Shadowhunter

666 lat



All paths lead to death.

Administrator
[Cytuj]
Lobby
Kiedyś z pewnością to miejsce wyglądało zachwycająco. Długi kontuar w tym momencie porósł grubą warstwą kurzu, a na zabrudzonej podłodze leżały części oderwanego tynku, który przez lata zdążył odpaść ze stropu. Kiedyś znajdował się tu piękny, szklany żyrandol, który teraz wyglądał na zniszczony, zwisający koślawo z sufitu, zupełnie tak, jakby zaraz miał runąć na ziemię. Miejsce przerażające i wyjątkowo chłodne, po kontuarze biegają szczury, a gdzieniegdzie można zauważyć fragmenty kości. Zdecydowanie wygląda to tak, jakby miejsce wyjęto z horroru.

Yi Byeong-Ho

30 lat



W większości przypadków fałsz jest wiarygodny, bo ofiary chcą, by takie był.






[Cytuj]
Multikonta: Shizhi i gromada
Hotel Noir… Niby piękny i powabny – guzik prawda. Łowca od dawna wiedział o obecności wampira w tutejszej siedzibie – pewnej kanalii jak on sam. Mieli się wkrótce spotkać i omówić pewne kwestie. Były one na tyle istotne, by prócz przybycia łowcy przywiać ze sobą kilku jego ludzi oraz paru kolejnych – pseudo rzeczoznawców, którzy prócz chodzenia, bacznie przyglądali się każdej framudze, desce – praktycznie wszystkiemu, z czego składał się hotel. Nie patrzcie na nich tacy zdziwieni – Tygrys miał w planach poważną renowację tego miejsca, aby godnie reprezentowało siedzibę jego klanu i leże nieśmiertelnych z uwzględnieniem konkretnego, który aktualnie odbywał mało przyjemne przesłuchanie w pseudo zamczysku pijawek. Oj przykra to była sprawa, na szczęście nie jego, lecz czy aby do końca?
Motywacją do włożenia pokaźnej puli pieniędzy w hotel wcale nie była wyłączna chęć zadbania o komfort tutejszych mieszkańców. Powiedzmy, że gust i smak półanioła zaostrzyły się nieco po wtargnięciu drugiej osobowości. Tkwiący w nim Mrok nie od razu dał o sobie znać – chwilowo milczał, momentami wzmagając co okropniejsze cechy nocnego łowcy. Hope miewał swoje momenty napadu złości, irytacji… agresji, ale żeby aż tak? Współpracownicy nie zwykli zwracać na to uwagi, bo nie to stanowiło ich zadanie. Wszelkie przejawy gniewu traktowali jako niezadowolenie w związku z przeciąganiem się spraw – ot zwykła, normalna ludzka rzecz. Najbardziej podejrzliwą osobą z całego grona był młodszy brat zainfekowanego. Znając swą rodzinę nie od dziś, nie potrafił od tak zaakceptować diametralnej zmiany Nefilim. Coś w tym wszystkim mu nie pasowało – coś, co z czasem przyczyni się do niuchania – szukania i dociekania a w konsekwencji do podsycenia irytacji i niechęci Mroku wobec myszkującego. Oj? Oby chłopak wiedział, co robi. Inaczej rest in peace dear angel…
O przybyciu „żony”, łowca dowiedział się… No w zasadzie dziś. Zaintrygowany Venom aż spojrzał zza okienka, przy tym nie wysilając się na dalszą ingerencję. Sam Nefilim po otrzymaniu informacji, zyskał kolejny powód na to, aby zmodernizować i odremontować hotel Noir. Póki co wszystkie pokoje na piętrze zostały zajęte przez ekipę przybyłych – nawet jeśli nie przez nich bezpośrednio, to dla czystego komfortu ala świętego spokoju od krzątających się ludzi. Lil również miała otrzymać swoje tymczasowe lokum, wkrótce zastąpione przez przestronny apartament. Miejmy nadzieje, że do tego czasu księżniczka nie poczuje się urażona, posiadaniem tylko i wyłącznie jednego pokoju.
Wejściu smoka towarzyszył spokój. Wszyscy pracownicy półanioła zostali natychmiast oddelegowani do swoich kwater – wszyscy prócz brata. Rezygnując z odpoczynku, młodszy Nefilim poświęcił wolny czas na rozejrzenie się po budynku. Hope w tym czasie czatował, w oczekiwaniu przekroczenie przez kogoś progu tutejszych drzwi. Ponieważ łowca przeszedł nie lada przemianę, jego strój łowcy został lekko zmodyfikowany. Wciąż czarny, wciąż praktyczny, choć nieco elegantszy niż zazwyczaj. Dodatkowo z uszu zniknęły kolczyki, a wszystkie tatuaże zostały skrzętnie poukrywane pod materiałem odzienia. Prócz tego zmianie uległy również włosy – dotychczas jasny kolor zastąpiła głęboka czerń. Pozostałe dodatki do dwa miecze u boku, schowana stela i czarodziejskie światło – ot typowy rynsztunek każdego, szanującego się łowcy.
Hope rozsiadł się wygodnie na jednej z sof – czekał cierpliwie na swoją podobnie przydzieloną niewiastę. Oby Jia żartowała z tą wiadomością. Naprawdę nie mieli, na co tracić czasu? Venom wewnątrz łowcy zachichotał złośliwie.

W życiu człowieka są chwile, kiedy nie wie, co ze sobą zrobić i dokąd pójść, a cała przyszłość wydaje się być jedynie czarną pustką. I bynajmniej nie interesuje cię, co w tej pustce znajdziesz.
Gość zrób klik | Notatnik | Warsztat

Lily Ke

26 lat



she's a type of a woman who can elegantly say "fuck you" just with one glance





[Cytuj]
Multikonta: Xian Hu, Kai [nkt]
Hotel Noir – niby piękny i powabny, ale lata jego świetności już dawno minęły. Na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, że miejsce to dawno popadło w ruinę. Gdyby to zależało od Lil, pewnie nigdy nie pozwoliłaby na odnowienie budynku, co najwyżej kazałaby go po prostu zrównać z ziemią. Nie tego spodziewała się, gdy o poranku otrzymała wiadomość, że wreszcie ma poznać swojego przyszłego narzeczonego. Zresztą, w ogóle nie wiedziała, co ma myśleć o tym wszystkim. Z początku rozpaczała, targana niechęcią do rodzaju męskiego – zmuszona powinnością, miała wyjść za mąż za kogoś, kogo nawet nie znała. Później rozpacz przemieniła się w gniew wobec rodziny i wobec tego, któremu miała oddać swoją dłoń. A potem? Potem coś się zmieniło w sercu Lili, jakaś dziwna moc podpowiadała, że do żadnego ślubu nie dopuści, a jeśli już, to na potencjalnym narzeczonym zemści się okrutnie, bo chciał ograniczyć jej wolność. Nie była głupia, wiedziała, jak rozgrywają się polityczne małżeństwa, za które jedni płacą wiele, a drudzy zgarniają wiele, by swatać dwójkę młodych ze swej rodziny. Geny, krew… Czy naprawdę aż tak wielkie miało to znaczenie? Istota w sercu kobiety burzyła się przeciw nowemu porządkowi – nie miała ochoty być grzeczną dziewczynką, posłusznie poddającą się nowemu mężowi. Obiecała sobie, że prędzej odetnie sobie któryś z palców, niż pozwoli, by narzeczony kierował jej myślami i czynami. Nie chciała być posłuszna i delikatna, nie chciała znów wchodzić na drogę, na której nikt nie potrafił udzielić jej pomocy.
To dlatego właśnie do hotelu przybyła z dumnie uniesioną główką – swoim zwyczajnym atrybutem. Przydzielony jej sługa ciągnął za nią spore walizki, gdy tupiąc obcasikami kroczyła przez długi korytarz. Długi płaszcz, aksamitne rękawiczki, zwiewna suknia i elegancki makijaż – wszystko dopełniało wyglądu księżniczki wkraczającej na włości. Tylko… Te włości trochę mało imponujące. Normalnie Lila nigdy nie pomyślałaby nawet w ten sposób – teraz jednak mroczny głos w jej sercu zaczął buntować się przeciwko temu, co widziała. Ona miała tutaj mieszkać? Niemożliwe! Widząc przebiegające pod ścianami szczury aż przystanęła, krzywiąc blady nosek.
Dopiero po chwili zorientowała się, że w pomieszczeniu ktoś jest. Buzia osłonięta delikatną woalką uniosła się, a oczęta szybko wyłapały zarys znajomej sylwetki.
- Pan Penhallow? – nieco zaskoczona, zbliżyła się nieco, a potem lekko ukłoniła, jak przystało na kobietę dobrze wychowaną. – Nie spodziewałam się Pana tutaj. Oczekuje Pan na kogoś? – zapytała, jeszcze nie zorientowawszy się, że mężczyzna nie ma na sobie typowego dla pogody ubrania, że prawdopodobnie był tutaj o wiele wcześniej. Nie domyśliła się, że to właśnie on jest tym nieszczęsnym przyszłym narzeczonym. Oby tylko uświadomił ją szybko.
- Okropnie tutaj, nieprawdaż? Ta ruina zupełnie się sypie... I jeszcze te szczury! – delikatna sylwetka zadrżała pod wpływem Mroku, wijącym się z niechęcią na widok gryzoni. To on odpowiadał za te słowa, on przejmował się stanem budynku dużo bardziej niż sama Lila. Ubolewał, że nie będzie gdzie zaprosić kochanki, gdy już przeproszą się na dobre…

She was free in her wildness.

She was a wanderess, a drop of free water.

She belonged to
no man
and to no city.

Yi Byeong-Ho

30 lat



W większości przypadków fałsz jest wiarygodny, bo ofiary chcą, by takie był.






[Cytuj]
Multikonta: Shizhi i gromada
Na mieszkanie w hotelu wszyscy musieli poczekać – rzecz jasna już pomijając kwestię pokoi. Chwilowy rekonesans miał pomóc w oszacowaniu ilości gotówki niezbędnej do przeznaczenia na renowację miejsca. Możliwe, że na czas remontu Nefilim zatrzymają się właśnie tutaj, a możliwe też, że nie. Dodatkowe miejsce zamieszkania zostało dawno zakupione, ot jeszcze za czasów nieoficjalnego pobytu poszczególnych jednostek zwiadowczych. Wystarczyło tylko dobrze poszukać w centralnej dzielnicy York.
Niewielki budynek? Raczej całe lokum złożone z kilku poziomów i apartamentów gotowych do przyjęcia gości. Z zewnątrz architekturą leże Tygrysów niczym nie różniło się od przeciętnego kamiennego sąsiada obok – cała magia kryła się w środku. Poziom luksusów z pewnością zadowoliłby oko niejednego gościa – Księżniczki głodnej przepychu pewnie też.
Oj wymagająca będzie z niej żona i do tego bardzo niegrzeczna. Jeszcze nie wiedziała, że Hope nie zamierzał zbytnio ingerować w jej wolność. Planowanie? Wymaganie? Kazanie? Nie jego to były bajki, przynajmniej do czasu. Granica między swobodą a zdrowym rozsądkiem nigdy nie należała do wybitnie grubych. Rodziło się więc pytanie, jak bardzo Lila postanowi ją nagiąć – na ile sobie pozwoli i jak często zechce testować cierpliwość Tygrysa. Lepiej dla niej, aby nie robiła tego zbyt często. Rozleniwiony kocur nie stanowił dlań wielkiego zagrożenia – bardziej ten rozbudzony, spięty i gotowy do ataku.
Okres oczekiwania dłużył się w nieskończoność. Nefilim mimo wszystko nie tracił cierpliwości, w końcu heh, miał sporo czasu na to, aby podładować akumulator i wytrenować jestestwo na podstawie rozmowy z nieproszonym bytem. Mrok w środku sukcesywnie podjudzał i nasilał, co gorsze cechy charakteru łowcy. Jak się okazywało, tymi wcale nie był gniew, tudzież chęć krzywdzenia innych. To, co wyróżniało mężczyznę na tle innych sobie podobnych, to momentami przesadny wręcz racjonalizm i niezdrowe dążenie do doskonałości. Im bardziej półanioł poddawał się pasożytowi, tym mocniej ten naciskał na wszystkie aspekty jego jestestwa, upodabniające do ojca. Upartość, zawziętość… Częściowe zaślepienie…
Szelest tkaniny, stukot obuwia i odgłos targanych walizek gdzieś z tyłu. No w końcu przybyła wielce wyczekiwania Księżniczka rodu. Powiedzieć, że jej widok zaskoczył łowcę, byłoby niedomówieniem – przecież już się ze sobą spotkali, bodajże na wigilijnym zebraniu? Wówczas spadkobierczyni rodu Ke oczarowała swego przyszłego partnera – dziś stanęło na lekkim uniesieniu brwi.
A więc jednak… - pomyślał szczerze zaskoczony. Do dziś nie rozumiał decyzji ojca, przecież jego rodzina nigdy nie babrała się w błocie aranżowanych małżeństwo – od tego w końcu uciekli czyż nie? Stary kocur musiał mieć więc wyraźny powód, aby sprowadzać obcą do swego gniazda, po czym na siłę wciskać ją w „ramiona” najstarszego syna. Żałoba po poprzedniej kobiecie jeszcze nie minęła, skąd zatem ten pośpiech? No chyba staruszek nie postanowił jednak powrócić do korzeni nielubianych kolegów zza morza co?
- Już nie. – łowca z gracją podniósł się z sofy, odwzajemniając przywitanie skinieniem głowy. Ciemnymi tęczówkami dokładnie zlustrował filigranową sylwetkę, tak bardzo przypominającą mu o niej. Dlaczego spośród wszystkich kobiet świata, tatuś przydzielił Ci właśnie ją? Słabe poczucie humoru. – syczał głos w środku, na co Nefilim prychał jedynie również wewnątrz. W swoim planie niestety nie przewidywał miejsca na aranżowany związek, szczególnie z nią – tą, której twarz zbyt mocno przywodziła wspomnienia o tamtej.
- Ufam, iż w niedługim czasie poziom tutejszego komfortu znacznie wzrośnie. Jako nowy właściciel hotelu zadbam o to osobiście. – wyjaśnił, nie widząc powodu, dla którego miałby utrzymać zakup placówki na nazwisko Yi. Nawet jeśli trwali w cieniu, swe interesy prowadzili jawnie, choć nie zawsze na tak zwanym legalu. Nabycie kolejnej posesji stanowiło dobrą przykrywkę dla rodzinnych interesów o ciemniejszym charakterze. Sprytne posunięcie Panie Penhallow. Znajomość z Nathanielem popłacała.
- Zapraszam Panno Ke, mamy pewną sprawę do omówienia. – o walizkę łowczyni martwić się nie musiała. Wkrótce całym jej dobytkiem zajmą się odpowiednie jednostki. W tym czasie łowca raczył wskazać gestem dłoni kierunek ku drzwiom prowadzącym do hotelowej restauracji o nieco przytulniejszym wystroju i bez towarzystwa… szczurów? Jak żył, tak nigdy nie przechodził przez nic podobnego. Obecność gryzoni w takim miejscu byłaby równoznaczna z jego zamknięciem. To, że jeszcze do tego nie doszło, świadczyło o srogiej niekompetencji lub bujnej wyobraźni czyjegoś umysłu.
Przez drzwi Hope z tylko sobie znanych powodów zechciał przepuścić Lily jako pierwszą. Po przekroczeniu progu i zajęciu miejsca mogli od razu przejść do rzeczy. Dla otuchy i ocieplenia boleśnie oficjalnej atmosfery Nefilim zamówił butelkę dobrego wina.
- Mniemam, iż dotarła do Ciebie ostatnia wiadomość Konsul. – prosto z mostu – bolesny konkret w wykonaniu tygrysiego syna. Normalny Hope już dawno rzuciłby luźniejszym tekstem dla rozbawienia, ten jednak takim normalnym nie był. Ciągnął swój do swego – Mrok w środku czuł wyraźną obecność drugiej cząstki w niej.

W życiu człowieka są chwile, kiedy nie wie, co ze sobą zrobić i dokąd pójść, a cała przyszłość wydaje się być jedynie czarną pustką. I bynajmniej nie interesuje cię, co w tej pustce znajdziesz.
Gość zrób klik | Notatnik | Warsztat

Lorenzo Caruso

30/484


183 cm

---






[Cytuj]
Ekwipunek: Pod długim, czarnym płaszczem znajduje się kamizelka specjalnie stworzona przez Lorenzo. Na wysokości mostka, a także z drugiej strony jest wzmocniona, żeby uniemożliwić przebicie serca ewentualnym kołkiem. Dwie kabury, w jednej USP z tłumikiem i dwoma magazynkami, w drugim Desert Eagle z srebrnymi nabojami + dwa dodatkowe magazynki. Na plecach pochwa z maczetą. Przy udzie długi nóż myśliwski. Wewnątrz prawej nogawki jest specjalnie uszyta kieszeń a w niej nóż motylkowy. Komórka, portfel, gotówka, klucze, mikro słuchawka w uchu.

Wraz z wybiciem północy Lorenzo pojawił się na ulicach Cliftonu. Po wcześniejszych przygotowaniach i po porozumieniu się z Lydią postanowił ruszyć do akcji. Nie wiedział co go czeka i to go trochę niepokoiło. Przez brak odpowiednich informacji o wrogu przegrywało się wojny. Nie miał zamiaru na to pozwolić więc przygotował się na każdą ewentualność. W uchu posiadał mikro słuchawkę, która była połączona z jego telefonem, a on łączył się z Lydią. Byli w ciągłym kontakcie w razie jakby coś miałoby iść nie tak. Plan był prosty. Widzieli już wcześniej Lorenzo, więc będzie robił za przynętę, za to Lydia będzie go osłaniać nie dając się wykryć. Lorenzo ma zamiar wejść w pułapkę, jeżeli takowa na niego czekała. Myśliwi bardzo często opuszczają gardę gdy już złapią zdobycz. Caruso liczył na taki obrót spraw.
Chodzi po ulicach Cliftonu dziesięć minut, aż w końcu doszedł do hotelu. Wszedł powoli do środka, oglądając się dookoła. Budynek nie był taki zły, wręcz po remoncie hotel mógłby wrócić do dawnej chwały, aż zdziwił się dlaczego żaden inwestor się tym nie zainteresował. Przechadzał się po lobby rozglądając czy przypadkiem nikogo nie ma w środku. Był ciekawy czy go obserwowali i czy wiedzą że tutaj jest.

Lydia Lorenz

372 lata


181 cm


Non omnis moriar







[Cytuj]
Multikonta: Elena, Gabriel
#5

Ekwipunek: kamizelka kuloodporna ukryta pod skórzaną kurtką, czarne dopasowane spodnie, czarne buty, Glock 19 kaliber 9x19 mm ze srebrnymi nabojami, trzy dodatkowe magazynki, trzy srebrne noże ukryte w wewnętrznej kieszeni kurtki, telefon, mikro słuchawka w uchu.

Lydia stawiła się w umówionym miejscu równo o wyznaczonej godzinie. Na codzień nie była osobą, która przejmuje się pilnowaniem czasu, jednak kiedy chodziło o wykonanie zlecenia czy jakiegoś zadania powierzonego przez Eleanor, była punktualna aż do przesady. Poza tym - choć na pewno nie przyzna tego na głos - cieszyła się, że będzie mogła dzisiaj współpracować z Lorenzo, jak za starych dobrych czasów, kiedy to oboje mieszkali w Niemczech i służyli Hitlerowi. To może nie to samo, ale wrogowie w York także stanowili realne zagrożenie i nie należało ich lekceważyć, dlatego właśnie odpowiednio uzbroiła się na dzisiejszą misję.
Taktykę mieli już opracowaną i choć niosła za sobą pewne ryzyko, plan miał szansę się powieść, jeśli Lyds nie da dupy i w porę zainterweniuje gdyby zaszła taka potrzeba. Ona, w całej swej egoistycznej naturze była przekonana, że wszystko uda się bez większego problemu, zresztą nie miała podstaw by sądzić inaczej, ponieważ oboje byli bardzo dobrymi wojownikami... czas jednak pokaże, jak potoczą się sprawy. W tej chwili nie spuszczała Enzo z oczu, choć trzymała się w cieniu, w bezpiecznej odległości.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Życie w Clifton zdawało się iść swym naturalnym torem, a przynajmniej nie działo się tutaj nic zasługującego na większą uwagę. W poniedziałkową noc raczej próżno szukać na ulicach więcej niż kilku przyziemnych, a poza patrolem dwójki Nefilim, czy zbłąkanym Faerie – którzy nie zwrócili na naszą dwójkę protagonistów większej uwagi i poszli w przeciwne strony – można było odnieść wrażenie, że York po prostu śpi. Nawet gdyby zwracać szczególną uwagę na otoczenie lub doszukiwać się ewentualnego ogona, brakowałoby ku temu jakiejkolwiek podstawy.
Buszujący w środku Lorenzo mógł jednoznacznie stwierdzić, że to miejsce wyglądało równie źle co niejeden dworek przez który przejechała się Armia Czerwona. Można by uznać go za nieużytek, choć z racji dalszego niezagospodarowania przez miasto, jakieś prawne niuanse musiały mieć miejsce. Z drugiej strony rzadko kiedy ludzie czepiają się wampirzego dobytku, zwykle papiery są w porządku, a opłaty uiszczone na długie lata. To czy było to pokłosiem poprzedniej głowy klanu, czy kogoś z jej kręgu znajomych, diabli wiedzą – jeżeli w ogóle uznać to teraz za istotne. Mimo to, ktoś tędy musiał przechadzać się w miarę regularnie, i to w towarzystwie czegoś więcej niż ewentualnego wymyślonego przyjaciela. Najdosadniejszym tego dowodem był odgłos kroków dobiegających ze schodów, a także donośny głos należący do mężczyzny.
- Reginald, to ty? Miałeś wrócić godzinę temu, stary pryku. Wiesz przecież, że umówiliśmy się dzisiaj na finezyjną zabawę – powiedział i omal nie parsknął śmiechem na to jedno konkretne słowo. Ewidentnie zmierzał do lobby, w kierunku Lorenzo. Co zrobisz, staniesz z nim twarzą w twarz czy postanowisz skryć się w cieniu? Stanowisko za którym zwykle stał pracownik odpowiadający za wynajem pomieszczenia, stare meble czy dziura w podłodze, wypełniona śmieciami - to całkiem niezłe, potencjalne kryjówki. Gdyby chcieć skorzystać ze swych rasowych atutów, liczne i walające się wszędzie odpady mogłyby pomóc dla drobniejszego stworzenia, tak samo jak grube warstwy kurzu.
Z kolei Lydia musiała wykazać się większą kreatywnością, gdyby chciała mieć oko na kompana. Słuchawki zapewne mówiły jej dostatecznie wiele, zwłaszcza jeżeli wspomóc się własnymi zmysłami celem wychwycenia drobniejszych hałasów. Z drugiej strony wizję miała jedynie na wejście i niewielki fragment lobby, więc o obserwację kompana trudno, gdyż ten – przechadzając się po pomieszczeniu – zniknął jej z oczu. Takie okoliczności również uwzględniał wasz plan, puścisz samopas czy też postanowisz podążać za Lorenzo?

Lorenzo Caruso

30/484


183 cm

---






[Cytuj]
Lorenzo rozglądał się dokładnie po całym lobby. Na ziemi dostrzegł ślady częstego przemieszania, a to oznaczało, że ktoś zamieszkiwał hotel. Ciekawiło go jednak, czy były to wampiry, czy zwyczajni bezdomni, którzy zrobili sobie z tego przybytku schronienie. Słysząc czyjś głos, a także kroki Lorenzo nie zareagował. Nie miał zamiaru się ukrywać, ponieważ nie miało to żadnego sensu, zwłaszcza przy obranej taktyce. Musiał dać się pokazać, aby wywabić całą resztę.
- Wybaczy przyjacielu, ale nie jestem Reginaldem. Co masz na myśli mówiąc o finezyjnej zabawie? - zapytał donośnym głosem, gdy mężczyzna już wszedł do lobby. Lorenzo także położył rękę na kaburze, która była przyczepiona do paska. Wyglądał jakby był jakimś dziwnym gliniarzem, albo rewolwerowcem z dzikiego zachodu.
Lydia słyszała całą rozmowę. Na razie nie potrzebował pomocy, przynajmniej tak mu się wydawało. Cieszył się, że ma zabezpieczone plecy, nie lubił niespodzianek i nie chciałby oberwać nożem.

Lydia Lorenz

372 lata


181 cm


Non omnis moriar







[Cytuj]
Multikonta: Elena, Gabriel
Lydia śledziła swojego towarzysza wzrokiem tak długo, jak długo było to możliwe, jednak niestety z miejsca w którym się obecnie znajdowała miała raczej niewielkie pole do manewru. Wprawdzie dokładnie słyszała wszystko, co działo się wewnątrz, jednak to nie dawało jej pełnego obrazu sytuacji, co irytowało ją niemiłosiernie i w jej przekonaniu ograniczało potencjalne możliwości działania gdyby okazało się, że musi interweniować bo Lorenzo ma kłopot. Nie zapominajmy jednak, że miała spore doświadczenie jeśli chodzi o szpiegowanie i bynajmniej nie zamierzała tkwić tutaj, czekając na rozwój sytuacji.
Chwilę zastanawiała się nad tym, jaka forma będzie w obecnej sytuacji najbardziej adekwatna i ostatecznie zdecydowała się na wróbla. Mały, niepozorny ptaszek, jakich wszędzie było pełno... kto normalny mógłby podejrzewać ptaka o szpiegowanie? Z tą właśnie myślą przybrała postać wróbla, podleciała bliżej wejścia i przysiadła sobie możliwie jak najbardziej w cieniu, jednak tak, być mieć dobry widok na wnętrze pomieszczenia.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Mężczyzna który wyszedł na spotkanie Lorenzo był wampirem w każdym calu, wszelkie funkcje typowe dla człowieczeństwa miał uśpione. Oceniając go po gębie i ubraniu, idealnie pasował na zwyczajnego nastolatka. Z resztą, jego dalsze zachowanie mogłoby to potwierdzać, gdyż na sam widok jeszcze schowanej broni zatrzymał się i pokazał obie dłonie, na znak braku złych zamiarów.
- Wow, spokojnie! Tutaj sami swoi, to ubogie i chlejące siarkę ścierwo wie że nie ma tu czego szukać. Po tym jak ostatniemu odrąbaliśmy rękę, żebracze śmieci trzymają się od hotelu z dala - powiedział i od razu potwierdził, jeżeli mu ufać, to że to miejsce nadal niejako należało do wampirów. To jakie towarzystwo się tutaj zbierało, jego organizacja i cele, to zupełnie inna historia. - Ale widzę, że też jesteś swój. Wiesz, że pewna knajpka dla Podziemnych poszła z dymem, co nie? Mieli tam świetne grzańce na bazie świeżutkiej krwi, a że teraz o ten napitek trudno, wykazaliśmy się inicjatywą i mamy go z dodatkiem. Segregacja pojemniczków, chyba tak to się w opłatach za śmieci nazywa. Chcesz to zapraszamy do zabawy, ale składkę członkowską będziesz musiał uiścić. To nic zobowiązującego, zwykła jednorazowa zrzutka. Rozumiesz, chemiczne dodatki i dawczynie kosztują, hehe… - dodał, już dużo bardziej swobodnie i wskazał głową a schody. Nie wyrażał się najjaśniej, być może niektóre młodzieniaszki wyłapywały co trzeba między wersami, ale ewidentnie zjawisko o którym mówił znajdowało się gdzieś na piętrze. I jak przystało na gościnnego wampira, chętnie zgarnie staruszka do zabawy. Od Lorenzo zależało, jak do tego podejdzie.

Lydia mogła spokojnie przyglądać się przedstawieniu, choć zniknięcie samego ekwipunku jednocześnie odbierało jej możliwość tak dobrego wsłuchiwania się w rozmowę. Musiała bazować na możliwościach ptasiego organizmu i brać poprawkę na zmysły tego gatunku, nawet jeśli chciałaby je wyostrzyć za sprawą rasowych atutów. Niech tylko nie pozostanie za długo w tym samym miejscu, jeden z dachowców już ostrzył sobie pazurki na kolację i zakradał się, od tyłu, do smakowitego ptaszka.
Poza tą niedogodnością, miała pełną swobodę manewru. W ramach ciekawostki i dla potencjalnej opcji eksploracji można wspomnieć, iż część okien była wybita, więc możliwość ewentualnego zwiadu wchodziła w grę. Z drugiej strony, może lepiej było się nie rozdzielać i trzymać się bliżej kompana?

Lorenzo Caruso

30/484


183 cm

---






[Cytuj]
Lorenzo zastanawiał się jak do tego podejść, zwłaszcza że prawie w ogóle nie rozumiał "młodzieniaszka". Czyżby mówił w innym języku? Czy to tak trudno mówić płynnym angielskim w tym kraju czy jak? Teraz trochę żałował że poszedł na misje "szpiegowską". Zazwyczaj jak musiał zdobywać informacje robił to za pomocy przemocy, czytaj. tortur. Był wojownikiem i strategiem. Potrafił wykorzystywać informacje, nieszczególnie je zdobywając.
- Zaprowadź mnie do pozostałych? Ilu was tutaj jest i co dokładnie robicie? Chce też wiedzieć co wiedzie o tamtym klubie co poszedł z dymem. Chyba nie muszę mówić co się stanie jak nie otrzymam tych informacji. Nie chciałbym do końca demolować tego przybytku, bo może kiedyś się jeszcze przyda. - groźby i brutalna siła to Lorenzo. Dlatego też nie bawił się w politykę, bo wiedział że to może się źle skończyć. Wolał żeby ktoś inny decydował o losach klanu, bo dla niego pokój to czas zbrojeń do kolejnej wojny.
Jeżeli młodzieniec postanowi go zaprowadzić na "pięterko" Lorenzo będzie zachowywał od niego dystans. Jest nieufny i dalej nie wyklucza, że to pułapka.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Lorenzo
Młodzieniaszek spoglądał na Lorenzo jak na starego, spiętego dziadka, któremu ktoś przez przypadek dał namiary na typowy klub dla nastolatków. Machnął jedynie ręką, prowadząc wampira na piętro i w międzyczasie odpowiadając na jego pytania.
- A co mogą robić znudzone wampiry w opuszczonym miejscu? Pewnie że bawią się po swojemu, tutaj ludzki wzrok nas nie dosięga. Tym samym mamy spokój od Nefilim, przecież nikt się nie skarży... I ilu, ilu? Skąd mam wiedzieć, nie liczę? Zwykle nas jest czwórka, czasem wpadnie jakiś przyjezdny, lecz zaraz znika widząc brak starego porządku. Okazyjnie zleci się paru więcej, a co robią to nie wiem, tak długo jak budynek jeszcze się trzyma. Krew i wino piją? Bzykają się na starych materacach? Wy takich rzeczy, dziadku, nigdy nie robiliście za młodu? - spytał i roześmiał się, prowadząc Lorenzo na przedostatnie piętro. Jeżeli założyć szczerość, specjalnie szkodliwi raczej nie byli, a przynajmniej dla Eleanor. Chociaż kto wie…
W końcu dotarli do jednego z pokoi, gdzie dwójka krwiopijców siedziała i grała w karty. Na uzbrojonych nie wyglądali. Na oko byli mniej więcej w tym samym wieku co poszukiwacz Reginalda. Różnice były ledwie w wyglądzie, pierwszy mógłby grać w jakimś typowo garażowym zespole metalowym. Drugi idealnie pasował do wampira który dał w długą z Requiem, co też Lorenzo wiedział z racji posiadanych nagrań ze sklepu.
- Regiego myszy zjadły, ale znalazłem czwartego do brydża. A tak w ogóle to jak masz na imię, starszawy kolego? - spytał, zapraszając Caruso do środka.
Poza zbiegiem, jedyne co mogło rzucać się w oczy, to przywiązana do łózka, za nadgarstki i przy kostkach, dziewczyna. Jeżeli nie wykorzystywała człowieczeństwa na wysokim poziomie, to prawdopodobnie była człowiekiem. Niezależnie od wariantu, jej mina wskazywała na to, że jest mocno oderwana od rzeczywistości.
- Tak jak mówiłem, finezyjna zabawa. Dołóż się dwie dyszki to podzielimy się drinkiem. Będzie kopał jak Pudzian Najmana. Wygraj w karty, to cóż, pierwsza runda z nią jest twoja - powiedział wesołek który go tutaj przyprowadził, po czym zasiadł do stolika z kartami.

Lydia
Pierwszy karniaczek oraz komplikacja spraw. Nie dość, że tracisz Lorenzo z oczu, to jeszcze musisz męczyć się z kocurem. To łakome zwierze z ochotą rzuciło się na maleńkiego wróbelka, a samo przygniecenie go swoimi łapkami nie należało do przyjemnych, z perspektywy wampirzycy. Futrzak obił cię kilka razy swoją łapą oraz wyturlał po chodniku, co było szkodliwe dla orientacji. Niby drobnostka, lecz[u lada chwila ]wgryzie się w ciebie swoimi zębiskami[/u]. Biorąc pod uwagę obecne gabaryty, to będzie bolesne i może zaszkodzić nie tyle zdrowiu, co życiu. Lepiej nie pozostać bierną.

Lydia Lorenz

372 lata


181 cm


Non omnis moriar







[Cytuj]
Multikonta: Elena, Gabriel
Cóż, jej plan działania z założenia był tak dobry, że nie spodziewała się żadnych komplikacji - jak widać w pewnych sytuacjach jej egoizm mógł okazać się naprawdę zgubny. Szczęście, że kocur był na tyle wspaniałomyślny - o ile w ogóle można nazwać tak zwierzę! - by od razu nie rzucać się na nią z zębami, a zamiast tego radośnie przetoczyć nią po chodniku. Z pewnością nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie w jej życiu, ale przynajmniej żyła i przy odrobinie szczęścia miała okazję szybko wybrnąć z tej dziwnej sytuacji, w której znalazła się jedynie przez własną lekkomyślność, czego rzecz jasna absolutnie nie dopuszczała do świadomości. Przecież ona nigdy się nie myliła.
Tym razem zdecydowała się na formę szarego, ulicznego kundla. Warknęła kilka razy na kota, by nieco go przestraszyć i przepędzić z jej strefy działania. Rozejrzała się, by na powrót odzyskać orientację w terenie, po czym ponownie pomaszerowała w kierunku drzwi - jeśli nikogo tam nie było, weszła i przez chwilę nasłuchiwała. Lorenzo był w budynku, tego była pewna, pozostawało jedynie go zlokalizować. Czyżby musiała po raz kolejny zmienić się w coś, co rzucało się w oczy mniej niż pies?

Lorenzo Caruso

30/484


183 cm

---






[Cytuj]
Nie podobało mu się tutaj. Miał co do tych wampirów złe przeczucia. Lorenzo był dumnym, starym wampirem. Posiadał zasady, których się trzymał. Nikomu nie kazał innym ich przestrzegać, ale każdy wampir powinien odpowiednio się zachowywać, w końcu są przedstawicielami najwspanialszej i nieśmiertelnej rasy. Wszyscy powinni do nich czuć szacunek. Szacunek niekoniecznie budowany strachem.
- Ja w twoim wieku obcinałem głowy dezerterom i podbijałem zamki. - powiedział całkowicie poważnie. W czasach których żył śmierć była czymś naturalnym. Zabił pierwszego człowieka w wieku szesnastu lat. Był to dezerter z armii ojca. Musiał to zrobić, aby zdobyć odpowiednie uznanie wśród żołnierzy.
Gdy w końcu doszli do pomieszczenia gdzie była reszta wampirów, Włoch rozejrzał się. Był tutaj straszny burdel, a w dodatku była przykuta dziewczyna, najprawdopodobniej użyto na niej Encanto, albo była naćpana, ciężko stwierdzić na pierwszy rzut oka. Spojrzał na zebranych w pomieszczeniu i w oczy od razu rzuciła mu się twarz wampira, którego widział na nagraniu. Czyli był blisko tego zamieszania.
- Ty. - wskazał na tego z nagrania. - Byłeś w Requiem w czasie zamieszania? Co tam się wydarzyło? - jeżeli ktoś chciał teraz sobie pośmieszkować to powinna mu przejść na to ochota patrząc na poważną twarz Enzo. Przyszedł do tego cuchnącego i brudnego miejsca w konkretnym celu. Przez brak wygody którą uwielbiał tracił cierpliwość, a zaręczam wam drogie dzieci, nie chcecie aby staruszek stracił cierpliwość.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Lorenzo
Prowadzący Lorenzo wampir jedynie gwizdnął, choć wolał tego nie komentować W wieku szesnastu lat nadal miał problem z tabliczką mnożenia, w czasach obecnych, od dzieci nie wymagało się rozlewu krwi i żadna zachodnia armia w ogóle nie wzięłaby kandydatury gówniarza pod uwagę. Prędzej zadzwoniliby po rodziców lub zrzucili ten problem na barki innej instytucji.
- Nas już nikt nie atakował… - mruknął, na swoje szczęście żyjąc w spokojniejszej okolicy, i raczej nie zamierzając polemizować w dyskusji której nie mógł wygrać.
Wskazany przez Lorenzo wampir siedział przez chwilę zmieszany, zaś absolutnie wszyscy skupili na nim swoją uwagę. Prawdopodobnym jest, że nie zdążył się jeszcze kolegom pochwalić o tym co przeżył w klubie.
- Gazet nie czytasz? Pożar, choć nie wiem kto go wywołał, mówią że zjechała się śmietanka towarzyska glin, cały posterunek opróżnili. Wcześniej wilkołakom coś odjebało, nie żeby na co dzień były normalne. Siedzimy sobie jak zwykle, w mieszanej grupie, poza nami i psami bo zwykle mieliśmy ten nieoficjalny podział na dwa kąty lokalu, i jak się zaraz kundle na nas nie rzuciły. Wcześniej wszyscy zawsze zachowywali spokój, ochrona o to dbała a i ostatni wyrywny skończył na tydzień w skórze ropuchy. A teraz nawet ta wilcza część pracowników skoczyła nam do gardeł! No tośmy się pobili, tak ze zmiennym szczęściem bym powiedział. W końcu ktoś zaczął drzeć mordę, policja sracja i walczących kapitulacja. Daliśmy w długą w ostatniej chwili, bo te kurwie syny dopiero wtedy zdawały się użyć tych nielicznych szarych komórek… - opowiadał i gestykulował, jak to komu nie przywalił w międzyczasie w japę. Większość uwagi poświęcał swoim kompanom, gdyż Pan Dziadek z Włoch mógłby nie podzielać jego toku rozumowania. Szukał aplauzu u swoich. - Przykra sprawa bo jednej z naszych to na bank główkę urwało, mam nadzieję że nie była twoją wnuczką. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, może który Czarownik drugi lokal otworzy? Łatwiej będzie o krew z psikiem... – dodał i wzruszył ramionami. Prawdę mówiąc to nie widział powodów aby ukrywać te informacje przed którymkolwiek z wampirów, plotka na równi z tymi wymienianymi przez baby kościelne.
- Grasz czy nie? - spytał metalowiec, który zmierzał do naćpanej kobiety, z nożem w ręku i kubeczkiem w dłoni. Prawdopodobnie od samych wspomnień o krwi robił się głodny, a to jedyne dobre źródło w okolicy.

Lydia
Choć nie była to forma wielkiego czworonoga, tak sama sylwetka wystarczyła do spłoszenia kota. Ten nie miał zamiaru wdania się w bójkę z czymś, co z kolacją stało się równym mu przeciwnikiem. Futrzak zwiewał. Niemniej rodził się poważny problem, przemiana została dokonana tuż przy wejściu do hotelu, a to miejsce było widoczne z ulicy. O ile wcześniej udało jej się przemienić w ptaszka bez świadków, gdyż sama stała w bardziej wycofanej pozycji, teraz miała świadka tego nietypowego zajścia. Mianowicie chodzi o kobietę wychodzącą z klatki mieszkaniowej bloku, stojącego mniej więcej naprzeciwko Hotelu. Mogła zwrócić na siebie uwagę wampirzycy tym, że upuściła w pocie czoła zebrane puste butelki, a wiele z nich rozbiło się o płytę chodnikową. Przez chwilę patrzyła na całość jak zaklęta i jak się nie wydarła...
- O kurwa, pies diabła! LUDZIE! - krzyczy i będzie wykrzykiwać dalej tego typu frazesy, wystarczająco głośno aby ktoś mógł zainteresować się wydarzeniami na ulicy. Z wyglądu była albo uboga i lubiąca dobrze wypić, albo wręcz bezdomna. Była nędzarzem, niby mało kto takim wierzył, z drugiej strony nadal mogła stanowić źródło kłopotów.
Tak więc wampirzyca mogłaby spróbować zrobić coś ze świadkiem przemiany, lub puścić wolno w nadziei na niską szkodliwość społeczną. Tylko co na to powie Clave, gdyby się dowiedziało? Ta zaraz zacznie wiać wzdłuż głównej ulicy, najprawdopodobniej na zasadzie „byle za róg i jakoś to będzie”. Wbrew pozorom, przerażona byłaby całkiem żwawa.
Jeżeli postanowiłaby ją olać, dane byłoby jej w końcu dostać się do hotelu. Wpierw jednak poszarpałaby się chwilę, w psiej formie, z klamką i samymi masywnymi drzwiami. Nasłuchiwanie nie wychwyciłoby żadnych odgłosów wskazujących na walkę, a jedyne źródło hałasów, poza tym na zewnątrz, stanowiła wesoła gromadka gdzieś na pięterku. Lydia załapałaby się gdzieś na końcówkę monologu osoby z którą rozmawiał Lorenzo. To czy powinna zmienić formę, musiała ocenić sama. Poza wspomnianą grupą, to miejsce było opustoszałe, może poza typowym robactwem pokroju pająków czy innego głodnego szczurka. A i te raczej wolały omijać wampiry z daleka.
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo