Craig

692



Każdy wyraża emocje inaczej.







[Cytuj]
// z Bunkier


Chwilowe oślepienie i znów grunt pod nogami. Nie pytałem wcześniej o to kim są przybysze w maskach, myśle że wiedziałem i przestałem się tym przejmować, głową będąc kompletnie w innym miejscu. Wiele się ostatnio wydarzyło i myślami byłem przy Opal, chociaż... nie byliśmy już razem.
Wracając do wyspy...
Rozjerzałem się po "lisach", nie wiedziałem co się dzieje ale najlepiej będzie zachować teraz spokój i w razie czego pod ręką pleść zaklęcie ochronne. Wolałbym nie zostawać bez żadnej ochorny.

Lereena

800 (26)


165 cm


Wild and free just like the sea.







[Cytuj]
Multikonta: Ray M., Sina
//po przejściu przez portal

Śmiech był jasnym znakiem, że ich wejście zostało zauważone. Przeciwnik wiedział, że tu są i z pewną dozą prawdopodobieństwa mogła także uznać, że wiedział, po co przybyli. Odruchowo mocniej zacisnęła dłoń na broni, nie dała się jednak rozproszyć. Potrząsnęła lekko głową, rozglądając się wokół. Wszędzie były lisy, niezbyt przyjaźnie do nich nastawione. Nie dziwiła im się. Natychmiast puściła broń, nie chcąc zostać wziętą za zagrożenie i zrobiła krok w tył. Nie zrozumiała ani słowa z tego, co mówiła najstarsza lisica, ale nie mogło to być nic przyjemnego.
- Nie przybyliśmy tu, by w jakikolwiek sposób was niepokoić lub wam zagrozić. - poparła Marianne, unosząc delikatnie ręce, by pokazać, że są puste i że mimo swojego dobrze widocznego uzbrojenia nie zamierza sięgać po broń i kierować jej w stronę lisów. Liczyła na to, że Usagi będzie w stanie złagodzić napiętą sytuację. Nie chciała walk z Kitsune, a lisy chyba również chciały odbicia ich domu.
From the shores through the ancient mist, you bear the mark of my elven kiss. Clear the way, I will take you home, to eternal bliss.

Nerezza

801


178 cm


My smile still shows through my bloody nose







[Cytuj]
Multikonta: Bies
Nieco przymrużyła oczy, gdy pojawił się niemal oślepiający blask. Tajemniczy śmiech zdecydowanie nie był przyjemnym znakiem, w końcu mógł oznaczać, że ich pojawienie się we Wróżkolandzie zostało wykryte.
Znalazła się w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie była. Nie było jednak jej dane dokładniej rozejrzeć się po nim ze względu na obecność innych lisów, które nie sprawiały wrażenie przyjaźnie nastawionych. Trzymała w rękach karabin, jednak miała go wycelowanego w ziemię, w końcu nie chciała nikogo atakować ani też zostać zaatakowaną przez obce wróżki. Nie odezwała się, słysząc niezrozumiały dla siebie język, gadanie zostawiając tym, którzy się lepiej na tym znają.

Anthony Vindevogel

17


179 cm


Na niebie gwiazd nie zobaczysz w noc zimną i czystą...







[Cytuj]
Multikonta: Sonia, Sigyn
Pod portalem zbierało się coraz więcej osób, których, Anthony, oczywiście nie znał. Kojarzył jedynie tylko parę person i nich postanowił się trzymać, bo czuł się po prostu bezpieczniej. Szybko zauważył, że jest najmłodszym uczestnikiem wyprawy, co nieszczególnie napawało go entuzjazmem. Jasne, fajnie mieć wokół siebie bardziej doświadczonych wojowników, ale zarazem nie chciał być traktowany jak ewentualny balast. No, zobaczymy jak potoczy się akcja.
Na razie zbliżył się do Marianne, gdy ta na niego skinęła, a potem obserwował przybycie Łowców oraz lisów. Z zainteresowaniem (oraz coraz większym zdenerwowaniem) zerknął na nowo przybyłych, a potem w ciszy patrzył, jak Niedźwiedzica otwiera portal. Może i Vindevogel nie miał zastraszająco długiego stażu w bycia zielonkiem, ale nawet on poczuł się przejęty powrotem do Wróżkolandii. Czy coś się w niej ostało? Czy udało się komuś przetrwać?
Jak się okazało, zastali kilka lisów, którzy nie byli do nich przyjaźnie nastawieni. Anthony nie odzywał się ani nic nie robił, jedynie obserwował ciszy jak potoczy się sytuacja.

Caranthir

603 (18)


175 cm


Know when fairy tales cease to be tales? When people start believing in them







[Cytuj]
Multikonta: Freya, Anna
Chujnia nie Faerioland... Taką miała pierwszą myśl, gdy tylko przekroczyła próg portalu. Było źle, jeżeli to dało się jeszcze ulokować w tej kategorii, prawie jak Nagasaki w pierwszym rzędzie, niekoniecznie czekając aż cały burdel jaki spowodowała bomba opadnie. Jeżeli to było sprawką jednej istoty, i ta postanowi uwziąć się na nich całym sobą, to jak mieli się przed tym wybronić? Te zniszczenia wykraczały poza zdolności Czarownika, przynajmniej jeśli chcieć łupnąć jednorazowo. I jak do cholery Bevin wytrzymał z czymś takim w środku, bez demolki Yorku i okolic? A potem reszta zarażonych? Mrok musiał być strasznie wstrzemięźliwy... musiał. Przynajmniej ktoś przetrwał, z tych potencjalnie "dobrych"...
- Odłóż te czary nim się pokaleczysz - warknęła do Craiga i uniosła dłonie na wysokość klatki piersiowej, na znak braku złych zamiarów względem Kitsune. Akurat tę odmianę Wróżek znała, miała w przeszłości styczność z Ignis, choć ich charakterystyka kulturowa nie była czymś co mocniej liznęła.
- Chcemy pomóc z... tym problemem- powiedziała, rozglądając się teatralnie na okolicę i ostatecznie kierując wzrok w stronę lisich wróżek. Może któraś z nich zna któryś z powszechniejszych, ludzkich języków...

Ignis

231


170 cm


All I wanna do is hear you scream in pain







[Cytuj]
Multikonta: Lennan, Eve, Marco
Przekroczyli portal, gdzie Ignis od razu zeskoczyła z ramion Marianne, przyjmując ludzką postać. Już pierwsze wciągnięcie powietrza swojej rodzimej wyspy pozwalało jej poczuć się o wiele lepiej. Czuła, że odzyskuje trzeźwość myślenia, które jedynie przestawało być chaotyczne. Wściekłość na resztę Kitsune pozostawała. Szczególnie na Usagi, która twierdziła, że im pomoże, a ostatecznie uciekła do reszty tych, które zdołały uciec do York.
Widząc, że starsza lisica syczy na nią, Ignis prychnęła pod nosem. Wobec swojej rasy nie zrobiła niczego, żeby ktokolwiek na nią syczał. To, czego dopuszczała się później, było jedynie jej sprawą, nie mającą niczego wspólnego z Kitsune. Skinęła lekko głową Marianne, gdy ta wydała polecenie, żeby nie dobywać broni. Co prawda nie podobało jej się stanie bezbronną, gdy inni mierzyli do nich ze swoich broni, ale teraz dowodziła tu Niedźwiedzica, a tej ufała.
- Szukamy Iskry. Oni wiedzą jak pozbyć się Mroku z naszej krainy – odpowiedziała, stojąc wyprostowana. Właściwie kusiło ją milczeć, żeby Usagi wszystko załatwiała, skoro podobno miała stać na czele lisów z York.
Am I savage?
Scratching at the door
Am I savage?
I don't recognize you anymore

Raiden "Malekith" Minamoto

784


185 cm


I see beauty in everything but it all is still fading away






[Cytuj]
Multikonta: Freya Johansen, Damien C. Ashdown
Czarownik spodziewał się komitetu powitalnego złożonego z reprezentantów Mroku, nie ocalałych lisich wróżek. Brak spaczeńców to dobre wieści. Fakt, że przetrwały, być może zadziała pozytywnie dla ogólnego morale. Być może Gon również zdołał utrzymać się w swej fortecy.
- Pamiętaj, że jedna ich sztuczka i koniec z czarami. Szkoda nafty, zwłaszcza na kogoś kto nie jest naszym wrogiem - skierował swoje słowa do Craiga i ewentualnie tych którzy mieli podobne pomysły, a jeszcze nie zdążyli ich zrealizować. Odwrócił swoje dłonie w kierunku strażników jak symbol braku złych zamiarów. To że są uzbrojeni po zęby, tylko głupiec przyszedłby tutaj bez niczego, abstrahując od tego jak naiwnie mogli się przygotować.
- To sprawka Pradawnego? - pytanie retoryczne, po którym Malekith skierował wzrok na rannych. Starał się też ocenić, czy aby nie potrzebowali pomocnej dłoni. To drobna sugestia mówiąca jedno, jechali na tym samym wózku.

Byakko

1010



One more time






[Cytuj]
Nie do końca tego spodziewał się po sprawnym przekroczeniu portalu. Jego uwagę zwrócił zapach świeżego, tropikalnego powietrza zmieszanego z czymś... zepsutym. A przynajmniej takie odnosił wrażenie. Zniszczona ziemia tylko potwierdziła snute przypuszczenia. Jednak największym zaskoczeniem była nieprzypadkowo wymierzona broń. W nich. Odruchowo odsunął dłonie od sztyletów umieszczonym przy pasie, pokazując lisom, że nie ma złych zamiarów. Przecież ledwie zdołali postawić tu stopy.
Mimo rozluźnionej postawy był gotowy zareagować. Na razie nie wsłuchując się w obco brzmiące słowa dyskretnie rozejrzał się wokół. Chciał sprawdzić, czy w polu widzenia rannych znajduje się coś, co mogłoby przykuć jego uwagę. Kolejne zerknięcie skierował na niebo, a chwilę później na okolicę, próbując w mniejszym lub większym stopniu przybliżyć sobie topografię terenu. Jednocześnie zastanawiał się, w jaki sposób razem z innymi uczestnikami wyprawy mógłby pomóc, skoro zaufanie lisich wróżek do ich grupy było bliskie zeru. Przez cały czas milczał, pozostawiając kwestię rozmowy dowodzącej.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Uniesienie rąk, bah, jakakolwiek reakcja Craiga nie wpłynęła korzystnie na zachowanie lisów. Uszy tych stworzeń drgnęły w wyraźnym niepokoju – dłonie zaś zacisnęły palce mocniej na rękojeściach egzotycznego oręża – zakrzywionych mieczy, a nawet włóczni o podwójnych ostrzach. Byłoby tragicznym wszczynać teraz walkę. Szczęśliwie do akcji wkroczyli inni. Taka Caranthir dla przykładu czy Malekith…

Lereena mądrze postąpiła wypuszczając broń z ręki. Krok w tył w żaden sposób jej nie ratował, ponieważ lisy otoczyły grupę przybyłych. Ku wytchnieniu gest nie uszedł nie zauważony, dzięki czemu gromada Kitsune opuściła swe oręża, nadal jednak bacznie taksując spojrzeniami intruzów. Złotowłosa lisica zmrużyła powieki, jakby wsłuchując się w ten pospolity dialekt, którym nie posługiwano się tutaj na co dzień.
- Po co przybyliście? – kapłanka skierowała swe pytanie w zrozumiałym już języku oczywiście do syreny i Marianne – przywódczyni całej wesołej gromady. Ona również dobrze postąpiła, nie wykonując żadnych gwałtownych odruchów. To, co powinno ją jednak zmartwić, to zachowanie Craiga. Mimo iż spokojny, gotów był rzucać czary. Nawet jeśli obronne, mogły sprowokować lisy do ataku, a przecież wszyscy dobrze wiedzieli, jakimi wrednymi sztuczkami dysponowały wróżki przeciwko czarownikom.

Słowa Caranthir ostatecznie uspokoiły kapłankę – podobnie jak wyjście na przód Usagi – może nawet bardziej samej Usagi – tej, która spośród wszystkich cieszyła się największym autorytetem. Lisice zamieniły ze sobą parę słów, po czym obie zwróciły się w kierunku pozostałej grupy. Gest złotowłosej nakazał pozostałym lisom rozejść się na poczet powrotu do swych wcześniejszych zadań. Usłuchawszy starszej, Kitsune powróciły do opatrywania rannych braci i sióstr…

Dla co ciekawszych… Stan niektórych był okropny… Połamane kończyny, poparzenia… Oderwane kończyny czy uszy… Powoli brakowało ziół, a wszelka magia… Była nieskuteczna w starciu z tym czymś… Tylko wyszkoleni medycy i alchemicy (alchemia, magia leczenia lub medycyna i anatomia klasy IV) lub Ci (niepotrzebne są zdolności), którzy znaleźli się we wrózkowie już po jego spaczeniu mieli prawo rozpoznać ten typ ran. Ofiary dosłownie trawił mrok… Jego moc i toksyczny jad. Jedno było pewne… Mimo prób, dla tych lisów nie było już ratunku. Można było jedynie ulżyć im w cierpieniach poprzez skrócenie męczarni. W innym wypadku kwestią czasu było spaczenie…

Widok Ignis… Ta złość i żal – głównie chyba żal z powodu opuszczenia domu w chwili największej potrzeby. Prócz tego? Jeżeli tylko Ignis pozwoliła, złotowłosa podeszłaby i ułożyła dłoń na ramieniu w geście przywitania. Mimo początkowego zgrzytu, cieszył ją widok jednej ze swoich.
- Amaterasu… Odeszła, zostaliśmy tylko my i on… - te słowa powiedziała w języku znanym wyłącznie urodzonym lisom. Potem wskazała dłonią na obszar, gdzie widniały ciemne chmury i ogromny czarny wir tuż nad kontynentem. Lisy przybyłe wraz z pozostałymi ruszyły na pomoc swym rodakom.

- Tak… Dzieje się dokładnie tak jak w wizjach zesłanych wieki temu. – lisica powróciła do powszechnego dialektu, by móc udzielić odpowiedzi Malekithowi.

Dla tych samych ciekawskich... Teren wokół – istna ruina… Mrok trawił ciała poranionych, powoli przeistaczając ich w krwiożercze bestie. Swą moc straciły jedynie wszelkie ślady czarnej sfery na ziemi i pobliskich roślinach. Ususzone liście, popękana martwa kora i drewno w niej… Obumarła trawa, kwiaty… Z jakiś powodów spaczenie po wybuchu się nie rozprzestrzeniało, co mogło mieć związek z magią Króla – mogło, choć nie musiało. Wokół ruiny tego, co niegdyś było świątynią – kamień na kamieniu – w centrum prawdziwa wyrwa skąd wydostało się ogromne ciało. Zieleń przepleciona z czernią – zwierzęta wyraźnie unikały tego miejsca, czując pozostałość po nieprzyjacielu…
No i skoro o nich mowa… Tych istot żywych niewiele pozostało na wyspie, gdyż spora część została zabita w trakcie wybuchu. Z innych ciekawostek strukturalnych… Nigdzie nie było widać domostw ni innych budowli, co również wskazywało na zniszczenie – jedynie prowizoryczne szałasy i namioty, w których układano poszkodowanych.
Prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy – widok wybitnie paskudny dla co wrażliwszych i samej Ignis, bo czyż nie tego się obawiała... I może innych - przykry tym bardziej, jeśli spojrzeć na zmartwione dzieci, stojące blisko swych rodziców, wówczas nieświadomych osierocenia... Jakie serce nie poruszy coś takiego?
Jakie?
Zniknęła cała chwała lisów. Co gorsza… Rodziło się zasadnicze pytanie.
Skoro wszyscy znaleźli się tu, to jak dostaną się… Tam?

___________________


- w sesji jest ponad 10 graczy. Posty wyłącznie z konkretnymi akcjami. W celu ułatwienia, warto podkreślić osobę, z która postać gracza pragnie przeprowadzić interakcję.
Jak już kogoś przyciśnie... MG wymaga streszczenia posta. Inaczej srogi będzie jego gniew. Chyba, że powiem inaczej i zachęcę do pisania eposów.

- nie ma kolejki, acz piszemy 1 post na turę.

- czas odpisu: 48 godzin od posta MG.

- 1 pominięcie (nic), 2 pominięcie (kara do szekli), 3 pominięcie (kuku postaci i bezpowrotny out z eventu)
(Craig - 1 pominięcie / Antek - 1 pominięcie)

- MG zastrzega prawo do narzucenia rzutu kostkami.

- MG zastrzega prawo do okaleczenia postaci lub jej uśmiercenia (niezależnie od wpisu w dzienniku) w przypadku zignorowania ostrzeżeń MG przed ryzykiem danej akcji i dalszego, krytycznego brnięcia weń postacią gracza. Przy tym MG prosi o nie sianie paniki - jest sprawiedliwym sędzią, który nie karze postaci graczy bezpodstawnie.

- na czas trwania eventu MG blokuje bilokację tj. rozgrywki datowane na czas "po" evencie.

- w razie pytań, MG prosi o kontakt na PW Sora lub poprzez komunikator GG/DC (9247738/Cieniu#4926)

Lereena

800 (26)


165 cm


Wild and free just like the sea.







[Cytuj]
Multikonta: Ray M., Sina
Krok w tył był wykonany tylko po to, by okazać, że nie chce walczyć z Lisami, że nie przyszła tu po to, by dołożyć im cierpienia. Tak naprawdę, po co właściwie tu była? Kapłanka zadała im pytanie, a Ler posłała lekko zaniepokojone spojrzenie Marianne. Przez chwilę chciała sobie odpuścić, ale Kapłanka życzyła sobie odpowiedzi.
- Przybyliśmy odnaleźć Iskrę. Przybyliśmy odzyskać dom dla nas wszystkich. - powiedziała łagodnie, nadal z lekko uniesionymi rękami. Żadnego gestu kierowanego w stronę broni, jeszcze nie.
Wzrok syreny powiódł po wyspie. Ranne lisy, cierpiące, w stanie agonalnym. Pourywane uszy, kończyny. Niektórych trudno było rozpoznać przez rany i urazy. Mimo maski na twarzy było widać, jak Syrena mocno zbladła. Orzechowe oczy chłonęły ten widok, a nieustraszone serce chwyciły szpony lodu... I wyrzutów sumienia. Pół roku temu była w porcie, by płynąć tutaj, na Wyspę. By pomóc. Lecz nie pomogła. Przed jej oczami znajdował się horror, do którego... dopuściła? Ta świadomość rąbnęła w nią z siłą pędzącego pociągu, wyrywając oddech z piersi. Jakaś część Obsidian mówiła, że przecież nie powinna mieć wyrzutów sumienia, nie powinna w ogóle się tym gryźć, to nie była jej wina... Nie jej wina, że była zbyt słaba, by pokonać Mrok. Że pozwoliła się porwać. Skasować pamięć. Że zostawiła towarzyszy. Niczego nie zrobiła, niczego... Podczas gdy oni tu umierali, ona siedziała w ciepłym domku Wiedźmy.
I wtedy nadeszło kolejne uderzenie, kolejna świadomość wbijająca się w serce z tą samą siłą. Jeśli tak skończyły piękne, waleczne Lisy, to co stało się z jej pobratymcami, z syrenami i trytonami? W jakiej agonii oni umierali, podczas gdy ona grzała się w cieple? I czy w ogóle został ktokolwiek poza nią? Po policzku spłynęła delikatna łza, chowając się pod maską. kolejne wyrzuty sumienia. Przecież to nie tak, że wtedy uciekła z portu. Nieprawda! Nie uciekła. Przecież to wcale nie tak, że nie chciała iść, a Mrok ją wyczuł i wyrzucił... Wcale tak nie było. Nie była tchórzem, ona, przyboczna króla. Nie była... Jak to dobrze, że kimkolwiek była jej siostra, nie miała o niej pojęcia. Jak to dobrze, że nie zdawała sobie sprawy z tego, co zrobiła. Czuła się odpowiedzialna za ten widok, za wszystko to, co się tu działo. Powinna tam być, powinna walczyć, z nimi i z innymi.
Przejmujący chłód przejął jej ciało, gdy patrzyła na to wszystko. Nie umiała odwrócić wzroku, jakby sama karała się tym, co tu widziała. Karała się za swoje własne zaniedbania, za słabość i we własnym mniemaniu tchórzostwo. Po chwili jednak zorientowała się, że jeden z czarowników próbował użyć zaklęć. Nie obchodziło jej, jakich, lisy poczuły się zagrożone. Znów. Po tym wszystkim, co się stało, gdy oni przyszli ratować, cholerny czarownik jeszcze dokładał im strachu i obaw!
Strach, ból, smutek i wyrzuty sumienia zastąpił gniew. Jednym ruchem wyciągnęła sztylet z pochwy w bucie i zgrabnym ruchem wycelowała nim w Craiga, podchodząc bliżej do maga i patrząc mu głęboko w oczy.
- Jeśli spróbujesz użyć choć jednego zaklęcia w stronę któregokolwiek Kitsune na tej wyspie, to przysięgam na Życie Króla, że moje ostrze będzie ostatnią rzeczą, którą poczujesz przed śmiercią. - głos syreny był chłodny i nie zawierał żadnej emocji. Ale jej dłoń nie drżała, a oczy obiecywały śmierć w męczarniach. Kto ją znał, doskonale wiedział, co oznaczała taka przysięga. Kto nie znał? Mógł się domyślić. Gwardzistka nie była kimś, kto składałby jakiekolwiek przysięgi, a zwłaszcza takie. W życiu może złożyła ich zaledwie dwie czy trzy i to wliczając w to moment, gdy zaprzysięgła Królowi swą lojalność, z której zresztą była znana. Ler była raczej kimś, kto po cichu wbijał komuś ostrze między żebra, a nie bezuczuciowym tonem patrząc komuś w oczy mówił, że go zabije. Powoli schowała ostrze i wróciła na miejsce obok Niedźwiedzicy, cały czas jednak zerkając na Craiga.
From the shores through the ancient mist, you bear the mark of my elven kiss. Clear the way, I will take you home, to eternal bliss.

Nerezza

801


178 cm


My smile still shows through my bloody nose







[Cytuj]
Multikonta: Bies
Nie wtrącała się w rozmowę z lisami, w ciszy się jej przysłuchując. Tyle dobrego, że udało im się uspokoić spotkane wróżki, tak że te zdecydowały się opuścić swoją broń, co było dobrym znakiem. N ten widok zabezpieczyła karabin i rozluźnił chwyt na nim.
- Uspokójcie się. – odezwała się krótko dość ostrym tonem, zerkając na chwilę na Lereenę. W Faerielandzie byli dopiero od kilku minut, a już zaczęli się sobie rzucać do gardeł. Jeśli tak dalej pójdzie, to żaden Mrok czy spaczona wróżka nie będzie musiała interweniować, bo sami siebie pozabijają.
Gdy już zagrożenie ze strony lisów prawdopodobnie minęło, mogła spokojnie rozejrzeć się po okolicy. Wpierw wzrok wiedźmy padł na ranne wróżki. W swojej żołnierskiej karierze widziała naprawdę wiele, ale z takimi obrażeniami spotykała się po raz pierwszy. One w połączeniu z połamanymi czy nawet oderwanymi kończynami zdecydowanie nie należały do najprzyjemniejszych widoków i Rez wątpiła, czy istniała dla poszkodowanych jakakolwiek nadzieja. Może, gdyby był znajdował się tu jakiś wyjątkowo uzdolniony uzdrowiciel… Jednak każda wojna, mniejsza czy większa, niosła ze sobą ofiary, a po to między innymi przybyli tutaj, by zmniejszyć ich liczbę.
Widok okolicy też nie należał do najbardziej optymistycznych. I pomyśleć, że za tymi zniszczeniami stał tylko jeden byt, a nie cała zgraja. Zdecydowanie czymś innym było słuchanie o spaczeniu i dewastacji, a zobaczenie tego na własne oczy. Zdążyła już dawno przywyknąć do widoku zniszczeń, z jej wojowniczym trybem życia ciężko, gdyby było inaczej, jednak to, co widziała, różniło się od przyziemnego, powojennego obrazka. Było źle, było nawet bardzo źle, a powrót tego terenu do czasów dawnej świetności na pewno zająłby wiele długich lat, jeśli w ogóle byłby możliwy. Jednak paradoksalnie, widząc to wszystko, odczuwała jeszcze większą motywację do walki, chciała powstrzymać Mrok, zanim będzie na to zbyt późno.

Taillis

1020


168 cm


I WANNA GET IN TROUBLE I WANNA START A FIGHT






[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Oscar, Margot
- Nie przynosimy wojny - dodała jeszcze spokojnie Niedźwiedzica, jednocześnie spoglądając na Lereenę kątem oka. Nie miała przekonania co do tego, czy należy wyjawiać wszystko, bo kto wie, gdzie dokładnie uszy miał Mrok? To samo tyczyło się Ignis. Nie zamierzała jednak wyjawiać, kto dokładnie ma odszukać Strażnika, byłoby to bowiem jawne wystawienie młodego do wiatru, a przecież obiecała go chronić.
- Dość - rzuciła Niedźwiedzica. Nie potrzebowała żadnego więcej słowa, żadnej więcej uwagi, jedynie uniesiony nieco głos i gest, który wskazywał na to, że jeśli jeszcze będą gadać, dyskutować i obrzucać się gównem, to osobiście pierdolnie ich w dupy i wyśle na nowo przez portal. Spojrzała po wszystkich zebranych, a wejrzenie jej jasnych oczy zdawało się obecnie stalowo lodowate. Nie zamierzała słuchać dyskusji i kłótni kur na grzędzie, następnie zaś odwróciła się w stronę Malekitha, by przez moment ważyć słowa, jakie zamierzała wypowiedź. - Dawaj baczenie na swoich czarowników - rzuciła prosto, tym samym przyznając niejako, iż uznaje go za drugiego dowodzącego tą całą hałastrą.
Rozejrzała się uważnie, ale jeśli ktoś sądził, że Niedźwiedzica zapłacze albo uczyni coś podobnego, bardzo się pomylił. Przypatrywała się chłodno każdej ranie, każdemu problemowi, każdemu zniszczeniu, kalkulując wszystko i przesuwając powoli pionki na mapie, starając się dopasować wszystko do tego, co ich czekało. Portal wyrzucił ich na wyspę lisów, daleko od miejsca docelowego ich wyprawy i teraz to stanowiło jej główny problem. Nie była medykiem i nie przypominała sobie, by w skład wyprawy wchodzili wysoko wykwalifikowani uzdrowiciele, a nawet gdyby, czy miała prawo marnować ich zdolności na pomoc tym, których albo nie dało się ocalić, albo pochylanie się nad nimi mogło ich opóźnić? Mrok wiedział, że tutaj są. Ale zwłoka nie była czymś, co działało na ich korzyść, a jedynie ich opóźniało.
- Kiedy i jak to się wydarzyło? O jakich wizjach mówisz? Jeśli mamy cokolwiek zdziałać, potrzebujemy więcej informacji - dodała, kiedy Kitsune wspomniała coś o wizjach. Rozejrzała się raz jeszcze, pozostając jednakże w pełni opanowaną. Nie od dzisiaj widziała podobne rzeczy. Brała udział w niezliczonych wojnach, gdzie dzieci rozcinało się na kawałki na oczach matek, gdzie wszystkich mordowano, grabiono i gwałcono, gdzie ludzi palono żywcem w kościołach w imię jakiejś innej wiary, gdzie dopuszczano się wbijania na pal i prowadzenia tortur. Widziała już wszystko, a teraz była dowódcą, który nie mógł paść na kolana i zapłakać, musiała działać mądrze, sprawnie i szybko, dlatego też na bok odsunęła ból, jaki sprawił jej widok tego, co przed nimi. Na emocje przyjdzie czas później, teraz liczyła się jedynie kalkulacja, szybka i chłodna.
I am brave, I am bruised
I am who I'm meant to be, this is me
Look out 'cause here I come
And I'm marching on to the beat I drum
I'm not scared to be seen
I make no apologies, this is me

Caranthir

603 (18)


175 cm


Know when fairy tales cease to be tales? When people start believing in them







[Cytuj]
Multikonta: Freya, Anna
Wiedźminka nie napawała się krajobrazem, przynajmniej nie w chwili, gdzie już dwójka kompanów zamierzała skoczyć sobie do gardeł. Jeszcze faceta potrafiła zrozumieć, testosteron wariował, ale żeby urocza Wróżka od razu pchała się do brudzenia własnych broni? Niezbyt to estetyczne, prawda? Zaraz też zbliżyła się do Craiga i Lereeny, wysunęła pomiędzy nich rękę, którą zaraz sprowadziła na wysokość pasa, i posłałą spojrzenie to jednemu, to drugiej.
- Naprawdę zamierzacie szarpać się o tę drobnostkę, która w ostateczności nie miała żadnych konsekwencji? Tak, wiem, można gdybać do czego mogło to doprowadzić, ale to nadal nie jest warte mordobicia. Tym sposobem ułatwimy tylko robotę dla Pradawnego, a przecież nie o to tutaj chodzi - powiedziała, mając nadzieję, że ostudzi to nieco ich zapał. Zawsze mogli przetrwać i dać sobie po pysku, gdy będzie po wszystkim, to zdecydowanie rozsądniejsze rozwiązanie.
Dopiero teraz raczyła bliżej przyjrzeć się efektom działania Mroku, co chwyciło serduszko nawet kogoś takiego jak ona, a przecież koneserką sztuki zniszczenia, i innych działów tego zjawiska, nigdy nie była. Naprawdę Carełkę do rzucenia czymś w rodzaju "bywało gorzej", serio! Tylko że takich zniszczeń nie zaznała ani Francja ani Belgia w czasie pierwszej wojny światowej! Przynajmniej jeśli chodziło o intensywność, a nie cały obszar, bo ta kraina nie była aż tak duża. I jakby spojrzeć na to z innej perspektywy, to znajdowali się w czymś w rodzaju spichlerzu alchemików, bo skąd indziej brać komponenty? Heh, chamska odpowiedź uwzględniająca cztery litery była wyjątkowo aktualna... I niech pierwszy z Czarowników rzuci kamieniem, który nie uznawał któregoś skrawka ziemi, za taki bliższy jego serduszku. Białowłosa lubiła tutaj wpadać od czasu do czasu, dla czystej przyjemności wynikającej z odpoczynku, bo wbrew pozoru i ona potrzebowała odrobiny relaksu! Poza tym miała pewien sentyment do paru miejsc, w tym i jednej z lokalnych rzeczek z Jasnego Dworu, kosztowanie każdej z szerokiego wachlarza słodyczy zawsze zapadało w pamięć...
A teraz? Ruiny na wyspie dawały wystarczająco dużo karmy dla umysłu, jak musiały wyglądać dwie perły Faeriolandu, dwory. Ciekawe czy ostał się kamień na kamieniu, czy też Mrok zrównał je z ziemią? I jeszcze te rany i ich następstwo, Carełek miała już do czynienia ze spaczonymi i jako alchemiczka doskonale wiedziała, jaki koniec czekał tych ciężko rannych lisków... parszywy los, szczególnie dla tych z urwanymi kończynami, nawet gdyby istniała jakaś doraźna pomoc oraz istniał gwarant ratunku w razie załatwienia w ten czy inny sposób sprawy z Pradawnym.
Z tego powodu zaraz podeszła do Kitsune która tutaj dowodziła.
- Nie chcę wyjść na krwiożerczą bestię z innego wymiaru, ale wiesz że oni tego nie przeżyją. Oprócz trwającego nie wiem jak długo cierpienia, czeka je "niewola"... a wtedy rzucą się na was. Nie myśleliście nad... aktem łaski? - zaproponowała cichutko, bo przecież pilnowanie rannych, a później wojowników Mroku, pochłaniało zasoby których Kitsune zdawały się nie posiadać. W najgorszym wypadku ranne mogły zarazić kolejną partię zdrowych, i co wtedy? Mało miłe ale pragmatyczne. - Jak pradawny zdołał się tutaj dostać? Wyspa zdawała się być odizolowana i nieuwzględniana na mapach, a sama wiedza o waszej rasie uchodziła za niemalże niespotykaną. Posłał swoje sługi drogą powietrzną czy macie jakieś ukryte przejście? - A raczej do niedawna ukryte, o ile wiedział o nim Mrok.

Anthony Vindevogel

17


179 cm


Na niebie gwiazd nie zobaczysz w noc zimną i czystą...







[Cytuj]
Multikonta: Sonia, Sigyn
Wśród lisów, a kompanii zrobiło się małe zamieszanie i Tony mimowolnie spiął się, widząc reakcję kitsune na ich obecność. Na całe szczęście nie doszło do walk, a Anthony nieznacznie się rozluźnił. Zdecydowanie nie chciał wdawać się w konfrontację na samym początku wyprawy.
Chłopak wiedział, że powinien zostawić dyskusję starszym członkom drużyny, czyli praktycznie całej reszcie. Nawet nie do końca zrozumiał, co lisy czasami mówiły, ponownie boleśnie sobie uświadamiając, jak źle poinformowany jest w byciu zielonkiem i to kitsune. No nic, teraz nie była pora na edukacyjne opowiastki.
Vindevogel pozwolił sobie na przyjrzenie się ocalałym wróżkom i momentalnie pożałował. Jednocześnie nie mógł odwrócić wzroku i z zaciśniętym gardłem patrzył na zniszczenia wyrządzone przez Mrok. Był to widok nędzy i rozpaczy, co tu dużo mówić. I Tony czuł, że łzy napływają mu do oczu, gdy obserwował ranne kitsune, trawione przez Pradawnego, bez szansy ratunku. Blondyn drżąco wypuścił oddech, ocierając oczy i policzki ukradkiem. Podejrzewał, że reszta drużyny, o wiele starszych od niego wróżek oraz czarowników, przywykła do takich widoków i nie chciał jeszcze bardziej uwidaczniać różnicy w ich doświadczeniu życiowym. Przez dobrą chwilę zastanawiał się czy może nie dać któremuś z niedobitków choćby batona, by umilić życie, które zaraz miało się skończyć. Szybko jednak zracjonalizował sobie, że nie byłoby to dobre posunięcie, bo nie każdy musiał sobie życzyć takich podarków, dla wszystkich mu nie starczało, a poza tym złote lisy nie pozwoliłyby mu na zbliżenie się do któregoś z ich pobratymców.
Nagle przypomniała mu się wizja, którą miał, gdy dotknął drzewa w sanktuarium. Katastroficzne obrazy mocno odcisnęły się w jego głowie, które nie do końca rozumiał, ale które odebrał jako straszne. Poczuł zimny dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie i wielkimi oczyma raz jeszcze spojrzał na niedobitków Mroku. Czy to, co zobaczył w sanktuarium miało już miejsce, gdy Wróżkolandia była trawiona przez Mrok czy dopiero wizje te nastąpią? Tego nie był pewien, ale czuł, że musi poinformować dowódcę ich kampanii.
Dlatego też Anthony czekał, aż starsi członkowie kompanii ustalą, co dalej robią, by w odpowiednim momencie zaczepić dyskretnie Niedźwiedzicę. Nie chciał przeszkadzać w rozmowie, ale czuł, że nie może przeciągać w udzieleniu tej informacji.
- Muszę ci coś powiedzieć - szepnął do niej, mając nadzieję, że nie zostanie olany. Podejrzewał, że Marianne nie zrezygnuje ot tak z rozmów z lisami, by z nim pogadać, ale liczył na to, że potem, gdy coś ustalą z kitsune, da mu kilka minut na udzielenie informacji.

Ignis

231


170 cm


All I wanna do is hear you scream in pain







[Cytuj]
Multikonta: Lennan, Eve, Marco
Obserwowała Kapłankę, czy kim kobieta mogła być, pozwalając jej podejść do siebie i położyć dłoń na ramieniu. Sama jednak nie wykonała podobnego gestu. Skinęła co najwyżej głową, spoglądając na resztę lisów w świątyni, a także na dziury po wirze. Wiedziała, że bogini odeszła. W końcu sama porwała stąd dwa kamienie, które wyleczyły z Mroku część Faerie, z którymi teraz tu przyszła. Czy nie wystarczyłby jeden kamień? Drugi, gdyby pozostał na wyspie, być może pomógłby lisom. Z drugiej strony, wtedy nawet nie miała pewności, że jakikolwiek lis przeżył.
Wyrzuty sumienia próbowały dojść do głosu w środku Ignis, jednak ta je skutecznie zagłuszała. Nie wiedziała, nie mogła nic na to poradzić, nie potrafiła dostać się do krainy po wyrzuceniu ich do York. Lisy także nie próbowały dostać się do miasta. Jednak nie potrafiła uciec od cichego szeptu, który sączył jej do ucha jak mantrę, że jeszcze trochę i może pozostać sama. Nie będzie już Kitsune... Koniec rasy.
Zmrużyła oczy, podchodząc bliżej Niedźwiedzicy. Zmierzała się jej trzymać pomimo tego, że smycz już nie była potrzebna. Pora była iść dalej. Jeśli chcieli pomóc, to tylko pokonując Mrok, czy zbrojnie czy pokojowo. Oglądanie się na rannych nie przyniesie im niczego, choć czuła jakby coś w niej umierało wraz z pozostałymi lisami.
Am I savage?
Scratching at the door
Am I savage?
I don't recognize you anymore
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo