czegoś nie mówili wprost, a jednak dni mijały w pewności. Tak, jak teraz, kiedy ostatecznie uśmiechnął się lekko, postanawiając zrewidować swoje odczucia co do oczekiwań, albo marzeń najbliższych. Z resztą, kto wie, czy nie zamierzał zrobić kroku ku ich spełnieniu?
Kawa była taka, jak powinna być, choć rozmowa przy niej mogłaby być luźniejsza. Z drugiej strony, jeśli wszystko między nimi zostanie powiedziane i wyjaśnione, powinno być już tylko lepiej, prawda? Były chwile, ułamki sekund, kiedy zastanawiał się, w którym momencie wszystko się skomplikowała i zabawa zmieniła się w coś zdecydowanie innego. Kiedy emocje związane z dzikim przyciąganiem zmieniły się w niepokój co do tego, co czeka drugiego mężczyznę. Jak teraz, gdy Jon przyznał, że musi iść do Instytutu. Lennan ponownie złapał za kubek, upijając z niego solidny łyk. Potrzebował zająć czymś ręce i prawdę mówiąc, gdyby nie to, że wciąż jeszcze czuł oplatające go nogi, z całą pewnością zrobiłby krok w tył.
- Biała Księga? Informacje o tajemnym, silnym źródle mocy... Myślisz, że może pomóc z Mrokiem? – spytał nieco sceptycznym tonem, próbując przypomnieć sobie co było mówione w Instytucie. Raczej plotki, ale nie szkodziło powtórzyć. - Pamiętam, że było kiedyś poruszenie, gdy Księga została skradziona Clave, ale nie słyszałem o tym, żeby ktoś podjął się jej poszukiwań. Jeśli chodzi o rozmowy z Margaret, musicie wyrażać się... Jasno. Ja powiedziałem, że chcę iść na emeryturę, a ona czy jestem pewien, że chcę odejść od Clave – powiedział spokojnie, choć w środku cały gotował się z nerwów. Martwił się, że jeśli tylko dyrektorka wyrazi się jakoś bez zastanowienia, czarownicy nie dadzą rady trzymać nerwów na wodzy. Był świadkiem tego jakie emocje wzbudzają w Jonie Łowcy i to wcale nie poprawiało humoru. Jednak bez względu na wszystko rzumiał, że musi iść, tym bardziej, że... Był zastępcą Opal? Dopiero w tej chwili w niego to uderzyło, aż przekrzywił nieco głowę i przeczesał dłonią włosy. Mógł się poniekąd tego spodziewać, biorąc pod uwagę jego osobowość. Wątpił, że Jon byłby w stanie przyjmować potencjalne polecenia od zwierzchników. Co innego on sam, urodzony po to, żeby przyjmować rozkazy...
- Zastępca? A nie tak dawno nie chciałeś nawet przyznać, że dołączyłeś do organizacji – zaśmiał się, nieznacznie zakłopotany. W dwóch łykach dopił kawę i odstawił pusty kubek na koniec stołu. - Po złapaniu Nathaniela miałem być zwiadowcą. Nie wypaliło, bo zmieniła się dyrekcja. Ostatecznie zostałem łącznikiem, uwaga, z wami, ale zdążyłem zgłosić chęć odejścia niż doszło do rozmów. To tak w ramach ciekawostek – wyrzucił z siebie kręcąc lekko głową, którą oparł po chwili czołem o czoło Jona, poważniejąc. - Nie dajcie się wyprowadzić z równowagi, a uwierz mi, to będzie trudne.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Niektórych rzeczy nie nazywało się po imieniu, chociaż bardzo trudno było tak naprawdę powiedzieć czemu. Jonathan miał wrażenie, że wymawiając pewne słowa po prostu przeklnie rzeczywistość, nie zaczaruje jej, nie stworzy z niej czegoś nowego i cudownego, a wręcz przeciwnie - sięgnie po coś, czego nie chciałby oglądać. Doskonale wiedział, że to co robili i jak się zachowywali, jak ich do siebie ciągnęło i jak wzajemnie się o siebie bali, nie może zostać nazwane inaczej niż głębokimi uczuciami, przywiązaniem i swoistymi nadziejami, że to wszystko tworzy swego rodzaju związek, ale jednocześnie - wypowiedzenie tego na głos zdawało się zrywać wszystkie więzy, kajdany, wszystko to, co ich trzymało i ograniczało, co ich wiązało i kazało im pozostawać przy sobie. Rozumna część czarownika niemalże śmiała się w głos wrzeszcząc, że takie pierdoły to może wciskać dzieciom na dobranoc, a nad sobą powinien się poważnie zastanowić, ostatecznie nie był dwuletnim szczeniakiem, który nie ma pojęcia, co się dookoła niego dzieje i skupia się jedynie na jedzeniu i piciu.
Tak czy inaczej śledził go teraz uważnie wejrzeniem mając wrażenie, że Lennan nie skończył jeszcze mówić, że jest coś jeszcze, co chce mu przekazać i wolałby, żeby Jonathan wysłuchał go do końca. To prawda, że czarownik bał się tego, co dalej i nawet jego włosy nieznacznie na to zareagowały, być może nawet mocniej niż chwilę wcześniej, ale nie mówił tego na głos. Ależ tak! Kolejny raz okazywało się, że potęga słów może być nad wyraz ciężka, straszna i przytłaczająca, że raz powiedziane zdanie nie może już zostać cofnięte. Zdawał sobie z tego w pełni sprawę i gdy Królik odezwał się ponownie, Jonathan w pełni zrozumiał, że decyzja już zapadła i nie ma od niej żadnego odwrotu. To było ostatecznie życie Lennana i nie mógł się w nie wtrącać, mógł jedynie czuwać, pomagać i go wspierać.
- Jeżeli taka jest twoja decyzja, nie będę ci w niej przeszkadzał. Postaram się dowiedzieć, jakie zioła mogłyby ci pomóc po przemianie i co mógłbyś zażywać, żeby generalnie czuć się lepiej. Jeśli się na to zdecydujesz i... uda się, po prostu mnie wezwij - powiedział pozornie spokojnie, ale tango w kolorze jego włosów i mocniejsze zaciśnięcie nóg dookoła pasa mężczyzny jasno wskazywały na to, że się denerwował, że ten temat nie był dla niego najłatwiejszy i nie miał tak do końca pewności, jak powinien do niego podejść. Jakaś jego część cieszyła się, że Lennan podjął decyzję, według Jonathana na pewno właściwą, o odejściu od Łowców, częścią których zdaniem czarownika tak naprawdę nigdy nie był. Inna jednak wyła z przerażenia, bo nie wiedział, czy przemiana się powiedzie, nie wiedział również, co dalej i czy legendy są prawdą, czy jedynie jakimiś zabobonami i mitami powtarzanymi w świecie wilkołaków. Nie chciał jednak zabraniać robienia tego, co Królik chciał zrobić, bo po pierwsze to była jego decyzja, a po drugie - dawała im nikłe szanse na to, że jednak będą mogli być przy sobie nieco dłużej niż kilkadziesiąt kolejnych lat. Cóż, tak jak powiedział, myślał o tym, pamiętał i miał nadzieję, że jednak nie będzie przeżywał tego po raz kolejny, tym razem o wiele cięższy i trudniejszy.
Przez chwilę Jonathan się wahał i było to widać. Nie chciał jednak zdradzać ich wszystkich tajemnic, nie teraz, tak samo jak wcześniej Lennan nie mógł wyznać mu całej prawdy dotyczącej własnej osoby i świata wróżek. Zdradzenie, że Sigyn i Car oddały swoją długowieczność nie była mimo wszystko informacją, którą od razu trzeba było roztrąbić na prawo i lewo, pokręcił zatem głową w odpowiedzi na jego pytanie, a następnie rozchylił lekko wargi dobierając jednocześnie odpowiednie słowa, które po chwili skierował do mężczyzny.
- Biała Księga może pomóc niektórym z nas - wyjaśnił w końcu, a jeśli Lennan wiedział co nieco na temat tego, co rzekomo się w niej znajdowało, pewnie sam był w stanie dopowiedzieć sobie resztę. Spojrzenie czarownika jasno mówiło, że są spraw, które na razie musi zachować, o których nie może trąbić na prawo i lewo, a po tym, jak przyznał się przed Królikiem do funkcji, jaką pełnił, ten nie mógł już mieć najmniejszych nawet wątpliwości co do tego, dlaczego nie odsłania przed nim dosłownie wszystkich kart. Zaśmiał się cicho, gdy ten zarzucił mu, że jeszcze nie tak dawno nie chciał powiedzieć mu wielu rzeczy i uniósł dłoń, by położyć ją na jego policzku, jednocześnie żartobliwie przejeżdżając kciukiem po jego wargach. - Wtedy świetnie bawiłem się gnębiąc cię brakiem odpowiedzi. Teraz? Nie mam potrzeby ukrywania tego. Ciekaw jestem, czy Margaret zechce zatem z nami rozmawiać. I zdaje się, że muszę w takim wypadku wrócić do swych potoczystych wypowiedzi, by coś z nich pojęła, nim oskarży mnie, że jestem złodziejem - dodał marszcząc nos w rozbawieniu.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Dostrzegał, że włosy Jona zaczynają szaleć, jakby dopiero teraz dostały porządnego bodźca aby się wybudzić z letargu. W jakiś sposób mile łechtało to jego ego i rozpływało się ciepłem po jego wnętrzu. W końcu on sam trzy dni szalał ze zmartwienia na końcu dochodząc do wniosku, że mógł zostać po prostu zostawiony samemu sobie. Teraz, kiedy wszystko się w pewnym sensie uspokoiło, na nowo czuł spokój i pewność, którą zaczął czuć wcześniej. Teraz za to miał przed sobą jak na talerzu zaniepokojonego o niego Jona. W jakiś sposób rozgrzewało go to przyjemnym poczuciem, że nie jest w tym wszystkim sam. Nie powiedziałby, że dzięki temu przestawał się bać, ale było zdecydowanie lepiej niż w chwili, w której się decydował na ten krok. Uśmiechnął się lekko, ciepło, przesuwając dłońmi w górę ud Jona, chcąc go w ten sposób choć odrobinę uspokoić.
- Na pewno się odezwę, nie widzę powodu, żeby tego nie zrobić – dodał cicho, spokojnie. Kto wie, może te eliksiry mogłyby jakoś pomóc mu łagodniej przejść ewentualną przemianę, o ile do takiej dojdzie. Z drugiej strony nie chciał być na środkach przeciwbólowych, obawiając się, że mogłyby przeszkodzić w całym procesie. Pierwszy raz bał się bólu. Był przyzwyczajony do tego, który czuł przy zranieniu w czasie misji, do towarzyszącego nakładaniu run, ale teraz nie był w stanie w żaden sposób przygotować się na to, co miało go czekać. Najgorsza obok bezradności była niepewność. Teraz jednak byli sami, chwilowo przynajmniej bezpieczni w domu i nikt od nich niczego nie chciał. Było szkoda marnować taki czas na zmartwienia.
Przez moment zmarszczył brwi, gdy tylko dotarło do niego, że Jon waży słowa w myślach i zastanawia się co może mu powiedzieć. Zaraz jednak rozpogodził się. Nie mógł oczekiwać od niego, że będzie mu opowiadał o wszystkim, co tyczy się Organizacji, skoro był zastępcą Opal. To byłoby niedorzeczne, gdyby ktoś odpowiadający za bezpieczeństwo swojej rasy, opowiadałby o wszystkich ważnych sprawach swojemu kochankowi, partnerowi, zwał jak zwał. Sam zresztą nie powiedział Jonowi o powierzonym mu zadaniu odnalezienia dziadka. Jakieś tajemnice każdy z nich musiał mieć. W ich miejscu pozostawało zaufanie do drugiej strony. Dlatego nie dopytywał. Słyszał legendy o tej Księdze, ale nie wiedział co dokładnie można w niej znaleźć. Prawdę mówiąc, przez wiele lat nie interesował się szczególnie tym, co tyczyło się Łowców, a Białą Księgę uznawał za taką rzecz. Teraz żałował ignorancji.
- Mam nadzieję, że uda się wam jakoś ją pozyskać – stwierdził jedynie, pozostawiając temat w zawieszeniu. Zakładał, że Jon sam powie więcej, gdy uzna, że nadszedł odpowiedni moment. Zaraz też temat zszedł na inne tory i nawet pojawiło się rozbawienie, które zdecydowanie przypadło Lennanowi do gustu. W ciemnym spojrzeniu zapaliły się iskry wesołości. Takiego Jonathana dawno nie widział i nie zamierzał tak szybko go oddawać. Poczuł też w jednej chwili jak ciężar powagi chwili powoli się rozmywa. W jednej chwili stracił zainteresowanie częścią rozmowy dotyczącą dyrektorki Instytutu. Powiedział o niej dostateznie, żeby Jon zdołał się przygotować do tego spotkania. Kto wie, może rzeczywiście potoczyste wypowiedzi Czarownika będą skuteczniejsze w przekazie niż proste zdania Lenna. Zdecydowanie jednak uczucie gorąca palące jego wargi, w chwili, w której Jon przesunął po nich kciukiem, przesłoniło całą resztę myśli bruneta.
- Mam wrażenie, że nie tylko takie gnębienie cie wtedy bawiło.[/b] – rzucił, po czym złapał zębami kciuk Jona, uśmiechając się przy tym kącikiem ust i wpatrując wprost w jego oczy. Trącił kciuk lekko czubkiem języka.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Jeśli chciał, mógł być z siebie dumny. Jego znamię czarownika przez dłuższy czas zdawało się pozostawać martwe, jakby faktycznie wycieczka do Spiralnego osłabiła go na tyle, by odebrać mu pewne zdolności. Widać jednak, że sprawy związane z Lennanem wywoływały w nim wiele skrajnych emocji, wiele takich uczuć, których samo opisanie zdawało się być nazbyt wielkie, jakby nie mieściły się w samym czarowniku i całkowicie przekraczały jego pojmowanie. Bał się oczywiście tego, co może nadejść, nie miał najbardziej bladego pojęcia, co może się wydarzyć, jeśli Królik faktycznie spróbuje pozwolić na to, by zęby wilkołaka zagłębiły się w jego ciele. A jak miało wyglądać ich dalsze życie? W końcu wilki tworzyły watahy, a on nie był demonem, zupełnie innego rodzaju, nie należał zatem do stada i nie wiedział, co wydarzy się, kiedy postrzeganie świata przez Lennana niewątpliwie ulegnie zmianie. Mógłby zatem egoistycznie mu tego zakazać, ale to z kolei kłóciłoby się z jego poglądem na fakt, iż mężczyzna nie powinien w żadnym wypadku należeć do Łowców, gdyż nie był ich częścią, a krew w tym wypadku nie decydowała absolutnie o niczym. Odebranie mu na zawsze tej śmiesznej anielskiej części było obecnie najlepszym rozwiązaniem, bo uznanie go za zdrajcę przez Nefilim równałoby się wypowiedzeniu wojny, której potrzebowali teraz jak pięści na oku. Nikt nie zdoła mu wszakże udowodnić, że sam chciał tej przemiany.
- Nie wynoś się tylko gdzieś w środek lasu, bo nie wiem, jak będę miał cię stamtąd zabrać - rzucił jakby nieco żartobliwie, ale prawda była taka, że nie miał nawet pojęcia, czy po przemianie będzie mógł zastosować na nim magię, czy będzie mógł przeprowadzić go przez bramę, czy to w ogóle bezpieczne, czy też nie. Postanowił jednak, że w czasie kiedy Lennan będzie poszukiwał wilkołaka, o którym wspomniał, on sam zajmie się przetrząsaniem posiadanych ksiąg, zajrzy również do siedziby, by zorientować się, czy mają tam jakieś stosowne traktaty dotyczące alchemii, o którą obecnie mu chodziło. Wolał mimo wszystko przygotować sobie jakąś drogę do tego, by uśmierzyć jego cierpienia, by mu pomóc, by go poprowadzić. Domyślał się, że bez wsparcia wilków Królik tak naprawdę daleko nie zajdzie, ale on również chciał naszykować się najlepiej, jak to było możliwe. Martwiła go jedynie sprawa Krwawego Księżyca, o którym słyszał, aczkolwiek nie miał najbardziej bladego pojęcia, o co w nim chodzi. Był jednak dostatecznie intrygujący i wyraźnie niebezpieczny, by zapisać się obecnie po stronie obaw i minusów na stronicach umysłu Jonathana.
Czarownik przyglądał się uważnie Lennanowi, gdy udzielał mu odpowiedzi. Widział, że ten nie jest do końca zadowolony z faktu, że coś przed nim ukrył, ale teraz obaj stąpali zapewne po kruchym lodzie. Jego obowiązkiem było chronienie spraw czarowników, obowiązkiem Królika było osłanianie wróżek i choć nawet w tej materii mogli współpracować, to były pewne kwestie, które należało pozostawić milczeniu i domysłom. Odetchnął nieco głębiej, gdy mężczyzna nie podjął się żadnych awantur i nie okazał obrazy majestatu, co pewnie miałoby miejsce z obu stron jeszcze nie tak dawno temu. Teraz jednak byli skłonni zaufać sobie na tyle, by móc wycofać się w pewnych kwestiach na bezpieczne pozycje i tam się okopać. Nie tylko dla własnego dobra, ale dla dobra swoich bliskich.
- Poza czarującymi słowami, mamy też inne asy w rękawach - powiedział nieco enigmatycznie, ale Lennan spokojnie mógł dojść do wniosku, że Jonathan nie zamierzał pokornie kiwać głową. Istniało pewne zobowiązanie, które Łowcy powinni wykonać, pod prośbą albo groźbą, to raczej dla czarowników nie miało nazbyt wielkiego znaczenia, skoro wcale nie przejmowali się tym, jak Nefilim zapatrują się na pewne sprawy. Nie chciał już jednak drążyć tych zagadnień, bo to nie miałoby żadnego sensu, tym bardziej, że gdybanie nie przynosiło żadnych pozytywnych efektów, lepiej było w tym wypadku po prostu poczekać na rozwój wypadków i nie popadać w jakieś niepotrzebne nikomu paranoje. Aczkolwiek, nie ma co się oszukiwać, Jonathan był raczej sceptycznie nastawiony do spotkania.
- O nie, nie tylko. Nadal mnie zresztą bawi - odparł i zaśmiał się chyba pierwszy raz od dawna tak prawdziwie. - Odgryziesz mi palec, a ja mam tutaj jeszcze kilka dzieł sztuki do dokończenia - powiedział nie ruszając jednak ręki. Mógł jeszcze przez jakiś czas trwać tak w obecności Lennana, po prostu chłonąc jego bliskość. Chciał, by w jego oczach pojawił się znowu prawdziwy blask, jednak problemy, jakie na nich ciążyły, chwilowo jeszcze skutecznie ich ograniczały. Wiedział jednak, że i to wkrótce ulegnie zmianie...

//zt x2 <3
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
*

Jonathan nie miał tak naprawdę pojęcia o tym, co działo się ze starszym czarownikiem od czasu, gdy rozstali się stulecia temu. Nie miał również okazji zapoznać się z jego niebieskim wcieleniem, ani teraz, ani w czasie wojny, bo w niej nie uczestniczył. Nie podobał mu się cały ten zamysł, a przywykły do tego, że trzymał się na tyłach, zrobił dokładnie to. Nie mieszał się, a zatem większość spraw, które miały wtedy miejsce, całkowicie go ominęła. Nie przejmował się tym jakoś szczególnie mocno i najpewniej dopóki nikt nie uświadomi go, jak w pewnych kwestiach sprawy się miały, nie będzie miał najmniejszej ochoty zagłębiać się w ten temat. Zresztą, czarownik skłonny był wiele wybaczać, a już na pewno wtedy, gdy zło niekoniecznie było efektem własnych działań.
Na jego uwagę dotyczącą korzystania z różnych zdolności jedynie skinął głową, bo w tym zakresie niewiele było już do dodania, ale kiedy zadał kolejne pytanie, przez chwilę przypatrywał mu się uważnie. Wiedział, że jeśli Malekith spotka Lennana i tak zorientuje się, z kim właściwie ma do czynienia, więc ukrywanie pewnych spraw, całkowicie mijało się z celem. Nie kłamał twierdząc, że Królik jest półwróżką, bo dokładnie taka była prawda to, że śmierdząca krew Łowców zwyciężyła w jego wypadku, było jedynie kiepskim żartem od losu, którego Jonathan z całą pewnością nie pochwalał, ale chwilowo wiele nie mógł na to poradzić. Pozostawało my zresztą czekać na ruch ze strony Lennana, który podjął już swoje własne decyzje w sprawie przynależności rasowej.
- Nefilim. Z łaski swojej, nie skraj go z miejsca o głowę - stwierdził więc spokojnie, jednak spojrzał dość bystro na swego dawnego nauczyciela. Nie wiedział, jakie ten ma zapatrywania na Łowców, ale jeśli podobne do samego Jonathana, to to spotkanie mogłoby skończyć się nie najprzyjemniej. Niemniej jednak na razie czarownik wolał się w tym jakoś szczególnie nie zagłębiać. Miał coś jeszcze powiedzieć, gdy Malekith zaczął snuć ponownie swe wywody, ale później pokręcił jedynie nieznacznie głową i stwierdził, że jeśli się zmobilizują, być może Jasna Kraina zostanie odzyskana. Choć chwilowo wątpił w to, by później można było tam faktycznie oddychać czystym powietrzem i mieć widoki ciekawsze niż po wybuchu elektrowni atomowej. Mrok był, zdaje się, o wiele gorszą przypadłością.
Poprowadził swego dawnego nauczyciela do domu, wprost do pracowni, w której znajdowały się jego obrazy i rzeźby, później zaś podszedł od przesuwnych drzwi i pozwolił mu wejść do miejsca, gdzie suszyły się zioła, gdzie przechowywał potrzebne metale i cały ten magiczny bałagan. Pomieszczenie było również przestronne, ostatecznie bowiem Jonathan zgromadził całkiem pokaźny zasób najróżniejszych materiałów i nawet jeśli z nich nie korzystał, wolał je mieć. Z pewnością to arsenał ziół i składników był o wiele większy, ale nie oznaczało to jeszcze, że Malekith nie znajdzie tutaj potrzebnych mu rzeczy.
- To wszystko, co mam na chwilę obecną. Jeśli uznasz, że coś ci się przyda, po prostu to weź. Mogę szukać później kolejnych źródeł dla metali i składników, jeśli uznamy, że coś będzie niezbędne - stwierdził prosto. Nie zapalał światła, w środku panował nieznaczny półmrok, ale wolał, żeby elementy lecznicze i alchemiczne nie gotowały się w pełnym słońcu.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Raiden "Malekith" Minamoto

784


185 cm


I see beauty in everything but it all is still fading away






[Cytuj]
Multikonta: Freya Johansen, Damien C. Ashdown
Szczęściem Jonathana jest to że nie miał do czynienia z Malekithem w tym niebieskim okresie jego życia. Spotkanie byłoby nieprzyjemne, delikatnie mówiąc. Gdyby Jonathan jakimś trafem naraził się niewłaściwej personie, z pewnością doszłoby do walki. Ich przeszłość nie miałaby żadnego znaczenia, młodzik nie otrzymałby żadnej taryfy ulgowej. Z pewnością któregoś razu mu o tym opowie, miał prawo wiedzieć i lepiej aby padło to z ust Japończyka a nie osoby trzeciej. Niemniej nie teraz, jeszcze nie. Póki co musieli skupić się na samym Mroku, nic gorszego nie powinno ich później spotkać. The Cohort? Mógł im życzyć powodzenia w pozyskiwaniu środków stawiających ich ponad Pradawnym.
- Poważnie, to pierwsze co przyszło ci do głowy? Czy wyglądam jak Gargamel i rzucam się na każdego Smerfa jakiego zobaczę? - spytał i zaśmiał się, to nie szczerość wynikająca z usposobienia ale gra aktorska. Domyślny przekaz miał być jeden, przecież bez powodu głowy Lennana nie tknie. Ostrza przydadzą się na inne stworzenia a kontakt z materią typu kość skraca żywotność każdego z nich. Tak długo jak ten Pan będzie grzecznym, sprzyjającym właściwej stronie Podziemia chłopcem, będzie panowała miłość i inne milutkie rzeczy. Z przyczyn obiektywnych, za zamkniętymi drzwiami sypialni Jona nie musiał być potulnym barankiem. W rodzie Starków nie tylko Lord Dowódca Nocnej Straży mógł pozostać w niewiedzy i dlatego tę myśl zachowajmy w skrytości.
Niczym dziecko które dostało klocki lego zaczął grzebać w zawartości pracowni Jona, gdy w końcu zdołali do niej dotrzeć. Uwagę skupił na wszystkim co mogło przydać się w tak zwanym craftowaniu, zwykle alchemików mieli więcej aniżeli rzemieślników i stąd ten priorytet. Nie spodziewał się znaleźć tutaj zbyt wielu przydatnych rzeczy i był nieco zdziwiony gdy coraz to kolejne kawałki przydatnych w zbrojeniówce składników lądowały na oddzielnej kupce. Robił to w sposób uporządkowany, angażując telekinezę. Żaden sąsiad nie powinien skarżyć się na hałasy.
- Kiedy możesz zacząć seryjną produkcję mikstur? - spytał i skierował swój wzrok wpierw na suszące się zioła, a następnie na samego Czarownika. Ideałem byłoby zapewnienie każdemu z idących na wojnę przynajmniej podstawowego pakietu, na czele z eliksirami leczącymi. Liczby nie były ich mocną stroną i musieli liczyć się z tym że każdy z nich będzie musiał wystać dłużej niż przewidują to ustawy. W nazewnictwie Związku Radzieckiego oznaczałoby to przydział amunicji dla KAŻDEGO żołnierza i podwójną rację gorzały. Takiej hojności nie było nawet w trakcie bitwy o Moskwę. - Wybierasz się na front? - spytał i wzrok Malekitha utkwił w oczkach Jona. Na zapleczu zawsze powinien znajdować się medyk, ktoś musiał odsyłać do walki umiarkowanie rannych. Miał odpowiedni wiek aby objęła go konskrypcja.
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo