Shadowhunter

666 lat



All paths lead to death.

Administrator
[Cytuj]
Fox Inn
Jeden z wielu pubów w dzielnicy Holgate. Miejsce przeznaczone dla większej ilości osób. Dwie sale, jedna oficjalna, druga niekoniecznie. Na parterze budynku znajduje się pub dostępny dla wszystkich gości, jednak dla podziemnych znalazła się wydzielona część w piwnicach Fox Inn. Dostać się tam można krętymi schodami, które oświedlają świeczniku na ścianach. Całość dolnego pomieszczenia oświetlają świece, a przy barze serwują krew, wypieczone steki i inne przekąski przeznaczone dla różnych ras.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Bar w Holgate był dzisiaj wyjątkowo zaludniony. Sporo osób siedziało przy kontuarze, a jeszcze więcej przy stolikach wokół. Na końcu lady, na wysokim krześle siedział mężczyzna i przysłuchiwał się rozmowie osób, siedzących obok niego. Rozmawiali o Zimnym Pokoju, klasyczna konwersacja o polityce przy butelce ulubionego trunku. Mężczyzna ów, był wysoki, dobrze zbudowany, a posturą nieco górował nad całą resztą. Spod zaciągniętego kaptura wystawały kosmyki długich, jasnych włosów. Nie zwracał na siebie większej uwagi, był bierny, sączył powoli piwo ze szklanego kufla. Kto miałby zwrócić na niego uwagę?
Rozmowa mężczyzn przeniosła się na temat bardziej przyziemny, a nieznajomy poprawił kaptur wysuwając nieco szpiczaste ucho, zdradzające jego pochodzenie. Nikt w barze nie zwracał jednak na niego uwagi, dlaczego ktokolwiek miałby? To miejsce dla każdego, nie można nikogo wyprosić, ani tym bardziej zabronić mu przychodzić. Nikt nie posiadał takiej mocy sprawczej. Wracając jednak do tematu rozmowy panów siedzących obok nieznajomego, rozmawiali o postępowaniu Królowej Faerie, o rzekomej wiedzy na temat mordowanych istot należących do Świata Cieni i jej milczeniu. Obaj popierali jej działania, twierdząc jednomyślnie, że tak powinno właśnie wyglądać ich życie, choć Zimny Pokój nie był w tym wszystkim konieczny. Nieznajomy mężczyzna stukał palcami o kufel, a ciężkie, metalowe pierścienie wydawały głuchy odgłos w zetknięciu ze szkłem. Irytacja narastała w nim z każdym kolejnym słowem wypluwanym z ust tych niepoważnych, w jego mniemaniu, osobników.
- Postradaliście zmysły? – nie wytrzymał w końcu i podniósł się gwałtownie. Kaptur zsunął się z jego głowy, prezentując bladą twarz, jasne włosy okalające głowę i upięte w warkocz i bliznę po pazurach przechodząca od czoła, przez oczy, aż do samej brody. Pamiątka po Mrocznej Wojnie, kiedy to nieznajomy zdecydował się walczyć dla Clave, ale został uznany za szpiega i zaatakowany przez wilkołaka. – Wierzycie w jej słowa? Mogłaby wydać te informacje, w zamian za zniesienie z nas tej hańby, którą okryliśmy się przez jej głupotę, jej prywatne pobudki i egoizm. – podniósł głos i rozejrzał się wokół, z nadzieją, ze ktoś wesprze go, poprze jego słowa i przyzna mu rację. Dużo przedstawicieli baśniowego ludu znajdowało się w Fox Inn, często bywali tutaj przedstawiciele różnych ras, a nieznajomy wzbudził spore zainteresowanie. Uniósł kufel i uderzył nim o blat, a resztki piwa rozlały się wokół niego. Dwóch mężczyzn, którym wprosił się w rozmowę wstało nagle i zasyczało z wściekłością komentując jego zachowanie. Nieznajomy nie powinien wypowiadać się na te tematy, a w takim miejscu jak ten bar, nie było trudno o znalezienie zaczepki.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Witam w mini-evencie na rozgrzewkę! Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić i nie doprowadzicie mnie do konieczności urwania komuś kończyn (wiem, że chcecie je mieć i są Wam potrzebne!).
Kilka małych zasad, które obowiązują w naszej zabawie.
1. Nie ma kolejności pisania postów w pierwszej kolejce.
2. Od czasu postu MG grupa ma 48 godzin na napisanie swoich postów.
3. Za nie pisanie można narazić się na gniew MG (a tego byśmy nie chcieli, prawda?)
4. Pamiętajcie, że Wasza postać nie wie wszystkiego.
5. Wszystkie akcje piszcie w trybie przypuszczającym, MG zdecyduje czy się udało czy nie (w razie co, rzucę kością).


Zaskoczcie mnie!


Osoby biorące udział w rozgrywce: Gwendolyne mac Niamhlach, Tempest, Oberyn, Suki, Wagabunda, Llyr
Oberyn
[Usunięty]
Oberyn
[Usunięty]
[Cytuj]
Czasami Faerie nie wyglądały wcale jak jedne z nich. Ruda Kita siedziała w małym wykuszu, przygotowanym do siedzenia, wyłożonym poduszkami i wygodną matą. Dłonie oplecione dookoła kubka z korzennym czajem, zrobiony na drutach sweter, dużo za duży, w kolorze butelkowej zieleni, termiczne legginsy i AirMaxy na stopach, częściowo przykryte przez getry w kolorze neonowego różu. Wraz z rozłożoną na kolanach książkach wyglądała jak studentka, gdyby nie to, że znajdowała się w części dla Podziemnych, a spod skręconych w rude sprężynki czasami wystawały spiczasto zakończone uszy. Wcale nie przyszła tu szpiegować, choć to robiła to często mimowolnie, po prostu uwielbiała tę herbatę i gdy tylko zaglądała do tego świata, pojawiała się w Fox Inn, nie wspominając o tym, że nazwa współgrała z jej imieniem.
Dyskusja była na tyle ożywiona, że Opowieść Podręcznej już nawet nie stanowiła rekwizytu do udawania, że czyta. Spoglądała to na dyskutujących, to na Fae. Zmrużyła oczy, które błysnęły jej prawdziwą zieloną, wysmykując się z szarości kameleona. Ukrywała częściowo swój prawdziwy wygląd, między innymi blizny na twarzy, które naznaczyły ją podczas Mrocznej Wojny. Ukrywała bielmo, pokrywające ślepotę. O tym nie wiedział nikt.
- Mój drogi, chyba wiesz jakie dziś życie jest niepewne. - Jej rude loki podskakiwały dookoła jej głowy chmurą, gdy pokręciła głową - Musi się z tym pan pogodzić. Myślisz, że byśmy coś zyskali? Przecież Nefilim są rasą aryjską, a my możemy potańczyć z naszym tamburynem, jak cyganie. Jedyne, co możemy od nich otrzymać, to ten sam los, co spotkał Żydów.
Ona nie zanegowała słów Fae. Ona przypominała, że Nefilim są gorsi.
Czy mogła go znać? Jaka jest pora dnia, pogoda? Poproszę o dokładną ilość osób i umiejscowienie.

Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
 
Suki Thompson
[Usunięty]
Suki Thompson
[Usunięty]
[Cytuj]
To prawda, Faerie czesto nie wygladaja jak bajeczne wrozki na filmach, ani nawet jak zle czarownice. Suki miala nieco gzotyczny wyglad, ktory podkreslala akijazem, na przyklad w egispkim stylu jak teraz, i czesto nosi kontrastujace z kolorem jej skory sukienki na przyklad koloru kremowego czy blekitnego z duzym rozcieciem na piersiach. Wszak Wagabunda byla obok i Djinn chciala by miala na czym oko zawiesic.
Teraz sama leniwie popijala jak zwykle mocna i slodka herbate, choc te europejskie zupelnie sie jej zdaniem do tych arabskich nie umywaja. Obserwowala otoczenie, usmiechajac sie do Wagabundy -Swietnie wygladasz, jak zawsze zreszta i jednoczesnie wypatrujac byc moze jakiejs kolejnej potencjalnej ofiary jej zyczen. Nie bylo jednak w tym pospiechu, w koncu to tylko kaprys, a nie nieodzowna koniecznosc. Wieczor wiec zapowiadal sie dosyc monotonnie dopoki jej uwagi nie przykula apara rozmowcow, a raczej mezczyzna, ktory wcial sie im w rozmowe i zaczal przyciagac uwage coraz wiekszej liczby zgromadzonych ludzi. Przeniosla na niego spojrzenia i wbila w niego swoje ciemne oczy. Byla Rycerzem Jasnego Dworu i jej pierwszym instynktem bylo po prostu przylozyc nieznajomemu. Teraz jednak wiedziala, ze lepiej sie opanowac, przynajmniej na razie.
-Radzilabym uwazac na slowa, Krolowa w zaistnialej sytuacji robi to co moze by zaspokoic zyczenia wszystkich. Wszzyscy, ktorzy mowia inaczej klamia
 
Gwendolyne mac Niamhlach
[Usunięty]
Gwendolyne mac Niamhlach
[Usunięty]
[Cytuj]
Nie znosiła tego miejsca.
Ona, która spędziła setki lat, przeglądając się w leniwych wodach krystalicznych jezior. Ona, która wierzchem śmiało przecinała lodowate górskie potoki. Ona, która znała cuda Jasnego i plugastwa Ciemnego Dworu, Rycerz Faerie, protegowana szalonej Morrighan z Tir na nÓg, opiewana w legendach – serdecznie nienawidziła tego miejsca. Trąciło kiepskim piwem, gwarem zbyt wielu ordynarnych rozmów, żelazistym odorem ludzi. Upadkiem.
Ale, cóż, przynajmniej tutaj Llyr mógł zjeść w spokoju surową rybę, nie narażając się na zdumione spojrzenia. W Fox Inn jedzenie było kiepskie, ale przedstawicielom baśniowego ludku przynajmniej dawano sztućce z drewna. I w miarę świeże ryby.
Poza tym musieli bywać w miejscach publicznych. Zbierać informacje – o Zimnym Pokoju, o sytuacji w mieście, o mieczu, o sposobach na powrót do domu. Dlatego Gwendolyne pozwoliła wbić się w długą kaszmirową sukienkę o żywym, burgundowym kolorze jesiennych liści klonu. Wspaniale srebrne włosy zebrała na czubku głowy w długi, gruby ogon przewiązany rzemieniem. Włożyła to zamszowe paskudztwo na obcasie, które śmiertelni nazywali współczesnymi butami. Zamówiła grzane wino, które urągało wszelkim trunkom w Tir na nÓg, i słuchała, jak obrażają Królową.
Bywały czasy, kiedy taki delikwent, który ośmielił się w jej przytomności skrytykować Królową, zostawał natychmiast wyzwany do walki i wkrótce padał z rozpłatanym gardłem. Nawet teraz Gwendolyne wypracowanym ruchem sięgnęła do boku, by dobyć miecza.
Ale broni tam nie było.
Wielu rzeczy już nie było. Mimo to wstała, odrzucając włosy na plecy. Jakaś młoda faerie o wyglądzie dżinna nie powstrzymała się, by nie odpowiedzieć mężczyźnie. Kątem oka dojrzała kilku innych mieszkańców Krainy Pod Wzgórzem. Skrzywiła blade wargi na widok Lorda Oberyna, który, wystrojony jak pajac w przyziemne szmatki, urągał swojemu stanowi i pozycji. Niemniej oddała rudej faerie oszczędny, krótki ukłon, bardziej skinienie głowy, nim odeszła od stolika.
Gestem dała znać, by Llyr poszedł za nią. Nie odwróciła się, by sprawdzić, czy to zrobił. Kelpie podążał za nią zawsze.
- Odważne słowa, mój panie – powiedziała. Głos miała zimny, zmatowiały lekką chrypką, dziwnie nie przystający do kobiety o tak pięknej twarzy. – Dlaczego nie powtórzysz ich przed obliczem Królowej?
 
Wagabunda
[Usunięty]
Wagabunda
[Usunięty]
[Cytuj]
Wagabunda nie należała do osób, które często bywają w podobnych miejscach, zwłaszcza taki przeznaczonych jedynie dla przyziemnych. Nie lubiła ich zbieraniny, tudzież zbitej masy ludzi, albo jak ona ich zwie - mięsa - w jednej kupie. Przeważnie skakali jak pojebani do dziwnej muzyki, jakiegoś dudnienia, które według Wandy w ogóle nie zachęcało do żadnych pląsów. Tak czy siak, przylazła tu, chyba tylko z przymusu, no i została także przekupiona wyeksponowanym dekoltem Suki. Tysiąc pięćset lat życia tu i tam, a ona dalej stawia cycki wyżej, niż własną godność... No, może nie od razu godność, ale swoje lenistwo na pewno.
Popijała powoli swój ulubione sok bananowy, nie czując potrzeby spożywania alkoholu. Prawda była taka, że nie lubiła pić, bo procenty zbyt szybko uderzały jej do głowy, co nierzadko kończyło się niezbyt ciekawymi sytuacjami. Na szczęście tylko kilka... naście razy zdarzyło jej się to w obecności przyziemnych, reszta działa się wśród podziemnych, którzy w większości byli przyzwyczajeni do głupot Faerie.
W przeciwieństwie do wielu gości tego średnio przyjemnego przybytku, na stopach Wagabundy nie znajdowały się żadne buty. Te, trampki mianowicie, z oczojebnymi, kolorowymi sznurówkami leżały obok nogi krzesła, zajmowanego przez ich właścicielkę. Była wśród "swoich", więc nie musiała udawać grzecznej przyziemnej. Nawet za duża bluza (żółta jak banany), wkładana przez głowę, była jakby od niechcenia narzucona na drobne ciało Kelpie. Oczywiście miała także coś na tyłku, żeby nie było - czarne leginsy, podkreślające ową część ciała.
Uśmiechnęła się na komentarz Suki, zerkając na jej dekolt. Trzeba było przyznać, że ten ją tak zahipnotyzował, że nawet nie zwróciła większej uwagi na podziemnych obecnych w tym brzydkim miejscu, kiedy tu razem wchodziły.
Nie zwróciła również większej uwagi na Faerie, gadającego do jakiś podziemnych pod barem. Dopiero słowne uwagi innych osób, w tym Suki, nakazały jej zwrócić w to miejsce swoje oblicze i z niemałym zainteresowaniem obserwowała całą sytuację. Zerknęła tedy na Djinn obok siebie, z niemym pytaniem "Co tu się odjebywuje?" oraz miną mówiącą dosłowne "Hehe, bitka się szykuje". Chyba bardzo zaczęła się cieszyć na prawdopodobny spór, zapewne jak wielu innych gości.
 
Tempest
[Usunięty]
Tempest
[Usunięty]
[Cytuj]
Niczym burza porwista wdarła się do przeuroczej mordowni, otwierając drzwi potężnym bum, które tak co nieco przygłuszyło ciągnące się jej śladem jęki boleści, rozpaczy i innych klituś-bajduś. Oczy stłoczonych jak te sardynki najgorsze ćwoków spoczęły na jej ciemnym licu i taka hojna była akurat, że dała im piękną buźkę popodziwiać, miast zwyczajowo dać w papę. Nie znaczyło to, że powstrzymywać się jej chciało przed wszczynaniem zacnej burdy, po prostu przylazła tu w innym celu.
Mocarnym, ździebko przyciężkawym krokiem skierowała się w sam środeczek reflektorów, tudzież znanym jako bar, coby zamówić dawno nie żarte, płynne przysmaki. Lawirując przez bajecznie męczący labirynt, skonstruowany - wydawać się mogło - tylko z wytrzeszczonych gał i poszatkowanych resztek słów łapała kątem oka jak najwięcej informacji co do sytuacji, w którą na krzywy ryj wbiła. Twarzyczki urocze, jak i te prawdziwe parszywe mordy zbijały się w zupę bezkształtną i niezbyt jadalną, ale kilka zdołała oddzielić od reszty.
Mała marchewa ustrojona jak choinka przez ślepego, topielica, za którą podążał jakiś człekokształtny cień były sylwetkami, które coś w jej łbie poruszyły, ale nie na tyle, by zareagowała mocniej, niż lekko przymrożonym spojrzeniem. Dwie następne kojarzyła aż za dobrze, ale cieszyć się z tej racji zamiaru nie miała. Beznamiętnym wzrokiem ominęła odpicowanego jak ta lala dżina, by następnie utkwić ślepia tylko na sekundę, a może i dwie w siedzącej nieopodal kelpie. Skinięcie główką wykorzystało Pemciowy limit kurtuazji na co najmniej dwa wieczory, toteż odwróciła się - w sam raz, by odebrać prosto w pazury kusząco śmierdzący trunek.
Szanowne zadzisko, odziane w czarne dresy, posadziła przed kontuarem i opuszczać mięciutkiego gniazdka nie zamierzała przez chociaż trzy kolejki, a pewnie i więcej, głównie dlatego, bo mogła z bliska napawać się z wolna rodzącym chaosem, odczekać tylko chwileczkę, by w odpowiednim momencie z zabójczą precyzją rzucić jabłko niezgody. Za wcześnie jednak było i szumieć nie szumiało prawidłowo w makówce, w ogóle właściwie, więc upiła chciwie łyczek, drugi i trzeci, przerywając, by pokiwać z aprobatą głową w odpowiedzi na hyc o stół uderzony kufel. Jednocześnie chęć przemożna w jej trzewiach się odezwała i uzewnętrzniła w postaci głośnego śmiechu, przypominającego mocno szczekanie przerośniętego bydlęcia. Dziwaczne iskierki rozświetliły jej żarówiasto niebieskie oczęta, a usta wykrzywił nieprzyjemny półuśmiech. Usadowiła się głębiej w siedzisku, kręcąc się i wiercąc, przez co zdobiący szyjkę wisior - zasuszone ludzkie ucho na rzemyku - niefortunnie zanurzył się w napoju. Wyratowała go z opresji błyskawicznie, zapobiegając możliwości trwałego kuku, jednak niesmak pozostał i był bardzo dostrzegalny w jej spojrzeniu, ponownie skierowanym w stronę rozprzestrzeniającego się piekiełka.
Czekała.
 
Llyr
[Usunięty]
Llyr
[Usunięty]
[Cytuj]
Llyr żachnął się w myślach, gdy usłyszał, że ludzie któryś tam raz z rzędu świętują Halloween. Całe to świętowane polegało na przebieraniu się w cudaczne łachy, bieganiu po ulicach i wyłudzaniu cukierków. Cukierków! Gdyby chodziło o same dzieci, mógłby to jeszcze zrozumieć. Dzieci lubiły się bawić, nie przepuszczały okazji do napchania się słodkościami. Gorzej, gdy udzielało się to i dorosłym. Przechodząc przez ulicę, dostrzegł w oddali parę trochę starszych śmiertelników. Kobieta przebrała się w strój czarownicy (miała nawet miotłę), mężczyzna włożył na siebie strój wilkołaka. Oboje nic sobie nie robili z dziwnych spojrzeń przechodniów. Chichotali między sobą i przemykali chodnikiem niczym para dzieciaków z podstawówki. Chyba zamierzali poczuć się znowu młodo.
Młodość.
Llyr dowiedział się od kogoś, że śmiertelnicy radośnie obchodzą Halloween, gdyż w ten sposób pragną odsunąć od siebie wizję śmierci, jako nieubłaganego, ponurego kosiarza. Porywającego żywe istoty w nieznane. Wobec tego, jak miał rozumieć uczestnictwo dorosłych w dziecięcej zabawie? Jako próbę odsunięcia od siebie wizji nadchodzącej starości? Śmieszne. Śmierć i starość i tak nadejdą, bez względu na to jak bardzo będą uciekać od nich ludzie.
Llyr dałby wiele, żeby móc spędzić ten dzień spokojnie. Bez oglądania przebierańców i przedzierania przez grupki spragnionych słodyczy dzieciaków. Rybę dostałby bez większego problemu w jednym z tych budynków, do których mieszkańcy miasta chodzą, kiedy potrzebują żywności. Nazywali to sklepem. Nie wiedział nawet czemu. Może sklep brzmiało w ich uszach dużo lepiej niż magazyn. W każdym razie, dzisiaj chętnie trzymałby się z dala od wszelkich większych skupisk. Jednak Pani Gwendolyne miała inne plany. Uznała, że dzisiejszy dzień był dobrą porą na odwiedzenie jednego z miejsc, w którym zbierały się faerie. To zawsze okazja do pogawędek, zebrania informacji, no i zjedzenia apetycznej surowej ryby w doborowym towarzystwie.
Kiedy Llyr przekonał się, że jego Pani zdecydowanie chce się wybrać do Fox Inn, nie zaprotestował. Pani każe, sługa musi.
Początek zapowiadał się całkiem miło. Owszem, w środku było nieco za głośno (przynajmniej dla Llyra), ale atmosfera wydawała się przyjazna. Zasiadający przy stołach biesiadnicy prowadzili między sobą rozmowy. Nikt nikogo nie zaczepiał ani nikomu nie wadził.
Do czasu aż jakiś wyjątkowo głośny i źle wychowany bywalec zaczął gadać o polityce. Od słowa do słowa dyskusja się rozwijała, a atmosfera gęstniała. Llyr obojętnie przyjął słowa sfrustrowanego nieznajomego. Gdyż nie było to nic innego, jak słowa sfrustrowanego osobnika. Nie mające większego znaczenia dla Królowej i wyniku wojny. Królowa czyniła, to co czyniła, zaś wynik wojny nie zmienia się pod wpływem czyjeś złości. Chciał, żeby Gwendolyne myślała w podobny sposób, niestety były rycerz dworu podniósł się za stołu i dał mu znak, żeby iść za nim. Świetnie. Wspaniale. Llyr nie okazał w żaden sposób, że niezbyt cieszy go mieszanie się Gwendolyne do sporu. Stanął tuż za nią i obserwował beznamiętnie nieznajomego.
 

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Wieczór ostatniego dnia października był wyjątkowo chłodny, przez zaparowane szyby Fox Inn widać było chwiejące się gałęzie drzew. Wszystkie miejsca przy stolikach najbliżej okien były zajęte. Około dwudziestu pięciu osób zajętych rozmową początkowo nie zwracało uwagi na to, co dzieje się bliżej baru. Podziemni, którzy siedzieli bliżej całego zamieszania szybko połapali się o co chodzi. Kelner z niepokojem spoglądał w stronę Sali, był sam na zmianie i nie miał pewności czy będzie w stanie ogarnąć około trzydzieści lub czterdzieści osób, które zajmowały miejsca w całym pubie. Kilka osób zdecydowanie się odezwać do nieznajomego mężczyzny, na którego ustach pojawił się krzywy uśmiech, chyba osiągnął to, co zamierzał.
- Droga Pani, uważam, że nawet z największym wrogiem da się dojść do porozumienia, jeśli ma się sensowne argumenty. – powiedział spokojnie i skłonił głowę w kierunku Oberyna, owszem, uważał, że mogliby zyskać na tym bardzo dużo, jego zdaniem ta sprawa była prosta do rozwiązania. Królowa posiadała informacje i gdyby jedynie się postarała, mogłaby wyjść do Nefilim z propozycją, która uwolniłaby od ich kary. Najwyraźniej jednak tej kobiecie było na rękę życie w odizolowaniu.
- Królowa robi wszystko, by zaspokoić swoje potrzeby. – powiedział spokojnym tonem, obojętnym i beznamiętnym. Królowa dla niego winna być skazana za wszystkie grzechy, które poczyniła w trakcie swego trwania. Miała wiele lat, była starsza niż cokolwiek innego co zdołał poznać, ale zachłysnęła się swoją władzą i przeliczyła się, co do swoich umiejętności. Zwyczajnie straciła wyczucie, w końcu miała postawić na wygraną stronę, a skończyła upadkiem z kretesem i pociągnęła za sobą wszystkich innych.
- Pani Niamhlach, być może nie pamiętasz mnie, minęło setki lat od kiedy przelotnie widziałem Cię po raz ostatni. Powinnaś rozumieć moją postawę, podobnie jak Ty straciłem wszystko… Nie tylko Twój miecz zabrało Clave, a wina nie była Twoja, wykonywałaś jedynie rozkazy. Na szczęście utrata tego wszystkiego nie jest bezpowrotna, trzeba tylko podjąć ryzyko. – dokończył spokojnie, a jego jasne tęczówki błyszczały dość niebezpiecznie. Był pełen zapału, wiedział czego oczekiwał od życia i co chciał zrobić, aby poprawić swoją sytuację. Być może niektórym odpowiadało życie jako gorsza rasa, pozbawiona honoru i nieszanowana prze innych. Nikt więcej się nie odezwał, choć nieznajomy mężczyzna i tak wyczuł, że ma szansę zdobyć tu choć odrobinę posłuchu. Wziął głęboki oddech i odstawił kufel z napojem na blat, podniósł się i ukłonił się do Lorda Oberyna, Gwendoline oraz Suki.
- Panie wybaczą moje niewychowanie. Jestem Selanlar Naemyar. Służyłem na Jasnym Dworze i zostałem omotany przez Królową, której racje były najważniejsze. Zostałem wygnany z Faerielandu po tym, jak zrozumiałem błąd, który popełniam w imię ślepej podległości pod Królową. Tutaj Clave zabrało mi wszystko, a ja utknąłem w tym miejscu i próbuję zrobić wszystko, aby odzyskać swoją godność. – jego głos był miękki i pewny siebie, stał przed nimi w odzieniu przystosowanym do dzisiejszych warunków, do świata w którym się znalazł, choć nadal ukrywał się pod obszernymi ciuchami. Blizny na jego twarzy świadczyły o tym, że brał udział w Wojnie, że nie odnosił tylko zwycięstw. Wojna to ból i straty, każdy o tym wiedział. Selanlar szukał osób, które razem z nim chciałyby obalić rządy królowej, nie zasługiwała na to, aby władać światem, który zrujnowała.
Gwendolyne mac Niamhlach
[Usunięty]
Gwendolyne mac Niamhlach
[Usunięty]
[Cytuj]
Słuchała jego słów z nieprzeniknioną twarzą, grzecznie, z chłodną kulturą rycerza obu Dworów. Czekała, aż skończy. Przymrużyła oczy, mierząc jego sylwetkę uważnym, taksującym spojrzeniem wymagającego kupca, który właśnie chce nabyć łownego sokoła.
Selanlar Naemyar. Możliwe. Być może. Gwendolyne mac Niamhlach słyszała zbyt wiele nazwisk, by przez tysiąc lat mogły pozostać niezatarte w jej pamięci. Nie ulegało jednak wątpliwości, że faerie zna jej tożsamość. Nie kryła się z nią szczególnie, a w całym Faerie znana była bardziej, niż mogłaby sobie tego życzyć.
Jej spokój zafalował i zachwiał się momentalnie, kiedy tylko faerie wspomniał o jej mieczu. Zacisnęła pięści. Dobrze wyprawiona jagnięca skórka napięła się na jej knykciach – Gwendolyne mac Niamhlach nawet tutaj nie zdjęła rękawic. Dłonie miała okaleczone dotykiem miecza, tego samego, który zabrało jej Clave, a o którym wspomniał właśnie Selanlar. Samo brzmienie jego słów wystarczyło, by jej srebrnoszare włosy zafalowały, zajęły się od końców rdzawą czerwienią gniewu, jakby przypadkiem umoczyła je w świeżej krwi i pozwoliła, by ta zakrzepła. Okrutnie piękne, przymrużone oczy błysnęły.
- Godności się nie odzyskuje – odpowiedziała, a jej schrypnięty głos zabrzmiał jak warkot. – Ale można zabić wszystkich, którzy widzieli upadek i zadbać o to, by wspomnienie ich losu napawało lękiem. Mów. Wiesz, gdzie jest Craigh?
Postąpiła trzy kroki do przodu, stając twarzą w twarz z mężczyzną, za plecami czując milczące wsparcie ponurego kelpie. Była wysoka, a obcasy dodawały jej kolejnych cali. Była też po królewsku wyprostowana, rozsiewając aurę, dzięki której nawet przy zadzieraniu głowy mogła patrzeć z góry. Otworzyła szerzej oczy. Zimne, srebrne, straszne. Wąskie wysepki czarnych źrenic pośród jezior rozlanej rtęci.
- Powiedz mi wszystko, co wiesz – dodała ciszej. Nie groziła mu, ale rozsądnie było zakładać, że skłonna będzie dać wiele i odebrać wiele za wieści o broni. – Chcę odzyskać mój miecz i wrócić do Faerie. Do Tir na nÓg.
Gardło ścisnęło jej się boleśnie na wspomnienie domu. Obiecała sobie, że tam wróci, kiedy tylko wzięła pierwszy haust brudnego powietrza współczesnego Yorku. Musiała tam wrócić. Nie tylko dlatego, by wrócić na służbę pani Morrighan i bronić granic krainy. Llyr pójdzie, gdziekolwiek postąpi ona, będzie jadł to, co ona i oddychał tym samym powietrzem. Ale to nie było jego miejsce.
Llyr wróci do Tir na nÓg i nie przeszkodzi w tym nikt. Ani Zimny Pokój, ani Clave, ani wszyscy na tym świecie Nefilim.
 
Llyr
[Usunięty]
Llyr
[Usunięty]
[Cytuj]
Powiedzmy, że Llyrowi niezbyt spodobał się ten cały Selanlar Naemyar. Owszem, zwrócił się w grzeczny sposób do Gwendolyne, co samo w sobie powinno skłonić kelpie do spojrzenia na niego przychylniejszym okiem. Przyjaciele mojej Pani są moimi przyjaciółmi. Tylko... czy aby na pewno była to przyjaźń? Gwendolyne nie zachowywała się jak przy spotkaniu z dawnym przyjacielem czy towarzyszem broni. Selanlar wspomniał, że kiedyś się spotkali, jednak chyba nie było zbyt zapadające w pamięć spotkanie. Przelotne, jak to sam ujął. Llyr w owym czasie przebywał gdzieś indziej, gdyż zupełnie nie kojarzył w jakich okolicznościach ścieżki tych dwojga się ze sobą skrzyżowały. Nie miało to zresztą większego znaczenia. To już przeszłość.
Ciemne oczy Llyra pociemniały jeszcze bardziej. Przyjrzał się pokiereszowanemu obliczu mężczyzny. Wojenne blizny zapewne przypominały mu o poniesionych klęskach i utraconej godności. Być może o wstydzie, jaki przeżył, kiedy Królowa wygnała go z Jasnego Dworu.
- Jakiż to błąd popełniałeś w imię ślepej podległości? Czy raczej należałoby zapytać: co takiego uczyniła ci Królowa, że nie szczędzisz jej słów krytyki?
Głos kelpie brzmiał niezbyt głośno, a zarazem spokojnie. Tak spokojnie, jak spokojny wydaje się nurt rzeki śmiałemu pływakowi. Dopiero w wodzie przekonuje się, jak narowisty i silny potrafi okazać się rzeczny nurt.
Wspierał Władczynię w jej przygotowaniach do wojny? O to chodziło? A może o coś zupełnie innego? Sprzeczka o błahostkę, niebacznie wypowiedziany komentarz, narastający uraz, intryga. Powodów do wygnania nigdy nie brakowało. Llyr nie zamierzał uczestniczyć w czyjś prywatnych porachunkach z Królową. Tym bardziej nie chciał, aby jego Pani mieszała się w coś takiego. Mieli dość własnych problemów. Selanlar nie był jedynym faerie, który ucierpiał z powodu wojny. Cała ich szlachetna rasa została zmuszona ugiąć kark przed Clave. Gięli swoje karki i zachowywali swoje przemyślenia dla siebie. Zwłaszcza te przemyślenia, w których tlił się bunt.
Wzmianka o tym nieszczęsnym mieczu sprawiła, że natychmiast stał się czujniejszy.
- Pani Gwendolyne - powiedział. Tym razem w tonie głosu pojawiła się... Przestroga? Prośba o zachowanie rozsądku. Niech Gwendolyne zinterpretuje to jak chce. Byle powściągnęła gniew. Decyzje i działania podjęte pod wpływem gniewu rzadko przynosiły coś dobrego. Tak, doskonale rozumiał, że zależało jej na mieczu. Tak jak i powrocie do Faerielandu. Czy nieznany im bliżej faerie nie zechce poddać jednak zbyt wysokiej ceny za te dwie rzeczy?
 
Oberyn
[Usunięty]
Oberyn
[Usunięty]
[Cytuj]
Oberyn milczała długi czas po słowach mężczyzny, dała nawet zareagować Gwen na to, co powiedział. Szanowała kobietę i bardzo nie zgadzała się z jej wygnaniem mimo, że się nie lubiły. ?ączyło je coś, o co by nikt nie oskarżył rycerza i artystki: ból po utracie swoich ostrzy. W przypadku fae z Tir na nÓg,był to jej miecz, w przypadku fae z Ametystowego Dworku były to noże, na których tańczyła. To było jak wyrwanie duszy z drobnego ciałka. Oczywiście wcześniej odpowiedziała na skłon Gwen identycznym, należnym jej ze względu na wiele rzeczy. Mogły się nie lubić, mogły się nienawidzić i drzeć ze sobą koty, ale Faerie były zbyt dumne, ich etykieta zbyt pokręcona, żeby być tak małostkowym jak ludzie.
W końcu powstała ze swojego miejsca, pełna gracji niedostępnej dla śmiertelników, a w niektórych przypadkach również dla Faerie. Wskoczyła na ladę i po niej, wręcz tanecznym krokiem przeszła między kuflami, w stronę rozmawiającej grupki. Usiadła na barze, koło Selanlara, bujając lekko stopami. Zwróciła się jednak najpierw do Gwen.
- Och, on wie tyle co wszyscy. Że królowa coś wie i nie powie Nocnym ?owcom. - Pogłaskała go po twarzy troskliwie, tam gdzie miał swoją blinzę - Więc zamierzasz wydać swoich? I czy z twej mowy nie wynika dokładnie to samo? Chcesz wrócić do Faerielandu. Chcesz swój miecz. Wolisz popierać reżim, który umył ręce, tak jakby to Faerie zaatakowały? Dlaczego namawiasz do walki przeciwko swoim, gdy twój miecz jest w rękach Nefilim?
Oczywiście, były również rzeczy, których przyczyną była sama Królowa. Nie dało się temu zaprzeczyć, jednakowoż to nie była rozmowa na publiczną scenę.
- Chcesz doprowadzić do tego, żebyśmy zabijali się między sobą, gdy nasi wrogowie będą trzymali nas w ucisku, a gdy wykrwawimy się, dokończą dzieła?
 
Suki Thompson
[Usunięty]
Suki Thompson
[Usunięty]
[Cytuj]
Suki przysłuchiwała się rozmowie i nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Dobrze, że Wagabunda była obok niej by swoją obecnością nieco rozproszyć gniew Djinn, który inaczej w całej swojej okazałości odbiłby się na Faerie, który śmiał publicznie nie dość, że podburzać przeciwko Królowej to jeszcze siać niezgodę wśród Faerie. Na to nie mogło być przyzwolenia. Widać było, że mężczyzna zna się chyba najlepiej z Gwen. Suki pozwoliła im przez chwilę mówić, nie przerywając. W tym czasie skinęła głową z pokora Lordowi Oberynowi, niech inni widzą, że są Faerie, które znają i szanują ustaloną hierarchię. Potem odpowiedziała również mężczyźnie lżejszym skinieniem głowy.
Oczywiście Suki nie była totalną fanatyczką i spokojnie potrafiła przyznać, że Jasny Dwór popełnił kilka nawet rażących błędów, jak na przykład nie zjednanie sobie innych przynajmniej po części, jak wilkołaki, wampiry i czarownicy. Wszyscy, którzy mają cokolwiek wspólnego z magią i nie są zwykłymi nudnymi śmiertelnikami. Niemniej jednak to nie był temat na rozmowę w takim publicznym miejscu. Podeszła do Wagabundy i pogłaskała ją po głowie, nie spuszczała jednak wzroku z nieznajomego.
-To doprawdy niezwykłe jak jeden z nas może próbować tak mocno nas poróżnić. Nie spodziewałabym się tego. Zdumiewające jest również to, że w swojej wypowiedzi wymieniłeś drogi Selaniarze, prawdziwego winowajce naszego położenia, jednak nie wskazujesz na niego. Niesłychane i smutne jest również to, że my, istoty tak dumne i silne, pozwoliliśmy narzucić sobie wole zwykłych ludzi i w najlepszym wypadku mieszańców. I zamiast wziąć się w garść, oczerniamy samych siebie powiedziała spokojnym wręcz leniwym tonem głosu.
 

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Prawda, ciężko odzyskać godność, ciężko znaleźć nowe możliwości, jeśli ciągnęła się za nami przeszłość. Najłatwiej byłoby pozbyć się wrogów, którzy mogli pamiętać o naszej sromotnej porażce, jednak istniały inne, mniej brutalne możliwości. Nieznajomy jegomość dokładnie to rozumiał i liczył raczej na rehabilitację w oczach innych, niżeli na powrót godności. Tego nie dało się wywalczyć, ale wiedział, że inni potrafili dać szansę, nawet po takich cierpieniach. Osobniki, które całkowicie podlegały czyjejś woli zdecydowanie wiedziały jak to wyglądało, niełatwo było zdjąć jarzmo, które ciążyło na nas przez setki lat. Selanlar podjął próbę naprawienia swojej sytuacji, wiedział jednak, że w pojedynkę posyłał się na misję samobójczą, natomiast w grupie mieli większe szanse. Zdawał sobie sprawę, że Jasny Dwór, a w szczególności władczyni swoją bezmyślną decyzją naraziła wszystkich i nastawiła ich przeciw sobie, trzeba było jedynie wysunąć odpowiednie argumentacje.
- Po co zabijać? To zabijanie doprowadziło nas w miejsce, w którym teraz się znajdujemy. – powiedział wysokim i spokojnym głosem. Posuwanie się do mordu niewinnych w tej sytuacji mogłoby zwyczajnie wywołać odwrotny efekt. Selanlar próbował jedynie logicznie myśleć w tym momencie. – Po co skracać o głowę świadków, Gwendolyne Mac Niamhlachn, skoro odcięcie jednej głowy mogłoby rozwiązać cały problem. – dodał jeszcze po chwili. Dlaczego niszczyć świat wokół siebie, skoro rozwiązanie było prostsze, w przypadku pozbywania się chwastu, należało zaczynać od jego korzenia, a nie części nadziemnej.
- To nie Ciebie Llyrze, Królowa przehandlowała razem z Twoją panią za przegrany zakład? Akurat Ty i Pani Gwendolyne, powinniście wiedzieć jak to jest być zwykłym pionkiem królowej, całkowicie podległym, też taki byłem… Zrozumiałem swój błąd. – powiedział spokojnie zwracając się do Kelpie, który postanowił jednak zabrać głos. Pani Gwendolyne żywo zainteresowała się swoim mieczem. Właściwie to rozumiał jej ból.
Zwrócił oczy w kierunku Lorda uśmiechnął się pod nosem. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że jego sytuacja nie była ani kolorowa, ani pozytywna, ale był dobrej myśli, skoro już zaczął działać miał zamiar doprowadzić swoją misję do końca, choćby miał zginąć w jej trakcie.
- Wie kto i z jakiego powodu zabija podziemnych. Wiem więcej niż Wy. Lordzie Oberyn. – powiedział prostując się i spojrzał na nią z wyraźną pewnością siebie. Te informacje skłoniły go do działania, to był odpowiedni moment. – To nie coś, a informacje, dzięki którym zyskalibyśmy przychylność Nefilim, może Zimny Pokój przestałby istnieć. – marzył o otwarciu przejść pomiędzy światem Faerie, a tym, w którym był uwięziony. Nie chciał stać w tym jednym miejscu w nieskończoność, szczególnie, że lata Faerie były długie, a na ludzkim padole nudne.
- Chcę doprowadzić do odebrania korony z rąk tej, która zniszczyła nasze życia. – powiedział podnosząc nieco głos i odwrócił wzrok w stronę SukiPrzez setki lat nasze położenie było jasne, relacje z Nefilim otwarte i czyste, porozumienia uwzględniały nas, bo nie stawaliśmy przeciwko sobie. Uważa pani, że to wina Clave i Nocnych ?owców? Nie są bez winy, owszem, bo zamiast karać wszystkie Faerie powinni ściąć królową i rozwiązać nasz problem. Pragnę nadmienić, że my, Faerie mamy swój świat, a Nefilim bronią tego, nic więc dziwnego, że postanowili nas ukarać w ten sposób. Niech pani pomyśli, jakby w Faerielandzie były inne rasy i wymordowały część naszych, stając po stronie kogoś, kto chciał doprowadzić do swoich racji… Nie skazalibyśmy ich na banicję w podobny sposób? – z pewnością w ten sposób właśnie ułożyłaby się sytuacja, jeśli taki przewrót miałby miejsce w Faerielandzie. Jakby to w ich kraju, w ich świecie doszło do podobnej sytuacji. To była polityka, Faerie idąc ślepo za królową same zafundowały sobie ten los.
- [i]Pani Gwendolyne. Znam Nocnych ?owców, którzy są w stanie nam pomóc, potrzebują jednak przysługi, którą ciężko spełnić.
– powiedział ciszej kierując swoje słowa do Gwen, wiedział, że sytuacja była trudna, ale znalazł sposób i miał zamiar zrobić wszystko, aby doprowadzić do odzyskania swojej własności.

Czas na odpis bezwzględny: do 16.11 do godziny 22.00
Posty dodane po tym czasie nie będą brane pod uwagę.
Kolejka nie obowiązuje, jak zacznie to dam znać!
Oberyn
[Usunięty]
Oberyn
[Usunięty]
[Cytuj]
Oberyn słuchała go, przekrzywiając zabawnie głowę, niczym marionetka na sznureczkach, prowadzona w nieco sztywny sposób przez niewprawionego jeszcze lalkarza. Wzięła jeden z leżących najbliżej kubków i wylała jego zawartość powolną strugą na głowę Faerie.
- Może to ostudzi twoje zapały. Wszystko co mówisz, to gdybanie, może pomogą, za jaką cenę. Przyjaciele. Królowa taka zła. Ośmieszasz siebie samego.
Nie zamierzała wspomnieć, że mężczyzna był perfekcyjnym kozłem ofiarnym, aby go wykorzystać do upodlenia całej tej śmiesznej rebelii. Należało jedynie umiejętnie do niego podejść, opowiedzieć o wszystkim Królowej i zwabić go w sidła, ale ostatnia z rzeczy już nie będzie dziełem.
Założyła nogę na nogę, majtając stopą w AirMaxie, wyglądając jak zwykła studentka, tymczasem słuchała zdrady stanu, ociekającej jakimś piwem czy innym trunkiem, który znajdował się w tamtym momencie w zasięgu jej ręki.
Niech rozpocznie się wojna.
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo