Shay

163



.






[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham, Arthur Buckley
Shay dostał wiadomość, ale sam nie wiedział, czy powinien na nią odpowiadać. Nie przedyskutował jej ani z Anthonym, choć czuł, że być może powinien. Coś w głębi podpowiadało mu jednak (Mrok, jak zdążył się domyślić), że całe to spotkanie niewiele da i tak naprawdę nie ma większego sensu w walce o powrót do domu. Bo czym dom jeszcze istniał? A jeśli tak, to w jakiej formie? Pamiętając wydarzenia z wyspy, Shay domyślał się, że z Faerielandu pozostały tylko zgliszcza, wymarłe lasy i trupy ich pobratymców. Nie był pewien, czy chciałby do tego wracać.
Młody wróżek ostatecznie doszedł do wniosku, że nie chce brać udziału w żadnym treningu, ale z chęcią popatrzy, jak pozostali się męczą. Nie udało mu się wstać na tyle wcześnie, by pojawić się na rozpoczęciu treningu, nie sądził jednak, by miało to większe znaczenie. Parę minut snu dłużej było ważniejsze od naśmiewania się z nieudolnych prób stania się mężczyzną przez Anthony'ego, którego spodziewał się zastać w lasku.
Nie spieszył się. Wolnym krokiem przemierzał las, by ostatecznie znaleźć obóz treningowy gdzieś na jednej z polanek. Prychnął przez zęby i zaśmiał się widząc, jak pozostałe wróżki zbierają się do biegu.
- Wspaniale, uczymy się ucieczki przed Mrokiem. - Zakpił, stając obok Marianne. Złożył ręce za plecami, nie zamierzając dołączyć do grupy.
 

Devana

1072


170 cm


Looks like a cinnamon roll but could actually kill you







[Cytuj]
Multikonta: Opal, Viviane, Kasia
Obserwowała małą grupkę z ukrycia. Leżała w zaroślach w postaci wilka, która ze wszystkich zwierzątek najbardziej jej pasowała i zaciekawieniem oceniała jak radzi sobie Marianne. Biedni nieświadomi, którzy postanowili zgodzić się na ten cały trening. Chociaż nie mogła zaprzeczyć, że to, co z niego wyniosą, przyda im się w przyszłości. Szczególnie tej najbliższej. Ziewnęła przeciągle, gdy Niedźwiedzica zagoniła dzieciaki do wyboru broni. Całkiem ładny arsenał, Dev jednak wolała swój własny, choć w sumie mały trening walki ostrzami może by jej nie zaszkodził? Zanim jednak zdążyła się nad tym zastanowić, młode wróżki zostały zmuszone do biegania, na co musiała przyznać, patrzyło się już trochę lepiej. Sama pamiętała czasy, gdy przechodziła dość elitarny trening, który nie raz powodował, że padała na ziemię niezdolna wykonać najmniejszego ruchu. Piękny to był okres, gdy wróżki wiedziały, co oznacza wysiłek, a nie jedynie udawały. Ziewnęła ponownie, unosząc się lekko i zakładając jedną przednią łapę na drugą. Wiedziała, że Marianne nadal hołduje właśnie tamte standardy, spodziewała się wiec, jak skończą tutejsi ochotnicy. Jeszcze raz, biedne dzieciaki.
Pociągnęła nosem, wyczuwając nowy zapach. Spojrzała stronę, skąd dochodziły odgłosy kroków i podniosła się. Powoli, ostrożnie, z gracją stworzenia, którego skórę teraz nosiła, zbliżyła się do kolejnego młodego wróżka. Shay. Kojarzyła go, wiedziała, że jest synem Nimat. I jak widać niezwykle butnym stworzonkiem. Uśmiechnęła się wewnętrznie na jego uwagę. Zdziwiłby się, jak bardzo umiejętność ucieczki mogłaby mu się kiedyś przydać. Zaczęła się zbliżać do czarnowłosego, a z jej pyska zaczął dochodzić nieprzyjemny warkot. Nieubłaganie zbliżała się w jego stronę, pewnie stawiając nogi na ziemi, nie zważając na łamiące się gałązki. Warkot stawał się coraz głośniejszy, pysk zmarszczył się groźnie, w oczach widać było wściekłość, która choć udawana, na niektórych może i mogła zrobić wrażenie. Bo w duchu wróżka całkiem dobrze się bawiła.
 

Izumo Isei

859



"ja pierdole"






[Cytuj]
Czas. Czym jest czas? Dzień wobec roku, rok wobec stulecia, stulecie wobec milenium? Czyżby faktycznie była to złuda, jakobyśmy widzieli czwarty wymiar, mimo iż widzimy ledwo trzy? Nie wydaje się, żebyśmy byli jedynie biernymi obserwatorami przewijajacej nam się przed oczyma przestrzeni Czasu, ale jednak, może?
Za każdym razem kiedy wyglądał za okno, widział jedynie zmieniające się natężenie światła. Czasem widział wyraźnie, czasem mniej wyraźnie, wydawał się jednak nie do końca rozumieć co to za sobą niesie. Cykl dnia i nocy był tu tak skrajny, jak nigdy w Królestwie. Życie płynęło tu tak szybko, że nie zauważał jego pływu. Nie wiedział i nie rozumiał co robić, nie wiedział nawet czy chce wiedzieć. Po prostu robił co mu polecono. I tak w kółko, jak przywykł.
Niedawno zorientował się jednak, że faktycznie coś jest nie tak. Że czas płynie nieco inaczej, niż mu to się zdawało. Zdezorientowany przez chwilę zastanawiał się właściwie, co począć? Podjąć działanie czy pozostać biernym, jak go nauczono? Ostatecznie zdecydował.
Pędził pośród lasów Yorku, z gałęzi przeskakując na kolejną, tak by żadnej nie złamać, ani nie zakłócić porządku życia każdego z drzew. Był prędki, lecz delikatny. W końcu ich zauważył, zatrzepotał fioletowymi skrzydełkami i zleciał na jeden z wolno stojących kamieni.
- Przepraszam za spóźnienie - Powiedział ze szczerą skruchą w głosie
Oni jednak już zaczęli biec dookoła, a on, majac wrażenie że rozumie o co chodzi, również zaczął, robił to jednak stosunkowo wolno, stawiajac stopy w miejscach w których trawa już została zgnieciona i próbując o tym nie myśleć.
Broni dobierać nie musiał, trzymał ze sobą swój miecz od kiedy wyrzuco ich z Królestwa
 

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar
Drażnienie Niedźwiedzicy miało to do siebie, że raczej nigdy nie kończyło się dobrze. Była i tak względnie cierpliwa i skłonna do tego, żeby znosić ich humorki, ale nawet w jej wypadku istniały pewne granice, tym bardziej, że tutaj to ona była dowódcą, nie ktoś inny. To ona decydowała, co się dzieje, kiedy i na jakich zasadach. Shay był zaś jedynie niewychowanym gówniarzem, który albo nie rozumiał powagi sytuacji albo w ogóle nie posiadał ducha walki i na pewno lepiej zrobiłby zostając w domu. O wiele lepiej. Devana mogła na niego ostrzegawczo warczeć, a proszę bardzo, ale to właśnie pucas znalazła się przy synu kuzynki tak szybko, jak to było tylko możliwe, a biorąc pod uwagę jej zdolności - nie zabrało jej to nie wiadomo ile czasu. Chwilę później Shay mógł poczuć porządne uderzenie pięści w sam środek nosa, które obsunęło się nieznacznie na jego zęby. Chrząstki z całą pewnością nie wytrzymały, ale dokładnie o to chodziło Niedźwiedzicy, która nie zamierzała tolerować najmniejszego przejawu niesubordynacji, a jej cios był doprawdy lekki, jeszcze nic nie znaczący. Gdyby zechciała użyć na Shaya całej swej siły, z całą pewnością skończyłby o wiele gorzej. Ostatecznie wróżka była pucasem, z urodzenia miała wiele sił, a trenowane latami ciało dawało jej dodatkowe wsparcie, które pozwalało jej bez problemu dźwigać dwuręczny topór. Shay zdecydowanie powinien się zastanowić, czy chciał z nią, kurwa, zadzierać.
- Właśnie Mrok cię zajebał, gratulację. Może jednak ruszysz swoją leniwą dupę i pokażesz nam, do czego jesteś zdolny? - rzuciła jedynie ostro nie czując żadnych skrupułów. Jeśli chciał iść z nimi odbijać dom, to czekał go tam o wiele większy rozpierdol, niż tutaj, po jednym uderzeniu, po jednym ciosie, który był i tak ze strony Niedźwiedzicy bardzo delikatny.
- A jak nie wiesz czym jest szacunek, to lepiej trzymaj się z tyłu, sukienki matki - dodała jeszcze mierząc go roziskrzonym, groźnym wejrzeniem błękitnych oczu. - A na wasze odpowiedzi ciągle czekam! - rzuciła odwracając się w stronę pozostałych wróżek. Nie zamierzała podawać Shayowi ręki. Lekcja numer dwa właśnie się rozpoczęła.
I am brave, I am bruised
I am who I'm meant to be, this is me
Look out 'cause here I come
And I'm marching on to the beat I drum
I'm not scared to be seen
I make no apologies, this is me
 

Anthony Vindevogel

17


179 cm


Na niebie gwiazd nie zobaczysz w noc zimną i czystą...







[Cytuj]
Multikonta: Sonia, Sigyn
Cóż, Tony nie był zaskoczony, słysząc zarządzenie Marianne. I nawet jeśli, delikatnie mówiąc, średnio wysportowany Anthony nie wiedział jeszcze, co go czeka, już czuł, że będzie to bolesne. Wczesne wstawanie, wycieczki na miejsce zbiórki, biegi, nauka walki bronią, a to wszystko jeszcze pod czujnym okiem Niedźwiedzicy. Hah, no to koniec wakacji!
Bieganie bez obciążenia już byłoby problematyczne dla blondyna, a z ostrzami przy pasie to nie ma mowy. Szczerze powiedziawszy chłopak miał wrażenie, że zaraz wypluje płuca, ale uparcie starał się nie tyle, co utrzymać tempo, a po prostu ruszać się. Z ulgą zatrzymał się na chwilową przerwę, nawet nie próbując utrzymać pozory nie bycia padniętym. Jedynie o czym marzył to prysznic i łóżko. Jednak trening Maryśki trwał w najlepsze, więc nie mógł sobie pozwolić na powyższe czynności.
Już miał odpowiedzieć blondynce pomiędzy szybkimi wdechami, gdy nagle zjawił się Shay. Tony spojrzał na niego bez słowa, aczkolwiek widząc jego postawę poczuł ochotę ostrzec go. Jasne, pewnie chciał wykorzystać okazję i pośmiać się z niego, ale i tak Tony czuł się w obowiązku oznajmić mu, żeby uważał co i w jaki sposób mówi przy Niedźwiedzicy. Na nieszczęście nisse, starsze zielonki miały lepszy refleks i oprócz interwencji wilczycy, co akurat zaskoczyło chłopaka, bo nie poznał w futrzaku Devany, to i Shay dostał w nos od Maryśki.
Musiało boleć.
Anthony mimowolnie wyprostował się, tak, jakby nie chciał dawać ewentualnych powodów Taillis do bicia go, aczkolwiek coś czuł, że ta niewiele potrzebuje do dosadnego pokazania, co o kimś myśli. Zauważył kątem oka Izumo, z którym mieszkał u Sigyn. Posłał mu przelotny uśmiech w ramach powitania.
- Nie wiem czy umiem - wyznał szczerze, bo, cholera jasna, skąd miał wiedzieć? Był totalnym świeżakiem i nawet nie wiedział, czego może się spodziewać po magii. Nie mówiąc już o możliwościach wróżek.
 

Shay

163



.






[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham, Arthur Buckley
Shay nie spodziewał się, że chęć pośmiania się z pobratymców i jeden komentarz przysporzą mu tylu kłopotów. Nie miał przecież na myśli nic złego! Sport to zdrowie, czy coś, ale nie był wielkim jego fanem.
Odmienne zdanie miał najwyraźniej wilk, który powoli zbliżał się w ich stronę. Shay początkowo nie okazał strachu, sądząc, że wszystkie stworzenia były przyjaciółmi, nawet te nieszczęsne biesy na plaży na wyspie Kitsune. Chciał już nawet kucnąć i przywołać do siebie stworzenie poprzez wyciągnięcie dłoni, gdy okazało się, że wilk niewiele ma wspólnego z pieskami, które Shay czasem zaczepiał w parku. Warkot nie wróżył niczego dobrego.
W pewnym momencie Shay chciał nawet schować się za Marianne.
- Hej, przestań...! - Rzucił, a żeby powstrzymać zwierzę, poprosił pobliski krzew o wsparcie. Cienkie witki korzeni wystrzeliły z ziemi, by luźno owinąć się wokół dwóch przednich łap wilka w ostrzeżeniu, że nie powinien robić ani kroku więcej. Nie było to więzienie nie do pokonania, raczej sposób na chwilowe powstrzymanie zwierzęcia.
Ludzie twierdzili, że śmiech to zdrowie, pięść Marianne przekonała go jednak, że Przyziemni niewiele wiedzieli o prawdziwym życiu. Skupiony na wilku nie zauważył, jak nadlatuje jego zguba i trafia prosto w nos.
W pierwszym momencie Shay nie do końca wiedział, co się stało, gdy nagle zobaczył gwiazdy, a następnie całkiem słoneczne niebo nad sobą. Uderzenie pucasa posłało go na ściółkę - nie był to wielki wyczyn zważając na to, że chłopiec wyglądał, jakby mógł przewrócić go byle mocniejszy podmuch wiatru. Kolejną chwilę zajęło mu poczucie bólu na twarzy. Zakrył nos dłońmi, czując, jak rozmazuje po twarzy krew.
- Ałałała...! - Jęknął, na chwilę odsuwając ręce i przyglądając się czerwonym plamom na nich. - Dlaczego to zrobiłaś?! - Dodał, nie powstrzymując łez, którymi z powodu bólu zaszły jego oczy. Nie chciał płakać przy wszystkich, ale nad tym nie panował. Podniósł się do siadu, rzucając jeszcze kontrolne spojrzenie w stronę wilka. Nie chciałby, by ten na dokładkę rozerwał mu tętnicę. - Myślisz, że Mrok będzie bił się z tobą na pięści?! Albo pozwalał uciekać?! - Wrzasnął, rozżalony, zaciskając palce na skrzydełkach nosa. W pierwszym odruchu paniki nie pomyślał o leczeniu. On spotkał Mrok, ba, nawet próbował przed nim uciekać - wydawało mu się, że nawet z przeszkoleniem pucasa nie zdołałby uciec przed ciemnością, którą wtedy otulił go wróg.
 

Devana

1072


170 cm


Looks like a cinnamon roll but could actually kill you







[Cytuj]
Multikonta: Opal, Viviane, Kasia
Shay widać jakieś tam instynkty jeszcze miał, skoro użył swojej umiejętności przeciwko Devanie. Ta, gdyby oczywiście wilczy pysk na to pozwalał, uśmiechnęłaby się na to szeroko, wyczuwając okazję do dalszej zabawy. Roślinka jednak na razie trochę jej w tym przeszkadzały, należało więc zmienić trochę formę, by móc wykorzystać więcej swoich umiejętności. Zaczęła przyjmować na powrót swoją wróżkową wersję, miała więc teraz oplecione rączki, nie łapy. I nawet chciała właśnie zrobić mały pojedynek na kontrolę roślin, gdy Marianne postanowiła się zająć Shayem. Uniosła brew, widząc powalonego wróżka, po czym wyplątała się z pnączy. Uniosła się na skrzydłach i lecąc nisko nad ziemią, pojawiła się przy boku Marianne.
- Widzę, że pokazujesz młodym dawną szkołę? - zapytała, obserwując rozmazującego po twarzy posokę wróżka. Cóż, lekcja pierwsza. Szanuj starszych, a już na pewno tych, którzy mogą cię powalić jednym ciosem. Uśmiechnęła się na jego jęczenie i zaraz kucnęła przy nim.
- Mrok będzie chciał nas zamordować przy pierwszym spotkaniu z nami mój drogi - mówiła chłodno. - W tym wypadku zostaje ci albo próba walki, albo ucieczki, chyba że wolisz poddać się i dać unicestwić, nie próbując kompletnie nic zrobić. A im jesteś szybszy, silniejszy i więcej umiesz, tym większe są twoje szanse na przetrwanie. A na razie, huh, oceniam je jako marne - wstała i zerknęła znów na siostrę. - A ty potrzebujesz pomocy? A może sama chcesz rozprostować kości? - uśmiechnęła się ponownie, tym razem jednak drapieżniej. Skoro już się tu pojawiła, to nie mogła przecież siedzieć i tylko się przyglądać.
 

Ignis

231


170 cm


All I wanna do is hear you scream in pain







[Cytuj]
Multikonta: Lennan, Eve
Biegała swobodnie, nie przejmując się coraz to nowymi osobami, które dołączały do ich treningu. Wiedziała, że musza, ale to nie oznaczało, że ona musi nawiązywać z nimi jakąkolwiek relację. Biegła więc miarowo, skupiając się na tym, żeby przypadkiem nie wbić noża w nikogo, a szczególnie nie w dzieciaka, który zdawał się być chodzącą arogancją i bezczelnością. Ostatecznie Marianne sama odreagowała robiąc to, co nie tylko ona miała ochotę zrobić. Dostrzegła wilka, który po chwili przemienił się w kobietę... Devana? Jeśli dobrze pamiętała to była ona siostrą Miśka. Ciekawe...
Podbiegła do Antka, który zdawał się być najbardziej zmieszanym obecną sytuacją. Uśmiechnęła się do niego lekko, kiedy stwierdził, że nie wie, czy potrafi się zmienić w jakieś zwierzę.
- Z całą pewnością potrafisz skakać tak, jakbyś latał. Każde z nas to potrafi. Czasem przy ogonie możesz dostrzec pojedyncze błyski, są to ogniki - zaczęła mówić do niego nieco ciszej, w końcu nie musieli wszyscy wokół słuchać. - W czasie, gdy my wykonujemy skok w górę, one tworzą coś na wzór skrzydeł, pozwalając nam jakby... odbić się... od powietrza i poszybować dalej. Przydatne, kiedy trzeba szybko uciekać, albo dostać się gdzieś wysoko, a nie potrafimy się w nic przemienić. Spróbuj - dodała zachęcającym tonem. Właściwie wystarczyłoby, żeby chłopak skoczył i zaufał naturze. Kitsune, choć nie posiadały skrzydeł, również potrafiły na swój sposób latać, wykonując naprawdę dalekie skoki. Miała wrażenie, że ten młody lis potrzebował jakiejkolwiek zachęty, ale nie w postaci spokoju od pięści Miśka, ale w formie powodzenia w jakiejś dziedzinie. Liczyła, że gdy uda mu się poprawnie wykonać "lot" nabierze nieco więcej pewności siebie.
Spojrzała w stronę Marianne, nie przerywając biegu. Czekała na to co będzie dalej zarządzone. Liczyła, że nie będą musieli jedynie biegać, bo choć jeszcze czuła siły, podejrzewała, że za chwilę po prostu zmieni się w lisa i będzie kontynuować bieg w zwierzęcej formie.
If I could go, go into my heart
And search for all the places I left the spark
To find a way, way back to the olden days
Before it started falling apart
 

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar
- Pomyśl, może zgadniesz - powiedziała jedynie do Shaya. Nie, to, że była jego ciotką nie stanowiło żadnej taryfy ulgowej, a być może nawet przesądzało o tym, że traktowała go jeszcze ostrzej. Poza tym musiał być gotowy na wszystko, na każdy atak, na każdą niedogodność, jaka mogła nadejść. Nie mógł sobie tak po prostu kpić i zachowywać się jak skończony głupiec, już w tej chwili Niedźwiedzica wiedziała, że to najwyższa pora powiadomić o wszystkim Nimat i dać jej znać, żeby zapanowała nad synem, nim zacznie stawać się jeszcze bardziej krnąbrnym idiotą, niż w tej chwili. Nie zamierzała udzielać mu dalszych odpowiedzi, tym bardziej, że Devana zajęła się już sprawą, więc pozostawiła tę kwestię w rękach siostry.
- Przekonamy się zatem. Ale słuchaj Lisicy, ona na pewno będzie w stanie pomóc ci o wiele bardziej niż ja - powiedziała spokojnie w stronę Anthony'ego. Nie zamierzała zmuszać go do jakiś przemian na miejscu, ale powinien zacząć się nad tym zastanawiać, powinien się na tym zacząć skupiać, gdy już zostanie sam. Co do bycia Kitsune - nie mogła się wypowiadać, nie miała co do tego podstaw, musiała więc zaufać Ignis, że ta wie, co mówi i co opisuje. Zerknęła zaraz na Devanę przymykając nieznacznie oko i uśmiechnęła się pod nosem. Owszem, mogłaby stanąć przeciwko niej, ale to nie była aż tak dobra zabawa w tej chwili.
- Na koniec - powiedziała więc do siostry z chytrym uśmieszkiem. - Na razie pokaż Anthony'emu co jak. Jak powinien się rozgrzać, jak posługiwać się krótkim ostrzem... jesteś w to pewnie lepsza. Izumo - ty i Shay stanowicie drugą parę, Lisica zmierzy się ze mną. Pamiętajcie o przygotowaniu - rzuciła jeszcze. Rozgrzani byli, łącznie z Shayem, który leżał po prostu na ziemi czy co on tam robił, zdychając z bólu po uderzeniu, jakie mu zadała. Musieli się ogarnąć i wziąć do roboty, jeśli chcieli faktycznie zmierzyć się z Mrokiem. Na razie zaś niewiele się tutaj wydarzyło, na pewno jednak zaczęli jakoś się hartować. To już, kurwa, coś.
I am brave, I am bruised
I am who I'm meant to be, this is me
Look out 'cause here I come
And I'm marching on to the beat I drum
I'm not scared to be seen
I make no apologies, this is me
 

Shay

163



.






[Cytuj]
Multikonta: Jack McDougall, Abraham, Arthur Buckley
Shay miał problem przez fakt, że nie widział wrogów w zwierzętach, czy nawet magicznych stworzeniach. Niebezpieczeństwo mogło pochodzić tylko od tych, którzy kiedyś już je stworzyli, podczas wolny. Należało trzymać się wróżek, nie zważając na innych... Problemem było to, że teraz wróżki atakowały. I to z Ciemnego Dworu!
Jęknął raz jeszcze, podejmując leczenie połamanych chrząstek. Przyjemne ciepło rozlało się z jego dłoni, naprawiając uszkodzenia spowodowane pięścią Marianne. Shay rzucił obrażone spojrzenie Devanie. Skąd mógł wiedzieć, że to ona była wilkiem?
- Skąd wiesz, co zrobi Mrok? - Rzucił niesympatycznie, choć nie czuł potrzeby przyznawania się do tego, że sam stanął nim oko w oko. - Rozmawiałem z czarownikami. Mrok jest wściekły, bo ktoś kiedyś zabrał mu Jasność. Może gdybyśmy spróbowali jej poszukać... - Zaproponował słabo, podnosząc się z ziemi. O ile nos umiał sobie naprawić, o tyle z plamami krwi było ciężej. Do tego dochodził pył na ubraniu! Mama nie będzie zadowolona. - Może powinniśmy mu pomóc zamiast walczyć. Widzieliście, co zrobił na Wyspie... Byłby dobrym sojusznikiem.
Chłopiec stanął obok Marianne i posłał jej spojrzenie ciemnych, błyszczących oczu. Byłaby prawdziwym potworem, gdyby spróbowała uderzyć go raz jeszcze!
Powłóczył wzrokiem za Anthony'm, który grzecznie trenował z Ignis. Shay westchnął, słysząc, że dostał parę do treningu.
- Nie jestem silny. Nigdy nie będę. - Zaprotestował. Po co w ogóle tam poszedł?! - Co mam robić? - Zwrócił się do kitsune.
 

Devana

1072


170 cm


Looks like a cinnamon roll but could actually kill you







[Cytuj]
Multikonta: Opal, Viviane, Kasia
Cóż, może gdyby spróbował użyć mocy kontaktowania się ze zwierzętami i rozkazywania im, zrozumiałby, że z wilkiem jest coś nie tak. A tak, cóż. Nie mógł wiedzieć, że wilk był Devaną, która postanowiła zabawić się przez chwilę jego kosztem. A i przy okazji trochę sprawdzić dzieciaka. Cóż, nie zyskała informacji pocieszających, o czym chętnie porozmawia z Nimat. A jak na razie mogą go z Marysią trochę podręczyć, bo w sumie przyda mu się. W jego wieku zabijała już z zimną krwią, a on. Zostawmy bez komentarza jego aktualną przydatność.
Uśmiechnęła się, na pytanie szczeniaka i pokręciła główką.
- Bo zniszczył nasz świat, bo próbował zniszczyć Spiralny Labirynt razem z czarownikami. Bo żyje chęcią zemsty. Może i Iskra by nam pomogła i uratowała nasze tyłki. Tylko czy możesz zagwarantować, że ją znajdziemy? Czy jesteś pewien, że przybędzie i nas ochroni, zanim Mrok nie zrobi z nas wszystkich kupki popiołu? Czy masz zamiar siedzieć bezczynnie, nie robiąc nic, by walczyć o dom? A może wiesz, gdzie jest obecnie Iskra? - syknęła, unosząc dzieciaka za chabety, by po chwili go opuścić. Był pyskaty, myślał, że zjadł wszystkie rozumy. Nie zawsze znajdowała się pokojowa opcja. Nie zawsze dało się wygrać, nikogo nie tracąc. - A teraz grzecznie słuchaj się Marianne, bo uwierz mi. Na razie jest jeszcze miła - zostawiła chłopaka, nie bardzo chcąc się z nim dalej użerać.
I na jej ustach wykwitł drapieżny uśmieszek, gdy Marianne zapowiedziała, że zmierzą się pod koniec ich spotkania. Gdyby miała ogon, zapewne machałaby nim teraz radośnie, tkwiła jednak w formie człowieka, która nie ukazała większych oznak radości. Poza iskierkami w szarych oczach.
Grzecznie podeszła do Anthonego, z pochwy przy pasie sięgnęła po sztylet i położyła płazem na palcu wskazującym, ot, w ramach zabawy. Balansowała precyzyjnie wyważoną bronią i zerknęła na wróżka.
- Zaczniemy od jednego ostrza, jest to na pewno łatwiejsze. Z tego, co słyszałam, kompletnie się na tym nie znasz, więc zaczniemy od samoobrony. Najpierw pozycją. Złap sztylet. Jedna noga do przodu, druga do tyłu - zaczęła rozstawiać chłopaka, sprawdzając, czy stoi stabilnie. - Pochyl się delikatnie. Nie tak, za bardzo! Ręka trzymająca nóż z przodu, druga z tyłu, bliżej ciała, chronisz ją przy okazji tym nożem - odsunęła się i stanęła kilka kroków dalej. - Jest dobrze. A teraz - ustawiła się w podobnej pozycji co Anthony - spróbuj przyjąć mój cios na sztylet - powiedziała, atakując w jego lewy bok. Cóż. Nauka będzie dość szybka.
 

Ignis

231


170 cm


All I wanna do is hear you scream in pain







[Cytuj]
Multikonta: Lennan, Eve
Uśmiechnęła się do Antka, czując, że może jeszcze być z niego dobry lis. W gruncie rzeczy, wystarczyło kierować się typowymi cechami lisa. Nie atakował, gdy nie był pewny zwycięstwa. Skradał się, oszukiwał... Jeśli niewinny chłopak będzie w stanie nauczyć się takiego życia, to kto wie... Może jeszcze czeka go świetlana przyszłość kitsune? Zademonstrowała mu na sobie to, o czym mówiła w sprawie skoków, aż ostatecznie dotarło do jej uszu, że ma zmierzyć się z Marianne. W jednej chwili zmieniła się w lisa, żeby podbiec pomiędzy nogami wróżek do blondynki i ugryźć ją w łydkę, odskakując w miarę szybko, przybierając ludzką postać ze sztyletami w dłoniach.
- A myślałam, że będę z mlodym trenować - odezwała się, po czym zabrała się do właściwiej części treningu. Wiedziała, że z Marianne nie będzie miała lekko. Nie zamierzała więc grać czystko. Poza tym, czy przypadkiem nie chciała widzieć na co ich stać? Przez lata Ignis nie miała możliwości trenowania odpowiednich umiejętności, przez co niewiele potrafiła w gruncie rzeczy. Nie władała żywiołami, nie potrafiła panować nad roślinnością, ani porozumiewać się ze zwierzętami. Za to potrafiła osłonić się w miarę tarczą, a także zmieniać się w zwierzęta. Szczególnie upodobała sobie lisa i nie powinno to nikogo dziwić.
Zamarkowała cios od lewego boku, wyprowadzając szybkie pchnięcie w prawą pachę, miejsce najmniej zabezpieczone pancerzem, po czym przemieniła się szybko w lisa, próbując zwinnie przeskoczyć między nogami Marianne za jej plecy. Planowała zaatakować ją od tyłu, jeśli tylko uda jej się minąć nogi kobiety. Należało wykorzystywać wszystko, co dała natura, prawda?
If I could go, go into my heart
And search for all the places I left the spark
To find a way, way back to the olden days
Before it started falling apart
 

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar
- Później - rzuciła z uśmiechem w stronę Ignis i lekko zmarszczyła nos, ni to w rozbawieniu, ni to w irytacji. Nie zamierzała jednak prowadzić dalszych dyskusji i już po chwili ruszyła do ataku, dając tym samym znać wszystkim pozostałym, żeby lepiej brali się do pracy, bo za chwilę przyrosną do tej polany, na której się znajdowali. Nie o to w końcu w tym chodziło, trzeba było działać, trzeba było się czymś zająć i przestać płaszczyć tyłki w Yorku, a skoro chcieli ruszać na wyprawę, będą musieli codziennie, sukcesywnie, wzmacniać swoją odporność i wszelkie możliwe zdolności, by nie siedzieć w miejscu i nie marudzić, nie kręcić nosami i nie płakać rzewnie za utraconą krainą.
Trenowali zatem w najlepsze. Nie zamierzała ich oszczędzać i pilnowała, żeby jednak działali jak najlepiej, żeby cokolwiek z tego wszystkiego wynosili - tak jak zapowiadała - zamierzała widywać się z nimi każdego kolejnego dnia o świcie, w końcu nie zamierzała walczyć z bandą chucher u boku, potrzebowali silnych wojowników, świadomych tego, że czeka ich wiele niebezpieczeństw i nie wiadomo, co za chwilę wyskoczy na nich niczym diabeł z pudełka. Nie liczyła oczywiście na żaden cud, musiałaby być co najmniej naiwna, ale mimo wszystko wierzyła, że będzie z nimi lepiej, że zajdą gdzieś dalej, że trafią tam, gdzie powinni. Wierzyła, że odzyskają dom i to właśnie jej przyświecało, gdy każdego kolejnego dnia próbowała coś z nich wykrzesać, mając nadzieję, że zapamiętają cokolwiek z przekazywanych im lekcji.

//zt dla wszystkich; nie ma już po co przeciągać <3
I am brave, I am bruised
I am who I'm meant to be, this is me
Look out 'cause here I come
And I'm marching on to the beat I drum
I'm not scared to be seen
I make no apologies, this is me
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo