Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Co drzewa mogłyby opowiedzieć? Co najwyżej o romantycznym środku nocy, bo przecież nic się nie wydarzyło, co mogłoby się równać z historią, którą opowiedzieć byłaby gotowa lawenda. Nie przejmował się więc zbytnio, miło wspominając spokojne chwile. Należało im się i zamierzał czerpać z takich momentów jak najwięcej. Spojrzał na matkę z lekkim uśmiechem, ale jego ciemne oczy błyszczały w sposób, jakiego wcześniej nie mogła u niego widzieć. Był szczęśliwy, zakochany, spokojny. Pomimo tego, co się działo wokół, mógł śmiało twierdzić, że jest na swoim miejscu. Jeszcze tylko spróbować zmiany i wtedy wszystko będzie tak, jak powinno. Nie zamierzał wpędzać Devany w poczucie winy. Gdyby nie jej romans z Joe, jego w ogóle nie byłoby na świecie, a na pewno nie byłby tym, kim był. W końcu służba Clave dodała mu tylko charakteru, upewniła w niektórych założeniach i doprowadziła do spotkania z konkretnym osobnikiem.
- Już ją słyszał – zaśmiał się cicho, odwracając na moment wzrok, nieznacznie speszony. Jakaś część niego wciąż nie mogła uwierzyć w to, że szczęście przynosi mu drugi mężczyzna. Jednak nie zamierzał się nad tym zastanawiać, już nie. Dość czasu na to zmarnował, a póki nie ziści się jego marzenie wolał przeżywać w pełni każdy dzień, miast marnować go na niepotrzebne przemyślenia. Zaraz jednak przyszły do niego nieznaczne wyrzuty sumienia, gdy uzmysłowił sobie, że przecież Devana nie miała równie szczęśliwego zakończenia po powrocie czarowników. Eryk... Nigdy nie miał o nim dobrego zdania, nie zdołało tego nic zmienić, a teraz dodatkowo pogarszał swoją sytuację nie odzywając się do Devany. Lennan był przekonany, że stchórzył i zwiał. Kretyn. Na szczęście temat zmienił się i nie musiał dłużej marnować myśli na syna Lokiego.
- Im dłużej nad tym się zastanawiam, tym mniejszą mam wiarę, że go odnajdę, a do tego mają ze mną iść jeszcze jacyś ochotnicy spośród reszty Faerie... Oinari obiecał jednak zachować w tajemnicy kim dokładnie jestem – rzucił, krzywiąc się, lekko na myśl, że nie może iść sam na poszukiwania. - Pomyślałem, że skoro Król walczył z Mrokiem, próbował go powstrzymać, to może być zwyczajnie ranny, osłabiony. Nie widze dobrego argumentu, dlaczego miałby się specjalnie ukrywać przed wami. To nie ma większego sensu, więc zakładam, że jest osłabiony i sam potrzebuje pomocy – odparł choć miał wrażenie, że wciąż nie jest blisko prawdy. Z drugiej strony, przecież Król, nawet jeśli jest smokiem, czy jakimś innym prastarym stworzeniem, nie jest niezniszczalny, ani bogiem w rozumieniu Przyziemnych. Tym samym poza byciem rannym, osłabionym, nie widział powodów, dla których miałby porzucić swoich ludzi, swoje dzieci.
Przyglądał się matce, gdy przyswajała pozostałe nowiny, żeby w końcu zaśmiać się krótko z cichym westchnięciem. Oparł głowę o pień drzewa, spoglądając w gwiazdy. Martwili się o niego, wszyscy wokół, a jednocześnie sami mieli gdzieś czy on się będzie martwił, kiedy wyruszali na własne wyprawy. On im zdradzał swoje plany i pomysły, oni jemu nie... Ciekawe, czy zmieni się to, jeśli wszystko się uda i będzie ostatecznie tylko pół wróżką, bez śmierdzenia innym Łowcą.
- Ciągle muszę czekać na zdanie Clave, na ich zgodę, pozwolenie, rozkaz. Siedź cicho i czekaj na misję, do tego czasu trenuj. Nie podoba się coś? Siedź cicho i czekaj na misję. Chcesz wolne? Poproś o urlop. Potrzebujesz wakacji? Poproś o nie. Czekaj na zgodę dyrekcji, czekaj na zgodę Konsul. Mam dość.... Nawet teraz, zapyta Konsul o zgodę na moją emeryturę i mnie poinformuje. Ile jeszcze mam czekać? Kiedy i tak wiem, że dla większości jest to niedorzeczny pomysł i jasno powiedziałem, że w takim razie odchodzę od Clave zupełnie. Powody rodzinne... A dyrekcja wciąż milczy – skrzywił się zirytowany, czując, że za chwilę może wybuchnąć, a nie chciał tego. - Mam więc dwie możliwości. Na własną rękę pozbyć się run i poznać kolejną rasę od podszewki... Wiem, że to jest ryzykowne, wiem, że później nie byłoby łatwiej, ale dałbym radę. Czuję to. Albo mogę iść do Instytutu i upomnieć się o obdarcie z run. Wyobrażasz to sobie? Zwłaszcza teraz, gdy zaczyna się dziać wesoło i na nowo wybuchają konflikty na tle rasowym. Popierać Podziemnych czy nie... Pomyślałem, że skoro tak długo każą mi czekać na ich łaskawą decyzję, to sam znajdę drogę – wyjaśnił, odwracając głowę, żeby spojrzeć wprost na Devanę. Mogła się złościć, ale nie miała już nad nim takiej władzy jak kiedyś. - Jon już też wie. Lepiej chował złość niż ty – dodał z nieco zmęczonym uśmiechem. Jasne, wystarczyłoby iść i powiedzieć „hej, zdejmijcie mi runy, mam dosyć służby, pieprzcie się, jestem wróżką”. Już widział reakcję niektórych i dopytywanie dlaczego chce to zrobić. Jakie miało to dla nich znaczenie? Ale nie, twierdzili, że mają prawo wiedzieć. No tak, w końcu Clave i Łowcy wyżsi rangą, byli ponad nie tylko Podziemnymi, albo również pozostałymi Nefilim. Jako potomkowie anioła, mieli prawo decydować o losie innych. Brakowało tylko, żeby zamiast zdejmowania run, za rzekomą zdradę, zabijali. Miał już powyżej uszu życia w ich butach, chciał w końcu żyć tak, jak zawsze tego pragnął i być tym, kim zawsze się czuł, a nigdy nie czuł się Łowcą.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Devana

1072


170 cm


Looks like a cinnamon roll but could actually kill you







[Cytuj]
Multikonta: Opal, Viviane, Kasia
Lawenda jednak grzecznie milczała, widać pewne groźby zadziałały lepiej, niż się niektórzy spodziewali. Rośliny rozumiały więcej, niż niektórzy by się spodziewali, a już na pewno lepiej odczytywały zawarte w głosie emocje. Dlatego lepiej rosły, gdy prowadziło się w ich pobliżu monolog. Zawsze jakaś rozrywka, która wyprowadzała je z długiego stanu apatii. Jak zabawne były rośliny, które pierwszy raz spotykały kogoś, kto i je potrafi zrozumieć. Wielu nie widziało takiej radości.
Tak samo, jak Dev dawno już nie widziała takiej miny u swojego syna. Cieszyła się jego szczęściem. Wiedziała, że stan, w którym się on znajdował był niezwykle błogi i pozwalał na szybkim zapomnieniu o problemach. Wystarczyła pojedyncza myśl o ukochanej osobie, by odpędzić od siebie wszelkie nieprzyjemne wydarzenia. Chyba że dana osoba robi cię w chuja i sobie znika. Tak, to w tym wypadku dolewało oliwy do ognia.
Poczochrała syna po włosach, nie mogąc się powstrzymać. Był istotą, którą kochała najbardziej na świecie. Dla niego była gotowa zrobić wszystko, o niego najbardziej się martwiła, choć może nie zawsze to odczuwał. Dla niej miał być bezpieczny i szczęśliwy. Choć w tych czasach, w tym momencie, tak trudno o to wszystko było. Uśmiechnęła się ponownie. W sumie cieszyła się, że Lennan postanowił związać się z Jonathanem. Wiedziała co nieco o tym czarowniku, był na swój sposób naprawdę czarujący, a przy okazji wydawał się Devanie godny zaufania. T dobrze, że słyszał już tę melodię. To dobrze, że Lennan miał osobę, której mógł zaufać. Dev nie wiodła bezpiecznego żywota. Nie wiedziała, jak i kiedy skończy. Zresztą, o nią nie trzeba było się aż tak bardzo martwić. Wiele już przeszła, mogła wziąć na barki jeszcze więcej. Nie było to dla niej problemem, nie w tej chwili przynajmniej. Choć jej reakcje mogły być różne.
Dobrze, że Oinari zachował pochodzenie Lennana w tajemnicy. Wolała jeszcze przez chwilę o tym głośno nie mówić. Przynajmniej do czasu, aż Lennan nie zostanie wróżką. Nie ważne, jak bardzo abstrakcyjnie dla niej na razie to brzmiało, choć... Choć tak bardzo tego pragnęła. Tego, by jej syn nie musiał odchodzić przed nią. Już zresztą teraz wyglądał o wiele starzej niż ona. Pewnie było to dla niego dziwne.
- Znajdziesz go. A ochotnicy mogą okazać się pomocnie. Zawsze narzekałeś, że nie znasz za wielu wróżek. Masz okazję powoli zacząć się zagłębiać w nasze relacje. Powiesz mi, kogo spotkałeś, a ja ci spróbuję zdradzić o tej osobie jak najwięcej - uśmiechnęła się ponownie. Od czegoś trzeba było w końcu zacząć, a skoro jej syn chciał zostać wróżką, należało nadrobić pewne braki, które Devana spowodowała. - To samo zaczęłam podejrzewać - rzuciła na słowa o Królu. - Wielu twierdziło, że Król zginął. Wielu to miało widzieć, w tym Marianne, a jej ufam ponad wszytko. Może wiec po prostu wylądował tu w stanie krytycznym? Udało mu się tu przenieść, ale było z nim źle? W takim wypadku ktoś musiał go znaleźć i mu pomóc. Ba, nawet bym się nie zdziwiła, gdyby jakiś przyziemny nie zaciągnął go do ludzkiego szpitala - dziwny to pomysł, ale mógł się jak najbardziej sprawdzić.
Choć było to dla nich dziwne, Król nie był niepokonany. Nie był niezniszczalny, choć dla wielu był niczym Bóg. Dev jednak widziała w nim nie raz po prostu żywą istotę, swojego Ojca, który ją spłodził, Który był targany emocjami jak każdy z nich.
To, że Dev nie zdradzała mu wszystkiego, nie wynikało z tego, że był Łowcą. Chroniła go. Tak jak każda inna osoba, która potrafiła przed nim zatajać prawdę. Nie chcieli, by pakował się w ich problemy, które ich obciążały. Nie chcieli, by on musiał cierpieć razem z nimi. Przynajmniej to kierowało nią. Od pierwszego oddechu swojego syna, do jego ostatniego będzie dbała o to, by spotkało go jak najmniej krzywd. Jak każda matka. Jak każda osoba, która kochała.
Sama musiała westchnąć, gdy Lennan zaczął mówić dalej. Czekała aż skończy, a na krótkie wspomnienie o tym, jak to przyjął Jonathan, trochę się skrzywiła. Ała, zabolało. Westchnęła ponownie, po czym przysunęła się do syna i przytuliła go do swojej piersi, gładząc po włosach. Mógł się oczywiście wyrywać, ale matka była niezwykle uparta. Raczej o tym pamiętał, prawda?
- Lennan, rzeczywiście, może zareagowałam trochę za ostro, ale martwię się o ciebie. O twoją przyszłość, zdrowie, życie. Rozumiem, że masz prawo decydować o swoim życiu i że lepiej niż ja wiesz, czego chcesz. Po prostu targają mną ostatnio emocje, prawie już pogryzłam się z Marianne, chyba cud tylko nas przed tym powstrzymał. I mówię o dosłownym pogryzieniu albo przynajmniej wbiciu w siebie paru sztyletów. Do tego Mrok, Eryk, Spotkanie z Clave... Po prostu sporo tego, a ty jeszcze teraz mi mówisz, że możesz chcieć się zamienić w wilkołaka. To dość ciężkie do przetrawienia, szczególnie że nie wiesz, czy cały proces się uda. A on może się skończyć nawet śmiercią - mówiła spokojnie, choć gdzieś zabrzmiała jakaś dziwna jak na nią nuta. - Jesteś osobą, o którą troszczę się najbardziej. O której bezpieczeństwie będę myśleć zawsze w pierwszej kolejności. Nie dziw się więc, że wściekam się na samą myśl o tym, że będziesz musiał cierpieć. Że coś ci będzie grozić - stwierdziła, po czym zaśmiała się sucho. - Nie podejrzewałam, że dam radę nienawidzić Nefilim jeszcze bardziej - spojrzała z iskrą w oku, w główce już planując, co zrobi, gdy spotka się z jednym takim sam na sam. Nie były to miłe wizje.

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Można byłoby polemizować, że poza czasem, gdy Lennan zaczął niejako spotykać się z Jonathanem, matka nie mogła widzieć podobnego wyrazu szczęścia na twarzy swojego syna. Jeśli oczywiście wyłączyć pierwsze lata, które spędził u jej boku. Jedno go nurtowało kiedyś pytanie – dlaczego wtedy nie podała mu odpowiedniego jedzenia, aby przemienić go w pół Faerie i uniknąć tym samym konieczności wstąpienia w szeregi Nefilim? Teraz wiedział, że wszystko rozbijało się o próbę chronienia go przed tym, co działo się w świecie wróżek. Może i dobrze się złożyło. Kto wie, czy gdyby jego los potoczyłby się w odmienny sposób byłby teraz w tym punkcie, otoczony tymi osobami. Nie zamierzał się nad tym jednakże zastanawiać, uznając, że dobrze jest jak jest.
Próbował nie zwracać uwagi na to, jak wygląda obok Devany. Szczególnie teraz, gdy jego twarz otaczał gęsty zarost, dodający mu tym samym lat. Kiedy on kończył trzydziestkę i wyglądał na starszego jeszcze o parę lat, ona wciąż zachowała świeżość niespełna dwudziestolatki. Już dawno przestali wyglądać jak matka z dzieckiem, przypominając bardziej rodzeństwo. Jeszcze o ile ich wygląd mu nie przeszkadzał i zwyczajnie zaczynał go przyjmować takim, jakim był, tak pojawiała się czasem nieśmiała myśl, że z Jonem nie będzie tak łatwo. Być może była to jedna ze składowych, dla których bardziej pragnął przemiany, niż do tej pory. Do tego stopnia, że był skłonny zrezygnować z obecnego sposoby życia na poczet czegoś, czego sukcesu nie mógł być pewien. W końcu jakie było prawdopodobieństwo, że uda się przemienić go przy pomocy odpowiedniego jedzenia oraz napoju? A jeśli z powodu swojego pochodzenia, zamiast zwiększyć siłę krwi wróżki, okaże się być odporny na przemianę w tę stronę? O tej obawie nie mówił jednak głośno.
Spojrzał na Devanę, krzywiąc się nieznacznie.
- Ile znasz wróżek, które nie będą patrzeć na mnie krzywo, albo być zdania, że na pewno coś kombinuję, widząc we mnie wciąż Łowcą? Chyba wolałbym iść sam, ale nie mam wyjścia. Pełnia zaufania wobec mnie, ale ktoś dla pewności nie zaszkodzi – zaśmiał się gorzko, przewracając oczami. Zawsze jedno i to samo. Z drugiej strony, miała rację, pozna nowe wróżki, potem ją podpyta kto jest kim... Pora spojrzeć na wyprawę po Króla jak na ekspedycję naukową mającą na celu poznanie społeczności wróżek. Dlaczego jednak brakowało mu entuzjazmu? - Wydaje mi się, że gdyby trafił do ludzkiego szpitala, już dawno wiedzielibyśmy o tym. Nie macie normalnej krwi, a i pewnie jego moc zostałaby szybko wykryta. Wydaje mi się, że jeśli trafiłby do szpitala, równie dobrze mógłby już być w rękach Łowców – dodał, krzywiąc się na samą myśl, że może mieć rację. Liczył jednak na to, że jego podejrzenia nie spełnią się w pełni. Owszem, nie podejrzewał, żeby Król był w pełni sił i z własnego kaprysu ukrywał się przed swoją rodziną i rasą. Musiało być inne wytłumaczenie dlaczego potencjalnie ranny władca postanowił się ukryć.
Uśmiechnął się łagodnie, gdy dostrzegł skrzywienie matki na wspomnienie Jonathana. Nie mówił tego w złej wierze, zwyczajnie złość Devany dostrzegał szybciej a i ona sama nie zwykła jej ukrywać przy nim. Jon był dla niego jeszcze po części tajemnicą i część jego emocji nie potrafił rozróżnić. Zaraz jednak sam prychnął nieznacznie, kiedy został przytulony w taki sposób. Nie był już dzieckiem, ale czy był sens tłumaczyć to Devanie? Dla niej wciąż był dzieciakiem, gówniarzem jak zwykła nazywać go Marianne. Zostało mu więc jedynie westchnąć cicho i dać matce kontynuować tę pieszczotę.
- Założyłem, że mam dość woli życia i dość powodów do niego, żeby przetrwać przemianę. Duma jednak jest czymś, co mnie cholernie mocno powstrzymuje przed pójściem do Instytutu i upomnieniem się o zdjęcie ze mnie run – mruknął, licząc na to, że mimo wszystko go usłyszy pomimo tego przytulania. Zerknął w górę, przyglądając się uważnie Devanie. - Są dwie pośród Nefilim, które wolałbym widzieć całe i zdrowe. Ray Moonwater oraz Viviene Verlac. Ta pierwsza jest mieszańcem jak ja, choć nie wiem czy jest córką wróżki, czy wnuczką. Viviene jest wnuczką Joe, ale też jedyną osobą, której mogłem w pełni zaufać – stwierdził, kiedy dostrzegł przedziwny błysk w oku matki. Spróbował się odsunąć, a jego spojrzenie ponownie spoważniało. - Moja chęć odejścia od Łowców jest uznawana za zdradę. Jeśli doszłoby do wojny między wami a nimi, stanąłbym po waszej stronie, więc znów byłbym zdrajcą. Jeśli przemienię się specjalnie w wilkołaka, będę uznany za zdrajcę. Kiedy dowiedzą się, że chciałem zrzucić runy, aby stać się pół Faerie będę zdrajcą do kwadratu. Cokolwiek nie zdecyduję, jestem zdrajcą i możliwe, że niektórzy będą życzyć mi jak najgorzej. Na to musisz być przygotowana – w jego słowach czuć było gorycz. Dwadzieścia lat czynnej służby, spełniania rozkazów, żeby ostatecznie zostać uznanym za zdrajcę. Pięknie.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Devana

1072


170 cm


Looks like a cinnamon roll but could actually kill you







[Cytuj]
Multikonta: Opal, Viviane, Kasia
Dzieciństwo to inna sprawa i Dev o tym dobrze wiedziała. Wtedy nie miało się tylu problemów, wtedy świat był prosty, a radości łatwiej było uchwycić. To dorośli myśleli za ciebie i rozwiązywali twoje problemy, nauka była zabawą, a przyszłość wypełniona wspaniałymi przygodami. Tym bardziej, jeśli było się wróżką, dzieciństwo potrafiło trwać o wiele dłużej, niż ktokolwiek się spodziewał. Lennan jak na jej standardy musiał dorosnąć niezwykle szybko. Dlatego mogła więc twierdzić, że ten uśmiech był po prostu wyjątkowy.
Lennan zdawał sobie sprawę, dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej, a to ją cieszyła. Nie chciała słyszeć wyrzutów, mimo iż sama je sobie robiła. W swoim życiu jednak skrzywdziła wiele osób, rozumiała, że wiele pałało do niej chęcią zemsty. A już na pewno najwięcej wróżek. Nie miała doświadczenia w ochronie tak niewinnej istoty, jak dziecko, dlatego to, co mogła według siebie zrobić, to wyszkolić je i ukryć tam, gdzie będzie bezpieczne. Cóż. Nie wyszło do końca tak, jak chciała, nie do końca pojęła, z czym wiąże się nadanie run. Nie wiedziała też tego, że nefilim bez run w ogóle może przejść przemianę. Jej ówczesny błąd. Musiała więc teraz pozwolić synowi naprawić jej błędy, choć to było dla niej bolesne.
Różnica wieku, szczególnie pomiędzy istotą długowieczną a tą z ludzkim limitem czasu, jaki może stąpać po ziemi, była naprawdę ciężka do przeskoczenia. Zdawała sobie sprawę, że to mogło gryźć zarówno Lennana, jak i Jonathana. I ją gryzło to, że obecnie jej syn mógł odejść przed nią, temu więc była mimo wszystko w stanie pomóc synowi pozbyć się jego pierwiastka Łowcy. Choć by to się udało, trzeba było najpierw odzyskać dom, co wydawało się trudniejsze, niż cała afera z Nefilim i ich opierzchłością. Miała nadzieję, że nie zacznie mieć od tego wszystkiego migreny, bo to było w tej chwili naprawdę zbędne.
Uniosła brwi na krzywą minę swojego syna.
- Tym bardziej przekaż mi, kto wysyłał w twoją stronę krzywe spojrzenie - drapieżna iskra zatańczyła w jej oku. - Może wyglądasz jak łowca, może masz umiejętności łowcy, ale przyznaj szczerze, w sercu jesteś wróżką i to jak dla mnie się najbardziej liczy. Jeśli inni tego nie wyczują, to znaczy, że oceniają cię pochopnie, a to bardzo niemądre z ich strony. I chętnie udzielę im lekcji - powiedziała, uśmiechając się. Znała syna, znała jego niektóre przyzwyczajenia. Wiedziała, jak kocha naturę, wiedziała, że na pewno poradziłby sobie w nauce wszelkich wróżkowych umiejętności. Miał to we krwi i w duszy. I to zapewne było silniejsze niż nefilimowa domieszka.
- Zawsze jakiś punkt zaczepienia, nieprawdaż? A jeśli mają go Łowcy, to podejrzewam, że Instytut dość szybko pójdzie z dymem, gdy ja i kilka innych wróżek się tam wybierze w odwiedziny - spojrzała na niego wymownie. Zresztą, Łowcy byli za głupi, by wykonać taki manewr. Gdyby znaleźli Króla, wróżki już dawno by o tym wiedziały. I to od nich. A Dev i tak rzucała jedyne luźne myśłi, to do Lennana należała decyzja, co z nimi zrobi.
Cóż, widać była osoba, która umiała ją przeniknąć na wskroś. Lennan znał ją jednak całe życie, co miała więc poradzić, że dzieciak potrafił z niej czytać lepiej, niż ktokolwiek inny. Zresztą lepiej, że to on tak dobrze ją rozumiał, niż ktokolwiek inny.
I tak dla niej zawsze pozostanie tym małym chłopcem, co miała poradzić? Zresztą sama w jeg wieku była jeszcze cholernie niedojrzałym dzieciakiem i takie pieszczoty dawkowane przez matkę nie były dla niej niczym dziwnym. Choć rzeczywiście, w późniejszych latach odsunęła się trochę od swojej rodzicielki, choć może to dlatego, że ta powoli popadała w szaleństwo, zabijając większość rodzeństwa Devany? Przez to wszystko została tylko ona i Oinari. Cóż, ten fakt chyba był kolejnym powodem, dla którego ukrywała Lennana. Wolałaby, by nikt po prostu nie powtórzył podobnego zabiegu.
Słuchała syna, próbując przetrawić wszystkie informacje, choć nie zawsze było to łatwe. Zresztą, jeśli chciał uratować te dwie Nefilim przed ewentualnym gniewem matki, powinien przynajmniej podać rysopis, bo nie chciało jej się teraz śledzić każdego Nefilim z osobna, by przekonać się, o kim syn mówi.
- Dla mnie po prostu wybrałeś ścieżkę życia, która pasuje ci bardziej niż ta, którą podążałeś. I ja to rozumiem, zrozumiałaby też to, gdybyś nie chciał dokonać zmiany. A Łowcy mogą sobie ta ich całą zdradą podetrzeć tyłki. Niech tylko cię tkną, a ja i zapewne też Marysia oddamy im z nawiązką. Zresztą nie zdziwiłabym się, gdyby także Oinari wstawił się za tobą. Zresztą... Jak na ciebie zareagował? - musiała się zapytać, bo zaczęła ją zżerać ciekawość. Ciekawe, czy brat kiedyś zrobi jej wyrzuty, że nie pisnęła mu ani słówka. A potem nagle dostała olśnienia. - W sumie wiesz, że jeśli staniesz się oficjalnie wróżką, to będziesz miał zapewnione prawo do tronu i zostaniesz umieszczony w czołówce kolejki do sukcesji - spojrzała na niego z nieprzeniknioną miną.

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Prawdopodobnie i tak miał szczęśliwsze dzieciństwo u jej boku niż nie jeden Łowca w jego wieku. W końcu może i uczył się walczyć, uczył się jak poruszać się wśród roślinności, ale miał również czas na własne przyjemności jak gra na ukulele. Jeśli szczęście mogło być dźwiękiem było na pewno esencją ukulele. Nie dopytywał nigdy rówieśników, ale ponieważ wszyscy dziesięciolatkowie potrafili już się porządnie bić i dostawali runy, jasnym była konkluzja, że trenowali od najmłodszych. Wiele dorosłych wydawało się wtedy Lennanowi zbyt surowymi, pozbawionymi umiejętności uśmiechania się. Pomimo tego, że nie raz obrywał od ciotki czy matki za swoje psoty, tak nie mógł powiedzieć, żeby był tresowany, jak jego „koledzy”. Czy baprawdę więc musiał szybko dorosnąć? Może odrobinę.
Zaśmiał się, gdy przybrała typowy dla matki wyraz twarzy, gdy nagle słyszy, że ktoś dokucza jej dziecku. Nie potrafił przez moment opanować śmiechu, ostatecznie odchrząkując, aby wrócić nieco do poważniejszego tonu.
- Nawet jeśli ktoś krzywo na mnie spojrzy, nie myśl, że ci o tym powiem. Nie jestem już dzieckiem i potrafię sobie sam poradzić, ale na pewno będe dopytywać o to kto jest kim i z kim można swobodnie rozmawiać – odparł z nieznacznym uśmiechem. - Ale faktycznie, nigdy nie potrafiłem powiedzieć z czystym sumieniem, że jestem Łowcą... – dodał cicho, myśląc jednocześnie o Jonie i tym, że jego wróżkowa część była tym, co przyciągało do niego czarownika, jak i o poznanych do tej pory wróżkach, a nie było ich wiele. Pies go zastanawiał i teraz najwyraźniej nadarzała się okazja, aby o niego zapytac. - Jakiś czas temu, tuż po tym jak wyrzuciło was z krainy, spotkałem w Azylu jednego Faerie. Nazwał się Psem, Chien, ale podejrzewam, że nie jest to imię, którego naprawdę używa. Ciemnowłosy, mniej więcej mojego wzrostu, nie ma spiczastych uszu... Zdawał się obserwować, szukać słabych punktów, plotek – nakreślił mniej więcej obraz spotkanego Faerie. Jednocześnie przyglądał się Deavnie, próbując dostrzec od razu, gdyby próbowała coś przed nim ukryć. W końcu nie miał pewności czy spotkany wówczas mężczyzna należał do grona „przyjaciół” czy raczej wrogów matki. Skinął lekko głową, zastanawiając się kto jeszcze mógłby pomóc w odnalezieniu Króla. Wszelka magia tropiąca, czy runy, nie miały prawa zadziałać bez przedmiotu należącego do Króla. Nie wiedział żeby cokolwiek pozostało z rzeczy osobistych wróżek, więc nawet nie dopytywał o przedmiot należący do władcy. Łowcy na pewno nie mieli Króla, wszyscy już słyszeliby o tym i rzeczywiście, nie byłoby to najmądrzejsze posunięcie ze strony Nefilim. Nie, Król musiał być w ciężkim stanie, ukryty gdzieś bardzo dobrze.
- Zobaczymy... wybiorę się w jakieś w miarę odludne miejsce i spróbuję szczęścia. Mam nadzieję, że tutejsze rośliny również cię znają i posłuchają prośby o przekazanie Królowi, że go szukamy – rzucił w końcu z bladym uśmiechem. Czasem naprawdę brakowało mu zdolności matki. Wiele mógłby dzięki temu osiągnąć, szybciej mógłby zadziałać w wielu sytuacjach, a tak... Westchnął, przeciągając się nieco. Na nic było użalanie się nad własnym jestestwem, gdy zamierzał i tak je zmieć. Prędzej czy później się to uda, był tego pewien. Miał dwie możliwości, jedną z nich zamierzał wykorzystać. Musiało się udać, po prostu nie było innych możliwości. Domyślał się, że to, co mówił Devanie musiało na nią działać mocniej niż działało na Jonathana. Cokolwiek między nimi było, to jednak Devana była jego matką, a te zawsze silniej przeżywały wszystko, co mogło spotkać ich dzieci.
Nie podawał rysopisu dziewczyn, będąc w głębi ducha świadomym, że jeśli przyszłoby im do starcia, to żadna ze stron nie odpuści tak łatwo. Dziewczyny były świadome niebezpieczeństwa życia jako Łowcy, więc musiały chronić się same. Podał imiona i nazwiska jedynie po to, że gdyby przypadkiem Devana je usłyszała i miała taką możliwośc, aby je oszczędziła. Uśmiechnął się lekko, spoglądając na blondynkę.
- Jon pewnie też pomógłby wam, gdyby tylko się dowiedział... – mruknął, a po chwili spojrzał w przestrzeń wciągając powietrze. Jak Oinari na niego zareagował? - Właściwie nijak chyba... Rzucił mi „witaj w rodzinie” z uśmiechem, ale nic więcej. Polecił mi znaleźć dziadka, więc w jakimś stopniu mi ufa – odparł, wzruszając ramionami, w następnej chwili nieruchomiejąc. Nawet nie spojrzał na Devanę, zastygając jedynie w bezruchu, analizując słowa, które wymówiła chwilę wcześniej. Jeśli stanie się oficjalnie wróżką, będzie w czołówce do tronu... Że co?!
Przesunął palcami po włosach, czując się mniej pewnym wszystkiego, niż był nieco wcześniej. Prawdę mówiąc, w tej chwili miał ochotę powiedzieć, że w takim razie zostanie Łowcą jednak do końca, ale te słowa również nie chciały mu przejść przez gardło. Devana to wiedziała, Marianne pewnie też... Jonathan wiedział, że jest dziadkiem Króla, czy zdawał sobie sprawę z tego, o czym on sam się właśnie dowiedział?
- Na pewno nie. Jest Oinari i jesteś ty. Są dzieci Królowej. Poza tym, byłbym jedynie półwróżką, a co za tym idzie, pewnie nie mam prawa zasiadać na tronie - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia, z krzywym uśmiechem na twarzy, ale w jego spojrzeniu widać było niepewność. Całym sobą niemo błagał o potwierdzenie jego słów. Nie chciał być wciągniętym w polityczne gierki tylko dlatego, że stałby się wróżką. Chciał się zmienić dla najbliższych, żeby nie musieli stać nad jego grobem za parę lat. Jeszcze mógł zostać wampirem, może warto zajrzeć do katalogu pozytywnych aspektów życia nocnych komarów?
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Devana

1072


170 cm


Looks like a cinnamon roll but could actually kill you







[Cytuj]
Multikonta: Opal, Viviane, Kasia
Dev nie wiedziała, jak wyglądało życie młodych Łowców i jakoś w nie, nie wnikała. Lennana wychowywała po swojemu, pilnując, by niczego mu nie zabrakło i by mógł sobie poradzić w późniejszych latach. Nie miała jednak w intencji zrobić z niego maszyny do zabijania, którą mieli być Nefilim, po prostu dawała mu lekcje, które mógł wykorzystać, a jednocześnie uczyła piękna świata, sztuki, czy po prostu się z nim bawiła i spędzała miło czas. Bo swoją relację opierała na miłości, nie na utrzymaniu renomy rodu.
Proszę nie śmiać się z matki. Ona po prostu działała niemal instynktownie niczym lwica broniąca swoje młode. Zabiłaby każdego, kto skrzywdziłby Lennana, nie ważne, kim ta osoba była i nie było przy tym dyskusji. Swoich bliskich broniła zażarcie. Tym bardziej że miała ich ostatnio coraz mniej, co niezwykle ją bolało. Miała ich niewielu, a każdą stratę odczuwała niezwykle mocno. Dobrze, że chociaż jedna miała szansę się odnaleźć.
- Pamiętaj jednak, że zawsze ci pomogę w razie potrzeby - westchnęła, po czym znów się uśmiechnęła. Czasem trudno sobie przypomnieć, że Lenn nie był małym chłopcem, a dorosłym mężczyzną. Z którego była niezwykle dumna, choć czasem by chciała, by pozostał dzieckiem na dłużej. Im starsza pociecha, tym jakoś mniej była skora do czułości, a Dev jakoś nie mogła się przestawić. Przynajmniej jeszcze nie. - Widzisz, to oznacza, że twoje miejsce jest u nas, Faerie, do czego musimy postarać się doprowadzić - kiwnęła mu w końcu, jakoś przełykając te wszystkie niepewności i obawy. To było trudniejsze dla niej, niż myślał. Niż ona sama myślała.
Z zaciekawieniem słuchała o spotkanym przez syna wróżku, a z każdym słowem jej mina robiła jakoś bardziej nieprzenikniona, a w oczach gościło pewne przejęcie. Zacisnęła zęby, doskonale wiedząc, do kogo pasował ten cały rysopis, tym bardziej że ów osoba miała szpiegować w Azylu.
- Uważaj na niego - stwierdziła na samym początku, gdy Lennan skończył. - A najlepiej nie przyznawaj się przy nim, że w ogóle mnie znasz. Powiedzmy, że nie mamy za sobą najlepszej przeszłości, ba, każde spotkanie może się skończyć śmiercią moją, albo jego. Jego imię to Bevin, choć oczywiście nie te prawdziwe. Był wiernym wyznawcą Jasnego Dworu, Psem Królowej i moją byłą ofiarą, której udało się zwiać. Z drugiej strony niektórzy mu ufają, choć, można powiedzieć, że był jedną z tych osobistości, przed którą wolałam cię chronić - skoro miał się pytać o każdą wróżkę, to ona zamierzała mu wszystko wyjaśnić. Skoro już wkraczał w ten świat, lepiej, by wiedział o zagrożeniach.
W sumie był jeden przedmiot, który należał do Króla i który obecnie posiadał Oinari. Dev nadal pamiętała o znalezionej masce, gdy wyspę i ich świat zaczął pochłaniać Mrok. Wspomnienie tego momentu, gdy zrozumiała, co się dzieje, prawdopodobnie już do końca zostaną w jej pamięci. Gorzki posmak porażki, bezsilności i wściekłości. I późniejsza rozpacz. Teraz jednak mieli nadzieję.
- Zawsze możesz spróbować, może akurat cię posłuchają? Wiesz, to pozostali są głusi na odzew roślin, one jednak doskonale wiedzą, co się wokół nich dzieje i co się do nich mówi - uśmiechnęła się do syna. Chyba wie, jakiej umiejętności będzie musiała nauczyć syna, gdy ten już stanie się pełnoprawnie jednym z nich. Zresztą, on zawsze mówił do roślin, nawet jeśli nie wiedział, co odpowiadały. Według Dev było to całkiem urocze oraz miłe. W końcu można uznać, że w ten sposób Lenn naśladował matkę. Co jej schlebiało.
Znów się uśmiechnęła na wspomnienie o Jonathanie. Widać Lennan miał już całkiem ładną grupkę tych, którzy byli gotowi go ochraniać. To dobrze, Dev mogła być spokojna, że gdyby jej nagle zabrakło, on nie zostałby sam. Co jej przypomniało, że w sumie chyba należałoby powiedzieć również o swoich planach. Na razie jednak pokręciła głową na słowa o Oinarim.
- Cóż, widać dobrze to przyjął, myślę, że możesz na niego liczyć. Szczególnie że postanowił powierzyć ci tak ważne zadanie. Widać od razu zaczął cię traktować jak jednego z nas. Zapewne zabawnie będzie reagować, gdy zaczniesz mówić do niego wujku - mrugnęła do Lennana.
Cóż, chyba do Lenna doszła całkiem ważna kwestia posiadania w swoich żyłach błękitnej krwi. Wiedziała, że nie była to łatwa wiadomość do przetrawienia, sama nie za bardzo lubiła o tym myśleć, ale lepiej go uświadomić jak najwcześniej.
- To, że nie będziesz miał wstążek, nie oznacza, że twoim dziadkiem nie jest Król. Cała sytuacja z dziedziczeniem jest pogmatwana, bo co chwilę ktoś się odnajduje, ktoś abdykuje, także nie zdziw się, jeśli któregoś dnia nie stanie przed tobą trudna decyzja. Na razie chyba jednak nie masz sobie czym zawracać głowy. No, chyba że przypomnieniem sobie manier i niektórych tańców, bo jeśli odzyskamy dom, to jako członek rodziny Królewskiej będziesz musiał czasem odstawić jakąś szopkę - tak, Dev właśnie tak to widziała. Jej samej dworskie przepychanki aż tak bardzo nie ciekawiły, dopóki nie doprowadzały do zabójstwa, które miała wykonać, lub czasem powstrzymać.
Lekkość w jej głosie, którą do tej pory utrzymywała jednak nagle znikła. Spojrzała na syna poważnie.
- Gdy tylko skończy się ten cały polityczny bajzel, idę z Marianne do Faerielandu - powiedziała, choć z lekkim zawahaniem. Niech wie, tak na wszelki wypadek. Gdyby coś miało pójść nie tak.

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Cała procedura zmiany we wróżkę była nawet dla niego czymś nieco przerażającym. Jednakże strach pokonywało obsesyjne pragnienie zmienienia najważniejszej części życia. Ostatecznie postanowił, więc teraz zostawało jedynie przeć do przodu. Przyglądał się przez całą rozmowę Devanie, a szczególnie zaciekawiła go jej reakcja na wspomnienie spotkanego wcześniej Faerie. Nie często miał okazję dostrzegać swoiste przejęcie w matczynym spojrzeniu. Nie podobało mu się, ale nie wiedział jeszcze o co chodzi. Chciał już zapytać, gdy sama się odezwała. Zmarszczył brwi słysząc, że powienin trzymać się od niego z daleka. No dobrze, też miał wrażenie, że spotkany mężczyzna nie był do końca łagodnym osobnikiem, ale wtedy myślał, że to jeszcze pozostałość po wychowaniu Łowców. Wyglądało jednak na to, że mogła to być intuicja.
- Masz jeszcze jakiś śmiertelnych wrogów, którzy wiedząc o tym, że jesteś moją matką, będą mogli chcieć odegrać się na mnie? – spytał, siląc się na uśmiech, ale jego ciemne spojrzenie pozostało poważne. Cóż, wiedział, że Devana nie jest królewskim ogrodnikiem, ale nigdy nie patrzył na to przez pryzmat własnego powiązania z nią i potencjalnymi konsekwencjami. Nie zakładał, że ktoś mógłby chcieć się na nim odegrać przez to, co zaszło między nim a Devaną. Cóż, mylił się i teraz został o tym jasno poinformowany. Lepiej późno niż wcale, prawda?
Uśmiechnął się nieznacznie, nieco wstydliwie, gdy mówiła o roślinach. Prawdę mówił część niego nie wierzyła w to, że mogłyby jakkolwiek mu pomóc. Jednak co szkodziło spróbować? Jeśli akurat trafiłby na jakieś drzewo chętne do pomocy, to może akurat wezwie Króla albo kogoś, kto mógłby powiedzieć im, gdzie też władca się ukrył. Nie należało rezygnować nawet z najdrobniejszej pomocy jaką mogli uzyskać. W końcu nigdy nie wiadomo, a skoro miały iść z nim jeszcze dwie wróżki, to może roślinność się zlituje. Czy naśladował w tym matkę? Pewnie tak, w końcu czym skorupka za młodu nasiąknie... Z całą pewnością chętnie uczyłby się rozumieć ich mowę. Zawsze mogło się to przydać, nie tylko do sprawdzenia, czy rośliny w domu nie plotkują, ale żeby uzyskać potrzebne informacje. Liczył więc na to, że gdy najedzie odpowiednia pora, Devana chętnie mu pomoże.
Zaśmiał się jedynie na słowa o Oinarim. Jakoś nie wyobrażał sobie, że miałby naprawdę mówić do niego per „wuju”, ale kto wie? Może kiedyś dla drażnienia się jak z Marianne? W końcu ona też ciekawie reagowała, gdy mówił do niej ciociu... Inna sprawa, że do niej tak mówił od małego, a Oinari... Cóż, czas pokaże co też będzie się działo. Skrzywił się jednak na dalsze słowa i wspomnienie tańców. Akurat te „dworskie” nie należały do jego ulubionych. Właściwie to w ogóle wolał obserwować jak inni tańczą niż samemu pląsać.
- Mam nadzieję, że to będzie moje jedyne zmartwienie związane z królewską krwią... Właściwie to nie wiem jak Jon mógłby zareagować na dodatkowe nowiny... – dodał, wspominając zaskoczenie i problem z przyswojeniem wiadomości, że zaginiony Król jest dziadkiem Lennana. Co prawda zakładał, że akurat Jon szybciej posłakał dwa do dwóch niż on sam i gdyby mu teraz oznajmił, że jako wróżka będzie następcą tronu... Może i którymś w kolejce, ale jednak... Nie, lepiej było o tym teraz nie myśleć. Król się znajdzie, zasiądzie na tronie i będzie pięknie.
Spojrzał na matkę uważnie, poważniejąc w jednej chwili. Ona i Marianne do Faerielandu, opanowanego przez Mrok. Jonathan zapewne będzie szukał Białej Księgi... Poczuł jak chłód lęku o bliskich rozlewa się po jego wnętrzu, ale logika podpowiadała, że na nic będzie proszenie, żeby nie szli, albo żeby mógł iść z nimi. Wiedział, że matka i ciotka się nie zgodzą. Zawsze mógł marudzić Jonowi, choć i tam podejrzewał, że na nic się mu przyda.
- Macie wrócić obie. Nie chcę... – urwał, zaciskając zęby. Nie musiał raczej kończyć zdania, żeby wiedziała o co mu chodziło. Czuł, że spotkanie powoli dobiega końca. On musiał się przejść, żeby przetrawić nowe wiadomości, zaś Devana miała a głowie przygtowania do wyprawy. Objął ją jeszcze ramionami, przytulając mocno, dając w ten sposób do zrozumienia, że liczy na jej powrót.

/zt
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
* * *

Dawno już nie strzelał i powinien się do tego bardziej przyłożyć. Od czasu, kiedy zaczął się w pełni skupiać na walce, na magii bitewnej i przywołaniach, doszedł również do wniosku, że to najwyższa pora, by powrócić do pistoletów i sprawdzić, czy ma jeszcze to samo oko, co jakiś czas temu. Nic zatem dziwnego, że tego chłodnego dnia, ubrał się stosownie do próby, jaką zamierzał podjąć i udał się do starego sadu, gdzie prędko sprowadził dla siebie tarcze, poustawiał je w mało dostępnych miejscach, a następnie naszykował się do tego, by do nich mierzyć. Musiał przyznać, że cel nie był u niego już taki, jak dawniej, musiał więc na nowo się wdrożyć i przypomnieć sobie wszystkie tajniki zdolności strzeleckich, jakie drzemały w jego ciele. Uśpił je na zdecydowanie zbyt długo, tak samo, jak wiele innych umiejętności, jakie obecnie się do niego dobijały, jakie o sobie przypominały i krzyczały, żeby w końcu wziął się do roboty, a nie tylko siedział i przerzucał sreberka. Musiał myśleć o organizacji, o stosach, na których spłonęli jego pobratymcy, musiał czekać na to, co wydarzy się dalej.
Jedyny plus był taki, że Spiralny stał, miał się już dobrze, a Aiden pomagał mu w wielu sprawach. Musieli jednak wyjaśnić tajemnicę dotyczącą całopalenia czarowników, musieli również zająć się Niną, o ile ta w ogóle do nich jeszcze powróci, pojawiła się również kwestia tej młodocianej czarownicy, jaką musieli jak najprędzej zacząć uczyć magii. Było tego sporo, a Jonathan czuł, że zdecydowanie zaspał. Pod wieloma kwestiami. Nawet jego umysł, dawniej tak chętny do zdobywania nowej wiedzy, zapadł w hibernację. Doszedł do wniosku, że przyjmował zdecydowanie zbyt wiele środków odurzających, później popadł w najróżniejsze skrajności, dając się wodzić za nos własnym emocjom, a teraz, ostatecznie, obudził się ze snu. I musiał zacząć pracować. Nad sobą.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Nie tylko Jonathan potrzebował powrotu do treningów. Lennan od dawna czuł się w pewnym sensie zastany. Nie chodziło nawet o trening łucznictwa, czy walki wręcz, albo ostrzami. Potrzebował wrócić do treningów z akrobatyki, które pomagały mu na wiele sposobów w różnych sytuacjach. Nic więc dziwnego, że i on, korzystając z chwili wolnego, ubrał na siebie spodnie z dresu i luźniejszą koszulkę, po czym wyszedł do ogrodu, aby tam ćwiczyć, korzystając z nierówności terenu i możliwości jakie dawały nisko rosnące konary drzew. W pewnej chwili usłyszał strzały, co wprawiło go od razu w stan "znajdź zagrożenie". W te pędy ruszył przez ogród w stronę dźwięku i zatrzymał się dopiero, gdy dostrzegł Jonathana. Prychnął pod nosem lekko, czując zażenowanie samym sobą. Przecież wiedział, że nikt niepowołany nie wejdzie na teren posiadłości czarownika, a jednak zareagował tak, jakby byli w niebezpieczeństwie.
- Dobrze, że nie wybrałem na trening sadu - rzucił, zaplatając ramiona na piersi i przyglądając się mężczyźnie z uwagą, ale również nieznaczną fascynacją. No dobrze, pamiętał go w akcji, gdy próbowali pochwycić wilkołaki. Wtedy jednak nie strzelał, choć miał przy sobie broń. Teraz widział go pierwszy raz z pistoletem w dłoni, a widok ten nie należał do nieprzyjemnych.
- Wiesz, że nigdy nie strzelałem z niczego, poza łukiem? W Instytutach nie uczą nas zazwyczaj korzystania z broni palnej, co właściwie nie jest odpowiednie, biorąc pod uwagę obecne czasy - dodał, podchodząc bliżej i spoglądając w stronę ustawionych tarcz. Nie znał się na tym, ale wydawało mu się, że mężczyzna nie jest najgorszy w strzelaniu. Jednocześnie sam zaczął odczuwać pragnienie złapania za łuk i strzelania również do ukrytych celów. Nie widział nigdy Jonathana w czasie treningu i miał nadzieję, że teraz nie zostanie oddelegowany do domu. Kolejna okazja do poznania czegoś nowego.
- Od dawna strzelasz? - spytał, mając na myśli, kiedy nauczył się obsługi broni palnej. Z tego co się orientował, zmieniały się na przestrzeni lat, a więc musiały zmieniać się zasady korzystania z nich. Zupełnie jak w przypadku łuków, czy innej broni.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Trwanie w miejscu i marazm nigdy nie były dobre, Jonathan doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a ostatnie wydarzenia faktycznie spowodowały, że uznał, iż to najwyższa pora, by nad sobą popracować. Gdyby Lennan chciał zmierzyć się z różnego rodzaju magią bitewną, z całą pewnością znalazłby w nim godnego przeciwnika, ostatnimi bowiem czasy czarownik bardzo dbał o to, by radzić sobie coraz lepiej z elementami przyrody ożywionej i nieożywionej, szukał sposobu na to, by stawiać coraz to lepsze bariery i tarcze, pozostawała jednak sprawa reszty walki i pozostałych zdolności, które nie były u niego na odpowiednio wysokim poziomie. Zaniedbania, za które z całą pewnością jeszcze przyjdzie mu płacić.
- Nie martw się, moje tarcze są nieco mniej ruchliwe, a już na pewno nie tak przystojne, jak ty - powiedział na to. Zdawał sobie sprawę z jego obecności, nie strzelał na oślep, a jego bariery były tak założone, że gdyby tylko ktokolwiek postanowił je zdjąć, Jonathan od razu by o tym wiedział. Nie minęłaby nawet chwila, a znajdowałby się u boku Lennana i zabierałby go już daleko stąd. Teraz jednak byli sami i mogli zająć się tym, co było dla nich chwilowo najważniejsze. Zdobywaniem i doskonaleniem umiejętności. Spojrzał na Lennana, kiedy ten ponownie się odezwał i uśmiechnął się po kociemu, nieco chyba złośliwie, jednakże jemu w niczym to nie przeszkadzało, a później zagryzł nieznacznie wargę i spojrzał na trzymany pistolet.
- W czasie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, w okolicach siedemdziesiątego szóstego, co i tak było dość późną nauką, biorąc pod uwagę, że miałem już wtedy dobre pięćdziesiąt parę lat - stwierdził, po czym wymierzył i oddał strzał, którego w życiu nie nazwałby celnym.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Och, trening przeciw magii bitewnej mógłby być całkiem ciekawy. Walka wręcz kontra magia bitewna... Nie obawiał się potencjalnie odniesionych ran, w końcu był w dobrych rękach, a sam tego typu trening mógł się naprawdę przydać. Kto wie, może w ciągu najbliższych dni poprosi o to? Albo sprowokuje. Tego jednak dnia miał na celu trening z zakresu akrobatyki, wszelkiego wspinania się bez zabezpieczeń i skoków z serii parkour. Zupełnie jakby naoglądał się filmów o Yamakasi. Inna sprawa, że naprawdę je lubił... Niestety nieco się spiął słysząc wystrzały i w efekcie stał teraz niedaleko Jona, przyglądając się jak ten strzela do celu. Może i dla czarownika nie były to wyjątkowo dobre strzały, jednak Lennan i tak był pełen podziwu. On w ogóle nie trafiłby, jak znał swoje szczęście. Nigdy nie ciągnęło go do broni palnej, więc teraz mógł cierpieć.
- Uważaj, bo pomyślę, że tylko moja uroda powstrzymuje cie przed strzelaniem do mnie – zaśmiał się, a po chwili miał ochotę palnąć sobie dłonią w czoło, gdy dotarło do niego, jak bezsensowne było te zdanie. Pokręcił więc jedynie głową, zbliżając się jeszcze bardziej do partnera, obserwując jego trening z niekłamanym zainteresowaniem. Dostrzegł złośliwy uśmiech Jona i odpowiedział mu tym samym.
- Wiesz, mogę się mylić. Mnie od małego interesował tylko łuk – dodał w ramach usprawiedliwienia samego siebie. Stanął nieco za czarownikiem, nie chcąc mu przeszkadzać w celowaniu do tarcz. Musiał przyznać, że nie byłu rozstawione w sposób ułatwiający trening, co jasno świadczyło o tym, że mężczyzna zna się na rzeczy. Nic więc dziwnego, że pytał od jak dawna, ale mimo to, gdy usłyszał odpowiedź, nie potrafił zapanować nad zaskoczonym wyrazem twarzy. Niepodległość Stanów Zjednoczonych? Przecież to było... Zaraz jednak pokręcił lekko głową. Długowieczni zdawało się mówić jego spojrzenie.
- Widać dość łatwo chłoniesz nową wiedzę – odparł, przyglądając się temu, jak kolejna kula sięgała swojego celu. Zdaniem Lenna, była celna, ale wyraz twarzy Jona mówił co innego. - Było trudno załapać wszystko? I kiedy ostatni raz ćwiczyłeś? – pytania same sypały się z jego ust.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Jonathan, gdyby miał z nim ćwiczyć te biegi przełajowe, zmęczyłby się pewnie dość szybko i dostał paroma gałęziami po twarzy. Nie umiał skakać z drzewa na drzewo i łapać się budynków, z których wybijał się jak z trampoliny. Czarownik musiałby oszukiwać i używać krótkodystansowej teleportacji, która również wchodziła w grę, ale była niewątpliwie bardziej męcząca i prędzej doprowadziłaby go pewnie do stanu zawałowego, niż takie bieganie z miejsca w miejsce. Nie można było jednak zapomnieć, że każdy z nich miał różne predyspozycje i właśnie ich powinni się trzymać, a nie próbować robić coś, co w ogóle nie leżało w ich zakresie. Co innego kwestia broni, do niej dałoby się na pewno podejść, ale już takie sztuki walki, czy chociażby siły do skakania po drzewach... To coś innego. Owszem, Jonathan mógłby spróbować, ale pewnie prędko przekonałby się, jak bardzo ma obity tyłek i dlaczego lepiej się w to wszystko nie bawić. Na razie jednak jedynie parsknął z ubawienia, kiedy Lennan się odezwał, a następnie złożył się do strzału, tylko po to, by sarknąć z niezadowoleniem. Nie trafił w głowę na tarczy i to mu się zdecydowanie nie spodobało.
- Nie aż tak łatwo. Kiedyś było prościej, teraz... Powiedzmy, że nieco się w sobie zamknąłem i zasklepiłem, więc mam trudności, by zacząć sięgać po coś nowego. Trenowałem jedynie kwestie magii bitewnej, by żaden demon nie zrobił już ze mnie mielonego, ale reszta? Muszę do tego wrócić, jeśli chcę coś osiągnąć - powiedział i przymknął nieznacznie powieki, po czym spojrzał na partnera i przez chwilę milczał, by ostatecznie potrząsnąć głową. - Kilkanaście lat temu? Kilka? Nie pamiętam. Pora się tym w końcu zająć, bo inaczej odstrzelę sobie nogę, przy pierwszej lepszej okazji - stwierdził, a później przekrzywił nieznacznie głowę. - Pytasz, bo jesteś ciekawy, czy sam byś sobie poradził?
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Zdecydowanie jeśli mieliby wspólnie trenować coś, mogłaby to być walka. Pytanie tylko na ile skuteczne są różne sztuki walki w połączeniu z akrobatyką przeciw magii bitewnej? Chyba, że Jonathan również chciałby walczyć wręcz. Mimo wszystko najczęściej trenował z Marianne, ale obecnie nie było to możliwe. Martwił się brakiem kontaktu z rodziną, ale próbował nie myśleć o tym zbyt często, żeby nie popaść w apatię, albo samemu nie spróbować nagle dostać się do wróżkowa.
Wspomnienie ostatniej walki Jona z demonem nie było najprzyjemniejsze. Mężczyzna wtedy był ledwie żywy, z licznymi obrażeniami… Nic dziwnego, że trenował magię bitewną, co jednak sprawiało, że całkiem przyjemny był jego widok ze zwykłą bronią. Dawał Lennanowi poczucie spokoju, w przypadku, gdyby mężczyzna znajdował się w niebezpieczeństwie, a nie mógłby użyć magii. O ile oczywiście miałby przy sobie broń palną.
- Poniekąd - odpowiedział uśmiechając się krzywo i wpatrując w broń. - W pewnym sensie, choć wiem jak dziwnie to zabrzmi, przypomina mi to łucznictwo. Celujesz, strzelasz, trafiasz do tarczy, a jednak… Nigdy nie myślałem o tym, żeby faktycznie spróbować złapać za ten typ broni, więc to raczej normalne, że mimo wszystko zastanawiam się, czy bym sobie poradził - dodał, wzruszając nieznacznie ramionami. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie interesuje go spróbowanie. Właściwie czuł niemałą ekscytację na samą myśl, że mógłby spróbować, zupełnie jak dziecko, które stoi przed nową karuzelą.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Do tej pory był pokojowo nastawiony do świata, to prawda. Wolał sprawdzać się w roli medyka, wolał znajdować się gdzieś w tyle, ale ostatnie wydarzenia pokazały mu, że musi zmienić swoje podejście do życia. Nikt nie kazał mu z miejsca przemieniać się w czarownika, który jako pierwszy rusza do boju, mógł nadal wykorzystywać swoje zdolności do obrony, mógł nadal po prostu znajdować się gdzieś dalej, gdzieś ukryty, ale szkoląc się, rozwijając różne umiejętności, szukając nowych dróg, nie tylko nie osiadał na laurach, ale w końcu zaczynał działać zgodnie z tym, czym powinien zajmować się już od dawna. Broń palna być może nie była jego ulubionym narzędziem, ale całkiem dobrze leżała w jego ręce, była wygodna i zapewniała mu dodatkowe bezpieczeństwo, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy nagle okaże się, że jego magia nie będzie działała. Na demonie nie zrobiła żadnego wrażenia, a jeśli istniały artefakty, które mogłyby go zablokować, musiał umieć robić coś jeszcze. Słowa słowami, ale nimi nie był w stanie zabić, tego był pewien, nawet do rzucenie klątwy potrzebna była jednak magiczna moc. A do strzelania? Celność, precyzja i wyćwiczona ręka, nic więcej. Lennan mógł zatem czuć się faktycznie bezpiecznie, faktycznie lepiej, kiedy Jonathan brał się do tego, by nie zasypywać gruszek w popiele i po prostu przypominał sobie, jak należy postępować z bronią. Rozkładał ją, składał, ładował i strzelał.
- Poniekąd, ale jednak jest inne. Odrzut, siła, celowanie... To wszystko się różni, aczkolwiek jeśli umiesz trafiać z łuku, jestem pewien, że prędzej czy później nauczysz się również, jak należy oddawać strzały z broni palnej. Ta jest w gruncie rzeczy lekka, na pewno byłoby ytrudniej, gdybym próbował z karabinem, całkowicie tutaj nieporęcznym. Snajperka jest ciekawą bronią, ale nie używałem jej od dawien dawna i musiałbym ponownie się na niej skupić, by wiedzieć, jak ją zastosować. W syrtuacji kryzysowej łatwiej jednak użyć pistoletu - powiedział chyba nie do końca nawet skupiając się na tym, co dokładnie pada z jego ust, a następnie uśmiechnął się do Lennana i zapytał go, czy przypadkiem nie chciałby jednak spróbować, a jeśli tak, to zaraz pokaże mu, co powinien robić. Skoro mężczyzna strzelał z łuku, to czemu nie mógłby po prostu pójść w nieco bardziej współczesną broń? Na pewno bardziej użyteczną i potrzebną.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Niech ktoś powie, że przemoc nie jest podniecająca… Pomijając odkryte upodobania, widok Jona z bronią w dłoni był wyjątkowo zadowalający i budzący apetyt. Do tego świadomość, że mężczyzna zaczął już od dłuższego czasu trenować coś więcej niż medycynę i erudycję… O tak, Lennan uśmiechał się lekko pod nosem, a jego ciemne spojrzenie zdawało się na nowo błyszczeć fascynacją. Co jeszcze przyjdzie mu odkryć w czasie wspólnego życia?
- Właściwie taki pistolet jest prościej ukryć i gdzieś przenieść. Ja z łukiem i kołczanem wyglądam dość idiotycznie, gdy idę przez miasto - zauwazył z lekkim śmiechem na ustach. Kiedy padła propozycja, żeby sam spróbował strzelić miał przez moment mieszane uczucia. Przez chwilę trwającą nawet mniej od uderzenia serca, chciał zaprzeczyć, wycofać się i jedynie przyglądać czarownikowi. Zaraz jednak dotarło do niego, że nie wiadomo czy będzie mieć drugą okazję. Zgodził się, biorąc broń do ręki i oglądając ją z radością godną małego dziecka.
- Dobra, to co dalej panie profesorze? - spytał ze śmiechem, wyciągając przed siebie rękę z pistoletem, próbując samemu zrozumieć o co chodzi z tym dziwnym celownikiem. Cóż, wciąż był zdania, że celowanie jest podobne, ale brakowało mu konieczności napięcia cięciwy.
When I can't see, I will trust You
And when I get weak, I trust You
And when I just can't let it go
I trust that You are in control
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo