Jayden A. Verlac

32


191 cm


i feel like i'm dying inside






[Cytuj]
/kilka dni przed Cmentarzem

Czasem bywały takie dni, że i w Instytucie ciężko było wytrzymać. Jeszcze odnosił wrażenie, że część osób nie chciała jemu o czymś powiedzieć. Tylko widział dziwne spojrzenie, które zaraz uciekało i zmieniało się, a Verlac nie potrafił tego rozszyfrować. Ostatecznie po prostu pewnego wieczoru postanowił uciec od spojrzeń i po prostu nieco pobyć w samotności. Nawet obecność Seny mimo iż była miła, to jednak ciążyła jemu. Sam nie wiedział, czego jemu brakowało. Może nawet nie wiedział, jakie pytania powinien stawiać na sam początek. Wiele osi wypadkowych sprawiło, ze Jay po prostu przybierając przyziemny strój, ukrył swoje runy i udał się tam, gdzie nogi jego poprowadzą. A że one poprowadziły do pubu, którego mało znał - trudno. Cicho wszedł do środka i skierował się w stronę baru, nie zwracając uwagi na klientów, którzy tego dnia byli w pubie. Dopiero jak przysiadł się przy barze, prosząc jedno Ale, spojrzał na bruneta siedzącego koło niego. Nieco zmarszczył brwi i cicho westchnął. Czy to o nim mówiła siostra? Lexa? Pół rodziny?
- Ktoś tu widzę - świętuje.- odrzekł tylko tyle, chcąc jednocześnie wybadać grunt. Czy faktycznie to brat bliźniak, czy jakiś inny człowiek o podobnych genach. Jeśli jest bratem, to czemu zamiast przygotowywać się do rytuału, ćwiczyć mięśnie, to siedzi w pubie. I co tutaj robi. Ach, tyle pytań się zbierało, które miały ukazać swoje odpowiedzi po tymże skromnym zdaniu powitania.
Na dodatek zaraz jemu podsunięto kufel z wypełnionym jasnym piwem, więc jedynie przysunął go do siebie, lecz nie napił się. Wolał obserwować reakcję bruneta.

Xavier Alexander Morningstar

32


190 cm


Life is brutal







[Cytuj]
Multikonta: Elvan, Ceris, Rose
Morningstar chwilę zatopił się myślach. Zastanawiają się, że czas nie ubłagalnie mija l, a on zbliża się do swojej ceremoni nadania run. Te czarne znaki będą one umieszczone po raz pierwszy na jego bladej skórze. Będą się potem bardzo wyróżniać. Jednak mężczyzna z tego co wiedział widziały to tylko osoby mają Wzrok tak jak on lub inne rasy. Z rozmyślań wybudził go czyiś głos. Xavier odwrócił się do osoby, która zaczęła z nim rozmowę. Gdy ujrzał kto to jest na chwilę zapomniał języka w gębie. Co mu się rzadko zdarza. Zobaczył swoją kopie. Czyżby to ten sławny jego brat Jayden z którym wszyscy mylą Xaviera. Zaraz brunet się ogarnął.
- Witaj, jak widzę nasze spotkanie było nieuniknione. Świętuję? Jeszcze nie mam czego Jayden. Wydaje mi się, że chyba rodzina nic Ci nie powiedziała jak tam ze mną jest. A tak w ogóle oficjalnie się przedstawie. Jestem Xavier Morningstar - przyznał.
Mówiąc to zszedł z barowego stołka i wyciągnął dłoń w jego stronę. Miał nadzieję, że Jayden nie odtrąci ręki bruneta.

<div style="width:450px;"><div style="font-family:'Satisfy'; font-size:28px; line-height:80%; color:#8F507C;text-shadow: 1px 1px #e6e6e6;margin-top:50px;margin-left:-150px;position:relative;">
Xavier Verlac
<tbody></tbody>
<img src="https://data.whicdn.com/images/218888822/original.gif" style="border:2px dotted #8F507C; width:100px;height:100px;border-radius:100px;margin-top:-30px;"> <img src="https://78.media.tumblr.com/78e62194c979a5fe7bc90ab1e9ab31c5/tumblr_p6auofQ4co1vj7qtpo3_540.gif" style="border:3px dotted #8F507C; width:130px;height:130px;border-radius:100px;margin-top:-25px;">
<tbody></tbody>
<div style="width:380px; font-family:calibri; font-size:9px; text-transform:uppercase; text-align:justify; line-height:8px; color:#000000;"><div style="padding:2px;">
Here's to the lonely hearts and the ones that never change

Jayden A. Verlac

32


191 cm


i feel like i'm dying inside






[Cytuj]
Im dłużej przyglądał się brunetowi, tym bardziej upewniał się, że to może jednak być brat bliźniak, który ponoć jest bardziej towarzyski od niego. Jaydenowi nie przeszkadzały nalepki buraka, służbisty. Nawet plotkami się nie interesował, które krążyły na różne tematy. Ale co było naprawdę zabawne, ich pierwsze spotkanie nastąpiło pół roku po powrocie Jaydena do Yorku. Nie żeby specjalnie unikał takiego spotkania, tylko po prostu najwidoczniej los tak chciał, żeby obydwoje po prostu spotkali się teraz, a nie wcześniej. Na słowa Xaviera nie zareagował, tylko zastanowił się, czemu przedstawia się nazwiskiem wywodzącym z rodu łowców, a sam nie ma runów. Verlac spojrzał przez moment na wyciągniętą rękę i ostatecznie po chwili wyciągnął swoją, aby krótko ścisnąć dłoń bliźniaka.
- Zadziwiające, że przedstawiasz się nazwiskiem wywodzącym z rody Łowców, kiedy sam wywodzisz się z innego.- powiedział spokojnie, chowając jednocześnie swoją dłoń. Spodziewał się rozgadanego taktyka? Plotkarza? Żartownisia? Och, geny te niestety poszły całkiem w inną stronę. I Xavier ma teraz okazję to bardzo dobrze zobaczyć.
- Ale śmiało, możesz naprawić mój stan wiedzy.- dodał. Wbrew temu, jakie słowa wychodzą z jego ust, był ciekawy historii bliźniaka. Tyle lat minęło i dopiero teraz ma okazję poznać historię, która pechowo przytrafiła się Xavierowi. Zawsze mogło być na odwrót, lecz Jayden nie był w stanie wyobrazić sobie innego życia.

Xavier Alexander Morningstar

32


190 cm


Life is brutal







[Cytuj]
Multikonta: Elvan, Ceris, Rose
Morningstar ucieszył się, że jednak jego bliźniak przywitał się z nim. Od razu po rozmowie widać było, że mają naprawdę inne charaktery, a o wychowanou nie wspomnie.
Xavier musiał się zastanowić. Jakoś nie kojarzył by jacyś Nocni Łowcy mieli tak samo na nazwisko jak.
- Z tego co rozmawiałem z Shantae podobne brzmi Morgenstern. Jeśli jest naprawdę taki ród nazwany moim powiedzmy przybranym nazwiskiem to po prostu zbierzność nazwisk - przyznał dyplomatycznie.
No cóż... nie miał okazji poznać wszystkich Nefilim w Instytucie.
- Może życie było normalne jak na zwykłego człowieka tylko ze wzrokiem moi rodzice nigdy mi nie powiedzieli, że jestem adoptowany. Poza tym zawsze czułem, że czegoś mi brakuję i widziałem różne istoty. Moja rodzina zawsze wmawiała mi, że mam bujną wyobraźnie. Oświecił mnie trochę mój kuzyn Alan, trochę wytłumaczył mi o tym co naprawdę się dzieję. Wiele razy uratował mi życie, ale niestety już od dawna nie żyje. Po kłótni z moim ojcem i wydzieczynieniu przez niego znalazłem się w York. Tu też przypadkiem spotkałem Shantae. Ciekawe jak Ty byś się zachował jak od tak naprawdę obcej osoby dowiedział się, że jesteś adoptowany i masz inną rodzine? Nie wiem jak będzie z tym nazwiskiem. Nie jestem taki jak Twoja rodzina. Jak na razie dalej jesteście obcy dla mnie. Dalej jestem w szoku, że mam siostre, brata bliźniaka i inni. Poza tym mam adoptowaną córkę, ale kocham ją jak własne dziecko. Tylko na ceremoni, która się zbliża niektórzy z naszej rasy nie będą zachwyceni - opowiedział.
Zastanowił się chwile.
- Oczywiście Jayden nie chce byś był urażony, ale nie miałem nigdy rodzeństwa, poza tym od dziecka nie byłem wychowywany jako Nefilim. Nie jestem pewien czy jestem godny nazwiska Verlac, sam rozumiesz albo nie. Poza tym chce wszystkich dobrze poznać. Wątpię by do Twojej matki kiedykolwiek zwróce się tak jak Ty do niej. Jak dla mnie na razie jest to kobieta, która mnie urodziła. Chce po prostu byś zobaczył w jakiej jestem sytuacji. Poza tym mam nadzieję, że przyjdziesz na moją ceremonie? - zapytał.
Oczywiście Francuz uważał na słownictwo. Domyślał się, że Jayden podłapie o co mu chodzi z tą ceremonią.
- Będziesz kiedy chciał ze mną potrenować? - pytał.

<div style="width:450px;"><div style="font-family:'Satisfy'; font-size:28px; line-height:80%; color:#8F507C;text-shadow: 1px 1px #e6e6e6;margin-top:50px;margin-left:-150px;position:relative;">
Xavier Verlac
<tbody></tbody>
<img src="https://data.whicdn.com/images/218888822/original.gif" style="border:2px dotted #8F507C; width:100px;height:100px;border-radius:100px;margin-top:-30px;"> <img src="https://78.media.tumblr.com/78e62194c979a5fe7bc90ab1e9ab31c5/tumblr_p6auofQ4co1vj7qtpo3_540.gif" style="border:3px dotted #8F507C; width:130px;height:130px;border-radius:100px;margin-top:-25px;">
<tbody></tbody>
<div style="width:380px; font-family:calibri; font-size:9px; text-transform:uppercase; text-align:justify; line-height:8px; color:#000000;"><div style="padding:2px;">
Here's to the lonely hearts and the ones that never change

Jayden A. Verlac

32


191 cm


i feel like i'm dying inside






[Cytuj]
Co prawda, Verlac preferowałby zwykłe skinienie głowy, niż podanie ręki, ale to wszystko miało zostać w czasie wynagrodzone. Cieszył się bardzo, że nie musiał wiele mówić, tylko pozostaje na krótkich zdaniach, które szybko zweryfikowały wiedzę Xaviera. A więc już rozmawiał o tym z drogą siostrzyczką, uniknął jednoprzejazdowej karuzeli błędu. Pierwsza pułapka minowa obroniona, aż Jayden lekko przytaknął i napił się nieco piwa z kufla. Ciekawe, jaki stan faktyczny wiedzy posiada, ile już rzeczy zdołał się nauczyć, zapamiętać, przyswoić.
Póki co, miał okazję wysłuchać życiorysu bliźniaka, który uważał, że życie łowcy jest usłane różami, piedestałami, runami. Życie to ciągła walka z różnymi przeciwnościami losu. Czy był gotów na zaplamienie siebie krwią demoniczną? Na wieczną walkę na śmierć i życie? Na poznanie nawet swoich starych korzeni? Lecz co on miał jemu powiedzieć. Pocieszyć? Zniszczyć świadomość o przyjemnym dzieciństwie? Wolał milczeć, wysłuchując monologu Xaviera. Jak on sam zaznaczył - nie znali się dobrze. Więc Jayden tym bardziej miał prawo zachować swoje opinie, osądy z przeszłości w swoim umyśle, nie wdawając się w jakąś bezsensowną dyskusję.
- Nie jesteś pierwszy i ostatni, który dopiero teraz odkrywa swoje korzenie, czy też miał problematyczną przeszłość.- tyle wypowiedział się co do jego słów, że nie był wychowywany w kulcie łowców i dopiero teraz poznaje swoją rodzinę. A co, on jest pierwszy, że powinno się jego traktować niczym drogocennego kwiatka? Nawet Senę, która zjawiając się, nie pamiętała kompletnie nic o swoim pochodzeniu, tracąc wspomnienia z całej przeszłości, została ostro przez niego potraktowana. Jay to buc nietowarzyski, swoimi słowami może prowokować rozmówców, o czym niektórzy już zdołali się przekonać. Inaczej traktuje osoby, które już zdołał poznać i przenikły jego skorupę twardości i oschłości.
- Będę.- odpowiedział. Jak otrzyma termin, to zjawi sie na ceremonii raczej z obowiązku, niż z przyjemności. Dla niego przyjemność i strzelanie z łuku i obecnie nic innego tej czynności nie zastąpi. A wszelkie takie spotkania, ceremonie, to były czymś zbędnym dla Jaydena. Szczególnie, że pewnie ujrzy tam siostrę z bliźniakami, ugh...
- Zależy, jak będzie czas wolny. A trenowałeś już na czymś?
Jeśli chciał poćwiczyć z Jaydenem, niech jedynie wcześniej poinformuje, to Jayden załatwi miejsce i wolną godzinę. W końcu też ma swoje obowiązki, szkoli dodatkowo Senę i takie dzisiejsze wyjście miało na moment sprawić, iż Verlac odpręży się nieco od natłoku zdań.

Xavier Alexander Morningstar

32


190 cm


Life is brutal







[Cytuj]
Multikonta: Elvan, Ceris, Rose
Xavier zauważył, że jego brat bliźniak nie lubi dużo mówić i chyba nie jest towarzyski. Nie miałał zamiaru, więc go ciągnąć za język. Miał jednak nadzieję, że Jayden pomału choć troszkę się otworzy przed nim. Nigdy nie marzył o rodzeństwie, a tu patrz. Wiedział, że na pewno ma brata i siostrę, a dalej może się niedługo dowie.
Wysłuchał o tym jak drugi mężczyzna mówi, że nie jest pierwszy co odkrywa swoje korzenie.
- Dobrze wiedzieć, chociaż nie jestem sam - przyznał.
Gdy usłyszał, że Jayden przyjdzie na jego ceremonie nadaniania run uśmiechnął się promiennie.
- Jeszcze dobrze się nie znamy, ale uwiesz mi, że bardzo się cieszę, że przyjdziesz - powiedział.
Morningstar zastanowił się nad pytanie swojego brata.
- Od dziecka trenowałem strzelanie z łuku i jeśli chodzi o zwykły trening to walkę wręcz i takim kijem treningowym. Mam jeszcze pytanie czy byś poświęcił mi czas by pomóc mi w przygotowaniach do tej ceremonii? Oczywiście zrozumiem jeśli masz bardzo napięty grafik i nie będziesz mieć czasu - powiedział.
Brunet potrzebował pomocy, poza tym chciał się zbliżyć do Jaydena. Jeśli mężczyzna nie zgodzi się to jakoś poradzi sobie sam.

<div style="width:450px;"><div style="font-family:'Satisfy'; font-size:28px; line-height:80%; color:#8F507C;text-shadow: 1px 1px #e6e6e6;margin-top:50px;margin-left:-150px;position:relative;">
Xavier Verlac
<tbody></tbody>
<img src="https://data.whicdn.com/images/218888822/original.gif" style="border:2px dotted #8F507C; width:100px;height:100px;border-radius:100px;margin-top:-30px;"> <img src="https://78.media.tumblr.com/78e62194c979a5fe7bc90ab1e9ab31c5/tumblr_p6auofQ4co1vj7qtpo3_540.gif" style="border:3px dotted #8F507C; width:130px;height:130px;border-radius:100px;margin-top:-25px;">
<tbody></tbody>
<div style="width:380px; font-family:calibri; font-size:9px; text-transform:uppercase; text-align:justify; line-height:8px; color:#000000;"><div style="padding:2px;">
Here's to the lonely hearts and the ones that never change

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
#6

Oscar nie wiedział zupełnie, czego ma spodziewać się po tym spotkaniu. Miał nadzieję, że są może już jakieś wiadomości o Kieranie, ale chyba na to było jeszcze za wczas. Jeśli nie to, to o co dokładnie mogło chodzić? Nie chciał z góry niczego zakładać, mimo wszystko wiedział jednak, że nie powinien odkładać spotkania z Sonią na później, dlatego też zdecydował się zobaczyć z kobietą, kiedy tylko było to możliwe. Przesunął nieco spotkanie z jednym z inspektorów budowlanych, a później skierował się do The Green Tree, które znajdowało się na całe szczęście w Acomb, i zajął prędko jedno z miejsc. Miał również szczerą nadzieję, że nie wydarzy się dzisiaj nic, co wytrąci go z równowagi, bo ostatnie wydarzenia zaczynały naprawdę nieco mu ciążyć, w końcu nazbyt wiele działo się w dość krótkim czasie, a on miał wrażenie, że przestaje wiedzieć, jak poprawnie reagować. Być może rozmowa z Eve nieznacznie mu pomogła, co było o tyle zadziwiające, że nikomu nie chciał wyjawiać tych spraw, teraz jednak analizował właściwie cały czas to, co się wydarzyło i co może usłyszeć od Sonii. Nic zatem dziwnego, że ostatecznie wziął kilka głębokich oddechów, zaraz po tym, jak zamknął oczy, by całkowicie oczyścić umysł. Nie chciał i zdecydowanie nie powinien dawać porywać się takiemu natłokowi emocji, który nie prowadził do niczego dobrego, ba, z reguły wpędzał go w wielkie tarapaty, a jak wiadomo, raczej mało kto lubi tłumaczyć się z pewnych spraw i świecić oczami, gdy nagle orientuje się, że wdepnął w naprawdę pokaźny krowi placek.
Czuł, jak powoli się uspokaja. Krew zdawała się przestawać tak żywo krążyć w żyłach, a wilk nawet ziewnął przeciągle, nawykły już do metod swego alter ego. Basior nie przepadał za czystym szaleństwem i całkowitą ślepotą, bo w takim stanie można było nie raz i nie dwa przegapić to, co było naprawdę najważniejsze. Nic zatem dziwnego, że teraz również dał się nieco ugłaskać, pozwolił na to, by ludzka część Oscara przejęła pełnię kontroli i po prostu uspokoiła jego rozszalałe myśli. To, że będzie zakładał milion rozwiązań, nim naprawdę przekona się o co chodzi, nie było wcale najlepsze i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Sonia Kozakova

23


178 cm


Where is my mind?







[Cytuj]
Multikonta: Anthony
#56

Sonia też czuła, że ostatnie wydarzenia, który miały miejsce w wilczej społeczności, przytłaczały ją. Nie była doświadczona w wilczych sprawach, a musiała wziąć na klatę ogarnięcie watahy, którą Kieran postanowił opuścić. Poważne osąd, ale jak inaczej miała nazwać nagłe zniknięcie Vaughana? Tymczasowymi wakacjami? Nie pozostawił po sobie żadnej wiadomości, choćby dwóch słów wyjaśnienia czy poinformowania, dlaczego tak zdecydował. Kozakovej było niesamowicie przykro i musiała przyznać, że czuła się dotknięta tym, co zrobił alfa. Przy reszcie członków watahy nie chciała dawać ponieść się emocjom, bo zaistniała sytuacja nie była dla nikogo łatwa, a Sonia nie chciała obarczać reszty swoim złym humorem, szczególnie, że piastowała funkcję bety. Cokolwiek to teraz znaczyło...
Wiedziała, że spotkanie z Oscarem było nieuniknione, aczkolwiek czuła ukłucie winny, gdy ponownie umawiała się z nim na spotkanie i narzucała na jego barki kolejny problem do ogarnięcia. Z trudem prosiła innych o pomoc, owszem, ale jeszcze bardziej nie lubiła, komuś dowalać kłopotami. Powinna sama zająć się rozgardiaszem, który zapanował w stadzie, ale zarazem gorzko racjonalizowała potem sobie, że w obecnej chwili bez wsparcia Robertsa i jego Wilczego Azylu, będzie z nimi kiepsko. Cholera, sama nie potrafiła zapanować nad swoim wewnętrznym wilkiem, to jak miała trzymać w ryzach inne wilkołaki?
I dlatego też wylądowała w The Green Tree, siadając naprzeciwko Oscara i uśmiechając się do niego na przywitanie. Roberts był świetny w panowaniu nad sobą, ale intuicja Rosjanki zapaliła czerwoną lampkę w jej głowie. Coś było nie tak. Coś zmąciło tę oazę spokoju, jakim była osoba Robertsa. Sonia może nad interpretowała sygnały, ale mężczyzna wydawał jej się po prostu zmęczony.
Kozakova ponownie poczuła ukłucie winy, że nie ma dobrych wiadomości, z którymi mogła się podzielić.
- Hej - okej, niech chociaż start będzie luźny. - Co powiesz na grzańca z wina? - zaproponowała, bo czuła, że nie będzie to szybka rozmowa oraz nie chciała też siedzieć z niczym. Dlatego też, gdy podeszła kelnerka, zamówiła dla siebie wspomniany napój i jeśli Roberts przystanął na propozycję, wspomniała o porcji dla niego.
- Jak idą budowy z Wilczym Azylem? - zagadnęła, niby niezobowiązująco, aczkolwiek ta informacja była dla niej teraz super istotna.

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Działo się wiele, a jak wkrótce mieli się przekonać, miało być tego jeszcze więcej. Oscar chyba nie spodziewał się, że tajemnica Świata Cieni może wyjść na światło dzienne przez działania pewnego Litwina, który z tylko sobie znanych powodów doprowadził do wzrostu nienawiści wilków do wampirów. Owszem, Roberts czuł głęboko w sobie, że jest to rzecz naturalna, że zapach przedstawicieli przeciwnej rasy drażni go niemożliwie mocno, ale jednak byli dość cywilizowanymi jednostkami, toteż zawsze zakładał, że mogą się unikać. Teraz jednak, nawet on, czuł już, że najchętniej przegnałby wampiry ze swego terytorium. Nie zagrażały co prawda jego żołądkowi, bo od lat, jeśli nie stulecia, wilki nie polowały świadomie na ludzi, jednak to przeświadczenie było głęboko zakorzenione i ukryte gdzieś w głowie basiora, nad tym zaś mimo wszystko Oscar panować nie był w stanie. Wyglądało jednak na to, że już wkrótce będą musieli tłumaczyć się innym rasom i jak najszybciej powinni zacząć się izolować, biorąc na siebie odpowiedzialność za nienawiść, jaka w nich rosła. Na razie jednak Oscar czuł również, że będzie musiał zacząć odpowiadać za wszystkie wilki Yorku, skoro Kieran zniknął, stado szło w rozsypkę, a niektóre rzeczy po prostu stanęły na głowie. Część z nich jakby wyparowała i mężczyzna zaczynał się obawiać, że jednak Łowcy mieli w tym swój udział. Zatem tak, mógł czuć się zmęczony i tak było, jednocześnie jednak czuł się alfą bardziej, niż kiedykolwiek i musiał zacząć działać. Nic zatem dziwnego, że starał się, by budowa Azylu szła jak najszybciej. Od tego zależało bowiem bardzo wiele.
Niemniej jednak nie miał nic przeciwko temu, by pomagać. By faktycznie walczyć o wilki, a nie tylko stać obok i zastanawiać się, co się z nimi stanie. Nawet Eve zaczęła się w to wszystko angażować, choć nie przejawiała zbyt wielkiego zainteresowania stadem. Różnie jednak, jak widać, w życiu bywało. Cieszył się, że inni również starają się coś zrobić, że Savio prężnie działa w sprawie Arunasa, że Sonia wzięła ma swoje barki stado, ale jednocześnie miał poczucie, że są młodzi i musi im pomóc. Chętnie wybrał się zatem na to spotkanie, tym bardziej, że wiadomość od Włocha jednocześnie go rozgniewała i poważnie zasmuciła, uświadamiając mu jednocześnie, że teraz nie może ich rozczarować. Czuł, że musi im dać bezpieczne miejsce i bezpieczny bastion. Każdemu z nich, niezależnie od tego, czy popierał Kierana, czy też nie, czy miał inne pomysły na swoją osobę, czy nie wiedział, jak się zachowywać. Potrzebowali Alfy, która ich nie porzuci.
- Cześć, Soniu. Jeśli chodzi o wino, to podziękuję, nie pije alkoholu. Poproszę jednak o zimną wodę - odparł, a ostatnie słowa skierował do kelnerki, gdy się przy nich znalazła.
Odniósł wrażenie, że kobieta jest nieco zagubiona, ale nie chciał narzucać jej jakiegoś własnego tempa rozmowy uznając, że sama wie najlepiej, jak ją poprowadzić. To ona, nie on, straciła alfę i musiała decydować teraz, co właściwie powinna zrobić ze stadem, co niewątpliwie było kwestią ciężką i w pewien sposób bolesną. Pytanie o Azyl aż tak bardzo go nie zdziwiło, jednocześnie jednak było niewątpliwie miłe. Skinął lekko głową, jakby w formie podziękowania za zainteresowanie, a następnie udzielił jej odpowiedzi.
- Dość dobrze. Właśnie bierzemy się za kładzenie dachu, powinniśmy zdążyć przed niepogodą, a potem zaczną się ostateczne pracę w środku, wstawianie okien i drzwi. Myślę, że za miesiąc będziemy na wykończeniu i tak jak zakładaliśmy, w połowie listopada będzie można wnosić meble i działać. Czekam tylko na informację od Opal w sprawie artefaktu, jaki u niej zamówiłem i będę mógł uznać, iż Azyl będzie względnie bezpiecznym miejscem.

Sonia Kozakova

23


178 cm


Where is my mind?







[Cytuj]
Multikonta: Anthony
Oj tak, to, co na razie się zadziało, m.in. w wyniku obecności Arunasa, miało być niczym w porównaniu z wyjawieniem tajemnicy Świata Cieni. I jak na złość, Sonia miała być jedną z tych, które na oczach przyziemnych przemieniła się w wilka, a potem szarpała z wampirzycą. Po tym wydarzeniu będzie na siebie wściekła, tak delikatnie to ujmując. Inna sprawa, że miejsce jej pracy pójdzie się chędożyć. Oho, tylko poczekać na reakcję Niny. I niby źródła wyjawienia tajemnicy istnienia Świata Cieni, można dopatrywać się w ingerencji Arunasa, która pokryła się z wpływem Księżyca Żniwiarzy. Jednak Sonia wciąż będzie sobie wyrzucała brak samokontroli oraz to, że po jaką cholerę tam polazła. Jasne, może w ten sposób uratowała, dajmy na to, Kasię, bo przebywała od niej z daleka? Kto wie, można tak sobie gdybać, jedno było pewne - podziemie stanie przed nie lada wyzwaniem, a na arenie międzyrasowej oberwie się zapewne głównie wilkołakom i może wampirom. No, i Sonia będzie czuć się jak gówno, ale to tak na marginesie.
Racja, w tej chwili wilki potrzebowały alfy i to było naturalne, że dopatrywali się w osobie Oscara takowej postaci. Doświadczony wilkołak, który emanował siłą spokoju oraz wyraźnie interesował się losem młodszych kłaków i przy tym był w stanie poświęcić dla nich trochę swojego czasu. Nie wspominając już o Wilczym Azylu. Jednak Sonia czuła się chujowo z tym, że rzadko kiedy mogła pójść pogadać z Robertsem tak, by nie wiązało się to z przynoszeniem kiepskich wiadomości oraz dobijaniem jakiś układów, które jedynie dorzucały więcej obowiązków wilkołakowi. Serio chciała wreszcie powiedzieć, że jest dobrze, układa się i nie ma czym się martwić. Jednak w zastałych sytuacjach nie dysponowała takimi nowinkami, ale może niedługo usiądzie na spokojnie i temat rozmowy nie będzie się kręcił wokół Arunasa oraz tego, jak ogarnąć zastały bajzel. I już chodziło tu o każdego wilkołaka, bo Kozakova ostatnio odnosiła wrażenie, że wszystkie konwersacje z wilkami kręciły się wokół jednego. Zresztą, to było zrozumiałe, ale fajnie byłoby wreszcie odetchnąć od natłoku wydarzeń, zwolnić i zapytać czy ktoś z kłaków nie ma ochoty porobić czegoś trywialnego. No, ale w najbliższych czasach Rosjanka mogła sobie o tym tylko pomarzyć, biorąc pod uwagę, że niedługo The Requiem pójdzie w pizdu, a tajemnica Świata Cieni przestanie być tajemnicą.
Sonia pokiwała głową z wyraźną aprobatą oraz... ulgą? Tak, tak chyba mógł interpretować Oscar minę dziewczyny, gdy usłyszała, że serio niedługo będzie można wprowadzić się do Wilczego Azylu.
- Brzmi dobrze - wyznała dość powściągliwie biorąc pod uwagę to, co poczuła, ale jej mały uśmiech zdradzał trochę, co działo się w wnętrzu Kozakovej. - Będziesz miał już pierwszy lokatorów, jeśli nie masz nic przeciwko - zaczęła, przechodząc do sedna ich spotkania. Westchnęła trochę głośniej, szykując się na poinformowanie Robertsa, co udało się ustalić z niedobitkami Gałganów.
- Stado pozostało bez alfy, co już zresztą wiesz. Ostatnio zarządziłam spotkanie i zdecydowana większość nie chciała, by wataha się rozpadła, ale byliśmy zgodni, że przydałaby się nam bardziej doświadczona pomoc oraz lepsze schronienie. Także, jeśli to w porządku, to ci, którzy mieszkali w domu watahy, mogliby przenieść się do Azylu - to tak z grubsza. - Jak już wspomniałam, nie chcą zmieniać statusu na niezrzeszone, więc jeszcze pozostaje kwestia czy odpowiadałoby ci to, żeby w Azylu istniała taka formacja - no bo przecież Roberts nie musiał sobie życzyć niańczenia niedobitków stada Kierana, nawet posiadając tak wiele życzliwości.

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Teraz jeszcze o tym nie wiedział, ale kiedy wszystko stanie na uszach, Oscar w pełni zda sobie sprawę z tego, że odpowiadał za nich wszystkich. Za każdego wilka. I to na nim spocznie obowiązek prowadzenia rozmów z Nocnymi Łowcami, z ich władzą, która chyba przeżywała jakąś rewolucję, choć Roberts nie był pewien, czy to nie są tylko jego przypuszczenia. Nie otrzymywał już żadnych wiadomości od Dyrektor, zapadła całkowita cisza, a on nie był pewien, jak należy to odczytywać. Tak czy inaczej, samoczynnie kierował się na stanowisko alfy, czując jednocześnie, że po prostu nie może się już z tego wycofać. Młodzi potrzebowali pomocy, a on był tym, który mógł im ją dać, musiał tylko porządnie się postarać i nieco nagimnastykować, by wszystko wyjaśnić i wszystkich osłonić. Taka jednak była powinność najstarszego i najsilniejszego wilka w okolicy, niezależnie od tego, czy tworzyli stado, czy też nie. I Oscar w pełni to rozumiał, nic zatem dziwnego, że w głębi siebie szykował się już na zmierzenie się z konsekwencjami, jakie jeszcze mogą na nich spaść.
On również chciał, by mogli usiąść spokojnie. By nic się nie działo, przynajmniej przez kilka dni, by ich życie toczyło się inaczej, ale równocześnie w pełni zdawał sobie sprawę z tego, iż są to jedynie pobożne życzenia, a on niewiele może z tym zrobić. Pewne sprawy wymagały, by doprowadzić je do końca i nie było tutaj nawet mowy o tym, by te kwestie odsuwać od siebie gdzieś na bok, by o nich zapominać, czy machać na nie ręką. Nic z tego. Musieli dowiedzieć się, o co dokładnie chodzi Arunasowi, ale równocześnie nie mógł po prostu zostawić Wilczego Azylu na pastwę losu. Tym bardziej, że czas jego wybudowania, zbliżał się coraz bardziej. Oscar wierzył nadal, że do świąt będą mogli żyć w nim już bezpiecznie, osłonięci i cali, bez większych problemów, czy czegokolwiek takiego. To było dla niego niesamowicie istotne i wiedział, że musi wkrótce skontaktować się z Opal, by dowiedzieć się, jak mają się sprawy z artefaktem, który u niej zamówił. Na razie zaś skupił się w pełni na tym, co miała do powiedzenia Sonia.
- Soniu - powiedział spokojnie, gdy podano ich napoje. - Obiecywałem, że zajmę się wszystkimi wilkami, niezależnie od tego, czy zrzeszonymi, czy nie. Szykuję miejsce w Azylu dla każdego, dlatego też, jeśli będziecie się w nim czuć bezpieczniej i spokojniej, nie widzę problemu, żebyście wprowadzili się tam od razu. Straciliście Kierana, podjęliście taką, a nie inną decyzję, więc nie zamierzam odmawiać wam żadnej pomocy. Powiedz mi tylko, jak sobie to teraz wyobrażasz? Bo zamierzam w ramach problemów reprezentować nas wszystkich, niezależnie od tego, czy stado istnieje, czy nie - dodał ostrożnie, bo nie chciał się jej również z niczym narzucać, wolał, by była to po prostu poważna dyskusja i ostatecznie wspólne podjęcie decyzji, co do dalszego kształtu ich współpracy. Spokojnie upił łyk wody, a później skinął głową na znak, że słucha wszystkiego, co ma mu jeszcze do powiedzenia.

Sonia Kozakova

23


178 cm


Where is my mind?







[Cytuj]
Multikonta: Anthony
Zdecydowanie brak obecności Oscara, mógłby być fatalniejszy w skutkach, niż nawet zniknięcie Kierana, choć Sonia przeżywała na razie mocno odejście drugiego z wilkołaków. Subiektywnie była na razie mocniej przywiązana do Vaughana, ale obiektywnie musiała przyznać, że Roberts stanowi mocniejsze i stabilniejsze oparcie dla młodych, niedoświadczonych wilków. Także Rosjanka nawet wolała sobie nie wyobrażać nagłego braku obecności Oscara, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia oraz ich natłok. Oj nie, niech się drogi Ojciec Wirgiliusz nigdzie nie wybiera, a reszta futrzaków na pewno spróbuje mu pomóc jak może, a przynajmniej Sonia nie zamierzała wszystkiego zrzucać na barki mężczyzny.
Jednak na razie musiała trochę obciążyć Oscara kolejnym niecierpiącym zwłoki obowiązkiem, a raczej sprawą do obgadania oraz ustalenia. Nie mogła sobie pozwolić na zwykłą gadkę szmatkę z wilkołakiem, ale możliwe, że była to kwestia czasu. Na pewno. Jeszcze zdążą porozmawiać o bardziej przyziemnych rzeczach, a może nie będzie im to dane - okaże się. Grunt, żeby w Yorku choć na chwilę się uspokoiło, by było można odetchnąć.
Rosjance wyraźnie ulżyło, gdy dostała odpowiedź od Robertsa. Na jej zmęczonej twarzy pojawił się mały uśmiech, a ona sama wypuściła głośniej powietrze. Niby mogła spodziewać się tego, że Oscar bez problemu przyjmie niedobitków Gałganów pod dach Wilczego Azylu, aczkolwiek Sonia ciągle miała obawy. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebne.
- Przyznam szczerze, że sama do końca nie wiem, w jakiej formie nasza wataha może istnieć. Prawdę powiedziawszy, mam duże wątpliwości, co do tego, czy przetrwa to w obecnej postaci. Oczywiście zgadzam się z tym, że będziesz reprezentantem. Podejrzewam też, że watah przetransformuje się w nową. Przede wszystkim zależało mi na tym, żeby ci, którzy się ostali, mieli dach nad głową oraz opiekę kogoś doświadczonego i zaznajomionego z wilkołaczymi niuansami. Niestety nie jestem do tego odpowiednia, dlatego cieszę się, że się zgodziłeś - Rosjanka uśmiechnęła się do Robertsa z wdzięcznością, jasno dając do zrozumienia, że jest mniej zmartwiona o byt Gałganów. - Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli pozostaniemy luźnym zgrupowaniem, który zajmie kilka pokoi w Azylu. Jest nas za mało, byśmy tworzyli bardziej złożoną hierarchię, a biorąc pod uwagę to, co się ostatnio dzieje, uważam, że naszym priorytetem jest współpraca i rozwiązanie sprawy Arunasa. Obstawiam również, że wilki będą potrzebowały czasu do adaptacji w nowym miejscu i kto wie czy nie stanie się coś, co wymusi na nas wszystkich, wilkołakach, uformowania czegoś nowego? - to były jedynie spekulacje Sońki, a czas pokaże czy prawdziwe. - Przede wszystkim zależało mi na zapewnieniu im bezpieczeństwa - dodała ciszej, wbijając spojrzenie w okno. Zapewne teraz doceniłaby spokój chwili: to, jak grzaniec rozgrzewał jej dłonie, jak ciepłe światło układało się w wnętrzu lokalu czy muzykę grającą w tle. Niestety Sonia nie potrafiła dostrzec tych małych przyjemności, zbyt zajęta myślami o wilczej sytuacji. - Pewnie dorzucam ci zmartwień - mruknęła bezwiednie, przenosząc wzrok na Robertsa. Jej mina była przepraszająca, ale również wilkołak mógł zobaczyć na niej troskę. Cóż, Sońka ślepa nie była i dostrzegła to, że na Oscarze ostatni natłok rzeczy do ogarnięcia, odbija się.

Oscar Roberts

52


184 cm


Their howls are sending chills down my spine







[Cytuj]
Multikonta: Jonathan, Marianne, Margot
Oscar nigdzie się nie wybierał. Wrócił tutaj i właściwie z miejsca wciągnął się we wszystkie problemy, jakimi żyły okoliczne wilki. Nie zwracał zbyt wielkiej uwagi na Kierana, bo i on nie zwracał uwagi na niego, a później dosłownie wszystko stanęło na głowie i nie było już właściwie ucieczki od tego, do czego się zobowiązał. Ostatnimi czasy jednakże liczba obowiązków jedynie wzrastała i Roberts mógł czuć się nieco przytłoczony, co właściwie nie było aż tak dziwne, gdyby się nad tym poważnie zastanowić. W końcu stał się odpowiedzialny za nich wszystkich i nie zamierzał z tego w ogóle rezygnować, wszystko to strasznie mu się podobało, choć niektórzy pewnie uznaliby, że jest szaleńcem. Czuł jednak, że jest na miejscu i doskonale wie, co robić, aczkolwiek nie zawsze było to tak proste, jak mogło się niektórym wydawać. Nic zatem dziwnego, że Sonia dostrzegała w nim zmęczenie.
Był pewien, że przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy faktycznie będą mogli porozmawiać o zdecydowanie prostych i nieskomplikowanych tematach. Nie ma co ukrywać, Oscar również na nie czekał i to nawet dość mocno. W końcu, czy życie miało już zawsze skupiać się na tym, co działo się dookoła nich, na tych wszystkich problemach, o jakich właśnie rozmawiali? Roberts miał szczerą nadzieję, że nie, że to wszystko będzie mogło wyglądać inaczej, że znajdzie czas na to, by znowu pójść wieczorem do pubu i grać na gitarze, śpiewać, że będzie miał czas szkicować ogrody dla własnej przyjemności, że będzie mógł spędzić czas w gronie tych wszystkich wilków, które zaczynał uznawać za przyjaciół i będzie mógł po prostu śmiać się z nimi i grać w niemądre gry.
- Nie masz się czym martwić, naprawdę. Mówiłem od samego początku, że nie ma dla mnie znaczenia, skąd pochodzicie, czy należycie do stada, czy nie. Teraz moim obowiązkiem jest zapewnienie wam bezpiecznego schronienia, tym bardziej że wszystkie sprawy się coraz bardziej komplikuję. Obiecuję, Soniu, że będę starał się, reprezentować nas jak należy i robić wszystko, by nie spotkały nas kolejne krzywdy - powiedział całkiem poważnie i wyciągnął rękę, by położyć ją na chwilę na jej ramieniu, a następnie upił łyk chłodnej wody. Nie chciał teraz o nim przesądzać, gdyż uważał, że na to było zdecydowanie za wczas, ale mimo wszystko był pewien, że nie zostawi dawnego stada na lodzie, tak się po prostu nie robiło. Czuł się odpowiedzialny za te wilki, nic zatem dziwnego, że ostatnią rzeczą, jakby by zrobił, byłoby zostawienie ich na lodzie. Skinął jednak delikatnie głową, gdy Sonia mówiła dalej.
- Być może, zobaczymy po prostu, co przyniesie życie, nie ma sensu tworzyć czegoś na siłę, bo to się nigdy nie sprawdzi. I nie martw się, wiedziałem doskonale, na co się piszę, kiedy brałem was wszystkich pod opiekę. Nie zamierzam się z tego wycofywać, możesz być pewna. Docenię jednak każdą pomoc, jaką od was otrzymam - dodal zaraz spokojnie. Nie powinna zadręczać się tym, jak się czuje, bo to nie miało znaczenia. Oscar był silnym wilkiem, ale tak jak każdy miewał po prostu gorsze dni, z czym musiał się liczyć. Tak on, jak i inni, ale na pewno nie zamierzał od tego uciekać. Nie zamierzał, nie chciał stać się drugim Kieranem, tym bardziej że okoliczne wilki z całą pewnością nie zniosłyby już takiego ciosu.

Sonia Kozakova

23


178 cm


Where is my mind?







[Cytuj]
Multikonta: Anthony
Sonia nie mogła do końca ustalić czy czuję ulgę, czy coś na wzór... niepokoju? Jakkolwiek mogła nazwać to odczucie, że wlazła w wilcze bagno bardziej niż gdyby kiedykolwiek chciała, a tym samym coraz bardziej staje się zależna od pewnych struktur. Jednak tego dnia, gdy siedziała w pubie z Oscarem, postanowiła zignorować nieproszony głos z tyłu swojej głowy i zamiast tego uśmiechnęła się z wdzięcznością, bo niedobitki stada Kierana miały nieocenione wsparcie w Robertsie. I to na razie się tylko liczyło, a swoimi własnymi niepokojami zajmie się później, jeśli w ogóle nie zignoruje.
- Jeszcze raz dziękuję - dodała, uśmiechając się nieco szerzej, gdy poczuła dłoń na ramieniu w wspierającym geście. Okej, czyli sprawę załatwienia dachu nad głową Gałganom ma ogarnięte. - O to nie musisz się martwić, pomożemy jak tylko możemy - zapewniła poważnie, bo podejrzewała, że wilki z dawnego stada nie będą ot tak chciały siedzieć w Azylu i nic nie robić.
Można zatem uznać te spotkanie za udane, a przynajmniej tak odczuwała Sonia, gdy pożegnała się w pewnym momencie z Oscarem, zapłaciła za grzańca i wróciła do domu.

z.t x2

Prudence Lavoie

22 lata


159 cm


o







[Cytuj]
Multikonta: Brak
//dzień po spotkaniu z Wanią, godziny wieczorne//

Prudence nigdy nie była dobra w sprawach organizacyjnych, bo jeśli chodzi o załatwianie wszelkiego rodzaju papierów, to miała strasznego lenia w rzyci. Najlepiej by to rzuciła w pierun, ale musiała wreszcie dorosnąć i nie odkładać wszystkiego na później, zwłaszcza gdy chodziło przecież o tak ważną rzecz. Na szczęście dla niej, to przeprowadzkę miała już za sobą (no, prawie), a to oznaczało – chlanie, balowanie i poznawanie innych. Jeszcze parę lat temu takie imprezowanie było swego rodzaju owocem zakazanym, zwłaszcza tu, w York, bo o ile w domu miała te swoje bunciki i niesłuchanie się rodziców, tak swojej babci słuchała się bezwzględnie i jeśli mówiła ona ‘’nie’’, to Prue pozostawały jedynie marzenia, że jak dorośnie, to nie będzie nikt już jej rozkazywać. Ile by teraz dała, by ten raz ostatni posłuchać babciowego narzekania na… właściwie na cokolwiek.
Ale hej, zabawa trwa, a właściwie jeszcze się nawet nie zaczęła dla Lavoie, która dopiero co przydreptała do pubu. Miejsce od razu sprawiło, że kobiecie zaparło dech w piersiach, nie do takich miejsc przywykła w swojej miejscowości, które w zasadzie miała z 4 puby na krzyż różniące się w zasadzie tym, no dobra, niczym się nie różniące, chyba jedynie nazwą. Zamówiła drinka, w miarę na jej fundusze, i usiadła sobie gdzieś z boku, obserwując ludzi.
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo