Meghan Spellmeyer

36


158 cm


Tell the wolves I'm home






[Cytuj]
Multikonta: Erin S., Zaheer
    Pierwszy styczniowy - po popijawie z Wanią

Choć o Yorku wiedziała naprawdę sporo, były to jednocześnie przestarzałe informacje. Trzynaście lat jej tu nie było i w sumie jedyne, co się nie zmieniło to raczej umieszczenie domu Blackthornów oraz położenie miejscowego Instytutu. Wystarczyła chwila na rozejrzenie się po uliczkach i poszczególnych dzielnicach, aby zauważyć zmiany. Całe szczęście jej chwilowe problemy z noclegiem się skończyły jakiś czas temu i nie musiała się więcej włóczyć z ciężką torbą od hotelu do hotelu, nie musiała też się bawić w nocowanie na świeżym powietrzu jak ostatnio. Jej plecy mogły więc odpocząć, podobnie jak bak paliwa w motocyklu, który zaś ciągnął w dół zasoby jej portfela. Wiedziała, że poza stałym lokum będzie musiała znaleźć pracę choć na chwilę. A plany? Wszystko zależało od tego właśnie spotkania.
Nie brała torby. Co prawda Sina tytułowała Oscara per wujek, ale to był jej wuj - nie Meghan. Nie miała okazji go poznać, bo na tej "dalszej" części rodziny się wcale nie skupiała. Może raczej dopiero teraz będzie miała okazję do zapoznania się z tymi właśnie w postaci rzeczonego alfy. Spodziewała się dosłownie każdej odpowiedzi, od "nie ma mowy", przez "przychodzisz na gotowe", aż po upragnioną zgodę. Nie chciała pokazać się od tej niegrzecznej strony - miała jednak maniery wbrew twierdzeniom ludzi - i nie wchodzić z buciorami prosto do Azylu. Czy spotkanie przebiegnie pod patronatem "człowiek człowiekowi wilkiem", czy może raczej "wilk wilkowi człowiekiem"?
Odstawiła motocykl na podjeździe nieopodal wejścia, aby potem nie łazić kilometrów do wejścia w razie potrzeby nagłej ewakuacji. Zdjęty chwilę temu kask wzięła ze sobą do środka, podobnie jak kluczyki - te jednak wylądowały w tylnej kieszeni spodni. Do jej nosa już dobiegła fala różnorakich zapachów, tych znanych bądź mniej, ale zdecydowanie w większości należały do wilków. "Czyli trochę jak w domu", przyznała w myślach, idąc już do drzwi. Z należytą ostrożnością je otworzyła, przy okazji zaglądając do środka z czystą ciekawością. Wnętrze wyglądało naprawdę przytulnie, więc nie mogła narzekać - wręcz zaczynała doceniać pracę projektanta. Rozpięła kurtkę całkiem, nieznacznie odkrywając koszulę pod nią się znajdującą. Gdyby potrzebny był dalszy jej opis wyglądu, na pewno wymieniłabym dopasowane do takiej jazdy spodnie sugerujące dbanie o bezpieczeństwo własne, już nie chodziło o chłód bijący w czasie śmigania po autostradach ponad stówką. A buty? Mimo wiekowości, obicie wcale nie sugerowało dużego użytkowania. Tak, zdecydowanie jeszcze z tym kaskiem wyglądała jak motocyklistka.
Gdzieś w środku fuknęła, że nie poprosiła Siny o jakieś zdjęcie rzeczonego Oscara, czy może chociaż jakiś przybliżony opis. Skoro jednak mówiła coś o wuju, powinna spodziewać się choć trochę podobnych rysów twarzy czy chociaż charakterystycznego odcienia skóry. Póki co jednak musiała stanąć w jakimś w miarę widocznym miejscu, nie narzucając się żadnemu wilkowi, po prostu nie panosząc się za bardzo po tym miejscu bez ewentualnego zezwolenia. Niby wilczy Azyl, w którym każdy ma być bezpieczny, ale jednak stąpała po ziemiach watahy, której wcale nie znała. Chwilowo jednak zaczęła się skupiać na odnalezieniu ewentualnych śladów po rzeczonej walce sprzed paru dni. Jak wiele więc dało jej spotkanie Siny i Wani przed dotarciem do tego miejsca? Pewnie sporo, ale czy wystarczająco - o tym się przekonamy, gdy główny zainteresowany zjawi się na horyzoncie i wypatrzy nową, zagubioną owieczkę. Wróć - owieczką nie była wcale, bo która owieczka byłaby w stanie bronić swojego stada tak zaciekle, jak Meghan?
The moon is rising

Meśka szuka relek

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
O obecności kogoś nowego wiedział właściwie od razu. Zapach spalanej benzyny, warkot silnika, aż w końcu woń kogoś nieznanego, były czymś, co skłoniło Oscara do powrotu z małej przechadzki, jaką właśnie uskuteczniał dookoła Azylu. Upewniał się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że nie ma żadnych problemów konstrukcyjnych, a okolica nadaje się do tego, by nadal nad nią pracować. Miał kilka pomysłów na zagospodarowanie przestrzeni i miał również nadzieję na to, że pozostałe wilki także zaczną się zastanawiać nad tym, co też mogłyby tutaj robić i czym się zająć, bo nie chciał, żeby to był jedynie dom z nazwy. Miał nadzieję, że w wielu kwestiach to miejsce stanie się samowystarczalne, bo każdy miał jakieś talenty, którymi w końcu mógł dzielić się z pozostałymi wilkami. Wania z całą pewnością sprawdzi się świetnie w roli nauczyciela wskazującego wilkom, jak mogą przetrwać w dziczy, Eve radziła sobie świetnie z gotowaniem, a pozostali na pewno kryli jeszcze przed światem swoje umiejętności, ale Oscar nie zdziwiłby się jakoś wielce, gdyby wkrótce ktoś nie poprosił o budowę szklarni albo nie oznajmił, że od teraz będą mieli w Azylu herbarium. Roberts zaś był skłonny dać posłuch każdej niemalże prośbie, o ile nie wymagała chociażby lotu na księżyc.
Tak czy inaczej, zjawił się w budynku chwilę po tym, jak weszła do niego nieznana mu kobieta. Była wilczycą, co do tego nie miał najmniejszych nawet wątpliwości, pachniała jak jedna z nich, ale nie należała do okolicznych Dzieci Księżyca, musiała zatem zjawić się właściwie dopiero co, a usłyszawszy o Azylu, zjawiła się tutaj najwyraźniej w celu dowiedzenia się, o co dokładnie chodzi. Oscar był od niej sporo wyższy i lepiej zbudowany, nic zatem dziwnego, że kiedy wszedł do budynku, jego cień padł na niespodziewanego gościa, trudno byłoby jednak doszukiwać się tutaj jakiś mrocznych znaków, czy czegokolwiek takiego. Ot, stwierdzenie tego, jak sprawy się miały. Roberts wysunął dłonie z kieszeni swojej sportowej kurtki, zamknął za sobą drzwi i otrzepał trapery, na których na pewno znajdowało się igliwie i błoto, w końcu wędrował po okolicznym lesie, nie było więc mowy o tym, żeby był czysty, jakby wybiegł wprost spod prysznica, niemniej jednak tak jak zawsze emanował siłą całkowitego spokoju.
- Witam w Wilczym Azylu - powiedział cicho. Jego głos brzmiał już niemalże normalnie, aczkolwiek pozostała w nim lekka chrypka, która chyba miała go już nigdy nie opuścić. Przepalone srebrem gardło, co jakiś czas twierdziło jeszcze, że piecze go do żywego, ale starał się to ignorować, inaczej popadłby zapewne w jakąś paranoję, nad którą nie byłby w stanie zapanować, nawet dzięki swojej codziennej właściwie medytacji, a nie uśmiechało mu się biegać do lekarzy, bo jak miał wyjaśnić chociażby psychologowi, w czym dokładnie leży jego problem? - Oscar Roberts - przedstawił się uprzejmie i wyciągnął w jej stronę dłoń.

Meghan Spellmeyer

36


158 cm


Tell the wolves I'm home






[Cytuj]
Multikonta: Erin S., Zaheer
I choć wydawało się, że oczekiwanie trwało w nieskończoność, szybko dostrzegła odgłos kroków za swoją postacią, a także oczywisty jak śnieg w styczniu odgłos zamykanych drzwi. Patrząc jednak na sytuację w York - śnieg w styczniu był bardzo, bardzo złym porównaniem patrząc na to, jaka aura panowała na zewnątrz. Po śniegu zostały co najwyżej wspomnienia - jeśli chcesz go w chwili obecnej, bierz świecę i szukaj, proponuję udać się do Kanady. Domniemania Oscara były jak najbardziej słuszne: do Yorku przybyła niedawno, raptem w zeszłym miesiącu, głównie właśnie przez Azyl i właśnie w jego sprawach miała zamiar się rozmówić z mężczyzną. Spojrzała na rosłego mężczyznę i gdzieś w środku zaczęła zazdrościć Sinie genów wzrostu po tatusiu. Kompleksów nie miała, tylko Oscar w tym momencie po prostu okazał się być olbrzymem. Nie, że było to po niej widać - nie bała się spotkania z wielkim, złym wilkiem, nie był on przecież tak samo wysoki, jak jej kuzyn. Gabriel to przecież dopiero jest... gigantem. Przyziemni zawsze mówili, że z takim wzrostem tylko do koszykówki, co się będziesz marnować, leć grać na parkiet i zasuwaj od kosza do kosza. Meg nie miała problemów ze wzrostem, bo już dawno zaakceptowała, że będzie niska. Przynajmniej będzie mogła śmiało wyzyskiwać kuzyna czy inne wysokie osoby, aby sięgały jej do wyższych półek sklepowych. No i przynajmniej nikt nie proponował jej członkostwa w szkolnej sekcji koszykówki.
Słysząc szczere powitanie, przełożyła kask tak, aby złapać go jedną ręką, a drugą niemal od razu zareagowała na gest napoczęty przez mężczyznę.
- Meghan Spellmeyer - przedstawiła się tak, jak zawsze, pełnym imieniem i nazwiskiem. Przyzwyczajenie - ot co. Nie sądziła, aby - w przeciwieństwie do niektórych alf napotkanych na drodze - kojarzył ją po imieniu i nazwisku, więc dość prędko zdecydowała się wszystko naprostować.
- Możliwe, że Sina na mój temat coś mówiła. Nie ukrywam naszego pokrewieństwa i wdzięczności, że podała mi konkretne namiary na Azyl - oznajmiła spokojnie, stosując jeden z najmilszych uśmiechów, jakimi dysponowała.
Po tym jednak zdecydowała się nie zostawać dłużnej, nie trwonić zbawiennego czasu i od razu przeszła do rzeczy. Predyspozycje - przedstaw się od najlepszej strony - a potem poproś o coś od siebie.
- Do tej pory zajmowałam się wilkami, które nie potrafiły znieść pełni lub miały problemy z wewnętrznym wilkiem, a o takie wcale nie jest trudno, więc sądzę, że mogę pomóc, jednak ze względu na obecną sytuację... będę potrzebowała chociaż tymczasowego schronienia do czasu znalezienia stałego lokum bądź przeniesienia w inne rejony. - Prosto z mostu. Nie owijajmy w bawełnę: nie mogła tracić czasu, jeśli nie znajdzie ich, nie ma sensu, aby zostawała w Yorku długo, nawet ze względu na rodzinę.
The moon is rising

Meśka szuka relek

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Oscar, choć był dość wysoki i nie zaliczał się raczej do ułomków, sprawiał chyba mimo wszystko wrażenie spokojnego i łagodnego wilka, a przynajmniej taką miał nadzieję. Z drugiej jednak strony młodsi przedstawiciele jego rasy, z pewnością orientowali się, że nawet taka oaza spokoju, jaką był Roberts, może w krótkiej chwili przemienić się w rwący potok, a wtedy lepiej schodzić mu z drogi. Domyślał się, że Eve nie chciała opowiadać o popisie siły, jaki jej dał w jej własnym mieszkaniu, ale z całą pewnością miała w tym zakresie największe doświadczenie spośród wilków, które obecnie zamieszkiwały Azyl. Oscar nie był typem wilka, który musiał wiecznie warczeć, górować i w sposób całkowicie niemądry pokazywać, jak wielką ma siłę, jak bardzo jest potężny i jak wszyscy powinni się go słuchać, w jego odczuciu alfą zostawało się zupełnie inaczej i nie można było nikogo zmusić do tego, by nagle zaczął go słuchać. Niemnie jednak każdy wilk, który zacząłby ku niemu skakać, który warczałby wściekle i zachowywał się niepoważnie, musiał liczyć się z tym, że Roberts przestanie być tą rzekomo potulną owieczką i pokaże, dlaczego był uznawany za alfę, a jak łatwo można było podejrzewać, wtedy nie zamierzał się już ograniczać. Na razie jednak jego gość nie miał się zupełnie czego obawiać, ostatecznie bowiem Wilczy Azyl zapraszał każdego przedstawiciela gatunku, każdemu z nich otwierał drogi, nowe możliwości i zapewniał schronienie, jeśli tylko o nie poproszono.
- Niestety, nie miała okazji, ale nie zmienia to faktu, że mi miło. Mogę wiedzieć, skąd dokładnie się znacie? - zapytał spokojnie, marszcząc nieznacznie brwi i zastanawiając się, czy może siostrzenica nic mu nie mówiła, wcześniej, nie teraz, ale niestety nie był w stanie wygrzebać z pamięci niczego, co mogłoby naprowadzić go na właściwy trop. Nie było jednak powodu do tego, by jakoś szczególnie się tym kłopotać, w końcu wystarczyła zapewne spokojna rozmowa, by zaraz pojąć wszystko i uszeregować w odpowiedni sposób.
Wilk poruszył lekko uszami i przekrzywił głowę. Odnosił wrażenie, że kobieta jest podenerwowana, spięta sytuacją, w jakiej się znalazła, a on nie do końca rozumiał jej obawy. Czyżby nie była pewna, czy może tutaj w ogóle przebywać? Uśmiechnął się do niej lekko, a basior mimowolnie poruszył nieznacznie końcówką ogona na znak, że wszystko jest w porządku, później zaś Oscar odchrząknął, nim zaczął mówić, jednocześnie rozpinając kurtę i szykując się do tego, by najzwyczajniej w świecie ją odwiesić.
- Wilczy Azyl powstał z myślą o każdym z nas, nie ma zasad rekrutacji, wymogów, czy czegokolwiek podobnego. Jedynym obowiązkiem wilka, który chce do niego przynależeć, jest przestrzeganie jego zasad i uznanie władzy zwierzchniej. Jeśli ktoś tego nie chce, podlega prawu Łowców. Niemniej jednak w obu tych wypadkach, może się tutaj jak najbardziej zatrzymać i znaleźć potrzebne schronienie oraz obecność pozostałych przedstawicieli rasy, mając jednocześnie czas na zastanowienie się nad tym, co dalej. Zatem zapraszam, Meghan. Wejdź dalej i opowiedz mi, co dokładnie cię tutaj sprowadza. Być może chcesz się czegoś napić? - powiedział całkiem spokojnie i wskazał jej drogę do salonu. To ona decydowała, czy chce wejść dalej i podjąć z nim rozmowę, czy może jednak w tym momencie chce zniknąć i wycofać się, bo w końcu nie każdy musiał z miejsca decydować o własnej przynależności, czy czymś podobnym. Oscar miał również nadzieję, że kobieta nieznacznie się uspokoi, w końcu nie zamierzał jej nigdzie wyganiać.

Meghan Spellmeyer

36


158 cm


Tell the wolves I'm home






[Cytuj]
Multikonta: Erin S., Zaheer
Jej kurtka już od dłuższej chwili była rozpięta, chyba już od pierwszego momentu, jak weszła do Azylu. Było tu wystarczająco nagrzane, że nie potrzebowała wcale żadnego dodatkowego ocieplacza w postaci zapiętego zamka, jednak nie zdjęła jej z ramion i nie zawiesiła jej na wieszaku, w przeciwieństwie do Oscara. Wciąż jednak nie ujmował jej wcale wrażenia, że była dość drobną osóbką. Drobną i niepozorną, bo kto by przecież ją podejrzewał o bycie wilkołakiem. Takie chucherko? Toć to niskie i szczupłe... W sumie, jak tak spojrzeć na Oscara, gdyby się o nim nie dowiedziała od Siny, raczej by nie podejrzewała o bycie tym samym, czym była ona. Nawet by stwierdziła: miły gość, tak koło pięćdziesiątki.
- Sina to moja daleka kuzynka po jednym z pradziadków od strony mojej matki. Mamy... ogromną rodzinę, o czym pewnie wiesz, skoro to twoja siostrzenica. - Upewniła się, że brzmiała dość swobodnie, po czym uzbroiła się w łagodny uśmiech. - Wspomniała mi o tym, trudno było nie dopytywać. - Ich rodzina to była ogromna plątanina, ale to i tak za mało, by określić ich wielkość. Trzeba by w takim wypadku określić wszystkie odnogi zaczynające się u pra-pra-pra-pra-pradziadka, dzisiaj obradzające się w kolejne potomstwo, wnuki czy nawet prawnuki. W końcu przecież Arihi i Logan już mogli się cieszyć z wnuka... aż zdała sobie sprawę, że wujostwo nie było zadowolone z rzeczonych, w końcu na świat wypuścili tylko Meghan, a inni mieli po dwójkę, czasami nawet trójkę rodzeństwa.
Poddenerwowanie? Owszem. Mimo odwagi, jaka jej towarzyszyła na co dzień, potrafiła zgubić w takim przypadku jej skrawek i tym samym zaczynała się po trzy razy zastanawiać, co ma tak naprawdę powiedzieć. Neutralna już twarz, po której nie widać było żadnego uśmiechu sprzed chwili, nie wyrażała już praktycznie nic. Po prostu stała się neutralna, nabrała lekkiej powagi. A oczy? Nie tylko one zdradziły to wszystko, co czuła w środku. Na szczęście jednak ratunek przybył szybko w postaci wyjaśnień ze strony Oscara, a także zaproszenia do salonu. Skorzystała z niego od razu, nie myślała wiele i po prostu skierowała w tamtym kierunku swoje kroki.
- Miło to słyszeć - zaczęła krótko, samym wydźwiękiem już sugerując, że jego trochę długa przemowa coś dała. Zmyła prędko obawy dotyczące lokum oraz samej pomocy. Zrozumiała, że nie warto kryć się pod tymi najprostszymi tłumaczeniami i swoistą już rutyną. Niby wyklepana na blachę formułka, a wystarczyło trafić na tak doświadczonego wilkołaka... - Wydaje mi się, że jakiś sok wystarczy - również i na tę kwestię odpowiedziała dość prosto. Kawę piła jeszcze przed wyjściem z hotelu, na herbatę potrzebowała specjalnej ochoty.
- O Azylu usłyszałam kilka tygodni temu, ale nie ukrywam, że większość szczegółów otrzymałam od Siny - zaczęła wyjaśnienia, po czym powoli zajęła miejsce na kanapie. - Przyznam szczerze, że od... blisko trzynastu lat jestem w trakcie poszukiwań. Moje stado z Volos zostało zaatakowane przez wampiry w ramach zemsty, w czasie walk zostaliśmy rozdzieleni. - Spojrzała na moment w górę, jakby układała kolejne fragmenty historii w widoczne tylko dla niej domino. - Najbardziej ze wszystkich poszukuję dwóch osób: mojej bratniej duszy i mojego dziecka - podała przy okazji ich personalia i krótki opis. Trudno jednak się poruszać w tej materii, gdy wciąż nikt się nie zgłosił... Pewnie dlatego pochyliła się do przodu i zaczęła pocierać nieznacznie palce. - Pół świata już zwiedziłam w trakcie poszukiwań. Jak pewnie podejrzewasz, pomagałam innym stadom we wspomnianych kwestiach, a Azyl zdaje się być ostatnią nadzieją w chwili obecnej. Takie miejsca nie powstają tylko dla służenia jako struktura, więc idea powinna się roznieść, mam więc nadzieję, że się tutaj zjawią prędzej czy później, jednakże... nie wymagam pomocy w poszukiwaniach. Sądzę, że lepiej, abym ja ich odnalazła. Nie wiem, co się w ich życiu działo, więc ich reakcja na inne wilki może być różna. Jeśli zrozumiem, że się tu nie pojawią, raczej ruszę dalej. Do tego czasu jednak mogę udzielić wsparcia, z pewnością przydatnego w chwili obecnej. Słyszałam o Kohorcie, o wygranej w walce o Azyl i o wydarzeniach związanych z Requiem. Nie mam zamiaru więc siedzieć bezczynnie i korzystać z waszej uprzejmości. - Ostatniego monologu nie przerwała już nawet na moment jak tych początkowych fragmentów. Kiedy już zacznie mówić i złapie rytm, raczej nie przerywa bez powodu. Jednocześnie dość wdzięcznie pokazała swoje zorientowanie w sytuacji oraz jednocześnie swoje zdanie na ten temat. W końcu matka ją nauczyła podstawowej zasady, którą do tej pory się kieruje w życiu: pomagać przede wszystkim, forma pomocy jest zależna tylko od aktualnych potrzeb i nie zawsze jest taka sama.
The moon is rising

Meśka szuka relek

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Bo dokładnie takie wrażenie sprawiał Oscar. Całkiem miłego, spokojnego faceta w średnim wieku, który całkiem dobrze umiał rozmawiać z innymi i słuchał uważnie tego, co ci mają do powiedzenia. Nie był groźny, przynajmniej na pierwszy rzut oka i właśnie z tego powodu często go w pewien sposób ignorowano, nie mając nawet pojęcia, jak wielkie pokłady siły kryją się w jego rękach i nogach, nie wiedząc, że zna się na sztukach walki, trenował boks, a później skupił się także na jodze i akrobatyce, co ostatecznie doprowadziło do tego, że zaatakowany, nie musiał bronić się jedynie w wilczej formie, co jednak preferował, przez całkowitą zgodność z basiorem, posiadającym tendencję do zażartej walki w obronie własnej, jak również innych, ważnych dla niego osób.
- Zaczynamy brzmieć, jak Moda na sukces - stwierdził, co pewnie powinno być żartem, ale jak Meghan mogła się przekonać, Roberts nie miał raczej poczucia humoru i wypadał w takich sytuacjach jak drewno, co samo w sobie bywało dość zabawne. Teraz nawet pokręcił głową na znak, że w jego głowie brzmiało to zdecydowanie lepiej, co nie było wcale jakieś szczególnie dziwne, a później wskazał jej drogę do salonu, by wstąpić jeszcze na moment do kuchni po sok, o który poprosiła. Podał jej po prostu szklankę, a później zaczął spacerować po pomieszczeniu, całkowicie spokojnie, jednocześnie poświęcając się słuchaniu tego, co miała mu do powiedzenia. Opowieść, jakich niestety wiele, ale o tyle smutna, że kobieta straciła bardzo wiele, bo utrata dziecka i człowieka, którego się kocha, nie mogła być zaliczana do błahych, czy czegoś podobnego. Nic zatem dziwnego, że Oscar przez chwilę milczał, wyraźnie było widać, że zastanawia się nad tym, czy kiedyś spotkał kogoś z nich, a później pokręcił w końcu łagodnie głową.
- Przykro mi to słyszeć. Takie historie cały czas mnie zadziwiają i napawają czymś w rodzaju lęku. Niestety, nie sądzę, żebym kiedykolwiek ich spotkał, ale być może ktoś z mojego rodzeństwa coś by wiedział, zawsze mogę zapytać. Albo któryś z wilków, które tutaj mieszkają, mimo wszystko świat bywa mały - powiedział w końcu dość gładko i dodał, że wierzy, iż kwestia Azylu i jego idee rozejdą się po okolicy, że będą wędrowały dalej i, dalej i kolejni przedstawiciele ich rasy będą przyjeżdżali do Yorku, by poczuć się tutaj jak w domu. Taka była idea Oscara i nie zamierzał z niej rezygnować, skoro jednak mówili o zamieszkaniu w tym miejscu przez Meghan, musieli ustalić ostatecznie pewne kwestie, by nie było już co do nich najmniejszych nawet wątpliwości.
- Powiedz mi, czy chcesz podlegać od tej pory pod prawa Wilczego Azylu? - spytał zatem spokojnie, patrząc prosto w jej oczy, gdy zatrzymał się na chwilę. Jej pełna decyzja, do niczego jej nie zmuszał, jak również przyjmował do wiadomości, co było wręcz oczywiste, że kobieta pewnego dnia po prostu może wybrać inną drogę. Szanował to, nie zamierzał nikogo kijem zawracać, bo nic by to nie zmieniało. - Moje drugie pytanie brzmi: czy słyszałaś o Pierwszym Stadzie i Lunarnym Panu - dodał jeszcze, bo była to dość istotna kwestia, tym bardziej w kontekście pieśni, jakie na nich spadały i jakie ich zaczynały obejmować. Każdy wilk znajdował się już właściwie pod ich działaniem, a Oscar czuł coraz mocniejsze wezwanie z lasów Yorku. Czuł, że musi udać się tam, by wyjaśnić pewne kwestie. Raz, a dobrze i ostatecznie.

Meghan Spellmeyer

36


158 cm


Tell the wolves I'm home






[Cytuj]
Multikonta: Erin S., Zaheer
Moda na sukces to niemal idealne określenie dotyczące tej rodziny. Wielkie imprezy? Mamy. Ogrom postaci? Całe multum. Tylko brakuje zdrad i afer, ale może to po prostu kwestia tego, że Meg aż tak nie wtryniała swojego nosa w życie reszty rodziny, nie była namolną ciotką czy teściową, która pyta na każdym rodzinnym zjeździe, czy jej ulubiony siostrzeniec, bratanek, czy może ktoś tam inny z rodziny już ma w planach potomka, czy już wyszedł za mąż... Meśka jest ciotką typu "macie jakiś problem? To wam pomogę".
- Niewiele nam do tego brakuje - w jej słowach zagościła drobna nutka żartu wywołana trochę też przez jego wyraz twarzy oraz sam sposób wypowiedzenia tych słów przez Robertsa.
Zostawmy jednak na chwilę casting na rzecz sytuacji obecnej. Od początku: gdy tylko w jej dłoniach pojawiła się szklanka, zaraz jak tylko zajęła miejsce, skorzystała z możliwości napicia się i odstawiła ją na stolik. Potem nastąpił ten rzeczony dłuższy monolog i odpowiedź od Oscara. I właśnie - reakcja nań. Meghan wcale nie wydawała się zła za taką odpowiedź, wręcz przeciwnie: wciąż widoczna była w jej oczach i postawie nadzieja.
- Zapytam w takim razie innych, może oni będą wiedzieli. Nie sądzę, że zginęli. On był jednak twardą sztuką, raczej się nie poddał tak łatwo i po prostu nigdy nie trafiliśmy na siebie w trakcie podróży. Tak samo jak młode. - Dokładnie, tak słabe wieści przekazane przez Oscara wcale nie sprawiły, że jej wiara jakoś specjalnie opadła. Jeden nietrafiony cel nie oznaczał, że wszystkie takie będą. Nie trzeba tkwić w jednym miejscu, wypytywać jednej osoby - trzeba szukać dalej. Można nawet powiedzieć, że Meghan pokazywała po sobie niesamowitą wiarę, skoro po blisko trzynastu latach dalej wierzy, że ich jeszcze odnajdzie, że nie zginęli i teraz nie służą za czyjeś kurtki. Los marny, ale Spellmeyer jest ostatnią osobą, która by o takiej możliwości pomyślała.
Przed udzieleniem odpowiedzi na kolejne pytanie dopiła resztę soku. Nie wyglądała już wcale na tak strapioną, jak gdy opowiadała na temat poszukiwań i powodów swojego przyjazdu do York. Nastroje niechętnie się zmieniały, bo w końcu nie była kalejdoskopem. Mimo całkowitego braku przygotowania wyglądała, jakby wszystko miała pod kontrolą. Stąd też ze spokojem przyjęła kwestię praw Azylu, co skwitowała całkiem prosto, a dla nabrania szczególnej powagi oraz wiarygodności usiadła prosto, spoglądając starszemu wilkowi w oczy.
- Zawsze respektuję prawa stad oraz miejsc, które odwiedzam, niezależnie od tego, jak długo w nich zostaję i moich relacji z poszczególnymi jednostkami - przerwała na moment, aby wziąć ten głębszy wdech i przymknąć oczy. - Nasz alfa w Volos zawsze uczył nasz, że nie w każdym stadzie się odnajdziemy i nie należy się martwić o to, bo być może któreś następne okaże się tym jedynym, w którym dożyjesz swojego końca - dokończyła, a na samo wspomnienie o swoim pierwszym nauczycielu spoza rodziny aż się uśmiechnęła. To był jednak niesamowity człowiek, który zaufał jej mimo tak młodego wieku i ustanowił ją betą stada.
Na drugie pytanie zadane przez Oscara zmrużyła nieznacznie oczy i nieznacznie ruszyła głową, spoglądając gdzieś w eter, jakby szukając informacji na temat tego zagadnienia. Nie wiedziała jednak praktycznie nic, może poza...
- Nie mam pojęcia, czy ma to jakiś związek, ale Sina wspomniała mi imię Arunasa, jakichś jego pieśniach i... - powstrzymała się przed wspomnieniem, że mu nie ufała. Była to sprawa do przedstawienia osobiście, a Meg nie będzie roztrząsała odczuć kuzynki. - ...i tyle. Nic więcej nie wiem. Mógłbyś mnie w to wtajemniczyć? - poprosiła z delikatną dozą ostrożności w dobieranych słowach. Nie miała wystarczająco dużo czasu, aby dowiedzieć się o wspomnianych zagadnieniach, a nie każdy wilk przecież o tym wiedział więcej niż już Sina jej powiedziała. Może po prostu do złych osób uderzała i teraz dopiero miała tę właściwą?
The moon is rising

Meśka szuka relek

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Przynajmniej nie wyśmiała go okrutnie, czego Oscar obawiał się chyba w tej chwili najbardziej. Nie chodziło o to, że poczuje się źle, jakiś dotknięty, niechciany, czy wręcz wytykany palcami, jak jakieś niechciane dziecko, ale mimo wszystko zawsze czuł się niemądrze, kiedy opowiadał pewne rzeczy, w jego zamiarze zabawne, tylko po to, by już po chwili przekonać się, że były one suche niczym trawy w środek upalnego lata. Nie miał do tego zupełnie drygu i musiał się z tym pogodzić, ostatecznie bowiem dokładnie takie było życie i nie musiał być z miejsca obdarzony wszystkimi możliwymi talentami i darami, by uważać, że życie dało mu wszystko to, czego najbardziej potrzebował. Spokojnie zatem odsunął na bok tę kwestię, by skupić się na rzeczach o wiele istotniejszych, nie poganiał również swojej rozmówczyni, bo nie widział w tym najmniejszego sensu, nie miało to dla niego również znaczenia, że ta pije, milczy, zastanawia się, czy robi cokolwiek takiego. Choć od niedawna zajmował pozycję alfy, nadal starał się zachowywać tak, by inni postrzegali go na równi z samym sobą. Nie zamierzał wywyższać się tylko dlatego, że im przewodził, chciał, by mu ufali i mieli z nim naprawdę dobre relacje.
- Kiedy skończymy rozmawiać, możesz rozejrzeć się po Azylu, być może znajdziesz kogoś znajomego, z kim będziesz chciała zamienić słowo. Mieszkają tutaj wilki z różnych stron świata, więc nie zdziwię się, jeśli posiadają wiele informacji - powiedział prosto i całkiem szczerze, bo doskonale wiedział, że kobieta na pewno nie podda się w swoich poszukiwaniach. Jednocześnie podziwiał jej wyraźną determinację i wiarę w to, że znajdzie jeszcze własną rodzinę, co w pewien sposób cenił, aczkolwiek jednocześnie czuł i wiedział, że dla jej dobra, powinna ruszyć nieznacznie na przód, jeśli chciała faktycznie zacząć żyć. Ostatecznie jednak to było jej prawo i jej decyzja, co chce robić i jak do tego podchodzić, tak samo, jak kwestia praw Azylu. Uśmiechnął się lekko na jej odpowiedź i skinął głową.
- Zatem witaj w Wilczym Azylu, od tej pory sądzona będziesz przeze mnie, ale jeśli nie będziesz łamać praw Świata Cieni, nie będę miał podstaw do tego, by w jakikolwiek sposób cię upominać. Czuj się swobodnie, wybierz dla siebie miejsce, zapoznaj się z innymi. Wyznaję zasadę, że każdy wilk wnosi coś do tego domu, więc jeśli umiesz gotować albo sadzić zioła, nie krępuj się - powiedział jeszcze, całkiem poważnie, aczkolwiek brzmiał nieco lekko, jakby chciał w ten sposób pokazać jej, że naprawdę powinna uważać Azyl za swój dom, a nie miejsce tymczasowego pobytu, gdzie nie może robić większości rzeczy, do jakich jest przyzwyczajona. Potem zaś pokiwał lekko głową, jednocześnie zastanawiając się, jak ująć to, co powinien jej przekazać.
- Tak. Arunas pochodzi z Pierwszego Stada, jest Litwinem, który nadal oddaje cześć Chorsowi, Lunarnemu Panu. Okazało się, że to właśnie ten bożek, czy może demon, sprowadził nas na świat. Pieśni, o których mowa, są jednym z jego darów, pomocą, do której według Arunasa nie do końca dorośliśmy, bo żyliśmy z dala od Księżyca i jego praw. Być może ma rację, trudno mi powiedzieć, ale wyjaśnił nam sporo o naszym pochodzeniu, powiedział również, że przybyła tutaj wraz z nim jego siostra, Audre, która, jak wnioskuję, jest jedną z litewskich bet - rzucił w końcu, a później usiadł wygodnie na podłodze, w pobliżu kominka, by nieco się rozgrzać. Jego głos cały czas był nieco zachrypnięty, ale już się do tego właściwie przyzwyczaił. Domyślał się, że Meghan będzie miała wiele pytań, ale chciał, by zobaczyła ogólny zarys sprawy.

Meghan Spellmeyer

36


158 cm


Tell the wolves I'm home






[Cytuj]
Multikonta: Erin S., Zaheer
Podsycanie i tak ogromnych nadziei Meghan nie było trudne. Oczekiwania miała ogromne, ale jednocześnie miały one solidnie postawione fundamenty, które zburzyłaby chyba tylko śmierć poszukiwanych przez nią osób. Stąd też wspomnienie o wilkach z różnych stron świata wywołało kolejny krótki uśmiech na jej twarzy. Nie zastanawiała się, kogo dokładnie poza Siną spotka w Azylu, ale istniała spora szansa, że również natrafi tutaj na poznanego niedawno Wanię, skoro rozmowa w którymś momencie zahaczyła o walkę w obronie Azylu.
- Z pewnością skorzystam z tej możliwości - odpowiedziała krótko, kiwając przy tym głową nieznacznie. W wielu jego działaniach i zachowaniach zauważała to nastawienie, że wcale się nie próbował wywyższać. Zazwyczaj nie przylepiała do nikogo łatki w przy okazji pierwszego spotkania, jednak w tym momencie mogła go uznać za kogoś wartego zaufania, a nawet za odpowiedniego lidera. Działając jako beta, mogła się wiele nauczyć i na pewno będzie pogłębiać tę wiedzę.
Skinęła mu również głową po chwili, gdy nastąpiło to krótkie powitanie w Azylu i kwestię sądzenia. Potrafiła się dostosować do prawa, raczej go nie łamiąc. To raczej ona była ofiarą licznych ataków ze strony wampirów, niż ona była za takowe odpowiedzialne. W końcu co to był za stosunek? Jeden zabity w akcie zemsty wampir, a kilkanaście ataków na nią za próbę zażegnania konfliktów między wampirami a wilkołakami?
- Akceptuję to i nie sądzę, abym sprawiała jakieś problemy - odpowiedziała Oscarowi, przy czym wstała i wyciągnęła do niego rękę - miał być to dla niej gest podkreślający jej słowa, a jednocześnie w ramach zawiązania współpracy. - Jak mówiłam na otwarciu, zawsze zajmowałam się wilkami, które nie potrafiły sobie poradzić z przemianą oraz z pełnią. Więc jeśli ktoś będzie w takiej potrzebie, można śmiało odsyłać go do mnie - napomknęła dodatkowo w kwestii pytania o to, co może sobą wnieść do Azylu.
Ponownie jednak usiadła po tym uściśnięciu dłoni, aby wysłuchać historii dotyczącej Pierwszego Stada. Splotła palce, układając je na kolanach, przyglądając się przy tym Oscarowi. Starała się wyłapać z jego opowieści jak najwięcej.
- To, czy żyliśmy z dala od praw Chorsa, raczej zależy od tego, jakie było stado. Nie każde zdawało się znać legendę dotyczącą swojego pochodzenia, więc też nie mogło żyć według jego zasad, aby - tak jak mówisz - dorosnąć do tego daru. Przez to co mówisz, rozumiem, że ich grupa na Litwie żyła według tego wszystkich reguł, dzięki czemu dorośli i otrzymali te pieśni. U mnie w Volos nie było czegoś takiego, jak wiara w demona, który sprowadził nas na ten świat w takiej postaci, a nie innej. Nie spotkałam tej wiary również w żadnym innym, które odwiedziłam i wsparłam. Sądzę, że skoro tutaj się pojawili, a wiem niewiele, raczej chcieli nam przekazać tę wiedzę, bo jak wspomniałeś, wilki przebywające w Azylu są z różnych stron świata. Jesteście... jesteśmy zlepkiem różnych przyzwyczajeń i sposobów wilczego wychowania. Może miała być to nagroda? Ciężko mi powiedzieć, nie mając nigdy styczności ze wspomnianymi przez ciebie osobami. Chociaż nie ukrywam, byłoby to ciekawe doświadczenie - zakończyła swój przydługi monolog pełen jej domysłów krótkim uśmiechem. - Zostaje mi jednak jedna ważna kwestia: czy pieśni w jakiś znaczący sposób mogą na nas wpłynąć, bo sądzę, że tak? Czy może tego jeszcze nie wiecie? - była dociekliwa, bo chciała wiedzieć o tym jak najwięcej.
The moon is rising

Meśka szuka relek

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Szans było naprawdę wiele, a jeśli miała poczucie, że ich kiedyś znajdzie, to na pewno się tak stanie. Oscar był jednym z tych ludzi, którzy wierzyli, że pewne marzenia są do spełnienia, jeśli tylko się nie poddaje, a prawda była taka, że skoro do tej pory nie dotarła do niej wieść o ich śmierci, to najpewniej faktycznie gdzieś dalej wędrowali, być może znajdowali się po prostu na innym kontynencie, a może mieli przeświadczenie, że to ona nie żyje i nie ma sensu jej szukać. Być może szukali jej cały czas i po prostu w kółko się rozmijali, a Wilczy Azyl okaże się w końcu miejscem, do którego ściągną wszyscy, chcąc zaznać nieco spokoju i bezpieczeństwa, co niewątpliwie wszystkim wyszłoby na dobre. Nie było jednak sensu dalej tego roztrząsać, szukać i analizować, bo na nic by się to na pewno nie przekładało, mieli zaś inne tematy, jakie warto było omówić, nim ostatecznie dziewczyna, czy raczej kobieta, dołączy do Azylu i znajdzie tutaj dla siebie miejsce, w którym będzie czuła się dobrze, spokojnie i bezpiecznie. Kiedy tylko wstała, by podać mu rękę, odpowiedział na ten gest, w prosty sposób przypieczętowując ich nową więź, relację i stopień zależności, jednocześnie uśmiechając się lekko, bo naprawdę chciał jak najlepiej dla każdego z wilków, a jej obecność w tym miejscu dawała nadzieję na to, że w życiu nie spotka jej, przynajmniej na razie, aż tak wiele zła, jak do tej pory.
- Jeżeli dobrze rozumiem, to Pierwsze Stado wędruje obecnie po całym świecie i roznosi do jego zakątków prawdę o Chorsie, naszym pochodzeniu i tym, jak powinniśmy postępować oraz jak sobie radzić w życiu. Nie wiem jeszcze wszystkiego, część spraw to nadal tajemnice, ale wydaje mi się, że zarówno Arunas, jak i Audre, są tutaj po to, żeby nam pomóc, postawić nas na łapy i pchnąć na przód. Jeśli chodzi o pieśni, to tak, mają na nas wpływ. Po to właśnie istnieją, ale ich celem jest pomoc, a nie atak. Tylko, z tego, co zrozumiałem, mają na nas wpływ o wiele mocniejszy, niż na członków Pierwszego Stada, a Litwini chyba są tym faktem nieco zdziwieni. Wiemy już jednak, że prosząc Chorsa o łaski i żyjąc z nim w zgodzie, raczej na pewno będziemy mogli dostąpić jego łask - odparł, starając się jej to jakoś wyjaśnić, aczkolwiek trzeba przyznać, że sam jeszcze nie wiedział, jak się sprawy miały. W niektórych kwestiach błądził po omacku, w innych nie, z czystej ciekawości dodał również, iż w Pierwszym Stadzie występuje inna hierarchia, a alfa zdecydowanie nie jest tak osamotniony w swych działaniach, jak mogłoby się wydawać.
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo