Anastazja Nitsche

398



I'm tired of losing people







[Cytuj]
Pająk powolutku przemieszczał się z jednego końca regału na drugi. Zakurzone grzbiety książek o zmiętych bądź wyrwanych stronicach starał się omijać szerokim łukiem, spodziewając się dojrzeć za nimi potencjalne niebezpieczeństwo. Na razie jego wycieczka przebiegała spokojnie; nawet ciche podmuchy wiatru szepczącego po kamiennej podłodze nie wzbudzały niepokoju. Przemykając po niej nie zawahał się nawet podejść do nieruchomej postaci skulonej w rogu pomieszczenia, które kiedyś pełniło funkcję spiżarni. Dzisiaj nie znajdowało się tam nic prócz pustych półek, kilku tytułów i wilgotnego koca schowanego w drewnianej skrzynce. I ona. Trup, duch, zjawa.
Właściwie nie czuła już nic. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz otwierała powieki, ponieważ taki wysiłek wydawał się być ponad to, co mogła zrobić. Zresztą, na co miałaby patrzeć? Przenikający chłód ściany dostarczał jej odpowiednio dużo informacji. Nie widziała potrzeby uzupełniania głowy niepotrzebnymi myślami. Na szczęście parę dni temu całkowicie straciła rozeznanie w kontakcie z rzeczywistością, dlatego to chwiała się między światem zewnętrznym i wewnętrznym, w tym drugim spędzając o wiele więcej czasu. Lubiła tam przebywać. Czasami dostawała szczęśliwą kartę i przez sekundę lub dwie mogła oczami umysłu mogła spoglądać na mdłe cienie pląsające niezgrabnie wokół jej chorobliwie chudego ciała. Ilekroć chciała musnąć ich niepewne powłoki, z wzgardliwym chichotem odsuwały się znacznie i stawały się jeszcze bardziej nierzeczywiste. W końcu zaprzestała tego robić. Zrozumiała, że samo patrzenie jest wystarczającą nagrodą i nie powinno wybrzydzać. Dymne twarze do złudzenia przypominały Anastazji o tym, co straciła, co tak nieopatrznie wyślizgnęło się jej z rąk. Na sam koniec seansu siedziała nad brzegiem ciemnego, obślizgłego, czarnego jeziora, w szarym blasku księżycowego rogala dostrzegając odbicie wymizerniałej twarzy. Koniuszkiem języka obrysowywała zarys spierzchniętych ust, by po chwili wrócić do szczególnie interesujących oczu, których tęczówki kolorem niegdyś przypominające mleczną czekoladę dzisiaj mogły uchodzić najwyżej za gorzką.
Poruszyła się nieznacznie. Za każdym razem, gdy spragnione krwi żyły ocierały się o siebie, potrafiła wydobyć z gardła zdławiony, ochrypły szept bólu. Strata dzieci, miłości i przyjaźni przy ciele naszpikowanym płynącą lawą wydawała się dziecinną igraszką. Kości trzeszczały, jazgot w głowie pikował z niewyobrażalnie wielkim natężeniem, a obieg krwionośny produkował żywy ogień. Kwiląc przeraźliwie zsunęła się aż do samej podłogi i raptownie nabrała oddechu, żeby sekundę później zamilknąć.
 

Bevin Traveley

516



The higher I go, the harder I fall







[Cytuj]
Gdy tracisz coś, co było sensem Twojego życia przez ostatni rok, zaczynasz się zastanawiać: co jest ze mną nie tak? Dlaczego nie potrafię utrzymać sinusoidy monotonii, nudy, prozaiczności? Po jaką cholerę walczysz o coś, co mogło Ci zostać w sekundę odebrane? Pucas skulił się na wielkim łożu, nogi podwinął do piersi, przypominając duże dziecko, które powróciło do pozycji embrionalnej. Nie dźwigał tej straty.
Potrzebował kogoś, kto znał gorzki smak przedwczesnej kradzieży przez Kostuchę.
Potrzebował kogoś, kto bez słowa utuli go do snu.
Potrzebował kogoś, kto nie wyśmieje go w momencie słabości.
Potrzebował kogoś, kto wiedział, że pomimo swoich oporów, Pucas był wyłącznie człowiekiem. Nawet jeśli lubił twierdzić, iż jest ponadto. Ponad coś takiego jak słabość, łzy, rozpacz. A nie byłeś szlachetny brunecie. Byłeś zwykłym nieznaczącym pyłkiem na tej osi czasu. Co osiągnąłeś? Na ile to było warte? Jakim kosztem? Co w zamian uzyskałeś? Równiutkie zero, bo to, co udało Ci się ugrać, równie szybko zostało Ci odebrane.
Mężczyzna wiedział, kogo w tej chwili potrzebował. Wiedział, co powinien zrobić. Coś, co odwlekał miesiącami. Coś, co domagało się jego uwagi od tygodni. A jednak poświęcił to w imię tych kilkudziesięciu dni słodkiej bańki mydlanej, której oddał się bez pamięci. Poświęcił przyjaźń w imię.. miłości (tak dziwnie to obce mu słowo układało się na języku!), byle zaznać tej romantycznej miłości z książek, o której poeci śpiewali peany.
Ileż razy drwił z Anastazji? Ileż razy wyśmiewał jej zauroczenie czarownikiem? Ileż razy zaperzał się, odmawiając możliwości podzielenia się wampirzycą z obcym mężczyzną? Oh wiele razy. A jednak zachowywał to wyłącznie dla siebie, dławiąc tę wielką gulę zazdrości wewnątrz swojego ciała.
Pucas tępo wpatrywał się w drewnianą szufladę biurka, która skrywała nieotwarty list wampirzycy. Chociaż nijak nie czuł się gotów na konfrontację, tak zmusił zamarłe mięśnie do kooperacji, by wstać i skierować ołowiane nogi w stronę biurka. Oparł dłonie o mebel, spuścił głowę, chowając głowę między szerokimi ramionami. Nie potrafił, to było zbyt wiele.
Proszę nie.
A jednak wiedział, co potrzebował zrobić. Musiał w końcu odważyć się, otworzyć przeklętą szufladę, przeczytać wiadomość zostawioną przez nieśmiertelną. Dłoń niepewnie zawędrowała na pięknie zdobiony uchwyt, zacisnęła się, by następnie wyciągnąć mebel z prowadnicy. Na dnie leżała wiadomość, którą przekazał mu najemnik. Delikatne pismo nadal odznaczało się na kremowej kopercie, a Bevin niepewnie wziął dokument do ręki. List ciążył mu niesamowicie w dłoni, ciążył mu na tyle, by wymusić opadnięcie na zimną, drewnianą podłogę. Oparł plecy o front, podwijając prawą nogę pod siebie. Rękę oparł o kolano, a wzrok nieprzytomnie wpatrywał się w zamkniętą kopertę. Czy był gotów przeczytać wiadomość przyjaciółki?
Nie.
Czy miał wybór?
Też nie.
Z drżącymi palcami otworzył kopertę, wyciągając elegancko złożony list. Nawet w czymś tak prozaicznym, jak list, kobieta zaznaczała swoją klasę, dbając o odpowiednie zapakowanie wiadomości. Przed rozłożeniem kartki, wziął głębszy oddech, wpuszczając drogocenny tlen do płuc. A potem rozegrało się piekło.
Oczy w skupieniu śledziły każde słowo, a dłoń coraz mocniej zaciskała się na kolanie. Jak mógł być tak ślepy? Jak był być tak ślepy na jej krzywdę na rzecz własnego szczęścia? Zaszczuta podświadomość podpowiedziała mu odpowiedź bardzo szybko. Jej problemy stały się jego krzyżem, kierując go powoli na przysłowiową Golgotę. NIe potrafił zrozumieć potęgi pustki, która owładnęła sercem nieśmiertelnej. Pomimo przeżytych pięciuset lat, nadal był zbyt głupi, niedoświadczony, niestabilny emocjonalnie, żeby móc w pełni dać pochłonąć się morzu uczuć, które szalały między ich dwójką odkąd się znali. To niesamowite, jak tego typu odkrycia sprawiają, że masz ochotę zawyć, wydrapać sobie martwy organ, jednocześnie samemu znowu błądząc w nieprzeniknioną mgłę zwaną potocznie sumieniem. I tak młody wróżek mógłby się nurzać w toni własnej depresji i auto nienawiści, ale było jeszcze jedno rozwiązanie. Rozwiązanie, które jako jedyne miało obecnie jakiekolwiek znaczenie. Musiał ją znaleźć. I to teraz, zaraz. Zgniótł delikatny papier w dłoni, porzucając go na niegdyś krystalicznie czystą posadzkę, a nieśmiałe ogniki zawitały do bursztynowych oczu.
Potem.. zadziało się wszystko dość szybko. Ponownie skorzystał z usług wilkołaków, którzy raz-dwa namierzyli zaginioną wampirzycę. Po zapłaceniu za usługi Pucas zmierzył wzrokiem budynek, dostrzegając nadgryziony ząb czasu. Ona była tutaj? Ze wszystkich miejsc? To było tak bardzo.. nie w jej stylu. Westchnął ciężko i wolnym krokiem przekroczył próg pomieszczenia, nie do końca wiedząc, gdzie się znalazł. Rozejrzał się po opuszczonej sali, szukając kobiety, która według zapewnień znajdywała się wewnątrz. Gdy bursztynowe oczy nie napotkały nigdzie dumnej sylwetki, obejrzał się przez ramię, a znajdujący się za jego plecami wilkołak ponownie skinął głową. Na pewno tu.
Bevin zrobił kolejny krok w głąb, przechodząc do kolejnego pomieszczenia.
-Ana? - zawołał niepewnie w głąb budynku, starając się wyczuć, chociaż gram magii. Bezskutecznie.
 

Anastazja Nitsche

398



I'm tired of losing people







[Cytuj]
Stworzyła wiele wersji tego listu. Większość z nich ostatecznie wylądowała w ogniu tlącym w kominku, aby jedna z nich trafiła w ręce najemnika. Ostatkiem wolnej woli zmusiła się do tego, żeby nie zapłacić mu za jeszcze jedną rzecz, ale wtedy byłoby to zbyt proste. Ostatecznie odprawiło go skinieniem głowy i wsunęła w kieszeń marynarki odpowiednią ilość gotówki, dzięki której nie zadawał zbędnych pytań. Od tamtego dnia tak niewiele się zmieniło. Przestała liczyć wschody i zachody słońca, bo ta wiedza nie była jej potrzebna. Tak wiele rzeczy przestało być potrzebne. Rezydencję zostawiła w nienagannym stanie. Pościel w każdym pokoju została zmieniona, podłogi odkurzone i wytarte, śnieżnobiałe firany zawisły na karniszach, alkohole w barku uzupełnione, uszczuplony zapas jego ulubionej kawy osobiście ułożyła na kuchennych szafkach.
Z czasem zrozumiała, że te wspomnienia niewiele mają wspólnego z szczęściem. Każde uniesienie powiek spotykało się z coraz większym rozczarowaniem. Nie widziała nic prócz mgieł dawnego życia i ciemności, dlatego zapadała w coś, co powinna nazywać snem. W piwnicy łatwo było o zatracenie poczucia czasu. O tym, że czas płynął równie wartkim strumieniem co wcześniej, wiedziała przez pająki spacerujące pod zakurzonymi półkami, między grzbietami książek i na suficie. Kiedyś miała na sobie koc. Jeśli się nie myliła, teraz tkwił wetknięty w drewnianą skrzynkę, bo chyba tam go odrzuciła. Choćby tak wątły ciężar był problemem. Wszystko, co dotykało jej skóry, parzyło i drażniło skórę napiętą od nieustannego głodu krwi. Mając w sobie dozę przytomności zastanawiała się nad zrzuceniem ubrań. Przecież to znów i tak nie miało mieć znaczenia, skoro nie zostanie z niej nic prócz pyłu i co większych kostek kości. Potem przejmowanie się tym wszystkim zostawiła za sobą. Nadzwyczaj spokojnie ułożyła się w najciemniejszym kącie najbardziej oddalonym od drzwi, mogąc jedynie zastanowić się, jak długo będzie musiała znosić cierpienie. Przez każdy z dni wypchany samotnością po brzegi po zapadniętym policzku nie spłynęła ani jedna łza. Przestała się miotać, drzeć paznokciami o ściany, uderzać zwiniętymi pięściami w marmurowe płytki, którymi była wyłożona kuchnia w rezydencji. Zbyt późno zrozumiała, że to tracenie sił jest zupełnie niepotrzebne. Tak… bezmyślne.
Teraz było tylko cierpienie i ogień łapczywie trawiący jej ciało.
Dojście do siebie zajmowała dłuższą chwilę. Im częstsze ataki bólu, tym dłużej wracała do stanu względnej użyteczności. Przez kilka ostatnich dni nieśmiertelna część jej poszarpanej duszy znajdowała się w pierwszym stadium przez niemal cały czas. Mając dla siebie sekundy błogiej świadomości rozumiała, że został tylko mały, maleńki kroczek. W rozszerzonych płatkach nosa czuła zgniły zapach rzeki pełnej rozkładających się ciał i brudnej szaty przewoźnika. Musiała się tylko upewnić, czy w kieszeni miała monetę na opłatę za przejazd na drugi brzeg.
W pierwszej chwili nie zarejestrowała cichego dudnienia rozlegającego się nad głową. Nieprzytomnym wzrokiem przebiegła po całym pomieszczeniu, próbując skupić się na nikłej szparze między drzwiami a podłogą lub pająku przebiegającego po pomieszczeniu, żeby tylko znów nie szlochać z bólu. W czasie przyjmowania tego wewnętrznego rozgardiaszu nie wydała z siebie żadnego dźwięku ani nie poruszyła się ani o milimetr. Dopiero kiedy ten słodki, słodki głos przedarł się do umęczonego jestestwa, wydała z siebie coś na kształt pomiędzy skomleniem a jękiem. Zorientowawszy się, że to pewnie kolejna sztuczka zmęczonej głowy, skrzywiła wargi w grymasie i pozwoliła uderzeniu głodu wycelować w sam środek brzucha. Skuliła się niczym uderzane zwierzątko i w odruchu ostatniej fali obrony wierzgnęła nogą, przez przypadek trafiając w drewnianą skrzynkę, która z głośnym trzaskiem uderzyła w regał stojący naprzeciwko. Kilka książek spadło na podłogę. Z strachem zmieszanym z uciskiem gromadzącym się w klatce piersiowej spojrzała na sufit i zakwiliła cicho. Bała się, że ktoś po nią przyjdzie i nie da dokończyć tego, jak chciała. Nikt nie mógł zabrać jej ostatniego wyboru.
 

Bevin Traveley

516



The higher I go, the harder I fall







[Cytuj]
To zabawne. Oboje stali nie raz nad ostrą krawędzią, której otchłań obiecywała wolność, szczęście, euforię. Tylko na chwilę w pierwszym odruchu napotkaliby nieprzenikniony ból, gdy nieoszlifowane skały przebiłyby ich płuca, pozwalając, by pierwsze strumyki czerwonej cieczy wypłynęły z karminowych warg. Nie wiem, ile by cierpieli. Minutę? Godzinę? A może panująca nad nami wszystkimi Pani w swym kaprysie zmusiłaby ich do męczenia się przez kolejne doby, aby mogli w pełni zrozumieć swój błąd? W końcu kim oni byli, by decydować o tym, kiedy zakończą swój żywot? Mojry zawsze wiedziały lepiej, każde z nas otrzymało tysiące słów w olbrzymich woluminach, które nijak nie przewidywały, iż słabsza jednostka raczy wyrwać kunsztownie obrysowane strony, nikogo nie pytając o zdanie. I tak jak Bevin czuł się zwyczajnie pusty, wyzuty ze wszystkiego, w pełni poddając się swojej brudnej stronie, tak wiedział, że NIeśmiertelna nie była jakoś w lepszym miejscu. I nawet jeśli list nie wykazałby tego nader dosadnie, tak wystarczyło jedno porządne spojrzenie, by wiedzieć, że Ana ogarnęła swoje własne dno. Utrata dzieci? Done. Śmierć partnera? Odhaczone. Zatracenie własnej świadomości? Też z przyjemnością możemy odklikać. Dołóżmy do tego porzucenie przez "przyjaciela" i mamy cudowny obraz klęski jako istoty upadłej, która spokojnie mogła stawać w szranki z Lucyferem, zrzuconego z niebios na samo dno piekieł. A żeby było jeszcze śmieszniej, chociaż wampiry były demonicznymi dziećmi, tak dla samej wróżki, Anastazja objawiała się bardziej w tych jasnych barwach, z jej delikatnym dotykiem, czułym uśmiechem, miękkim spojrzeniem. Nie zrozumcie go źle, nie zapomniał o tej aurze, która obiecywała problemy, jeśli ktoś z nią zadrze. Nadal zachwycał się powabem, nęcącym kolejne nieśmiałe dusze w stronę stromego klifu, by następnie zrzucić je w tonie syren. To również ona jako jedyna przykuwała wzrok wszystkich, gdziekolwiek się nie pojawiła. Kobiety zazdrościły, mężczyźni pragnęli, by wampirzyca, choć na chwilę zaszczyciła ich spojrzeniem. A u jej boku był on. Z perspektywy czasu arogancki pies ogrodnika, który nigdy nie odpuścił, nie podzielił się, aż do czasu tego cholernego czarownika, ciążącego na relacji dwójki długowiecznych. A teraz ów psiak w końcu przypomniał sobie, do czego miał ów kły, gdy zabrakło drobnej dłoni, drapiącej za uchem wieczorami.
I tym oto sposobem znalazł się w tym cholernym domiszczu, biegając od pomieszczenia do pomieszczenia, nijak nie potrafiąc znaleźć zguby. Otumaniająca cisza ogłuszała go, nie dając nawet cienia nadziei, że odnajdzie kobietę "żywą". A co jeśli zastanie znów tylko zgliszcza, dowody swojego spóźnienia? Co jeśli.. Charon już odpłynął, pozostawiając go na brzegu wśród tych, którzy czekali na kolejną przeprawę przez niezmierzone nurty rzeki umarłych. Z każdym kolejnym pustym pokojem, cząstka ciepłych wspomnień w nim zamierała, a ostatnie bastiony jakiejkolwiek racjonalności upadały na rzecz zimnego skurwysyństwa. Coś, co było w nim dobre, ginęło, a wieczna gra pomiędzy ciepłem i zimnem nareszcie chyliła się ku końcowi. Fani wiwatowali, zachęcając, by faerie ruszył w końcu w stronę ciemnego narożnika. Tam nie było dylematów, moralności, zwątpienia. Tam była siła, konsekwencja, działanie. Tam krok nabierał sprężystości niezachwiany głupimi balastami.
Mężczyzna zatrzymał się, popatrzył na swoje dłonie, zastanawiając się. Czy był jakiś sens, by sprawdzał kolejne opustoszałe pomieszczenia? Pokręcił głową, miał dość. Coś wewnątrz nim pękło, pozostawiając głęboką zadrę. Stracił ją. Tak jak jego i to z własnej głupoty oraz egoizmu. Powolne kroki kierowały się w stronę wyjścia z budynku, a niegdyś bursztynowe oczy na powrót zatraciły swój blask, przypominając teraz bardziej gorzką czekoladę, aniżeli szlachetny kamień. Dłoń oparła się ciężko o framugę drzwi, a zadbane paznokcie wbiły się mocno w stare drewno. Spodziewałbyś się, że uronisz łzę. Iż na powrót przypomnisz sobie o tej wielkiej dziurze, która wsysała dosłownie wszystko, co stało jej na drodze. Ale nie. Już nie. Kiedyś? Z pewnością. Faerie runąłby na podłogę, wyzywając wszystko i wszystkich, zapowiadając wojnę każdemu żywemu bytowi. A teraz.. teraz się po prostu poddał. Miał dość. Ten słodki przycisk pod pojęciem "człowieczeństwo" z każdym kolejnym impulsem dociskał jego istnienie do samego końca, wyciszając słabości.
Głośny łomot upadającej skrzynki nie zwrócił jego uwagi, wróżek zwalił to już na poczet autosugestii. A jednak uczynny wilczek, szarpnął mężczyzną mocniej za ramię, wskazując ramieniem zejście do piwnic. Tam nie sprawdzał.
Wzruszył ramionami, na powrót kierując się do domiszcza. Niby wiedział, że i tak jej tam nie będzie, a jednak.. dla własnego spokoju postanowił zajrzeć do dwóch, trzech pomieszczeń. Nie potrafił zdobyć się na więcej. Po prostu.. nie. Ostrożnie rozejrzał się po kątach, szukając źródła dźwięku. Co ciekawe, znalazł je dość w specyficzny sposób, bowiem po uciekających pająkach, które wystraszone tworzyły kolejną sieć, próbując znaleźć schronienie przed nowo przybyłym Pucasem. Dalej wzrok bruneta powędrował ku ów nieszczęsnej skrzynce, w pierwszej chwili nie dostrzegając jej. Tej, która skryła się w kącie.
-Znalazłem Cię. - wydyszał, a sam mężczyzna podbiegł do kobiety. Czyżby w głębokim głosie dało się wyczuć ulgę? Może odrobinkę.
 

Anastazja Nitsche

398



I'm tired of losing people







[Cytuj]
O wiele łatwiej było zamknąć powieki. Świadomość zanikała tak szybko jak pragnęła tego Nieśmiertelna. Wszystkie wspomnienia, myśli, emocje... Delikatne drżenie bijące z otchłani zapowiadało zapomnienie. Wcześniejsze plany były mrzonkami, skoro teraz pochylała się ku końcowemu rozrachunku, grzechąc kostkami własnego W ostatni lot ku lepszemu nie miała zabrać ze sobą niczego prócz dojmującej pustki. Problem polegał na tym, że jako istota stworzona przy pomocy śmierci posiadała prawo ostatniego słowa. Ten ostatni raz chciała postawić na swoim. Tupnąć nogą przed każdą z Mojr. Usilnie odepchnęła widmową sylwetkę mężczyzny kłębiącą się tuż za nią. Wiedziała jedynie, że dla niego to jeszcze nie jest koniec. Jeszcze nie nadszedł jego czas. Już nawet nie pamiętała, kim był, jak ważną rolę pełnili dla siebie nawzajem. Nieznośne uczucie zagnieździło się w miejscu dawno martwego serca. Jak mogłaby je nazwać? Zanim zdołała wysnuć niezwykle pierwotne stwierdzenie, przestrzeń rozdarł głuchy trzask pękających się kości i łoskot przetaczającego się ciała. Obojętnym spojrzeniem przesunęła po połaci terenu obsypanego różnarakimi kamieniami. Najbardziej znamiennymi były płaskie, na powierzchni których znajdowały się imiona wypisane krwią. Isabelle. Samuel. Bevin. Właśnie te trzy powtarzały się najczęściej. Szkarłatna nić wysuwała się z rozchylonych ust kobiety powoli. Krople wsiąkały w śnieżnobiały materiał sukienki albo spadały na ziemię, tocząc się w wąskich dróżkach aż do wsciąknięcia w glębę. Nagle, jakby w pośmiertnym odruchu warunkowym, rozciągnęła usta w upiornym uśmiechu. Ale tak troszkę upiornym. Przecież w końcu zrozumiała, że odpocznie, że już niczym nie będzie się przejmować. Piękny powab i delikatność zniknęły, aż przestała być tym, kim była. Jedynym elementem psującym idealną postawę pustki okazała się smuga smutku. Miała wrażenie, że zawiodła na wielu liniach jako matka i przyjaciółka. Nie potrafiła zapewnić dzieciom szczęścia a przyjacielowymi wsparcia.
Brakowało do tego tak niewiele. Niemalże czuła na swoich ramionach muśnięcia dotyku córki i syna. Wołała je rozpaczliwie, błagalnie, nie ustając nawet po zdarciu gardła do czerwoności. Całkowicie ochrypła. Ogień natomiast cierpliwie wyciągał po nią migotliwe jęzory zadowolenia wysysając zdawkowe resztki życia. Stawała się prawdziwą skorupą - skóra poszarzała, stała się napięta i drażliwa. Chroniła tylko żyły ocierające się o siebie w agonicznym wołaniu o zaspokojenie pragnienia. Cisza panująca wokół była pod tym względem ciekawym urozmaiceniem. Wszystko w niej ryczało, z kolei na zewnątrz ktoś z łatwością mógł wychwycić szept pająka tkającego sieć w drugim kącie pomieszczenia.
Oboje zabłądzili i stracili siebie nawzajem. Teraz była pewna, że ten męski ton to kolejna sztuczka podsunięta przez kłapiące zębami istoty strzegące wejścia na pokład statku. A mimo to zawahała się. Zacisnęła dłonie na jedwabnym płótnie materiału tuż po postawieniu pierwszego kroku na drewnianej kładce. Rozczarowana stwierdziła, że nie widzi nic prócz przebłysków ponurego otoczenia Styksu i zakurzonej piwnicy, w której odgłos pękającej skrzynki rozszedł się echem. Rozchyliła spierzchnięte usta, ale nie wydobyło się z nich nic, co mógł uznać za słowo. Strachliwie zacisnęła trupio smukłe ramiona na brzuchu. Ból przetaczający się po ciele zaczął dominować na tyle, że nie czuła nic poza nim, zamykając ją w klatce. Stała się bezkształtną masą.
Na dźwięk klekotu otwieranych drzwi przywarła plecami do ściany. Walcząc o każdy ruch mięśni przesunęła przeraźliwie smutnym i bolesnym spojrzeniem po sylwetce wyłaniającej się z mroku. Nawet tutaj niewyraźne światło z korytarza raziło Nieśmiertelną w oczy. Nie padało nawet na nią samą, przez co nie mógł widzieć nic prócz wątłego obrysu. Słysząc znajomy głos łapczywie wciągnęła powietrze i zaszlochała, nie przestając na dłuższy moment, aż łzy nie potoczyły się po zakurzonych policzkach.
- Be... Bevin - wychrypiała z trudem. Zatrzęsła się z zimna nie czując ulgi, ponieważ oznaczało to jedynie bliski nawrót fali bólu. Mimo ogromu tęsknoty nie chciała, żeby ją stąd zabrano. Przejechała paznokciami po kamiennej ścianie orząc w niej nowe wzory. Teraz ta piwinica to jej dom. Błagałaby go o to, gdyby tylko mogła, ale nie była w stanie powiedzieć czegoś więcej. Zamiast tego skuliła się mocniej w kącie i przymknęła drżące powieki.
 

Bevin Traveley

516



The higher I go, the harder I fall







[Cytuj]
Co czujesz, gdy widzisz istotę przechowującą skrawek Twojego serca cierpiącą, skuloną, wychudzoną? Jesteś z siebie zadowolony? Tu miałeś czysty dowód, jak "doskonale" kończyły się Twoje historie. Bevin był przerażony. Przyklęknął przy kobiecie, która otwarcie uciekała przed nim. Ona. Ta, która była jego wsparciem i pomocą. Jego oazą i powierniczką. Czy .. w takim razie Ana wiedziała? Czy była świadoma, do czego faerie się dopuścił? Czy brzydziła się nim równie mocno, co wielu innych przed nią, nieświadomie krążących po ziemiach Yorku? Bo jeśli tak.. cóż, Pucas rozumiał. Kobieta jak najbardziej mogła nie chcieć, by dotykał jej swymi splugawionymi dłońmi. I w normalnym wypadku Bevin uszanowałby taką decyzję. Pochyliłby głowę w zażenowaniu, a potem odwróciłby się na pięcie, kryjąc w mroku nocy. Jednak tym razem Nieśmiertelna nie miała tego luksusu.
Ciemne oczy w milczeniu obserwowały zniszczenia, doszukując się ran. I jak nigdy żałował, że nie przygotował żadnego woreczka z krwią, dzięki któremu Anastazja mogłaby wrócić do pełni sił. Dłoń niepewnie musnęła blady policzek, ocierając łzy, choć żadne słowa zapewnienia nie opuściły jego warg. W końcu.. co mówisz w takiej sytuacji? Wszystko będzie dobrze? Nie, nie będzie. Przepraszam? Na to już było stanowczo za późno. Potrzebuję Cię? Cóż, nie zasługiwał na nią, więc dlaczego miałaby spełnić jego życzenie? Poza tym.. czyż nie było to z jego strony egoistyczne, że to było trzecie skojarzenie, które przyszło mu do głowy? Każdy normalny przyjaciel zalałby wampirzycę słowami, których kobieta niewątpliwie potrzebowała, a jednak on sam nie potrafił się na nie zdobyć. Raz, bo był chujowym przyjacielem aż do tej pory, a dwa.. bo nie mógł skłamać. Tak zwyczajnie i po prostu. Czy będzie kiedykolwiek chwila, gdy pragnął tego bardziej niż teraz? By móc otulić wampirzycę uroczym kocykiem kłamstw, dając jej złudne poczucie bezpieczeństwa? Pucas nie raz i nie dwa przeklinał swą faeryczną naturę, a zaciśnięte struny głosowe buntowniczo odmawiały wydania nawet najcichszego z dźwięków.
Mężczyzna bał się podjąć jakiekolwiek działanie, które wymagałoby przeniesienia ciała przyjaciółki. Co, jeśli jeszcze bardziej zaszkodzi? Co, jeśli otworzy jakieś rany wewnętrzne, których nie był świadom? Tego by jeszcze brakowało, by zamiast pomoc przyczynił się do śmierci osoby .. cóż, obecnie najbliższej.
Wziął głęboki oddech, szykując się na to, co powoli kiełkowało się w jego głowie. Złapał mocno wampirzycę za podbródek, nachylając się.
-Ana, spójrz na mnie. - ton głosu mimowolnie nabrał stanowczy ton, nie pozostawiając pola do dyskusji. A potem.. potem czekał. Chwilę? Minutę? Godzinę? Ucisk na podbródku wampirzycy ani trochę nie zelżał, domagając się spotkania obu źrenic. To kobieta była na chwilę obecną jego priorytetem, jej stan i szeroko pojęte przeżycie.
Mówią, oczy są zwierciadłem duszy. To one zdradzały emocje, które tak dzielnie skrywaliśmy za maskami, twarzami godnymi najbardziej wytrawnego pokerzysty. I to w tych niebieskich tęczówkach faerie nie raz i nie dwa gubił się, przez które tworzył jakieś niekompletnie niegramatyczne bzdury, wywołujące drobne drgnięcie warg przyjaciółki. To również one teraz stanowiły odzwierciedlenie obecnego stanu nieśmiertelnej. Chciałoby się rzec, że nawał emocji powinien sprawić, iż Pucas odwróci wzrok w hańbie. Jak mógł do tego doprowadzić?
-Czy jesteś ranna? - zapytał prosto, chowając wszelkie własne wątpliwości za grubą zasłoną. Z uwagą obserwował każdy najmniejszy ruch Anastazji, ufając, iż umęczone wampirze ciało również zdradzi mu pożądaną tajemnicę. Po otrzymaniu informacji przysunął się odrobinę bliżej, a serce jako jedyne w szaleńczym tempie zdradzało zdenerwowanie właściciela. Ile lat to już minęło? Dużo. A strach ani trochę nie zelżał.
-A teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie. Zamierzam naciąć swoją szyję, żeby umożliwić Ci pożywienie. Masz dwa wyjścia. Albo pożywisz się na mnie, dzięki czemu wróci Ci część sił, albo odmówisz, przez co umrzemy we dwoje. Rozumiesz, co do Ciebie mówię? - obserwuj jego tęczówki, piękna Nieśmiertelna. Zobacz, jak głęboka determinacja buzuje w tych źrenicach, posłuchaj, jak niski tembr głosu zaświadcza, iż Pucas nie zatrzyma się. Czy to było uczciwe, że nieświadomie szantażował Cię, zawierzając swoje istnienie w Twe drobne dłonie? Oh nie. Jednakże powiedz, czy spodziewałabyś się po nim czegokolwiek innego? Mężczyzna zawsze walczył brudno, nie mając najmniejszych wyrzutów sumienia, by korzystać z całego arsenału możliwości.
Kolejna chwila minęła. Ciszę pomieszczenia przerywał jedynie głośny galop ponoć nieistniejącego już organu, który drżał w przerażeniu. W międzyczasie faerie wyciągnął z marynarki krótkie ostrze, z którym nigdy się nie rozstawał, opuszką palca nacinając skórę. Jak zawsze, broń była porządnie zaostrzona.
Faerie wiedział, że zapach krwi dotrze do nozdrzy wampirzycy, dając przedsmak tego, co miało się za moment stać.
I jak, Nieśmiertelna? Pozwól swym ostrym kłom wysunąć się, zasmakować w karminowej posoce. Poczuj, jak przebiega ona po Twych żyłach, przywracając energię do wysuszonych komórek. I poczuj, jak ciało obok Ciebie wiotczeje, bowiem starało się zadośćuczynić za wszystko, co przewiniło do tej pory. Nie bój się osuszyć go do cna, zasłużył. Jedynie daj mu ujrzeć to delikatne uniesienie warg, otul go swym spojrzeniem. Podejmij decyzję.
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo