Sigyn Ragnarsdóttir

801


168 cm


No regrets and yet every regret







[Cytuj]
Multikonta: Sonia, Antek
Heh, to się dziewoje pod tym względem idealnie dobrały. Jedna i druga pamiętliwa, żadna nie była skłonna wykonać tego pierwszego kroku do zakopania topora wojennego. Na pewno nie można było spodziewać się po Sigyn takiego gestu, była na to zbyt uparta oraz dumna. Ktoś mógłby stwierdzić, "ale po co?". No właśnie, po co? Ragnarsdóttir potrafiła sobie zracjonalizować, że takie chowanie w sobie urazów, nie prowadzi do niczego dobrego, a jednak nie była w stanie działać wbrew swojej naturze. I choć z autopsji przekonała się, że zemsta w ogóle nie smakuje, nawet ta na chłodno. Jednak nie można było jej odmówić obiektywnych osądów. Niedźwiedzica podpadła jej i to mocno, ale pomimo tej całej antypatii, którą ją darzyła, wiedźma musiała zgodzić się z tym, że blondynka w swojej prostolinijności była szczera, (co, o dziwo, nie jest taką szczególną domeną wróżek) i wierna swoim przekonaniom.
Heh, można pokusić się o stwierdzenie, że tarczowniczka i Tai były w wielu aspektach do siebie podobne. Może właśnie dlatego nie darzyły siebie sympatią? Bo czasami były, aż za podobne?
- A ty tylko o jednym - prychnęła, choć nie zaprzeczyła. Teoretycznie nic nie wspominała o seksie, teoretycznie. W praktyce Tai dobrze trafiła, choć wikińska czarownica nie zamierzała tego potwierdzać. - Głodnemu chleb na myśli - dodała złośliwie, uważnie obserwując reakcje blondynki, nie zrywając z nią ani na ułamek sekundy kontaktu wzrokowego. Ragnarsdóttir wątpiła w to, że wróżka się speszy czy zacznie pokrętnie tłumaczyć. Sigyn obstawiała złość, do czego poniekąd dążyła. Osoby niedźwiedzicy nie darzyła sympatią, ale lubiła ją prowokować, jak nikogo innego. Czyżby jej wiek się udzielał? Brak wrażeń? Potrzeba adrenaliny? Być może, bo konfrontacja z rozjuszoną niedźwiedzicą na pewno zapewnia ekscytujące wspomnienia.
Ich mała gierka słowna została przerwana przez konkretne informacje, dotyczące świata wróżek. I Sigyn, słysząc, co się stało, nie zdołała zapanować nad zdziwioną miną. Słysząc bardzo znane jej imię, a dokładniej Nimat, momentalnie poczuła nieprzyjemne, palące uczucie w trzewiach. Na samą myśl, że ta konkretna wróżka jest zagrożona, Sigyn była gotowa rzucić wszystko w cholerę, byleby jej pomóc.
- Nie - odparła twardo na pytanie Taillis, ponownie nawiązując kontakt wzrokowy, gdy na chwilę przerwała go przez uzyskane informacje. Zacisnęła szczęki, dłonie w pięści, a na chłodnej twarzy czarownicy pojawiła się determinacja. Nie, nie była zadowolona, że zielonki znalazły się w takiej sytuacji, a w szczególności Nimat. Jednocześnie czuła ulgę, że ta ocalała przed Mrokiem.
Ragnarsdóttir potrafiła lepiej zachować stoicki spokój i pokerową twarz od Taillis. Było widać, że kontakt z czarownicą jest dla niej istną udręką, nie wspominając już o zdradzeniu fatalnej sytuacji wróżek oraz zwrócenie się o pomoc. Sigyn może w innych okolicznościach czerpałaby większą radochę z obserwacji niewygody blondynki, to jak widać, że aż ją skręca wewnętrznie z wściekłości, ale jednocześnie nie może pozwolić sobie na agresję, która jest tak wszechobecna w całej jej personie. Oj tak, Sig miałaby wiele zabawy i mściwej, ponurej satysfakcji, możliwe, że nawet pokusiłaby o jakieś zgryźliwości, wykorzystując swoją przewagę, ale tym razem nie miała ochoty na bawienie się w takie gierki z niedźwiedzicą. Jedynie o czym myślała to, jak najszybsze skontaktowanie się z Nimat.
- Pomogę - obiecała poważnie i było widać po niej, że nie żartuje. W tym momencie Sigyn i Tai mogą się rozejść, dogadały się i załatwiły to, co trzeba. Jednak czarownica przez chwilę w milczeniu obserwowała wojowniczkę, której tak nie cierpiała, zauważając, że prośba o pomoc musiała wiele ją kosztować, zwłaszcza że prosiła Sig. Wiedźma niechętnie musiała przyznać, że docenia niedźwiedzicę za jej zdolność do poświęceń i lojalność względem swoich pobratymców. Taillis nie dostanie za to oklasków ani gratulacji, zapewne nawet tego nie oczekiwała, ale i tak miło jest być docenionym. Czy inne zielonki dostrzegą starania blondynki? Się okaże. Na pewno miały szczęście, że w ich szeregach znajdowała się taka persona, bo Sig nie była pewna czy byłaby w równym stopniu gotowa schować swoją dumę, gdyby przyszło jej ratować tyłki fioletów. Czy byłaby względem nich tak lojalna tylko przez fakt, że są czarownikami jak ona. Bardzo możliwe, że poległaby na tym polu działania.
Sigyn wreszcie zaczęła iść, wymijając Tai. Nim jednak całkowicie zniknęła z jej pola widzenia, zatrzymała się, walcząc sama ze sobą. Odwróciła głowę w stronę niedźwiedzicy.
- Jakby co dowiesz się, gdzie mieszkam - rzuciła i słowa były dobrane tak, że nie brzmiały jak zaproszenie, a mimo tego Marianne mogła je tak potraktować. Czy skorzysta? Mało prawdopodobne, ale Ragnarsdóttir, choć chętnie wyrwałaby wróżce skrzydełka i upiekła na ruszcie, chciała, żeby ta zielona, damska wersja Sebixa wiedziała, że w razie krytycznej sytuacji może przyjść do niej. Sig musiała sama przed sobą przyznać, że dzisiaj wojowniczka zaimponowała jej swoją postawą.
Nim Taillis zdążyła skomentować jej zaproszenie, Sigyn ponownie zaczęła iść, sięgając od razu po telefon. Musiała skontaktować się z Nimat.

z.t
 

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar
Ależ Taillis doskonale wiedziała, że takie upieranie się w swoich uprzedzeniach nie jest ani trochę mądre. W końcu wiedźma opowiedziała się po ich stronie i spokojnie patrząc na to, co im się przydarzyło, nie zrobiła niczego, czego nie dałoby się wybaczyć albo obrócić w jakiś głupi żart. Dla wróżki było to jednak takie samo pierdolenie, jak zapomnienie o tym, że ktoś rzucił się na ciebie z jebanym nożem, a ty mu ufałeś. Nie wierzyła za grosz w dobrą wolę Sigyn, nie chciała również do końca zaakceptować tego, że chociaż się nie lubiły, że za sobą nie przepadały, to jednak stały po tej samej stronie i szły równo w tym samym kierunku. Nie zmieniało to jednakże faktu, że bardzo chętnie pokazałaby wiedźmie, jak bardzo groźna potrafi być broń w jej rękach i jak bardzo w dupie ma te jej wszystkie czary mary, którymi mogłaby ją uraczyć. Inna sprawa, że ten pojedynek z całą pewnością nie należałby do najłatwiejszych, ba, można by nawet pewnie pokusić się o stwierdzenie, że byłby co najmniej widowiskowy. I owszem, Sigyn miała rację - były do siebie podobne, równie uparte, równie niezależne, równie silne i być może faktycznie nie mogły dlatego ścierpieć swojej obecności, jakby nieustannie patrzyły we własne odbicia.
- Kiedy mój dom wylatywał w powietrze, trochę trudno było znaleźć odpowiedniego mężczyznę - warknęła na to, a jej głos zabrzmiał niczym mruczenie prawdziwie chętnej kochanki, posłała również wiedźmie uśmiech wskazujący na to, że jeśli jest na tyle uparta, by dalej się z nią droczyć i grać w tę właśnie grę, to ona nie ma co do tego żadnych absolutnie przeciwwskazań, pytanie jednak, jak daleko to zajdzie, nim ostatecznie wezmą się za łby. Nie przepadały za sobą i pewnie każda z nich byłaby zadowolona widząc drugą w zdecydowanie niekorzystnej sytuacji i chociaż wiedźma miała właśnie do tego okazję, to widać postanowiła, z jakiś tylko sobie znanych powodów, nie wyskakiwać do Niedźwiedzicy ze szponami i kłami. Być może była to chwila, która miała w końcu zaważyć na ich ostatecznej przyszłej relacji, ale pucas na razie się nad tym nie zastanawiała, nie pochylała się nad tym i nawet nie chciała się na tym skupiać. Jedyne, co w tej chwili się liczyło to to, jakiej odpowiedzi udzieli jej wiedźma, bo od tego w gruncie rzeczy zależało to, co dalej powinna robić Taillis. Mogła włóczyć się po okolicy w dalszym poszukiwaniu schronienia, zdobywać jakoś pożywienie, robić cokolwiek takiego albo skupić się na tym, by po prostu zdobyć możliwość przedostania się przez portale do domu. To, że nie mogła po prostu siedzieć w miejscu było dla niej całkowicie oczywiste, toteż takiej opcji nie brała nawet pod uwagę. Nie liczyło się również to, że kobieta była mocniej spięta od wiedźmy. Większość jej emocji można było z niej czytać niczym z otwartej księgi, nie było w niej zbyt wielu tajemnic, ale Taillis wcale to nie przeszkadzało. Była prosta i równie prosto była w stanie sięgnąć po broń, by przemówić komuś do rozumu. Połamane kości nie stanowiły tutaj żadnej przeszkody.
- Dziękuję - powiedziała jedynie sucho, nieco może chrapliwie, ale nie była w stanie tak po prostu od tego uciec. Była naprawdę wdzięczna Sigyn, że pomimo wzajemnych uprzedzeń jest skłonna pomóc pozostałym wróżkom. Taillis nie myślała w tej chwili o sobie, była pewna, że znajdzie sobie jakieś miejsce, gdziekolwiek, to nie miało znaczenia, ale przynajmniej wiedziała, że będzie mogła bezpiecznie umieścić w jakimś domu Devanę, Oinari i tych, których zdoła do tego nakłonić. Można powiedzieć, że odetchnęła nieco spokojniej i w ogóle nie zareagowała na to, że wiedźma ją wyminęła. Ich rozmowa dobiegła końca, na pewno nie potrzebowały dalej tego ciągnąć, w końcu wymieniły się wszystkimi potrzebnymi informacjami. Co prawda Sigyn nie powiedziała jej, gdzie ma jej szukać, ale wiedziała, że wiedźma jest w stanie sama wszystko zorganizować, dlatego też drgnęła lekko, gdy ta odezwała się na nowo i spojrzała na nią spod przymkniętych powiek. Skinęła jedynie głową, bo nie chciało jej się wdawać w jakąkolwiek pyskówkę, tym bardziej, że czarownica najwyraźniej nie była tym już w ogóle zainteresowana, po czym odwróciła się do niej plecami i ruszyła przed siebie wiedząc, że musi zająć się sprawami innymi niż ich potencjalne lokum.

//zt
I am brave, I am bruised
I am who I'm meant to be, this is me
Look out 'cause here I come
And I'm marching on to the beat I drum
I'm not scared to be seen
I make no apologies, this is me
 

Shizhi

717 lat


175 cm


I have no regrets. I don’t regret living any moment of my life. I just have one…






[Cytuj]
Multikonta: Shizhi i gromada
Mrok szeptał wiele brzydkich rzeczy, szczególnie tym, którzy starali się w jakiś sposób mu przeciwstawić. Z czarownikiem nie miał takiego problemu. Już wcześniej znał jego słabości – wtedy w Edomie zdołał posmakować ich namiastki. Wbite szpile zabolały na tyle mocno, by zmusić do cofnięcia i ugięcia się podobno niebezpiecznego kota.

Na pierwszy ogień poszła Dagon – niegdyś brzemienna wilczyca, dziś matka młodego szczenięcia, ex członkini, tudzież nadal stała jednostka niejakiej watahy Kierana. Shizhi nic do niej nie miał – serio! Problem w tym, że obecnie nie do końca nad sobą panował. Śnięty chłodnym muśnięciem ust matki, smacznie spał wtulony w przyjemne objęcia Pradawnego. Jego ciałem władał Mrok – byt o charakterze podobno gniewnym. Huh… Do tej pory niewielu zdołało rozgryźć zagadkę jego jestestwa. To nie tak, że pasożyt specjalnie uwziął się na wilczycę. Poza wróżkami i czarownikami nic do wilkołaków nie miał. Problem tkwił w nosicielu. Jego emocje same pokierowały ciałem – pobudziły, naprężyły i w końcu zmusiły do ataku rozgniewanego Tygrysa. Ludzie i magiczni nie bez powodu obawiali się swych ciemnych stron osobowości – dzisiejsza masakra była najlepszą odpowiedzią na pytanie – dlaczego?
Niech śmierć będzie jej lekką – czarownik wyłonił się przed wilczycą tuż po opuszczeniu przez nią baru. Poszła się napić i zjeść pewnie też. Oddawszy swe dziecię w drugie ręce, mogła chwilę odetchnąć. Poprawka… Mogłaby. Uderzenie przyszło szybko i niespodziewanie – lodowa lanca wypuszczona z wysuniętej dłoni. Reakcja nastąpiła za późno – pocisk przeszył ciało na wylot. Podcięcie gardzieli było tylko przypieczętowaniem krwawego paktu z matką ziemią – niech na jej truchle wyrosną piękne róże.
Nawet wilki i ich regeneracja nie miały prawa żyć, gdy uszkodzeniu uległy serce i tętnice. Dla pewności krótki chrzęst – złamany kark dokończył dzieła.
Umiera Dagon: http://shadow-york.pl/pro...ewprofile&u=248 – matka swego dziecka i ex członkini watahy Kierana.

Pierwsza śmierć i krew spulchniająca glebę. Opatrzność nie próżnowała i zaraz nasłała kolejnego. Jak go zwali? Kristian Vaughan. Wilkołak nie czekał. Ujrzawszy martwe ciało wadery, ruszył do ataku. Postura rosłego basiora nie ułatwiała sprawy. Wbite szczęki przedziurawiły szatę i miękką tkankę ciała. Krew ponownie rozlała się po ziemi, tym razem swe źródło wylewając z rozszarpanego barku. Ślepia błysnęły przeszywającym błękitem, a wtedy po skórze rozlało się znamię. W odepchnięciu napastnika pomogła telekineza. Uderzeni o drzewo spotęgowało agresję – o jej ujściu nie było jednak mowy. W swej zapobiegliwości czarownik przywołał do pomocy cały rój owadów – demonicznych insektów Shax. Najsłabsze w swym królestwie, lecz mnogie w bycie. Ich ilości musiał poddać się nawet wilk. Liczne ukąszenia to tylko początek – wkrótce w ciele znalazły się maleńkie jaja. Kwestią czasu była śmierć – bardzo bolesna i okrutna zresztą. Pożarty żywcem – Shizhi nie planował dłużej się z nim patyczkować – korzystając z dezorientacji zabrał siebie i ciało zmarłej, jego pozostawiając na pastwę losu.
Umiera kristian Vaughan.

Niezrzeszeni – jakiś skośny i jego ponoć znajomy. Do nich czarownik też nic nie miał – podobnie jak do poprzedników. Mieli zwyczajnie pecha – ot znaleźli się w złym czasie i miejscu – jakiś dzień po pierwszym polowaniu. Powód? A czy to ważne? Obaj byli wilkołakami – tymi, które w swej dzikości uniosły łapy na nie tego czarownika. Śmierć i na nich znalazła sposób. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz – nie zdążyli nawet przybrać form. Naprawdę nie chciał, ale polowanie wciąż trwało. Chcąc przekazać wiadomość – bah! Chcąc roznieść ją jak najdalej, musiał wykonać pewne kroki. Ich krew posłuży za farbę, ciała za płótno…
Umiera: http://shadow-york.pl/pro...ewprofile&u=380

Słowo słowem przeciwko drugiemu – znów dzień – nie, bo tym razem kilka dni po rzezi. Jedna z łowczyń zainteresowała się sprawą. Nie bez powodu mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. I do niej Shizhi nic nie miał – pech chciał, że zadawała zbyt wiele pytań.
Zaczęło się niewinnie – od zwykłej rozmowy. Nefilim była bystra, być może nawet za bardzo. Mrok zareagował szybko – teleportacja za i bolesny chwyt. Kobieta próbowała się bronić – hah, dała nawet rade ugodzić czarownika ostrzem centralnie we wcześniej ranny bark. Gorzej, że tym ruchem tylko rozjuszyła Pradawnego. Tym razem w ruch poszła nie tylko magia lub aż! Pasożyt wpierw doprowadził ofiarę do szaleństwa. Nie, nie pytajcie co takiego ujrzała przed swą śmiercią – zapamiętajcie to, jak upadła na ziemię, wyraźnie blada pozbawiona ostatków życia. Wyglądała jak wyssana przez wampira – gorzej, że Mrok nim nie był. Blade, wysuszone ciało i czarne żyły na nim. W swym ostrzeżeniu Pradawny oszczędził jej truchło, wysyłając je do nowo otwartego Azylu.
On wiedział…
Umiera Lexa: http://shadow-york.pl/pro...ewprofile&u=409

Epilog: ciało Dagon zostało podrzucone wprost pod drzwi watahy. Pożarty przez larwy gnił niedaleko baru, z którego wyszedł razem z Dagon. Niezrzeszone wilkołaki? Rozrzucone niechlujnie gdzieś w lesie, ku uciesze innych wilków tam grasujących. Ciało łowczyni zostało wysłane do Azylu.

Szczęśliwa Gwiazda huh?

z/t

To an assasin… Having a heart is the same as death. The moment you have a heart… It’s the moment an assassin dies. The so-called heart… Was abandoned a long time ago.
Gość, zrób klik | Notatnik | Warsztat
 

Aurora Borealis

39 (307)


162 cm


"Miłość, która nie jest szaleństwem, nie jest miłością."






[Cytuj]
Potężny camper stał osamotniony na końcu parkingu baru Pod Szczęśliwą Gwiazdą. Wyjątkowo nie świecił się jak świąteczna choinka, choć miał w zanadrzu sporo świecidełek mających przyciągnąć wzrok. Stał tam już od dwóch dni. Dzisiaj było spokojnie. Ot Estera siedziała na rozkładanym krzesełku obok małego stoliczka. Mała lampka świeciła z campera wprost na nią. Kobieta cicho nuciła sobie pod nosem jakąś skoczną pioseneczkę. Na stoliku stał sobie kubeczek, właściwie był pusty. Kobieta wyglądała jakby była na wakacjach. Rozpuszczone loki układały się jak chciały. Kwiecisty żakiet rzucał się w oczy już z oddali. Brunetka miała na sobie luźną, zwiewna, czarną sukienkę z falbankami i głębokim dekoltem. Męża aktualnie nie było, bo postanowił sobie pozwiedzać okolicę. Gdy wychodził ona wycierała sobie kurze. Teraz już mogła spokojnie posiedzieć i porozwiazywac sobie sudoku. Bardzo lubiła to robić. W ogóle uwielbiała łamigłówki. Świetnie zabijało się nimi czas. Zwłaszcza, jeśli w danym momencie nie miała nic innego do roboty. Dzisiaj nie miała zamiaru nikomu wróżyć z ręki czy szklanej kuli. Tego wieczoru nie miała z mężem w planach robienia czegoś konkretnego. No prawie... Właściwie to wysłała wiadomości do Eleanor. Z wampirzą rodzinką zawsze warto się spotkać. Poza tym trzeba było wybadać teren, czy jest się w ogóle mile widzianym w mieście. Bywało z tym różnie a nie miała ochoty na użeranie się z kimkolwiek. Czekała więc teraz na spotkanie wesoło sobie nucąc i rozwiązując zawzięcie sudoku.
 

Eleanor Coleridge

21/561


172 cm


one garden two serpents eden never stood a chance






[Cytuj]
Multikonta: Catriona
Nagle pod bar podejchał czarny suv.
Przez dłuższą chwilę nikt nie wychodził z pojazdu. Wszystko rozgrywało się w czasie. Za przyciemnionymi szybami ktoś obserwował Esterę. ów osoba musiała być pewna wszystkiego.
W końcu wysiadł młody wampir trzymający dłoń na rękojeści broni palnej. Rozejrzał się i skierował bliżej Estery.
Za Nim nagle wyłoniła się z pojazdu kobieta w czerwonej sukience. Pojawiła się w mgnieniu oka tuż za wampirem.
- To Ona prawda?
- Tak Pani.
Odejdź, sprawdź teren. Ma nie być tutaj żadnego wilka.
- Wampir skinął głową i odszedł ujawniając tym samym postać Panny Coleridge. Spoglądała właśnie na Esterę z lekkim uśmiechem.
- Jak zawsze piękna, emanująca wolnością oraz siłą. Gdzie jest mąż? Jak idzie twa praca wróżki?- Zapytała a jej uśmiech się powiększył radując się iż widzi właśnie ją na terenach, które niedługo staną się jej własnością.
 

Aurora Borealis

39 (307)


162 cm


"Miłość, która nie jest szaleństwem, nie jest miłością."






[Cytuj]
Uszu kobiety nie umknął fakt przybycia nowego pojazdu na parking baru. Nie zareagowała jednak od razu. Spokojnie postawiła długopisem kolejna cyfrę w sudoku by ostatecznie odłożyć je wraz długopisem na stoliku. Uniosła swoją głowę szczerząc się jak głupi do sera. Zagwizdała cichutko wstając ze swojego krzesełka. Wyszła wampirzycy na przeciw.
- Słodzisz mi tyle, że cukru do kawy nie potrzebuję. Małżonek zwiedza sobie okolicę. A moja praca.... Jak widać dorobiłam się lepszego domku na kółkach- powiedziała rozbawiona. Gestem dłoni zaprosiła wampirzycę w pobliże campera. Wyciągnęła dodatkowe krzesełko by sprawnym ruchem je rozłożyć. Wskazała je kobiecie.
- Może krzesełko nie tak wygodne jak fotel w twoim autki, jednak nie będziemy chyba tylko stały jak kołki- zachichotała - Twój blask przyćmiewa moją urodę. Nie wiem czy nie założyć okularów przeciwsłonecznych. Miło Cię widzieć moja droga. Muszę jednak z przykrością stwierdzić, że zadajesz głupie pytania w swych wiadomościach. Jestem wiecznie w drodze. Taka moja natura kochaniutka. W końcu jestem cyganką. - udała przez chwilę poważną by znów się zaśmiać. Jej rozbawienie rozniosło się po parkingu. Przy okazji udała, że strzepuje drobinki kurzu z krzesła. Co prawda niemożliwe było, aby coś się tam ostało bo miała manie na punkcie czystości. Cygańskie wychowanie głęboko było w niej zakorzenione.
 

Eleanor Coleridge

21/561


172 cm


one garden two serpents eden never stood a chance






[Cytuj]
Multikonta: Catriona
Spojrzała na camper i skinęła głową. Faktycznie był znacznie lepszy niż ten ostatni. technologia idzie naprzód no i wampiry muszą czuć się bezpieczniej podczas podróży.
Podeszła do krzesła i spokojnie usiadła tym samym wygodnie się na nim rozkładając.
- Cóż i to krzesło ma swoją wygodę. Każdy przedmiot służy do czegoś innego. Wiedz iż niekiedy prostota jest bardziej relaksacyjna.
Głupie pytanie powiadasz? Zadałam proste pytanie odnośnie ilości czasu jaki nas dzieli od ostatniego spotkania. Nie każdy je liczy, ale dla większości jest on ważny. Może to być rok rozłąki, lub cały wiek.
- spojrzała na Nia mrużąc swe powieki jakby chciała dociec wszystkiego.
- Bliskie mi osoby są bardzo ważne, sa priorytetem. Lubię wiedzieć co robi kiedy się z nimi nie widziałam.- Dodała by cyganka zrozumiała jej całe przesłanie. Eleanor od zawsze nie mówiła niektórych rzeczy wprost tylko pomiędzy słówkami. trzeba było się domyślić o co jej chodzi.
- Czy coś konkretnego Ciebie tutaj sprowadza?- Zapytała poważnie mając jej tak wiele do przekazania. - Mogę rzecz iż pojawiasz się w dobrym, a zarazem złym momencie.- Westchnęła smutno nie chcąc ukrywać przed nią tego co nadchodzi oraz to co się działo.
 

Aurora Borealis

39 (307)


162 cm


"Miłość, która nie jest szaleństwem, nie jest miłością."






[Cytuj]
Technologia była dla nich bardzo na rękę. Czy lepiej się rozwijała tym więcej udogodnień mogli wcisnąć w swój domek na kółkach no i tym większy mógł być. Teraz właściwie był idealny. Nie za duży i nie za mały. Estera usiadła na swoim miejscu wygodnie się usadawiając. Wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni żakietu małą fajeczkę i zapałki. Odpaliła ją sobie. Co prawda samo palenie tytoniu na nią nie wpływało, ale strasznie się jej to podobało. Niedbale machnęła dłonią.
- Szczęśliwi czasu nie liczą moja droga. Niby posiadam zegarek ale na kalendarz zbytnio nie patrzę. Kiedyś prowadziłam dzienniczki, ale dawno temu skończyły jako rozpałka do ogniska. - puściła wampirzycy oczko. Zaciągnęła się fajkowym dymem by wypuścić kilka kółeczek ze swych ust.
- Mogę ci za to pokazać ile dodatkowych, czerwonych punkcików doszło na mojej mapie. Trochę się zebrało odwiedzonych miejsc w Europie. - faktycznie w swoim domku posiadała rozwieszoną mapę, na której zaznaczała czerwonymi szpileczkami miejsca, które odwiedzili. Tak, w ramach swoistej pamiątki. Na czarno oznaczała te miejsca, gdzie niekoniecznie byli mile widziani. Tak dla uniknięcia powtórki z rozrywki.
- W odwiedziny? Może zatrzymać się na nieco dłużej. Takie podróżowanie każdego może zmęczyć. Właściwie nie podjęliśmy jeszcze decyzji co dalej. Trochę się stęskniłam za znajomymi twarzyczkami. - odsunęła od ust fajeczkę by spojrzeć wprost w oczy wampirzycy. marszczyła nieco swe czoło i pokazała dłonią by pociągnęła temat dalej. Zamieniła się w słuch.
 

Eleanor Coleridge

21/561


172 cm


one garden two serpents eden never stood a chance






[Cytuj]
Multikonta: Catriona
Prawda, szczęśliwi czasu nie liczą. Jeśli Eleanor liczy ów czas to jest bardzo nieszczęśliwa.
Przenosząc wzrok przed siebie widziała wampira jak sprawdza teren. Na szczęście żadnych wilków w pobliżu nie było.
- Z wielką chęcią ujrzę ów mapę by wiedzieć co ujrzałaś swymi oczyma.- Uśmiechnęła się i skinęła głowa do wampira by ten poszedł do auta i odpoczął.
- Estero kiedy Ciebie nie było wiele się wydarzyło w tym mieście. Pojawienie się pradawnego bytu, który niweluje każdego kto mu się przeciwstawi poszukuje swoją Iskrę. dodatkowo The Cohort się uaktywniło, wiec nie wiemy co dalej będą wyczyniać. Wymordowano naszą rasę prawie w całości podczas ataku. Siedziba została zniszczona i musieliśmy się przenieść. Clave nadal zakazuje nam być wampirami i wykorzystywać naszą naturę w nieśmiertelności. Jesteśmy na skraju wszystkiego.- Spojrzała na Nią i widząc jak się w nią wpatruje wywróciła oczami.
- Czeka mnie spotkanie z aroganckimi łowcami, dodatkowo przenosimy się w bezpieczne miejsce szykując się na odbudowę. Poszukuję wampirów, by nie chodziły samotnie. W grupie jesteśmy silniejsi. Dołączysz do nas? Znajdzie się i schronienie i jedzenie dla każdego.- Jeśli by się zgodziła powiedziałaby więcej o jej organizacji.
 

Aurora Borealis

39 (307)


162 cm


"Miłość, która nie jest szaleństwem, nie jest miłością."






[Cytuj]
To, że liczyła czas nie znaczyło, iż była nieszczęśliwa. Po prostu Estera była typem pełnym energii, a tryb życia powodował, i jakoś nie odczuwała potrzeby spoglądania na kalendarz. Czas upływał a dla niej najważniejsze było to, iż jej małżonek był u jej boku.
- Z chęcią ci ją później pokażę moja droga - uśmiechnęła się szeroko. Wysłuchała słów kobiety a jej miną zrzedła. Wieści jakie otrzymała były dość niepokojące. Zmarszczyła mocniej brwi i nieco zacisnęła szczękę. Spojrzała przed siebie ponownie pykajac sobie fajeczkę. Zamyśliła się na dłuższą chwilę.
- Faktycznie wiele się działo... Niepokojące są te wieści. - powiedziała cicho - Pieprzone Clave... Te gnojki tyle już zniszczyły a my wciąż płacimy za ich winy. Jak ja ich nie trawie... Pieprzone świętoszki... Wkurza mnie fakt, iż nie mogę w pełni wykorzystać swoich umiejętności. - spojrzała na znajomą, która siedziała po przeciwnej stronie stolika. Przyglądała się jej dłuższą chwilę w milczeniu.
- Oczywiście, że do was dołączymy. Tu już nie chodzi nawet o schronienie. Jesteśmy rodziną, a rodziny w potrzebie się nie zostawia moja droga. Pomogę na tyle, na ile pozwolą na umiejętności.waleczna może i nie jestem, ale doskonale wiesz co potrafię. - szaleńczy uśmiech pojawił się na jej twarzy. Zwiastowalo to swoistą gotowość do wszelkich potrzebnych działań na korzyść wampirzej rodzinki.
 

Eleanor Coleridge

21/561


172 cm


one garden two serpents eden never stood a chance






[Cytuj]
Multikonta: Catriona
Radowało ją iż mogła choć na chwilę odsunąć wszystkie sprawy oraz poczuć się jak zwykła osoba.
Jednak świadomość iż to wszystko się skończy, że musi mieć pieczę nad wszystkim trochę ją bolało. Plus tego wszystkiego iż nie jest sama. Ma wspaniałe osoby blisko siebie niosące pomoc.
Niestety okres ich życia stawia wielki znak zapytania co dalej?
Clave przyczynia się do ich upadku i świadomie zakazują wszystkiego. Nie mają wsparcia u nikogo, chyba, że coś chcą. Może to się zmieni po paru rozmowach z odpowiednimi osobami?
- Takim nastawieniem idealnie byś wypadła jako łącznik pomiędzy naszymi rasami. Łowcy by się ucieszyli.- Zaśmiała się wiedząc iż z Esterą by nic nie załatwili bo nie da sobie w żaden sposób mydlić oczu.
- Posilając się na człowieku i nie używając Encanto lub innych naszych zdolności skazujemy człowieka na pamięć o naszych uczynkach. Równa się to ze zdradzeniem Świata Cieni, a tym samym dajemy wolną rękę Clave do wymordowania nas bo to zapewne będzie kara za ujawnienie siebie oraz innych ras.- Dodala by Estera wiedziała na czym aktualnie ich rasa stoi. W sumie grząski ten grunt jest, ruchome piaski jak nic.
- Oh wojowników potrzebujemy, ale także i szpiegów, osoby o ścisłych umysłach że tak to ujmę jak Twój. Dziękuję za dołączenie, na pewno znajdziemy odpowiednią rolę waszą w naszej Organizacji.- Uśmiechnęła się do niej wyciągając swą dłoń ku jej dłoni. pochwyciła ja lekko ściskając by wiedziała iż dziękuje za jej decyzję oraz ma w niej wsparcie- jak zawsze.
 

Aurora Borealis

39 (307)


162 cm


"Miłość, która nie jest szaleństwem, nie jest miłością."






[Cytuj]
Clave wzbudzało w kobiecie irytację. Czuła się bezsilna wiedząc, że te cholerne pseudoaniołki tworzą prawa pod siebie wyniszczając ich. A niby ma pozostać równowaga. Jaka to kurwa równowaga, jeśli nie mogą korzystać ze swych mocy? Jeszcze jak o zabijaniu i przemienianiu... Ok... By nie było więcej wampirów od ludzi czy innych ras. Ok, to była w stanie zrozumieć. Jednak brak możliwości polowania? Przecież to była ich natura. Po to posiadali umiejętności manipulacji by móc zataić swą obecność. Nie musieliby zajmować połowy instytucji rządowych w mieście by się po prostu pożywić. Te wszystkie laboratoria, banki krwi, koneksje z różnymi ludźmi by móc coś zjeść. Serio? ciekawe do by oni zrobili gdyby odebrać im te ich cholerne runy. Byli by bezsilni. Myśli kobiety wręcz galopowaly. Estera uśmiechnęła się do Eleanory.
- Oni by mnie ubostwiali. Ja ci mówię, radowali by się na mój widok niczym dziecko na widok szpinaku lub brukselki.... Wiem kochaniutka, wiem. I to mnie właśnie doprowadza do szewskiej pasji. Chcąc udobruchać własną naturę wkładamy głowę pod gilotynę niczym za czasów rewolucji francuskiej. Jednak też nie możemy być Francuzami z drugiej wojny światowej. Nie wywieszę białej flagi... - westchnęła odkładając swoją fajeczkę na blat stolika. Musieli bardzo uważać by nie utknąć w tej bagiennej piaskownicy stworzonej specjalnie po to, by w nią wpadli. Jednak ten kto ją stworzył zapomniał, że nawet po bagnie da się poruszać. Trzeba po prostu wiedzieć jak. Wampirzyca ujęła dłoń Eleanory i również delikatnie ją uścisnęła lekko się uśmiechając. W oczach Estery widać było swoiste ogniki, które błyszczały niczym zapowiedź przyszłego pożaru.
- Nie masz za co mi dziękować kochaniutka. Rodzina jest najważniejsza moja droga.

  
 

Eleanor Coleridge

21/561


172 cm


one garden two serpents eden never stood a chance






[Cytuj]
Multikonta: Catriona
Ta chwila, kiedy to Estera była zamyślona i klęła na Clave oraz pół aniołki była widoczna. To dało jej wiele do zrozumienia. Znalazła osobę, która tak samo jak ona sama nie toleruje Łowców i zasad Clave.
Paczka papierosów leżała na stole. Poczęstowała się odpalając małą truciznę. Biorąc głęboki wdech zaciągnęła się i spoglądając na Esterę zaśmiała.
- Nie jesteś sama. Jednak ja w pojedynkę muszę spotkać się z przedstawicielką Łowców. Ostatnie nasze wspólne spotkanie nie poszło po ich myśli. Wybuchnęłam słysząc iż nie zmienili zasad i praw jakie wiele lat temu ogłosili. Nie zrozumieli mnie i sądzą i wybuchłam bez podstawy gdyż te zasady panują od dawna.- Wzruszyła ramionami jakoś niechętnie chcąc się spotkać z rudowłosą pseudo dyrektorką która nie utrzymała nawet rozkwitającego sojuszu.
- Zdradzę Ci iż z dawnym dyrektorem zawiesiliśmy bronie tworząc sojusz. Niestety nie nadeszło spotkanie, w którym mieliśmy omówić dalsze działania. Nastała cisza i nagle dowiedziałam się o zmiane władcy.- Wywróciła oczami, bo tym właśnie pokazali iż mają gdzieś wampiry. Trzymając nadal dłoń wampirzycy przyglądała się jej.
- Samotnicy nie pakują się w to bagno. Każdy z nas zawsze ma coś do stracenia. Jednak jedynie grupą możemy ukazać powagę sytuacji. Jest tak wiele do wyjaśnienia.- Puściła jej dłoń by podać adres wampirzego Bastionu. teraz to tam aktualnie znajduje się ich posiadłość. W zaciszu i z dala od ludzi.
 

Aurora Borealis

39 (307)


162 cm


"Miłość, która nie jest szaleństwem, nie jest miłością."






[Cytuj]
Estera nigdy nie ukrywała swojej niechęci w stosunku co do Clave. Zawsze uważała, że stanowczo nadużywają swojej władzy. A całe porozumienie było wampirom nie na rękę. Wilkołaków nie było jej szkoda, chociaż i im się oberwało. Jednak oni by zjeść zabić musieli a wampiry nie. Dlatego uważała iż ich ukarano bezpodstawnie.
- Moja droga Eleanor, ty również nie jesteś sama. Nigdy nie byłaś i nie będziesz. Masz nas i stoimy po twojej stronie. Niestety ich egoizm jest tysiące razy większy od mojego. Wątpię by kiedykolwiek zrozumieli dlaczego za nimi nie przepadamy i jak bardzo całe to cholerne porozumienie uderza w naszą godność i tożsamość. Dla nich porozumienie oznacza, że się na to zgodziliśmy a to przecież gówno prawda. - powiedziała zirytowana postawą Clave. Westchnęła głośno spoglądając na wampirzycę. Pokiwała delikatnie głową na znak, iż rozumie sytuację. Najwyraźniej usunęli go by mieć większą kontrolę nad innymi rasami i nie w smak im było, że można jakoś koegzystować bez stwarzania wzajemnych problemów.
- zawsze będzie coś do stracenia, taki żywot wszystkich istot. Jednak jak to się powiada... W kupie siła. - powiedziała śmiejąc się lekko. Uścisnęła mocniej jej dłoń by następnie odebrać os niej adres bastionu. Przeczytała go sobie i schowała w dekolt by nie zgubić. No co? Najlepsza kryjówka na takie ważniejsze rzeczy.
- Byle by było gdzie postawić mój domek, bo w zwykłym garażu to się nie zmieści, a go nie sprzedam. - od razu uprzedziła. Za długo pracowała na to cudeńko. Poza tym kiedyś na pewno ponownie rusza w trasę, więc po co się pozbywać takiego auta? Zwłaszcza, że można je wykorzystać na różne sposoby.
 

Eleanor Coleridge

21/561


172 cm


one garden two serpents eden never stood a chance






[Cytuj]
Multikonta: Catriona
Eleanor nie miała wiele do powiedzenia w tym temacie. ktoś dawno temu zgodził się na te zasady i tak pozostało.
- jedynie debilny wampir godzący się na te zasady jest odpowiedzialny za to co aktualnie przeżywamy. Ja jestem przeciwko i Clave nie wygra z nami. boi się, że wybuchnie wojna. Nie wiedzą iż sami wrzucają kij do mrowiska.- Odpowiedziała bo inaczej tego w słowa nie można zawrzeć.
- Bastion ma więcej miejsca niż poprzednia posiadłość. Wydzielimy nawet ogród dla twojej karocy.- Uśmiechnęła się do niej.- Proszę jednak by ten adres nie poleciał w świat. Nie potrzebujemy gości. Nie chcemy ich. Wszelkie spotkania z innymi rasami odbywać się będą poza naszymi terenami.- Dodała by Ester wiedziała na czym sprawa stoi. Do tego stopnia wampiry się wkurzyły iż Eleanor zadecydowała aby takowe spotkania nie odbywały się w rezydencjach ras. Pierwsze. Nikt nie może wiedzieć gdzie obecnie przebywają wampiry. Drugie. Bezpieczniej będzie na wolnym terenie spotkać się z kimś. Mniejsze zagrożenie wybiciem jakieś rasy.
- Do spotkań z innymi sa specjalne miejsca. Opuszczona ma farma, kluby. Neutralne miejsce, mniejsze zagrożenie zabicia nas.- Musiała zabezpieczyć wampiry. Ostatnio wybili ich do małych jednostek. Nie mogła dopuścić by znów wybuchła walka. Niespodziewana walka.
Eleanor miała wiele pieniędzy wiec w sumie mogła jej kupić takowy pojazd nówkę sztukę. Majątek swój przeznaczyła w połowie na wampiry i ich wygody. Trzeba zadbać o swoich i robiła to z wielką przyjemnością.
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo