Opal Lengyel

171


164 cm


I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana, Kasia
Owszem, mógł zazdrościć doświadczenia, nie zapominajmy jednak, że Opal była kobietą, a one prawa zyskały raczej dość niedawno, szczególnie patrząc z perspektywy istot długowiecznych, szczególnie tych starszych, niż obecna czarownica. Zdobycie wiedzy i rozwinięcie się w sferze rozmów i polityki nie było więc takie dla niej łatwe, jakby mogłoby się komuś wydawać. Musiała albo wciskać się do dyskusji na siłę, albo dzięki grze aktorskiej i swojemu urokowi wplątać się w nie, jako mało świadoma wszystkiego damulka, którą wszyscy ignorowali, a która mogła słuchać i zadawać głupie pytania, które wbrew pozorom dawał jej dużo informacji. To zaś wskazywało na upór kobiety, która czasami naprawdę musiała się postarać, by wyciągnąć od kogoś nauki, lub by zostać wysłuchaną i jeszcze do tego wzięta na poważnie. Może więc i Oscar mógł się nauczyć owej gry, która może i łatwa nie była, ale niezwykle się przydawała, szczególnie gdy walczyło się o dobro swojej grupy.
Może gdyby Oscar był bardziej poważany lub miał silniejsze zdolności w zakresie perswazji, rozmowa z Łowcami potoczyłaby się inaczej? Ci widać naprawdę przyczepili się do wilkołaka, udając, że doskonale rozumieją temat, choć chyba każdy na sali wiedział, że było zupełnie odwrotnie. Nie da się pojąć instynktów, jeśli się ich nie miało, tak samo nikt nie pojmie, co oznacza długowieczność, jeśli nie przeżyje tych stu lat, czując się jednocześnie jak dwudziesto-, czy trzydziestolatek. Opal nigdy nie zrozumie wampirzego łaknienia krwi, dlatego nie wypowiadała się na ten temat, wilkołaki mogą więc nie zrozumieć na przykład szarzenia, które czarowników nie raz przerażało. I nie musieli się rozumieć. Jedyne co powinni, to się wysłuchać i przyjąć pewne kwestie do wiadomości. Choć było to trudne.
Skoro nie słyszał o ekscesach, to znaczy, że czarownicy całkiem sprawnie je tuszowali, dzięki czemu mogli jak na razie żyć sobie spokojnie i bez... Wróć, nie mogli, bo mieli pewne problemy na głowie, ale na pewno mniej, szczególnie ze strony Nefilim. Którzy ustępowali im, w czym się da, co było niesamowicie wręcz dla nich wygodne. Mieli to, co chcieli, może dzięki jej umiejętnościom, może dzięki temu, jak bardzo Clave było słabe i nie wiedziało, że czarownicy też nie są w najlepszej formie, a może dzięki temu, że Oscar i Eleanor odwrócili uwagę Łowców, przez co w sumie mało się w sprawę Mroku zaangażowali. A teraz nie dawali znaku życia.
Rozbawiony wilkołak był rzeczywiście bardzo miłym i ciekawym widokiem, żart tez nie był zły, bo wywołał u Opal śmiech, który po chwili przerwała, by odpowiedzieć, biorąc jednocześnie wizytówkę.
- Oh bez przesady. Pomimo wieku niektórzy z nas są na bieżąco z nowinkami także technicznymi. Podam numer konta, na który możesz dokonać przelewu - uśmiechnęła się. Co jak co, ale Opal doskonale orientowała się w kwestiach nowoczesnych technologii, łącznie z posiadaniem kont na większości portali społecznościowych, w tym na Instagramie.
Kwestia doboru gości była raczej łatwa do wykonania.
- Myślę, że najlepszą opcją będzie wykorzystanie krwi lub włosa osoby, która mogłaby zostać wpuszczona do Azylu. Wtedy najlepiej by było, by artefakt był dostępny w każdej chwili, powiedzmy takie, wylanie krwi na artefakt sprawiałoby, że dana osoba dostaje dostęp do Azylu. Wiadomo, trudniej wtedy odebrać takiej osobie dostęp, temu opcja z włosem też jest do przemyślenia, choć trochę trudniejsza, bo artefakt musiałby mieć wtedy raczej kształt jakiegoś naczynia - trochę myślała na głos, trochę podawała dostępne opcje. - A informację o rozpadzie tarczy w takim razie dodam do zaklęcia, zobaczę jeszcze, co to konkretnie będzie - skinęła głową. Zaklęcie musiało mieć ręce i nogi, a to oznaczało, że wszystko należy spokojnie dopracować.
Kwestia dziwnego wilkołaka sprawiła, że Opal zmarszczyła brwi. To wydawało się dziwne, a zarazem niezwykle interesujące. I niebezpieczne. Mieszanie w głowach wilkołakom mogło doprowadzić do wielu nieprzyjemnych sytuacji, lepiej więc by było, gdyby jakoś się sprawa rozwiązała.
- Ów pieśni najlepiej mi pasują do magii wróżek, które zwą Syrenim Śpiewem, nie jest to jednak idealnie to samo. O magii, która działałaby dokładnie tak, jak wspomniałeś, nie znam. Co do jednak wilkołaków i ich genezy istnieje wiele legend i domniemanych początków klątwy. Jedna z nich wspomina o istnieniu ludu, który miał raz do roku zamieniać się w wilki, pochodzi jeszcze z czasów starożytnych. Nie do końca wiem, jakie wierzenia miał ten lud, ale istnieją takie, które skupiają się na czczeniu zarówno słońca, jak i księżyca, choć w nich księżyc był czeto uosobieniem pierwiastka kobiecego, a słońce męskiego. Sama lykantropia w większości podań jest skutkiem jakiejś klątwy, tak jak na przykład w mitach Greckich, czy Rzymskich, choć kto wie, jaka jest prawda. Mogę pożyczyć parę książek, które kiedyś udało mi się zdobyć i przeczytać, może znajdziesz w nich coś interesującego? - zaproponowała, czując, że lepiej całą sprawę lepiej rozwiązać szybciej, niż miałaby doprowadzić do czegoś niepokojącego.

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Kiedy urodziło się w czasach, gdy kobiety miały już prawo głosu i gdy miało się mamę będącą silną beta, na pewne sprawy spoglądało się nieco inaczej. Trzeba było również pamiętać, że Oscar te wszystkie rzeczy, które dla Opal były codziennością, znał jedynie faktycznie z historii i zapewne nie do końca umiał je sobie wyobrazić. Inaczej było jedynie o tym czytać, a inaczej się w tym uczestniczyło. Już nawet dla młodszych od niego o dwadzieścia lat wilków, pewne sprawy były właściwie całkowicie niezrozumiałe i jakieś śmieszne. Tak szybko teraz wszystko się zmieniło, a on próbował się również dostosować, aczkolwiek odnosił wrażenie, że na przekór jakimś z góry przyjętym założeniom, łatwiej było dostosować się do zmian komuś, kto przeżył już wiele lat i widział niejedną rewolucję, niż komuś takiemu jak on, który choć obiektywnie od dawna dojrzały, w wielu miejscach i zakresach czuł się nieco niepewnie, jakby wyobcowany.
Oscar zdawał sobie w pełni sprawę z tego, że w czasie zgromadzenia całkiem skutecznie odwrócił uwagę od zagadnień dotyczących czarowników i wróżek, co w pewnym sensie mogli im pomóc. Niemniej jednak musiał przyznać, że nie słyszał o ich jakiś ekscesach, problemach, czy też wybrykach, które miały miejsce na terenie Yorku. Albo faktycznie dość dobrze to ukrywali, albo nie robili na razie nic, co mogłoby sprowadzić na nich spojrzenia postronnych gapiów. W pewnym sensie wilk liczył na to, że pewnego dnia uda mu się osiągnąć coś podobnego w przypadku właśnie rasy, aczkolwiek wiedział, że może być to niesamowicie trudne, nie zamierzał się jednak poddawać, bo wiedział, że będzie to robił dla dobra ich wszystkich. Nawet teraz, kiedy rozmawiali z Opal, wydawał pieniądze na coś, co miało służyć większej liczbie wilków, co miało ich osłaniać i wspierać, jak tylko to możliwe. Uśmiechnął się lekko, kącikiem ust, gdy czarownica zaśmiała się z jego dość kiepskiego żartu i skinął głową na znak, że zrobienie przelewu nie będzie żadnym problemem, potem zaś ponownie poświęcił się słuchaniu tego, co Opal ma do powiedzenia. Zagryzł w końcu lekko wargę, a jego nos i uszy poruszyły się, widać było, że basior również uczestniczy w rozważaniach, jakie toczą się w głowie mężczyzny.
- Nie jestem pewien, co jest lepsze, więc zdam się na ciebie. Chciałbym tylko, by dodawanie wyjątków nie było zbyt skomplikowane, żebyśmy mogli faktycznie to zrobić bez większych trudności - powiedział spokojnie. Podświadomie planował zaś miejsce ukrycia artefaktu i sposób dostania się do niego, gdyż wiedział, iż nie powinien on znajdować się całkowicie na widoku, nie mógł jednak być niesamowicie mocno ukryty, by można było z niego korzystać mniej więcej wtedy, gdy byłoby to konieczne. Z wdzięcznością skinął znowu głową, gdy zapowiedziała, iż tak ułoży zaklęcie, by byli świadomi zniszczenia bariery, co może dać im choć chwilę na naszykowane się, na nadchodzące niebezpieczeństwo. Co zaś tyczy się Arunasa, w pełni zgadzam się, że magia Litwina, czymkolwiek by była, była co najmniej niebezpieczna.
- Chętnie zapoznam się z każdą pozycją, która mówi o mojej rasie. Sprawa musi znaleźć w końcu jakieś rozwiązanie, a nasz tajemniczy gość nie bardzo kwapi się do wyjaśnień. Czym taka klątwa może się właściwie objawiać? I czy mogłaby przechodzić z pokolenia na pokolenie? - odezwał się po chwili. Z jakiegoś powodu rozmowy na ten temat i przyjmowanie, iż po prostu mógłby być przeklęty, dość mocno go bolały. Wilki postrzegały się właściwie w dość mocno pierwotny sposób, więc nic dziwnego, że takie uwagi jakoś bolały poza tym świadomość bycia obłożonym przekleństwem, nie było czymś, z czym chciałoby się żyć na co dzień.
- Część z nas wysnuła teorie, że ów wilk może być wyznawcą jakiś dawnych bożków pochodzenia słowiańskiego. Podobno wilk ten używa terminologii związanej z tamtymi rejonami, chciałem więc zapytać, czy może gusła są czymś więcej, niż różnego rodzaju rzekomym wróżbami? Czy moglibyśmy coś takiego traktować, jako prawdziwa magię podobna do waszej, czy tej, jaką posługują się wróżki? - zapytał jeszcze całkiem poważnie, bo była to niewątpliwie kwestia, którą musiał rozważyć, a Opal, jako czarownik, była bez wątpienia w stanie powiedzieć mu nieco więcej na temat odmiennych rodzajów magii. Istniało oczywiście jakieś niewielkie prawdopodobieństwo, że zachowanie i działania Arunasa nie miały najmniejszego nawet związku z tym, czym zostali obdarowani czarownicy, ale o tym także powinni się dowiedzieć i szukać odpowiedzi być może gdzie indziej. Oscar miał jednak poczucie, że Lunarny Pan może być jednym z demonów, dawniej uznawanych za bogów, który w taki sposób podchodzi właśnie do kwestii darów dla swych dzieci. Czekał jednak na to, co może mieć do powiedzenia Opal.

Opal Lengyel

171


164 cm


I need some time when I'm crazy. And baby, you can love me or help me.







[Cytuj]
Multikonta: Viv, Devana, Kasia
Kolejne z zagadnień z serii problemy długowiecznych. Jak niektórzy mogli ich zrozumieć, skoro nie do końca pojmowali, co oznaczało żyć w dawnych czasach? Gdy nie pojmowali, jak to było przeżyć kilka wojen, w tym dwie światowe, kilka rewolucji. Gdy dla nich istnienie telefonu, telewizji, elektryczności, samochodów i innych podobnych wynalazków było oczywiste? Gdy nie byli uciskani przez jeszcze niedojrzałe do pewnych spraw społeczeństwo? I to nie tak, że wszyscy długowieczni tak łatwo akceptowali zmieniający się świat. Niektórzy za nim nie nadążali, inni jednak mieli twarde charaktery i dostateczny upór, oraz ciekawość, by nie bać się nowości. Nie było ich jednak tak naprawdę wielu. W końcu ilu zszarzało, nie mogąc znieść presji czasu i przyszłości, która na nich czekała?
Przepis na nie zwracanie na siebie uwagi i przeżycie był jeden. Dokładnie przemyśleć, co należy zatuszować, a o czym porozpowiadać, trzymać języki za zębami, a gdy trzeba, niczym wróżki, użyć słowa mamiąc i manipulując, by osiągnąć to, czego się chce. W skrócie sztuka dyplomacji, Opal mogła dawać z tego korepetycję, jeśli Oscar by tylko zechciał.
Trzeba jednak było przyznać, że oprócz tego siła i jedność rasy także potrafiła sporo pomóc. Inaczej przecież patrzyło się na zgraną, mogącą stanowić zagrożenie, gdy zrobi się zły ruch grupę, niż rozbiegane stado nie wiedzące, jak się bronić. Stworzenie azylu mogło dać wilkołakom poczucie, że byli odpowiedzialni za siebie nawzajem, że mogli liczyć na innych w przypadku zagrożenia i to, że zawsze znajdą wsparcie. To sprawiało, że było się odważniejszym i można było sobie na więcej pozwolić. Jak Nefilim nie baliby się zaatakować jednego wilka, tak nad watahą się zastanowią.
Kiwnęła głową, gdy zdał się na nią w kwestii zabezpieczenia.
- Ja sama proponowałabym krew, jest to sposób praktyczniejszy i pewniejszy. I zapewniam, wszystko będzie przygotowane tak, by nie sprawiało za wielu problemów - uśmiechnęła się.
Sama mimo wstępnych rozmyślań dokładne planowanie wolała zostawić sobie na później. Zresztą, najpierw załatwić artefakt. To był pierwszy punkt, bez którego nie da rady zrobić czegokolwiek innego, bo samo zaklęcie musiało być dostosowane pod przedmiot, na który chciała nanieść zaklęci. Może, dla ułatwienia zadania, poprosiłaby kogoś z umiejętnością zaklinania do pomocy? To już tez kwestia na później. Teraz mogli skupić się na drugim problemie, z którym przyszedł do niej Oscar.
Sprawa wyglądała coraz niebezpieczniej, ale i bardziej interesująco. W sumie nigdy nie słyszała o wilkołakach, które miałby takie moce, chociaż... Czy przypadkiem demoniczna choroba, dawno już zapomniana kurwiogrypa nie porozdawała rasom nowych zdolności? Ba, gdyby się naprawdę mocno zastanowić, to skąd brała się magia? Cóż, od demonów. Wróżki były pół demonami, czarownicy w sumie też.
- Mam gdzieś tutaj chyba jakieś księgi, które mogą być przydatne, w domu na pewno znajdę jakieś porządne pozycje, mogę ci je więc przesłać - wstała z fotela, by podejść do jednej z półek i przejrzeć jej zawartość. - Wiesz, wierzenia dawnych ludów nie muszą być zwykłym ich wymysłem. Mogli za nich wziąć każdego. Czarownika, wróżkę, anioła lub demona. I jeśli się zastanowimy, ci ostatni najczęściej odpowiadają za posiadanie niezwykłych zdolności. Słyszałeś o demonicznej grypie? Wielu podziemnych zyskało dzięki niej dodatkowe umiejętności - wzięła pierwszą książkę, która opisywała legendy i mity słowiańskie, bo a nuż coś w niej Oscar znajdzie. - Może to coś podobnego? Może właśnie stąd wzięła się lykantropia? Może to dar demona, może nawet swoich co wierniejszych wyznawców zaczął obdarzać jeszcze większymi zdolnościami? - następne dwie książki, jedna będąca starym bestiariuszem, który opisywał także znane im rasy podziemnych, druga, będąca spisem znanych demonów z ich krótkimi opisami. Zgarnęła trzy Księgi i położyła je przed Oscarem.
- Może to wystarczy na początek? Jakbyś na coś wpadł i potrzebował więcej się o tym dowiedzieć, to chętnie coś jeszcze dla ciebie poszukam. Och i jeszcze jedno. Pamiętaj też, że obecna część Litwy leży na obszarze, gdzie dominowała kultura bałkańska. Może należałoby poszukać i w ich legendach jakichś śladów? - zamyśliła się, po czym poszła po jeszcze jedną księgę poruszającą ów tematy i dorzuciła na stosik. - To chyba tyle, jeśli chodzi o to, co mogę na razie zaproponować.

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Prawda była taka, że każda rasa miała swoje problemy. Czarownicy, nefilim czy wampiry nie byli w stanie zrozumieć, czym dokładnie jest bestia śpiąca wewnątrz wilka, do czego jest zdolna i jak trudno panuje się nad drugą jaźnią, która tak naprawdę jest zwierzęciem i nie do końca pojmuje świat tak, jak czyni jej ludzka strona. Oni zaś z kolei nie rozumieli fenomenu długowieczności, a problem wypalenia i zszarzenia bywał dla nich pojęciami czysto abstrakcyjnymi. Nic zatem dziwnego, że Oscar wychodził z założenia, iż każda rasa powinna przede wszystkim działać we własnym obrębie, jednocześnie pamiętając zawsze, by strzec jak najlepiej tajemnic Świata Cieni. Cóż jednak wiedzieli Łowcy o głodzie wampirów, a czarownicy o konieczności przemiany w wilka, gdy księżyc tego wymagał? Nic. I nie było sposobu na to, by wzajemnie pojęli, jak mogą czuć się ci drudzy i czego mogą doświadczać. Tak jak Oscar nie był w stanie do końca zrozumieć, jak Opal zamierza upleść zaklęcie, tak ona nie umiałaby zrozumieć, jak on może w jednej chwili stać się potężnym basiorem o złocistych ślepiach, który te ziemie traktował jak swoje. Różnice nie do pojęcia, jedynie do potencjalnego tolerowania.
Sztuka dyplomacji była zaś zapewne tym, czego Oscar potrzebował i musiał się nauczyć, jeśli naprawdę chciał zacząć uczestniczyć w życiu politycznym okolicy. Czy raczej - musiał. Biorąc pod uwagę to, jak obecnie wyglądała sytuacja i fakt, że Azyl miał być miejscem, gdzie mogło zatrzymać się tyle wilków, ile tylko chciało, Oscar i tak wkraczał na deski tego nowego teatru i musiał umieć zacząć grać. Nie było już od tego odwrotu. Dlatego też, być może, przyjemność sprawiało mu obserwowanie Opal, która wyraźnie była dobra w przesuwaniu pionów po planszy. Zdawał się również na nią w temacie artefaktu, więc jedynie ponownie przytaknął, a później skupił się na tym, co wiedźma miała mu jeszcze do powiedzenia, czując jednocześnie, że kryje się w tym coś ważnego, jakieś istotne ziarno prawdy, którego nie mógł przegapić. Przymknął nieznacznie powieki i sprawiał teraz wrażenie głęboko zamyślonego, aczkolwiek Opal mogła spokojnie obserwować jego wilcze odruchy, które zdradzały, jak mocno basior jest zaangażowany w całą tę sprawę. Przez chwilę nawet jego oczy błyszczały złotem.
- Jeśli kiedyś, dawno temu, uznano by jakiegoś demona za boga, a teraz nadal podtrzymywano by wiarę w jego działania… Prawdopodobne jest to, że nadal obdarzałby wiernych swymi darami. Znamienne jest również to, co mówisz. Ty nazywasz lykantropię choroba, dla mnie jest stanem naturalnym, a dla zmienionych - najpewniej klątwa. Być może na tę magię podatniejsza jest któraś grupa… To wciąż wiele niewiadomych, ale myślę, że podsunęłaś mi całkiem dobry trop. Bardzo dziękuję, a każda kolejna książkę bardzo chętnie przyjmę. Tak samo jak inne propozycje, bo może jeszcze coś przyjdzie Ci do głowy - powiedział na to, a później zaczął już zbierać się do wyjścia, dziękując jej za poświęcony czas i wszystkie uwagi, jakie już przekazała. Obiecał, że wpłaty dokona w ciągu najbliższych dni, a później będzie oczekiwał informacji o tym, czy udało się odnaleźć już odpowiedni artefakt. Był zadowolony z wyników tej rozmowy, a jednocześnie cieszył się, że nawiązał dość dobre stosunki z wiedźma, gdyż to mogło wpłynąć pozytywnie na ich dalsze przebywanie w Yorku, co wilk bardzo doceniał. Skłonił się więc uprzejmie i życzył jej dobrej reszty dnia.

/zt x2

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Od powrotu z ruin Opactwa Fountain Abbey minęło stosunkowo sporo czasu, choć nie każdy zgodziłby się z tym zdaniem. Jedna z obecnych tam wiedźm udała się na podbój wróżkowa. Chwalebna misja, jeśli się powiedzie, czarownicy odzyskają główne źródło ich magicznych składników. Druga z wiedźm, jak do tej pory najważniejsza, zaszyła się gdzieś. Być może zamknęła się w swoim mieszkaniu, w celu przemyślenia wielu ważnych spraw. Kto wie? Z pewnością nie wiedział o tym mężczyzna, którego Opal znalazła pośród murów. Właściciel dziwnego kruka któremu podarowano jedną z wolnych sypialni w siedzibie organizacji. Trzeba przyznać, że nawet się tam zadomowił, choć przez cały czas swojego pobytu próbował nie rzucać się w oczy innym, ani nie wchodzić im w drogę.
Tego dnia zaszył się w bibliotece, przeglądając tutejsze księgi. Trzeba przyznać, że interesował się głównie księgami z zakresu czarnej magii a także historii czarownictwa. Kruk siedział mu na ramieniu, spoglądając przez ramię z zaciekawieniem. Można było odnieść wrażenie, że również czyta zawartość kolejnych kart. Czy było tak naprawdę? Cóż, kruki to naprawdę mądre stworzenia.

Aiden Seire Andras Perrault

259


172 cm


Si je te promets tous les jours de ma vie sans un regret... Peux-tu me jurer un amour infini a jamai







[Cytuj]
Multikonta: Cassian
Aiden nie przybył do siedziby czarowników bez przyczyny. W ostatnich dniach wizerunek płonących stosów był conocnym koszmarem spędzającym mu sen z powiek. Wiedział, że nie może siedzieć bezczynnie, kiedy inni, podobni jemu cierpieli. Cena poświęcenia nie była mu obca i poznał jej wartość jeszcze za czasów, kiedy jako młody, niedoświadczony i na dobrą sprawę kompletnie bezmyślny podlotek latał wraz z innymi rewolucjonistami po Paryżu chcąc zdobyć coś co jest największą ułudą świata od tamtego momentu.
I chociaż wolność, bo o niej właśnie mówimy, jest jedynie sztucznym, wykształconym przez społeczeństwo frazesem rzucanym najczęściej w kompletnie nonsensownych sytuacjach to właśnie o nią przyszło mu walczyć prawie dwieście pięćdziesiąt lat temu. Teraz mimo tego, że wiedział, iż nigdy nie jest się w pełni wolnym nadal łudził się, że jest to stan, do którego dusza dąży samoistnie i każda forma zniewolenia jest mniej lub bardziej inwazyjna.
Najgorzej jest być zniewolonym przez strach, bo z więzienia ciała człowiek może uciec, ale więzienie duszy to forteca, którą ciężko jest zdobyć, a taką był właśnie strach. To on wpędzał ludzi w stany, o których blondyn nie chciał nawet myśleć. Przerażenie będące oprawcą dusz niewątpliwie czaiło się tak w Remarku jak i w młodym czarowniku. Pytaniem, które należało sobie zadać w tym momencie było to, czy może uda im się pomóc sobie nawzajem.
- Monsieur Remark! - Powiedział przekraczając próg biblioteki. Wyglądał jak zwykle schludnie i zadbanie. Na to wyjście przygotował sobie jasnoszare spodnie, które idealnie wręcz tworzyły jedność z trampkami w tym samym kolorze. Tors zaś skrywany był pod lnianą, długą koszulą bez kołnierzyka, której rękawy będąc rozpiętymi nie były zawinięte. - Może herbaty? - Powiedział posyłając mu ciepły uśmiech i proponując miejsce na fotelu naprzeciwko siebie przy jednym z bibliotekowych stolików. Ruchem ręki wskazał również na lewitujący za nim imbryczek do parzenia tegoż naparu i dwie filiżanki podążające tym samym tropem.
Spotkanie z mężczyzną na dobrą sprawę było dla niego priorytetem. Chciał się dowiedzieć tyle ile może. Co widział i co wiedział. Każda informacja niewątpliwie stawiała ich w coraz lepszej pozycji, w walce z potencjalnym wrogiem.
podciągnął rękawy na długość trzech czwartych swojej ręki i przeczesał swoja blond czuprynę delikatnie ją strosząc. Może kilka z odpowiedzi mężczyzny będą w stanie załagodzić jego koszmary, o których nie chciał jeszcze mówić Savio. Jak dobrze, że on śpi jak kamień... Pomyślał a jego lewy kącik ust delikatnie drgnął jeszcze bardziej ku górze.
- Ciekawa lektura? - Posłał mu pytające spojrzenie. Niewątpliwie właśnie to leżało w gestii czarowników. Ciągłe pogłębianie swojej wiedzy i poszerzanie horyzontów i chyba właśnie w tym kierunku Henry uciekał, chcąc zamaskować swój ból. - Chciałem zapytać jak się monsieur czuje.
Imbryczek lewitując między ich dwójką rozlał gorący napar równomiernie do dwóch filiżanek.
I have seen what the darkness does
Say goodbye to who I was

<img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/aLCztjS.giff" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/6Cxe0uv.gif" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/1rwpHMv.gif" class="foto">

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Domyślał się, że prędzej, czy później ktoś przyjdzie z nim porozmawiać. Rozmowa z pewnością będzie dotyczyć zdarzeń, których nikt nie chciał przeżywać, a po których on wciąż był żywy. Mimo to, Henry liczył, że będzie mieć więcej czasu na poznanie organizacji, na dowiedzenie się kto tu przewodniczy, na czym polega jej działalność. Potrzebował zebrać tak wiele informacji!
Drgnął, gdy ktoś nagle zaczął wchodzić do biblioteki. Kruk zaskrzeczał głośno, również niezadowolony z obecności osoby trzeciej. Przekrzywił łeb i spoglądał na Aidena jednym okiem, z wyraźną niechęcią. Ktoś mógłby uznać, że ptaki zawsze tak patrzą, ale ten kruk nie był zwyczajnym ptakiem. Niechęć ptaka była wyraźnie wyczuwalna dla młodego czarownika. Czyto jednak było aż tak ważne, gdy Remark uśmiechnął się nieznacznie, z trudem, jakby nie robił tego od dawna.
- P-przyjaciel pa-panny Opal – odezwał się z wyraźnym germańskim akcentem. Zamknął czytaną przez siebie księgę i odłożył ją na miejsce, zbliżając się do stolika, na której wylądowała herbata. Ujął filiżankę w dłonie i wraz z nią zasiadł w fotelu. Cały czas sprawiał wrażenie jakby nie do końca pasował do tego miejsca, jakby chciał uciec, a jednak spojrzenie miał czujne i bystre. Skinął głową, gdy herbata została rozlana do filiżanek i przez moment wpatrywał się milcząco w Aidena. Zaczynała się zabawa w podchody, kto od kogo dowie się więcej.
- M-myślałem, że b-będę roz-rozmawiać z Opal. O-ona tu do-do-dowodzi, prawda? – odpowiedział pytaniem, po czym nieznacznie westchnął, upijając niewielki łyk gorącej wciąż herbaty. - L-lubię czytać. D-dowiadywać się wię-więcej o nas. Po-podrużuję, szu-szukam naszych – odpowiedział na pytanie o lekturę, a kruk zaskrzeczał, jakby ostrzegawczo. Henry uśmiechnął się nieznacznie i pogłaskał ptaka po głowie.
- M-mamy się l-lepiej. Dziękujemy z-za goś-gościnę – dodał z wyraźną, pomimo jąkania, kurtuazją.

Aiden Seire Andras Perrault

259


172 cm


Si je te promets tous les jours de ma vie sans un regret... Peux-tu me jurer un amour infini a jamai







[Cytuj]
Multikonta: Cassian
Niechęć ptaszyska była aż nader wyczuwalna co od razu skupiło uwagę blondyna. Nigdy nie uważał, że zwierzęta za nim nie przepadają. Ba! Wręcz przeciwnie... Zawsze lgnęły do niego i poszukiwały jego atencji. Było tak i w przypadku domowych kotów i kompletnie losowo spotkanych zwierząt gdzieś w trakcie spacerów po Yorku. Jednak tym razem łut szczęścia nie zadziałał i negatywne nastawienie i energia wręcz kipiące ze wzroku ptaka doskonale były odczuwalne dla Aidena.
Chłopak zmrużył delikatnie oczy i spojrzał na ptaka z zimnym, wręcz lodowatym wzrokiem. Dziwne chowańce... Doskonale zdawał sobie sprawę, że czarownicy mają słabość do wszelkiej maści towarzyszy, głównie ze względu na to, że w ich niesamowicie samotnym, bo też indywidualnym życiu, ktoś tak podporządkowujący się woli swojego właściciela jest wręcz idealnym kompanem.
Na słowa o przyjaźni z Opal na jego ustach wystąpił jasny, pogodny uśmiech, a on delikatnie skinął głową niejako się przedstawiając. Doskonale wiedział, że dużo wygodniej i zmyślniej byłoby, żeby to dziewczyna przeprowadzała wywiad z Henrym, ale na tę chwilę.... Była niestety niedysponowana. Obowiązek ten zatem spłynął na Aidena, a ten starał się zrobić absolutnie wszystko co w jego mocy by wydusić najmniejszą możliwą informację.
- I tak i nie... - Odparł czarownik. - Jesteśmy częściami składowymi Organizacji, to prawda. - Przytaknął mu i upił łyk herbaty z filiżanki. - Jednak zachowujemy każdy z przymiotów wolności, bo przecież to właśnie o nią chodzi, czyż nie? Opal jest tą, która łączy każdą z naszych indywidualnych myśli i chęci i stwierdza, czego teraz najbardziej potrzebuje jej lud. Niemniej jednak nie jest nam narzucone nic, co byłoby ponad ramy obowiązujące każdego innego czarownika.
Aiden chciał za jednym razem wyjaśnić, jak działa organizacja tak, by nie sprawiać z niej, dla kogoś kompletnie obcego, ośrodka niewoli czarowników. Liczył, że dzięki temu może uda mu się chociaż odrobinę odprężyć i zrelaksować, bez ciągłego uczucia wyobcowania.
- To nie klatka! - Powiedział rozglądając się wokół. - Bardziej schronienie i ostoja magii. - Dodał na sam koniec wywodu. - A co do tego dlaczego zaszczyt rozmowy spłynął na mnie, a nie na Opal to, Opal udała się w bardzo ważnej sprawie za granicę i wszyscy wyczekujemy jej powrotu.
Spojrzał na niego i posłał mu delikatny uśmiech połączony z ewidentnie skrzącymi iskierkami w kącikach oczu.
- Podróżnik za wiedzą... - Spojrzał w sufit i upił kolejny łyk herbaty. - Znam to doskonale i absolutnie aprobuję. - Zatrzymał się na chwilę niejako wspominając swoje czasy spędzone w wiecznym mieście. - A skąd monsieur właściwie jest? - Niewątpliwie uzyskanie jakichkolwiek informacji o samym Remarku mogło okazać się bardzo istotnymi w późniejszej rozmowie, kiedy już przejdą do sedna sprawy.
- Bardzo mnie to cieszy. I proszę nie dziękować. - Ciepło, które biło od Aidena mogłoby wręcz namacalne. - W czasach takich jak te, to obowiązek, a nie zasługa.
I have seen what the darkness does
Say goodbye to who I was

<img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/aLCztjS.giff" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/6Cxe0uv.gif" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/1rwpHMv.gif" class="foto">

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Och, doprawdy. To, że ptak nie ufał czarownikowi to jedno, ale żeby od razu posądzać biedne stworzenie o bycie nieomal z piekła rodem? Nie... Toż to był tylko kruk, prawda? Z drugiej strony nie należało się dziwić Aidenowi, że nie ufał ptaszysku. Niegdyś symbol mądrości, ale także śmierci. Co zwiastował im? Póki co zdawał się obserwować wszystkich, którzy zbliżali się do Remarka i oceniać, zapamiętywać. Jak cichy obserwator, który nie może wiele powiedzieć, ale za to potrafi poważnie zaszkodzić.
- P-proszę mi wy-wybaczyć, ale nie-nie znam pań-pańskiego n-naz-nazwiska – zauważył, spoglądając na niego bystro. Pomimo jąkania się, nie wydawał się tym w żadnym stopniu speszony. Spojrzenie Remarka było czujne, a jego oblicze ani razu nie ulegało zmarszczeniu, gdy miał problem wyartykułować kolejne słowa, co było z kolei częstym zjawiskiem u mających podobną mu wadę wymowy. Słowa wypłynęły jeszcze zanim Aiden zaczął prowadzić wywód mający na celu przedstawienie przybyszowi istoty Organizacji. Henry przyglądał mu się z zaciekawieniem, raz po raz kiwając głową na znak, że zrozumiał. Musiał przyznać, że był to dość osobliwy twór. Od chwili, gdy o nim usłyszał, chciał znaleźć się w środku zgrupowania czarowników. Był ciekaw jak coś, co nie miało zazwyczaj miejsca, rzeczywiście funkcjonowało i czy dawało oparcie jednostkom zrzeszonym. Cóż, pośród trojga spalonych był zastępca Opal, więc może nie działało tak prężnie, jak mogłoby się wydawać?
- U-ufam, że-że jest w do-dobrym z-zdrowiu – słowa wręcz ociekały kurtuazją, jednak Aiden mógł odnieść wrażenie, że są wyuczone niczym kolejna rola przez aktora. Czy było to coś złego, gdy było się czarownikiem z wieloma setkami lat na karku i wciąż, nieustannie tkwiło się w podróży? - U-urodziłem się w-w Sch-Schle-Schlettstadt, ale p-powie-powiedziałbym, że j-jestem N-Niem-Niemcem – odpowiedział, po czym upił znów łyk herbaty, rozkoszując się jej smakiem. Cóż, pochodził z Alzacji, mieszkał bardzo blisko granicy z Niemcami, gdzie spędził później większość swojego życia. Miejsce urodzenia nie zawsze było tym, z którym wiązało się swoje serce. Kruk ponownie zaskrzeczał i dziobnął lekko Remarka w ucho, na co mężczyzna jedynie fuknął pod nosem, po czym pogłaskał ptaka po łbie.

Aiden Seire Andras Perrault

259


172 cm


Si je te promets tous les jours de ma vie sans un regret... Peux-tu me jurer un amour infini a jamai







[Cytuj]
Multikonta: Cassian
Zawsze ptaki wydawały mu się niesamowicie wręcz dwulicowymi stworzeniami i nie był w stanie zlokalizować dokładniej podłoża tych myśli, ale kiedy widział takiego to od razu po prostu miał pewność, żeby mu nie ufać. Podobnież z reszta było i w przypadku kruka. Coś mu w nim ewidentnie nie przypadło do gustu, ale jeszcze nie wiedział co. Niepokojące uczucie nasilało się z każdym kolejnym wejrzeniem w puste, czarne ślepia ptaszyska.
- A nie... To mnie proszę wybaczyć. - Powiedział i wstał na chwilę z fotela, by dodać całej czynności odpowiedniej wagi i nieco teatralnego, tak dobrze znanemu chłopakowi, smaku. - Aiden Seire Andras Perrault. - Wyrecytował silnie akcentując swoje nazwisko. Zabawne, z resztą, że matka nadając imiona tuż po porodzie zdecydowała się nadać jeszcze dwie nazwy demonów. Co poniektórzy, zajmujący się bardziej demonami i badający je, mogli się zorientować, że to właśnie one znajdują się w tej długiej wiązance.
Wiedział, wręcz... Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zniknięcie Opal, zwłaszcza przy przesłuchaniu Remarka może być wręcz tragiczne w skutkach. To ona go znalazła, a potem po pościgu sprowadziła tutaj. Ją kojarzył jako tą, która przekonała go do siebie, a Aidena mógł widzieć jedynie na miejscu. Rozsiadł się wygodniej w fotelu i upił łyk gorącej herbaty. Napar dla duszy...
- Oczywiście. - Skinął delikatnie głową w jego kierunku. Aiden gry salonowe poznawał jeszcze za młodu. Bywał tu i ówdzie i na kilometr potrafił zwęszyć to, jeśli czyjeś gesty, zachowania czy ton wypowiedzi jest starannie wyuczony. W końcu, przecież on sam się kiedyś tego uczył, czyż nie?
Henry był postacią enigmatyczną, o którym za dużo nie wiedzieli, a musieli wiedzieć prawie wszystko. Czarownik nie chciał zarzucić go gradem pytań, bo wiedział, a raczej spodziewał się, że mógłby go przytłoczyć. Należało działać dyplomatycznie, a już teraz widział, że spotyka się przeciwnikiem, który niewątpliwie będzie mógł mu dorównać umiejętnościami rozmów kilkuwarstwowych, dziejących się w różnych płaszczyznach.
- Ach... Alzacja! - Powiedział wiedząc mniej więcej jakie to są okolice, a także to, że zawsze były to tereny sporne między Francją, a Niemcami.
Popatrzył na niego przenikliwie i delikatnie się uśmiechnął. Powoli wiedział, że musi zacząć dotykać newralgicznego tematu, a nie chciał by wyszło to niezręcznie. Z każdą kolejna jednak myślą, doskonale zdawał sobie sprawę, że najpewniej nie można opowiedzieć o tym od tak, bezpłciowo. Bez żadnych emocji. Przecież i oni doświadczyli ich skrajnych wersji znajdując się tam na miejscu.
- Zapewne monsieur spodziewa się jaki wątek chcę z panem poruszyć. - Oparł jedną rękę o fotel, w którym siedział i popatrzył w jego kierunku dość przenikliwym i ciekawskim, ale nadal przyjaznym wzrokiem.
I have seen what the darkness does
Say goodbye to who I was

<img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/aLCztjS.giff" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/6Cxe0uv.gif" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/1rwpHMv.gif" class="foto">

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Aiden Perrault. Pomyśleć, że za parę dni, w stosunku do chwili obecnej dla tych dwóch panów, owe nazwisko okaże się dołączone do tych z listy “zagrożonych”. W tej chwili jednak Henry jedynie uśmiechnął się lekko i skinął głową. Aiden Perrault, Opal Lengyel, Jonathan White… Była z nimi jeszcze czarownica, ale dawno już jej nie widział. Właściwie tylko wtedy w Opactwie widział czarownicę z kłami i rozdwojonym językiem. Chciał poznać również jej imię i gdzie mógłby ją znaleźć. Wyglądało na to, że albo organizacja nie miała się tak dobrze, jak opowiadano poza miastem, albo nie każdy czarownik do niej należał. Zamierzał to sprawdzić. Popatrzył więc na kruka, a ten zaskrzeczał, po czym wzleciał w powietrze i wyfrunął z pomieszczenia otwartym oknem. Remark ruchem palców zamknął okno, uśmiechając się przepraszająco do Aidena. Kurtuazja była jednym, a konieczność wyciągnięcia z siebie wzajemnie informacji drugim. Żaden nie mógł też mieć pewności, że drugi z nich nie kłamie, albo nie zataja ważnych informacji.
Ponownie skinął głową, na znak, iż wie jakiego tematu będą musieli za chwilę dotknąć. Wypił pozostałą w filiżance herbatę, po czym odesłał ją na stolik. Złożył dłonie razem, wpatrując się gdzieś obok głowy Aidena. Wyglądał jakby szukał słów z tą różnicą, że nie jak osoba dotknięta traumą, która od nowa przeżywa chwile grozy, a jak ktoś, kto nie chce wyjawić wszystkiego od razu. Och Aiden, przed tobą trudne zadanie.
- P-pojmali m-mnie gdy spa- gdy spałem. Na-na-nałożyli m-mi kajdany… - urwał, zagryzając wargę. Dobry aktor przeżywa swoją rolę, zły tylko odgrywa. Spojrzenie Remarka wciąż było bystre i czujne, choć mowa ciała sugerowała cierpienie. Jakim więc on był aktorem? Umilkł na moment, aby zaraz ułożyć lewą dłoń poziomo, otwartą, a prawą zacząć nad nią krążyć. Po chwili oczom Aidena zaczęły ukazywać się obrazy… Trzy postacie z maskami na twarzach. Na ich karkach wyraźnie błyszczały blizny po czymś, co mogło być runami. Zupełnie, jakby osoby je noszące były z nich dumne, a przecież dla Nefilim zerwanie run to hańba… Popychali przed sobą mężczyznę z kapturem na głowie. Na dłoniach miał kajdany, które delikatnie błyszczały. Tłumiły magię i osłabiały czarownika. Troje postaci biło zakapturzonego maga, używając w tym celu kijów baseballowych. Wyraźnie zadawali jakieś pytania, ale czarownik kręcił przecząco głową i znów był bity. Wizja nagle się urwała, gdy Remark złożył dłonie razem.
- U-uciekłem, g-gdy zab-zabrali nas n-na na sto- na stosy - dodał, chowając twarz w dłoniach, którymi przesunął powoli, pocierając oczy. Unosząc znów twarz w górę, minę miał zbolałą, ale spojrzenie nie zmieniło wyrazu. - B-była z-z wami cz-czaro-czarownica. P-Panienka O-O-Opal i je-je-jeszcze jedn-jedna - zapytał, wyraźnie chcąc poznać imię trzeciej osoby, z którą przyszło mu przybyć do siedziby czarowników.

Aiden Seire Andras Perrault

259


172 cm


Si je te promets tous les jours de ma vie sans un regret... Peux-tu me jurer un amour infini a jamai







[Cytuj]
Multikonta: Cassian
Aiden może i nie wyglądał jako osoba od zadań specjalnych, ale jeżeli chodzi o elementy gry kuluarowej i czytanie między wierszami to nieskromnie uważał siebie za mistrza. Lata spędzone na Francuskich i Włoskich dworach nauczyły go więcej niźli szkoły teatralne genialnych aktorów. Przez dziesięciolecia musiał niektóre rzeczy przykrywać delikatnym woalem tajemnicy, do tego stopnia kruchym, że balansował często na takiej granicy kłamstwa, niemożliwej wręcz do zniesienia ze zbyt małymi nerwami. Henry Remark pragnął godnego przeciwnika? Niewątpliwie takiego otrzymał.
- Typowa zagrywka... - Powiedział i wykrzywił się na twarzy z nieukrywaną pogardą. Niewątpliwie, taki sposób pojmania czarownika był co najmniej oznaką strachu i głęboko skrywanego lęku. - Ze zwykłej ludzkiej wrażliwości napomknę jedynie, że mam nadzieje, że monsieur nie wyrzuca sobie w jakikolwiek sposób własnej winy w tym pojmaniu. - Zapytał z troską. Wiedział, jak bardzo poczucie winy zepchnięte na samego siebie, zwłaszcza w takim momencie mogło siać spustoszenie w umyśle.
Po krótkiej chwili doświadczył wizji, którą zwizualizował przed nim Remark. Aiden przyglądał jej się z wręcz ostentacyjnym dla siebie przejęciem i nie mógł nadziwić się obrazom, które przed sobą widział. Dokładnie zlokalizował kajdany na obrazie, a także dokładniej przyjrzał się obrazowi potencjalnego przesłuchania. I tak jak pokazywał swoje przejęcie względem widzianego przez niego obrazu tak też nasuwały mu się w głowie dwie myśli, które niewątpliwie pragnęły ujrzeć światło dzienne, ale chłopak doskonale zdawał sobie sprawę, że w obecnym stanie i na tę chwilę nie chce sobie na to pozwolić.
Rozumiał, że to co pokazywał przed nim mężczyzna to wizualizacja wspomnień. Blondyn dokładnie znał te zagrywkę, bowiem nie raz i nie dwa już komuś takowe swoje, czy też kogoś innego przedstawiał. Zastanawiało go to, dlaczego mężczyzna zdecydował się na projekcję bez dźwięku, przecież rozmowy toczone w tle mogłyby być niewątpliwie kluczowe, a obelgi i bluzgi rzucane w tle dodały by całemu procesowi jeszcze większego, niewątpliwie zbędnego, okrucieństwa. Ta myśl, z kolei przeradzała się w kolejną, również poddającą delikatnie w wątpliwość to na jakich zasadach znajdował się tam szanowny pan czarownik z Alzacji. Jakim sposobem Inkwizycja pozwoliła mu na taka swobodę w rozglądaniu się wokół siebie. Z jednej strony nie mieli nic do stracenia – liczyli, że mężczyzna umrze na stosie, a to jakie wspomnienia ze sobą zabierze do grobu to już jego indywidualna sprawa. Z drugiej zaś strony tak czy siak, element opresyjny w postaci ciągłego i nieustannego upominania niewątpliwie zwiększyłby potencjalna szansę na wyduszenie coś podczas tortur. Aidenowi powoli coś zaczynało w tej wielkiej układance nie pasować.
W międzyczasie względem pokazanego obrazka doszła jeszcze jedna kwestia. Dlaczego przy swoich więźniach nosili maski i byli zakapturzeni. Czarownik w kajdanach jest najbardziej bezbronną postacią jaka tylko istnieje we wszechświecie, co mógłby im zrobić. Przez chwilę, młodemu czarownikowi przez myśl przemknęła iskierka świadcząca o tym, że jeden z powodów, dlaczego tak jest, a z wizualizował się w jego umyśle, jest co najmniej na tę chwilę nierealny i nieosiągalny, ale problem niewątpliwie należało zbadać.
- To co monsieur widział i przeżył nie mieści się w w żadnej możliwej skali tolerancji. - Powiedział wściekle, ale na tyle neutralnie w swym tonie, żeby nie zburzyć całej atmosfery rozmowy, która im się przydarzyła. - Monsieur Remark, a jest mi monsieur w stanie powiedzieć kogo tak katowali na pokazanym wspomnieniu? - Spytał wskazując wierzchem dłoni. - Sam monsieur rozumie, potrzebujemy jak najwięcej danych. - Powiedział kładąc dłoń na stoliku i podkreślając tym samym rangę informacji.
Kolejna sprawa, którą chłopak poddawał w wątpliwość. Dlaczego, skoro szanowny pan Henryk uciekł, nie ostał się nawet jeden stos, na którym mógłby być on spalony? Po prostu od tak sobie przyjechał i od tak sobie miał zostać pozbawiony życia? Jednak Aiden nie dał po sobie poznać podejrzenia fałszu. Posłał mu smutne spojrzenie i przeczesał leniwie swoje blond włosy.
- A tak... Madame Rez zniknęła gdzieś po pańskim uratowaniu, ale niedługo zamierzam się z nia skontaktować. - Uśmiechnął się, a ręce splótł ze sobą i spokojnie, i leniwie oparł o kolano.
- Monsieur Remark? - Zagaił Aiden chcąc zapoznać się jak najlepiej z materiałem dowodowym. - Mógłbym przyjrzeć się bliżej zranieniom i wszelkiej maści bliznom, które ostały się monsieur’owi po spotkaniu z Inkwizycją? - Powiedział wyciągając w jego kierunku dłoń i posyłając delikatny i stonowany, ciepły uśmiech.
Aiden był lekarzem z powołania i doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak ważne jest by leczyć rany. Tak te na ciele, jak i na duszy. W tym momencie zamierzał być idealnym lekiem dla strapionej duszy. Upił łyk gorącej herbaty i wstał, by za zgodą oczywiście pacjenta przystąpić do rutynowej wręcz kontroli.
I have seen what the darkness does
Say goodbye to who I was

<img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/aLCztjS.giff" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/6Cxe0uv.gif" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/1rwpHMv.gif" class="foto">

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
W istocie, Remark wyczuł już godnego przeciwnika, jednak po tylu latach chodzenia po tej ziemi, będąc prawdopodobnie starszym od blondyna, Henry czuł się wciąż lekko. Miał swoje tajemnice, których nie chciał zdradzać, a do których próbował sięgnąć Aiden. To nie do końca podobało się mężczyźnie, jednak musiał rozgrywać partię kartami, które mu rozdano, a to wciąż nie była pora na wyciąganie asów z rękawa.
Uśmiechnął się nieznacznie kącikiem ust, spuszczając teatralnie głowę. Czy miał wyrzuty sumienia? W pewnym sensie miał, ale wiedział, że nie może się im poddać. Nie uważał jednak tego za dobry temat na rozmowę z kimś zupełnie obcym. Nie… Nie powinien z nim o tym rozmawiać.
Projekcja rzeczywiście była bezdźwięczna i jakby widziana z boku, z perspektywy obserwatora. To rzeczywiście mogło budzić niepokój, pewne wątpliwości… Nic dziwnego, że Aiden zaczął to odczuwać, ale może i dobrze, że nie wypowiedział niczego na głos? Czasem lepiej pozwolić chwili przeminąć i przemyśleć na spokojnie wszystko, mając już wszystkie informacje.
- N-n-nie… N-nie wiem j-jak to w-wyglą-wyglądało n-na-napraw-wdę. T-to m-moje w-wyobra-wyobrażenie t-tego j-jak t-to wy-wyglą-wyglądało - wyjaśnił, krzywiąc się bardziej przekonująco niż wcześniej. Spojrzał ponownie na Aidena, wbijając w niego spojrzenie. - Z-zawsze… Zawsze by-byli za-zamas-zamaskowani - dodał, odwracając głowę na bok i wpatrując się w czajnik z herbatą, jakby próbował znaleźć tam ukojenie. Zapamiętał imię “Rez”, które nie brzmiało jakby było prawdziwe, ale zawsze stanowiło punkt oparcia. Drgnął jednak, gdy młody czarownik zaproponował obejrzenie blizn oraz ran. Odwrócił gwałtownie głowę, wykonując ruch, jakby chciał się wycofać pod najdalszą ścianę.
- N-nie trze… N-nie trzeba. J-jestem wy-wyleczony, n-nie m-mam bli-blizn - zaczął mówić, wyraźnie zdenerwowany, a spojrzenie Remarka zdawało się ciemnieć z każdą chwilą z gniewu, który umiejętnie ukrył pod pozornym strachem. - M-mężczyzna któ-którego spa-spalili, pomógł m-mi, ko-kosztem swo-swojej si-siły. N-nie m-mógł się bro-bronić, a-ale stwo-stworzył ilu-iluzję mo-mojej śmie-śmie.... mojej śmierci - dodał zaraz, w pewnym sensie bez zająknięcia, jeśli pominąć wadę wymowy. Wyraźnie nie zamierzał dać się oglądać, a widząc, że Aiden powstaje ze swojego fotela zrobił to samo z zamiarem wycofania się.

Aiden Seire Andras Perrault

259


172 cm


Si je te promets tous les jours de ma vie sans un regret... Peux-tu me jurer un amour infini a jamai







[Cytuj]
Multikonta: Cassian
Francuz nawet chwilę nie wątpił, że mierzy się właśnie z niewątpliwie starszym, potężniejszym od siebie czarownikiem w tym pojedynku na słowa, a jednak... Jednak coś mu podpowiadało, że nie należy mu ufać. Mężczyzna kręcił i odpowiadał wymijająco nawet bardziej niż czarownicy mieli w zwyczaju. Aiden kompletnie nie rozumiał tego podejścia... Planowali pomścić tak martwych jak i żywych. Zwłaszcza tych, którzy z rąk inkwizycji potracili rodziny, poczucie bezpieczeństwa, a w końcu życia...
Popatrzył na Remarka serdecznie. Blondynowi powoli wszystko składało się w jeden, spójny, aczkolwiek dość negatywny obraz. Potrzebował jeszcze tylko kilku poszlak i tropów do potwierdzenia swojej tezy. Nie spodziewał się kompletnie takiego obrotu spraw, ale najwidoczniej powoli wojny przybierały bardziej paskudny wyraz niż mogłoby się wydawać.
- Rozumiem... - Odparł posyłając mu perlisty uśmiech. - Ale musi monsieur przyznać, że wizja jest dość spójna i klarowna jak na buzujące w ludziach emocje wokół tego tematu. Pozostaje się cieszyć, że ma monsieur takie opanowanie.
W jego głosie nie słychać było nawet krzty drwiny, aczkolwiek niewątpliwie mogła być to lekka zaczepka. Młodszy czarownik niewątpliwie był niecierpliwy, ale bardziej niż inni w takich momentach wiedział, że swój cel należy zdobywać stopniowo.
Niepokoił go jego uciekający wzrok. Ewidentnie rozmowa również nie toczyła się po myśli Niemca, co jedynie bardziej zachęcało Perrault’a do dalszego działania. Nie zamierzał odpuścić mężczyźnie. Chciał przyjrzeć się miejscom, w których dokonano leczenia. Z jednej strony spodziewaj się niespodziewanego, ale z drugiej... W tej historii nie sklejały się fakty. Remark za bardzo się motał i nawet śmiało stwierdzając, że kompletnie nie zna jego umiejętności magicznych mógł zaryzykować stwierdzenie, że nie tyle, że nie dałby rady się wyleczyć całą energią czarownika, którego spotkał los gorszy od samej śmierci. Nie wierzył, że czarowników pozbawiono jakichkolwiek środków ostrożności chociażby na chwilę. Dodatkowo wszyscy byli wycieńczeni torturami i przetrzymywaniem w tragicznych warunkach.
- Nalegałbym... - Posłał mu ponownie uśmiech, ale tym razem już bardziej delikatniejszy, a w głosie wyczuwalna była nuta zirytowania. Nie za duża, bardzo drobna, ale jednak. - W końcu, skoro tamten czarownik pozwolił sobie na stworzenie iluzji śmierci monsieur’a, to pobranie od niego energii do regeneracji mogło nie wystarczyć, a w sumie nie przypominam sobie, by ktokolwiek monsieur opatrywał tutaj już w naszej siedzibie.
Wiedział, że słowa mogą zostać odebrane dwuznacznie, ale musiał się na to zdobyć chcąc w końcu pokierować rozmowę na właściwy tor. Nie ufał mu w tym momencie w żadnym aspekcie, nie żeby kiedykolwiek oscylował w tych kierunkach, ale niewątpliwie teraz w jego głowie wizerunek Henry’ego Remarka jawił się jako obłudnika.
- Niewątpliwie zna monsieur Woltera, mojego rodaka? - Powiedział pogodnie. - Abstrahując już od tematu musi monsieur przyznać, że jego słowa: - Odchrząknął i popatrzył się w górę nadając całej sytuacji wyniosłości. - W tej wielkiej grze, jaką jest ludzkie życie, człowiek zaczyna jako frajer, a kończy jako oszust, są wyjątkowo trafne w ostatnich czasach. - Po czym starał się posłać mu najbardziej przenikliwe spojrzenie na jakie był w stanie się zdobyć.

I have seen what the darkness does
Say goodbye to who I was

<img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/aLCztjS.giff" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/6Cxe0uv.gif" class="foto"> <img style="height: 100px; border: solid 2px #000; box-shadow: 2px 2px 2px #111" src="https://i.imgur.com/1rwpHMv.gif" class="foto">

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Uśmiechnął się słabo, odwracając wzrok, aby Aiden nie dojrzał błysku wściekłości i zawiści w jego spojrzeniu. Wizja spójna i płynna jak na tak duże emocje? A co ten gnojek mógł naprawdę wiedzieć o wizjach z takich zdarzeń? Co on mógł wiedzieć o byciu torturowanym, o byciu zdanym na łaskę i niełaskę oprawców? A śmiał jeszcze sugerować mu, że...
- N-nie b-bę-będzie kłam-kłamstwem, je-jeśli p-powiem, że nie-nie-nieomal przy...przywykłem d-do bycia t-tr-traakt-traktowanym w ten spo-sposób i two-t-tworzenie wiz-zji z pu-punktu o...obserwatora j-jest dla-dla mnie cz-czy-czymś z-zwykłym, za-zaw-zawsze po...pozbawionym em-mocji - odparł, nie patrząc jeszcze przez chwilę na młodego czarownika. Kiedy w końcu wrócił do niego spojrzeniem, znów wyglądał jak jąkała, którego znaleźli między ruinami Opactwa.
Dalsze zdarzenia tak bardzo odbiegały od tego, czego Remark oczekiwał, że nic dziwnego, iż miał ochotę przemienić się we własnego kruka i odlecieć. Niestety, nie była mu dana umiejętność zmiennokształtności. Nie był dzieckiem nocy ani wrożką, czego czasem żałował. Czasem. Bardzo rzadko. Właściwie prawie wcale, bo też nie często zdarzały mu się sytuacje, aby chwila wymykała mu się spod kontroli jak w tej chwili. Jedno było pewne, Aiden nie był zwykłym podlotkiem i wiedział jak używać tego, co ma w głowie.
- P-proszę wy-wybaczyć, nad-naduży-żyłem g-go-gościnności - rzucił krótko, skłaniając się lekko. Nie zamierzał dać się zbadać, a najwyraźniej bez tego nie obejdzie się dalszy pobyt w siedzibie. Był na to jeden sposób. Wyprostował się, uśmiechnął się nieznacznie kącikiem ust, żeby zaraz jego twarz przybrała pełen powagi wyraz, a oczy zabłyszczały lodowato. W następnej sekundzie Aiden mógł usłyszeć krakanie Castusa zza okna i Henry zwyczajnie teleportował się, nie pozostawiając po sobie nic, co mogłoby pomóc w wytropieniu go. Krakanie jeszcze chwilę rozbrzmiewało w bibliotece, żeby w końcu ustąpić ciszy. Panie Perrault, cóż to za ciekawa była rozmowa… Pańskie przemyślenia, czy okażą się prawidłowe? Cóż, trudno w tej chwili powiedzieć, jedno natomiast jest pewne. Zostały ujawnione pewne fakty, których znajomość może pomóc w rozwiązaniu całej sprawy, o ile odpowiednie osoby będą o tym wiedzieć. Powodzenia!

zt <3
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo