Valente De León
[Usunięty]
Valente De León
[Usunięty]

Valente De León
Metryczka


Imię: Valente (mongolskie: Nergüi/chińskie: Zhelan)
Nazwisko: De León (mongolskie: Ganbaatar)
Data urodzenia: 04/08/1609
Miejsce urodzenia: Mongolia

Wiek: 411 lat (32)
Wzrost: 184 cm
Waga: 76 kg

Rasa: wampir

Wizerunek: Choi Seunghyun

Charakter

Okres rozwijania się jego osobowości można by podzielić na trzy etapy. Po pierwsze — dzieciństwo. Za młodu Valente był osobą cichą, lecz ciekawą świata, głównie przez ograniczenia, jakie postawiła mu jego matka. Interesował go świat, którego nie był w stanie dosięgnąć, chciał tego, co pozostałe dzieci, tej wolności i swawolności, biegania po polach, polowań czy pływania w rzece. Opowieści o historii jego ojczyzny mógłby słuchać godzinami, choć za każdym razem kończyły się po zaledwie dziesięciu minutach, po tym jak matka w końcu go znalazła i na nowo uziemiła w namiocie.
Wraz z latami nastąpił okres buntu, podczas którego miał serdecznie dość więzienia, w którym się znajdował. Do teraz żałuje swojej porywczości i słów wypowiedzianych w stronę swojej rodzicielki, jednak wiedział, że gdyby nie to, nieskończenie siedziałby zamknięty pod jej czujnym okiem.
I tu nadchodzi drugi etap kreacji jego charakteru, który trwał od ucieczki z domu do momentu przemiany. Mimo swojej przeszłości, Valente był osobą samodzielną, zawsze szybko się uczył i dostosowywał do nowych sytuacji. Ciekawość świata nigdy w nim nie umarła, narodziło się jednak coś nowego, coś, z czego obecnie nie był dumny. Może zaczął brać przykład z nieodpowiednich ludzi, może to skutek wiecznego zamknięcia i niewielkiego dostępu do tego, jak ówcześnie wyglądało życie, a może również gniew skierowany we własną matkę, że chciała mu to wszystko odebrać — trudno było mu wytłumaczyć swoją nagłą zmianę. Mówiąc krótko — stał się okrutny. Arogancki, agresywny, dumny. Podczas bitwy zabijał bezlitośnie, wierzył w wyższy cel tego wszystkiego, płacz nie robił na nim wrażenia. Pluł na wszystkich, którzy okazywali słabości, sam również odciął się od swoich własnych. Gdy trafił do Chin, nigdy się nie ugiął, nie podlizywał się, nie wchodził w czyjeś łaski, nawet jeżeli jego bezczelne zachowanie było później karane. Kiedy miał okazję, próbował uciec, wiedząc, że to skończy się jeszcze większą karą. Nie był osobą, która by się poddała i straciła swój honor tylko dlatego, by poprawić swoją sytuację. Uznał, że będzie żył na własnych warunkach, a jeśli ma coś kiedyś osiągnąć, to tylko dzięki swojej własnej sile i wytrwałości.
Od momentu przemiany jego usposobienie uległo zmianie. Stał się bardziej łagodny, wyrozumiały. Uświadomił sobie, że siła czy przemoc nie są rozwiązaniem, chciał się również odciąć od swojej ludzkiej wersji. Zaczął widzieć piękno otaczającego go świata, na nim chciał się skupić, a nie na tak trywialnych rzeczach jak władza, duma. Wyuczył w sobie cierpliwość, zrozumienie, niechęć do jakichkolwiek konfliktów i mieszanie się w nie. Czasem straci nerwy tak jak każdy, ale szybko wraca do zmysłów. Stara się też być asertywny, przez co czasem może wydać się arogancki czy chamski, ale nie przywykł do traktowania innych jak z porcelany. Pozostaje typem samotnika, który zamyka się w swoich czterech ścianach, rzadko można zobaczyć go w dużych zbiorowiskach, a co dopiero na jakichś imprezach. Nie lubi hałasu, woli ciszę i spokój. Pomimo jednak przedstawienia go jako przykładu stoika, Valente nie jest tak poważny, jak mogłoby się wydawać. Gdyby poznać go lepiej, można zauważyć, jak durnowaty czy dziecinny potrafi być. Lubi ryzyko, kiedy razem za tym idą dobre wspomnienia, daddy jokes to jego domena, nawet jeśli tylko jego śmieszą. Żeby poznać tę stronę, zwykle trzeba zdobyć jego zaufanie, co nie jest łatwe. Jeśli jednak ktoś znajdzie w nim przyjaciela, może być pewny, że będzie go bronił, a w niektórych przypadkach może nawet postawić siebie w roli rodzica, stawiając opiekę nad daną osobą aż zanadto — co wtedy może zburzyć jego wizerunek traktowania pozostałych z dystansem.

Biografia

Jego matka zawsze była przesądna — to jedyna rzecz, którą pamięta. Dzisiaj nie jest nawet w stanie przypomnieć sobie jej twarzy.

Urodził się w mongolskim namiocie, otoczony przez kobiety tak stare, że ich opadnięte powieki zdawały się całkowicie przysłaniać im pole widzenia. Mimo to przyjęły poród bez jakiegokolwiek problemu, sprowadzając tym na świat kolejnego Mongoła. Zdrowego, silnego i oddanego Imperium Mongolskiemu.

Szkopułem w realizacji ostatniego postanowienia nie był on, lecz jego matka. Córka szamana, nałożnica, która dowiedziawszy się o swojej ciąży, uciekła. Uciekła od swojej niewoli, od całego zła, które wówczas oblegało tereny Mongolii. Chciała, by jej dziecko było od tego wolne. Chowała się jednak nie tylko przed konfliktami politycznymi, ale i dziwnym przeczuciem, że jej dziecko jest zagrożone — nie wojną, a czymś o wiele gorszym.

Niektórzy nazywali ją szaloną. Od małego trzymała Nergüi pod kloszem, nie pozwalała mu na jakiekolwiek zabawy, nawet z osobami jej znanymi. We wszystkich widziała czające się zło, które czekało, aby zwabić jej syna i pogrążyć go w mroku. Wizyty u szamanów, dziwne rytuały i błogosławieństwa, zakazy wychodzenia po zmroku i obrzydliwe jedzenie, które miało go uchronić przed “złymi mocami”, których ani nie widział, ani nigdy wcześniej nie doświadczył.

Mimo swojej miłości do matki, sam uznał ją za szaloną. Jej płacz i krzyki przestały robić na nim wrażenie. Nie chciał umrzeć, nie przeżywając swojego życia, nie chciał też być bezczynnym i jedyne, co robić, to uciekać przed kolejnymi najeźdźcami z Chin.

Gdy dostatecznie dorósł, uciekł tak, jak wcześniej uciekła jego matka. Opuścił swoją własną niewolę, widząc wtedy swoją matkę po raz ostatni. Czuł, że nie taki powinien być jego los. Miejsce Nergüi nie było w namiocie. Było w siłach zbrojnych — w miejscu, od którego tak desperacko próbowała uchronić go rodzicielka — przed losem, który wisiał nad nim długo przed tą gorącą nocą w namiocie, pośród starych babek i szamanek. Początek życia, który chciał wieść, był jednocześnie jego końcem.

Zafascynowany historiami o Czyngis-chanie, razem z innymi plemionami w 1632 roku wyruszył na podbój ziem Ligdan-chana. Ich wygrana miała być początkiem przywrócenia dawnej świetności, a zakończyła się klęską. I choć nie pamięta swojej matki, nie potrafi zapomnieć o krwi, którą widział i którą miał na rękach, o nienawiści, która nim kierowała i całkowitym zapomnieniu o swoim człowieczeństwie. Wtedy nie dało mu to nic do myślenia i brał udział w kilku innych następnych bitwach, tych mniejszych i większych.

Niedługo po tym trafił do niewoli w Chinach. Służył na pewnym dworku, zajmując się końmi, a niedługo po tym, kiedy zaczął mówić po chińsku — handlem z kupcami. Czy próbował uciec? Oczywiście. Za żadnym razem jednak mu się nie udało, a kolejne ucieczki kończyły się krwawymi ranami na plecach i innymi krzywdami, które nie pozostawiły po sobie blizn. Kazano mu również zapomnieć o swoim pochodzeniu oraz nadano mu nowe imię — Zhelan.

To były czasy, kiedy nadal pamiętał o matce. Wówczas często o niej myślał i zastanawiał się, czy to jest właśnie ten los, który miała na myśli. Los osoby bez wolnej woli, taki jaki niegdyś prowadziła ona. Nie wiedział, że to, co dotychczas działo się w jego życiu, było jedynie drogą. Bowiem nie zniszczyła go ani wojna, ani niewola. Zniszczyła go miłość.

Na dworku pojawił się tajemniczy gość. Kobieta. Do pewnego momentu widywał ją jedynie wieczorami, kiedy wychodziła na taras. Ze względu na porę dnia nie był w stanie jej się dokładnie przyjrzeć, ale to, co rzuciło mu się w oczy, to blada, niemalże prześwitująca cera, oraz jasne jak śnieg włosy. Gdy stała tak i patrzyła na niebo, w stajni wśród koni stał Zhelan i patrzył razem z nią.

Nie wie do dzisiaj, co nim w niej wstrząsnęło. Była piękna. Miała długie, perłowe włosy, od których w nocy odbijało się światło księżyca. Wiatr wydawał się wiać jedynie dla nich, poruszane podmuchem wyglądały jak wzburzona woda. Poruszała się z taką elokwencją, jakiej dotychczas nie widział. A oczy…

Były martwe. Gdy ich wzrok się spotkał, nie zobaczył w nich ani iskry życia. Mimo to ciągnęły go do siebie, hipnotyzowały, kazały wspiąć się do niej i utonąć w jej ramionach. Jednocześnie były tak przerażające, że paraliżował go strach.

Rankiem wszystkie konie były martwe. Nie było na nich nic więcej oprócz parunastu ukłuć. Nikt nie był w stanie wyjaśnić, co takiego miało miejsce. Nie był wtedy jednak ważny fakt, kto to zrobił, a to, że ich nie dopilnowano. W skrócie — czekała go kara. Bardziej bolesna od pozostałych.

W nocy, gdy leżał w pustej stajni, przyciskając dłonie do ran i walcząc z gorączką, wyglądał przez okno, z którego zawsze przyglądał się nieznajomej. Tej nocy nie pojawiła się na tarasie ani przez chwilę. Zjawiła się za to obok niego, tak bezszelestnie, że gdy poczuł na sobie jej dotyk, momentalnie odskoczył. Przejechała swoją zimną dłonią po jego ranach, ale sposób, w jaki to zrobiła, nie odznaczał się żadną troską czy zainteresowaniem. Raczej żądzą.

Następnie jej dłoń powędrowała przez jego klatkę, by zatrzymać się na szyi. Pochyliła się nad nią i to, co w pierwszej chwili uważał za pocałunek, przeobraziło się w bolesne ugryzienie. Próbował ją odepchnąć, ale uścisk jej dłoni był tak niemożliwie silny, że jedyne, co mógł, to poddać się jej i temu dziwnemu uczuciu, które zaczęło wędrować od szyi do reszty ciała.

Zostawiła go ze słowami, że teraz powinien poczuć się lepiej. I rzeczywiście tak było. Następnego dnia wrócił do sił, ale nie rozumiał, co było tego wynikiem. Całą nocną sytuację zwalił na halucynacje spowodowane gorączką, dopóki nie zapytano się o jego ranę na szyi. Nie był już pewien, co się stało, ale chciał więcej. Zmieniło się nie tylko jego samopoczucie, ale i to, co czuł do tej kobiety. Zupełnie jakby była nieodłączną częścią jego życia, jakby to dla niej miał żyć i dziwne poczucie, że tylko jej na nim zależy.

Kiedy nie wychodziła na taras, była przy nim. Wbijała się w starą ranę, brała, co chciała i odchodziła. Dopiero po którymś razie chwycił ją za rękę i kazał zostać. Miał wrażenie, że kiedy nie ma jej przy nim, umiera. Nie dosłownie — umierał z tęsknoty. Chciał jej obecności, chciał jej zapachu, chciał dotknąć tych pięknych włosów, utopić się w tych martwych oczach. A ona, jakby czytała mu w myślach, mówiła: już niedługo i siedziała przy nim, dopóki słońce nie zaczęło wschodzić.

Gdy mówiła przynieś mi kwiaty, robił to natychmiast. Kiedy stwierdzała, by ją pocałował, całował ją tak, jakby jutra miało nie być. Był jak zaczarowany, wykonywał każde jej słowa. Nie było rzeczy, której by dla niej nie zrobił. I choć jej nie znał, czuł się, jakby był z nią od zawsze. Każda chwila bez niej była udręką. Nie wiedział, czym naprawdę jest ani że to, co czuje wobec niej, nie jest prawdziwą miłością.

— Kochasz mnie?
— Tak.
— Zrobiłbyś dla mnie wszystko?
— Oczywiście.
— Powiedz, nienawidzisz ich wszystkich tutaj, prawda?
— Z głębi serca.
— Więc ich zabij.


Tak, nienawidził ich. Wyobrażał sobie ich śmierć za każdym razem, gdy go poniżali, krzywdzili. Nienawidził ich za to, że odebrali mu wszystko, jego życie i godność. Gdyby mógł, to powybijałby ich wszystkich, ale wiedział, że nie da rady.

— Zrobię to.
— Nie teraz.
Uśmiechnęła się.
— Chciałbyś przy mnie zostać?
— Na zawsze.


Odgarnęła włosy z jego szyi, przysunęła się do niej i ponownie się w niego wgryzła, tym razem nieco mocniej niż zwykle — czuł wręcz, jak traci siły. Następnie skaleczyła się w dłoń i przysunęła ją do jego ust, jednocześnie też zaciskając palce drugiej dłoni na jego gardle. Stracił przytomność, a kiedy ponownie odzyskał świadomość, jedyne, co widział, to krwista czerwień.

------------------------------------


Dalsze lata życia spędził w we Włoszech, później w Hiszpanii. Gdziekolwiek razem by nie pojechali, tam kobieta miała własną rezydencję. Przez kilka pierwszych lat ciągle dochodziło do niego, co się dzieje i dojść nie mogło. Rozumiał niewiele, a jakiekolwiek tłumaczenia tylko jeszcze bardziej wszystko komplikowały. Inną rzeczą, która zaczynała go niepokoić, to fakt, że to, co czuł do tej kobiety… znikało. Po tym, kiedy w amoku zabił tych ludzi, wszystko zaczęło być inne. Nie darzył jej tymi samymi chorymi uczuciami, brak jej obecności przestał być tak dokuczający. Nigdy nie dowiedział się też, co tam robiła i dlaczego akurat on. Zapewne po prostu jej się napatoczył, chociaż twierdziła, że go szukała. Nie wiedział jednak, czy szukała konkretnie jego czy może kogoś do swoich podróży.

Kilka lat zajęło mu, by dostosować się do kultury europejskiej, jak i do oczu nieprzyzwyczajonych do obecności Azjaty. Pomimo to uczył się szybko, na potrzeby miejsca zamieszkania przyjął też imię Valente oraz nazwisko po kobiecie — De León. Przez prawie wiek stronił od ludzi, w zaciszu studiując tamtejszą kulturę i języki. Wieczory spędzał wałętając się po opustoszałych już muzeach czy bibliotekach. Dowiedział się również o istnieniu innych istot, ale ani go nie interesowały, ani już nie zdziwiły.

Mając prawie 150 lat, dalej pamiętał o matce. Jej obraz stawał się rozmyty, ale dalej potrafił powiedzieć, jak wyglądały jej ciemne oczy, to, że na jednej ręce miała bliznę, a na włosach ciągle nosiła barwną chustę. Wiedział, że musiała już umrzeć, a on nie wiedział nawet, gdzie i w jaki sposób — czy dożyła starości czy może ją zamordowano? Nieświadomość ta nieco go dołowała, tak samo jak i fakt, że doprowadził do jej największych obaw. Czy chciał zostać wampirem? Wtedy tak. Obecnie sam nie wiedział, może gdyby nie to złudne uczucie do kobiety, podjąłby inną decyzję. Wtedy nie myślał o konsekwencjach — o tym, że przez jeszcze wiele lat będzie musiał żyć ze świadomością, ilu ludzi zabił, nawet tych niewinnych. Lata te pozwoliły mu na refleksję nad sobą, nad tym, ile krzywdy spowodował, ile krwi wylał będąc jeszcze człowiekiem, a tak naprawdę tego człowieczeństwa w sobie nie mając. Jak bezsensowne były te wojny, bitwy, spory o ziemię, władzę i inność. Postanowił wtedy, że kierować nim będzie neutralność, a nie zemsta i nienawiść.

Jakiś czas później zaczął trochę chętniej wychodzić wśród pozostałych. Co więcej, dostosował się zachowaniem i akcentem na tyle, że trudno byłoby powiedzieć, że pochodzi z Azji. Zdradzał go oczywiście jedynie wygląd, który jako pierwszy rzucał się w oczy. On sam jednak coraz bardziej zaczynał zapominać o swojej przeszłości, a zajmował się teraźniejszością i tym, co go czekało. Przez jakiś czas ponownie zajął się handlem różnych materiałów, importem, zaczął też podróżować do innych krajów w pojedynkę. Fakt ten nie spodobał się kobiecie, która, niczym wcześniej jego matka, wolała poprzedni stan rzeczy, gdy nie ruszał się z rezydencji. Chciała go mieć ciągle przy sobie, niemalże nie opuszczała go na krok, a jednocześnie też niewiele o sobie mówiła. Twierdziła, że go kocha, ciągle przypominała mu, że on również zadeklarował miłość do niej, a na jakiekolwiek sugestie, że wykorzystała jego nieświadomość, reagowała złością. Nie był już pewien, co do niej czuje. Po tylu latach nadal nie pozwalała mu się poznać, zbywała jego pytania o jej przeszłość, niewiele go również uczyła o otaczającym go nowym świecie. Czasem miał wrażenie, że chciała mieć przy sobie jakąś maskotkę, która ciągle by za nią podążała i nie miała własnych planów, marzeń, a nawet bliskich. Zaczął widzieć w niej swoją prawdziwą matkę, tę samą osobę, która tak desperacko próbowała go przy sobie zatrzymać. Przed jedną z jego podróży pokłócili się. Gdy wrócił już jej nie było. Tak samo jak nagle pojawiła się w życiu Valentego, tak samo nagle i bez słowa zniknęła. Spanikował, sprawdzał każdą szafę, patrząc, ile rzeczy wzięła. Jeździł do każdej z jej znanych mu rezydencji, ale nigdzie jej nie było, zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu. Był zrozpaczony, ale jednocześnie też zły, myśląc, że swoimi poczynaniami chciała zrobić mu na złość — żeby pokazać mu, że bez niej sobie nie poradzi, osamotni się. Wierzył wręcz, że za jakiś czas wróci i będzie oczekiwała od niego przeprosin.

Ale nie wróciła. Zamknął się w rezydencji ponownie, pilnując jej majątku i dobytku, zarządzał też finansami. Chciał, by miała do czego wrócić, chciał pokazać jej również, że dobrze sobie bez niej radził. Zafascynowany sztuką, historią i kulturą Europy, zaczął finansować artystów, otworzył galerię i zajął się importem dzieł sztuki. Stał się dosyć rozpoznawalną osobą w swoim otoczeniu, głównie przez licytacje i akcje charytatywne, które prowadzi do dzisiaj. W 1900 roku rozpoczął studia historyczne, głównie w zakresie sztuk pięknych. Nie było to trudne, bo niektóre z okresów przeżył na własnej skórze. Przez krótki okres czasu zainteresował się również giełdą, ale uznał, że woli zajmować się czymś stabilniejszym. Ostatecznie zagnieździł się w krytyce artystycznej, dalej finansując artystów, organizując wspomniane już akcje czy licytacje, a kiedy trzeba było, wyprowadzał się, by nie wzbudzić wśród ludzi podejrzeń swoją młodością pomimo mijających lat.

York był całkowitym przypadkiem. Gdy przeglądał papiery, znalazł prawo własności jakiegoś budynku właśnie w tymże miejscu. Zaciekawiony, głównie dlatego, że ani nigdy wcześniej tam nie był, ani nigdy też nie słyszał, by kobieta była jakkolwiek związana z tym miejscem, postanowił tam wyjechać. Los chciał, że osiedlił się tam na najbliższy czas.

Mroczna Wojna? Zimny Pokój? Tak, było coś takiego, jednak od zakończenia żywota jako człowiek, Valente przestał interesować się jakimikolwiek konfliktami, czy to Przyziemnych czy Podziemnych (jeżeli w danym miejscu zaczyna się dziać coś niepokojącego, zazwyczaj stamtąd wyjeżdża — na stałe lub do czasu, aż sprawa ucichnie). Stroni od włączania się w jakieś działania, szczerze powiedziawszy życie innych Podziemnych tak samo mało go interesuje. Skupia się na przyziemnych rzeczach, po cichu powiększa swoją fortunę, zbiory obrazów czy rzeźb, dalej również zajmuje się importem, krytyką i akcjami charytatywnymi — i tyle do szczęścia mu wystarczy. Nie szuka nigdzie spisku, nie naprzykrza się nikomu i nie sprawia problemów, po prostu daje innym żyć w spokoju i oczekuje tego samego od pozostałych. Nie uważa, że to, co robią inni jest złe lub dobre, po prostu pozostaje neutralny i stara się nie obierać żadnej ze stron, nie uczestniczy również w jakimkolwiek wyścigu szczurów pomiędzy rasami i nie uważa żadnej za “lepszą” lub “gorszą”.

Ciekawostki

Nie czuje się zbyt dobrze z technologią. Nauczyć go obsługi smartfona, to jak uczyć dziadka. W tym przypadku — dosłownie. Jego telefon ma zwykłą, niedotykową klawiaturę, a zakupy robi tylko stacjonarnie, choć musi się pochwalić, że umie już robić internetowe przelewy ("umie" to może jednak za dużo powiedziane, po prostu śledzi instrukcję z kartki, nie wiedząc tak naprawdę dalej, co jak działa i dlaczego w ogóle działa), płacić kartą i obsługiwać bankomat.

Nie lubi psów. Czy jest to jakoś powiązane z jego niechęcią do wilkołaków — nie wie. Po prostu mu śmierdzą. Woli papugi. I tak, ma jedną. Czy gada? Tak. Czy ktokolwiek chciałby usłyszeć, co potrafi powiedzieć? Nie, nie chciałby. Ma niewyparzony dziób.

Ze względu na to, jak długo już chodzi po tym świecie i w jakich rejonach się osiadał, zdążył opanować języki takie jak hiszpański, włoski, angielski, mongolski (jako ojczysty, a jednak ma z nim nikłe problemy, dlatego że używa go najmniej), mandaryński oraz co nieco łacinę.

Ciekawostką samą w sobie jest jego oryginalne imię: Nergüi, którego znaczenie to “brak imienia”. Wierzono, że w taki sposób można uchronić człowieka przed złymi duchami, ponieważ dana osoba nie ma imienia, więc nie istnieje. Paradoksalnie.

Kiedyś zajmował się malarstwem, ale później swoją uwagę głównie skupił na nauce gry na fortepianie. Obecnie czasem coś namaluje, ale rzadko kiedy kończy swoje prace.

Słucha głównie muzyki klasycznej, ubiera się elegancko, zazwyczaj jest elokwentny, szarmancki, a krew lubi pić z kieliszka do wina — prawie że klasyczny, stereotypowy wampir z filmów lub książek.

Gdy uciekał z domu, wziął ze sobą jedną z uszytych przez matkę chusteczek. Na ten moment tylko ona przypomina mu, że kiedyś był zwykłym człowiekiem, przypomina mu również o błędach, które popełnił. Gdy raz ją zgubił, prawie oszalał. Przewrócił prawie cały dom do góry nogami, darł się, zniszczył wiele rzeczy i skrzywdził jedną ze służących. Od tamtej pory trzyma ją w jednym miejscu i nie pozwala nikomu jej dotykać.

Jak zostało wspomniane wyżej, jeśli wpadnie w szał, jest naprawdę niebezpieczny. Trudno wyprowadzić go z równowagi, ale jeśli ktoś lub coś tego dokona, wraca jego bestialskość z przeszłości.

Ma kilka umiejętności jeszcze z czasów człowieczeństwa, takie jak jazda konno (kiedyś był to jego jedyny środek transportu), strzelanie z łuku i walka wręcz, ma również dobrą orientację w terenie i często był zmuszony polować w lesie na zwierzęta, stąd jego przystosowanie do życia w buszu.

 

Shadowhunter

666 lat



All paths lead to death.

Administrator

Accepted
Drogi Użytkowniku!


Cieszymy się, że dołączyłeś do naszego forum, a Twoja Karta Postaci już została zaakceptowana! Przejdź teraz do zakładania koniecznych tematów. Zapoznaj się z Mechaniką Gry oraz Spisem umiejętności. Zachęcamy również do przejrzenia Mapy York! Poza taką mapą na forum znajdziesz również Mapę Świata z najważniejszymi lokalizacjami!

Shi
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo