Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Nie chciał go wystraszyć? A bawienie się nim przy pierwszej okazji to niby co było? Prawdopodobnie, gdyby nie wspomnienia z ostatniego spotkania, na które wciąż dostawał dziwacznych dreszczy, po których się wzdrygał. Jednakże, wbrew jego woli, ciało reagowało samo. Rozluźnił się w tej samej chwili, w której Jonathan powrócił do poprzedniej pozycji. Kiedy sam się nachylał w jego stronę, chociaż wyglądało to jakby prosił się o przesunięcie zabawy nieco dalej, rozum podpowiadał co innego. Prawdę mówiąc Lenn miał zupełny mętlik w głowie, ale uczepił się kilku rzeczy, które zdążył zauważyć i za którymi chciał iść dalej.
Nie dosłyszał pytania o ligę, a raczej nie zwrócił na nie uwagi, pochłonięty myślami. Zmarszczył za to brwi na stwierdzenie, że coś ich łączy. W ciągu zaledwie kilku sekund czarownik mógł dostrzec w spojrzeniu Łowcy niezrozumienie o czym on mówi, po chwili zaskoczenie, że najwyraźniej odezwał się na głos mówiąc o związkach, żeby na koniec ciemne oczy na nowo emanowały ciekawością. Odsuwając ten dziwny magnetyzm, jaki uderzał od czarownika, a który Lennan przypisywał po prostu jego aurze, zadziwiająco intrygującym było stwierdzenie, że może ich coś łączyć. Jeśli Jon nie byłby pewny czy jego wcześniejsze słowa zapadły się w Łowcy, zmuszając go do rozmyślań na temat ich dwóch, teraz mógł być tego pewny. Lennan nie potrafił nigdy ukrywać emocji, które odbijały się w jego oczach, nawet jeżeli na twarzy uśmieszek pozostawał bez zmian. Teraz było widać niczym kręcące się trybiki, jak mężczyzna podświadomie zaczyna zestawiać swoje doświadczenia życiowe z tajemnicą siedzącą przed nim pod postacią Jonathana. Wiele ich łączyło? Zagubione dusze?
Starał się odpowiedzieć tak, aby był dobrze rozumiany sens jego słów. W czasie wojny jego przyjaciele, ci z którymi trenował, walczył, nagle zaczęli postrzegać go jako wroga. Tylko dlatego, że miał w sobie krew wróżek. Idioci myśleli, że zna imiona choć kilku Faerie, co mogłoby pozwolić im kontrolować je. Zaczęli go przesłuchiwać w mało kulturalny sposób, gotowi do bardziej krwawych posunięć. Od tamtej pory Lenn nie czuł się do końca dobrze pośród Nefilim. Do tego ostatnie zadanie... Miał doprowadzić poszukiwanego żywego, a bez wahania przestrzelił go strzałą. Bezbronnego. Nie było mowy o obronie własnej, a na koniec nie poczuł ani odrobiny żalu. O takich demonach myślał, ale reakcja Jonathana sprawiła, że zmarszczył czoło.
- Każdy jest fascynujący, bez znaczenia na pochodzenie. Jedni co prawda mniej, inni bardziej... - odpowiedział, prostując się i opierając o krzesło. Znów poczuł się nieswojo, ale nie tak, jak poprzednio. Wyczuwał zmianę w zachowaniu czarownika, choć nie potrafił jeszcze poskładać wszystkiego w całość. Wciąż miał nieznacznie zmarszczone brwi, gdy odwzajemniał dziwne spojrzenie mężczyzny. Odnosił niejasne wrażenie, że trafił przypadkiem w czuły punkt, ale nie potrafił go w tej chwili zlokalizować. Inną sprawą był szok, że w ogóle się tym przejmował. Przecież w gruncie rzeczy nie chciał mieć z nim niczego wspólnego. Nie chciał, prawda?
Wysłuchał jego odpowiedzi i przez chwilę bawił się szklanką, w której miał ostatni łyk. W końcu przechylił ją dopijając do końca. Odstawił szklankę i chwilę milczał, przetwarzając to, co usłyszał, a lekki uśmiech zaczął błąkać się po jego ustach.
- Dobrze wiedzieć, że jest się wyjątkowym - rzucił ironicznie, próbując obrócić w żart odpowiedź, której jak się okazało nie chciał znać. Świadomość, że Jon nie miał nikogo innego na oku do tej całej swojej nauki sprawiała, że Lennan miał niejasne przeczucie, że to nie jest ich ostatnie spotkanie. - Skoro odpowiadają za kolory emocje... - zaczął, zerkając na włosy czarownika i dopiero teraz uświadamiając sobie, że straciły blask. - To stawia pytanie, czy dany kolor odpowiada konkretnej emocji, czy tu nie ma już zależności - dokończył powoli, lustrując go spojrzeniem, które ostatecznie padło na pusta szklankę. Idealny moment, żeby się zbierać.
- Mogę na spokojnie odejść, czy znowu czeka mnie przeniesienie w inne miejsce? - spytał z pozoru lekkim tonem, powoli łapiąc za kurtkę.

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Nie chciał. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że w mężczyźnie było coś pociągającego, że po prostu chciał go dotknąć, chciał sprawdzić, jaką fakturę ma jego skóra, chciał się przekonać, jak pachną jego włosy, chciał przekonać się o wielu sprawach. Dostawał jednak wciąż po palcach i chociaż ręce wręcz go świerzbiły, by coś zrobić już teraz, natychmiast, to musiał trzymać swoje pożądanie na wodzy. Wiedział już, że w tym przypadku co nagle, to po diable, a nie chciał stracić możliwości zbliżenia się do Łowcy, tym bardziej, że wyraźnie balansował na cienkiej, niewyraźnej granicy, która przesuwała się raz w jedną, raz w drugą stronę nigdy nie pozostając w jednym miejscu, jakby to było nazbyt nudne. Nic zatem dziwnego, że Jonathan wędrował wraz z nią, naginał ją nieco i sprawdzał, czy za moment nie dostanie nią po nosie, tak jak miało to miejsce teraz. Prędko dostrzegł, że Lennan jest spięty i nie podoba mu się do końca to, co robił. Uznał jednak, że będzie musiał pozostawić po sobie kolejne, całkowicie niezapomniane wrażenie, teraz jednak nie chciał, żeby Łowca jeszcze odchodził, zamierzał zatrzymać przy sobie mężczyznę jak najdłużej, by zapisać się w jego pamięci, by nie mógł stracić jego obrazu spod powiek.
Dostrzegał te wszystkie zmiany, jakie zachodziły w Łowcy, to niedowierzanie, zdziwienie, a jednocześnie zaciekawienie, jakby uznał, że teraz pozostaje mu już tylko znalezienie tych cech wspólnych, o których mówił Jonathan. Być może gdyby Lennan słuchał go nieco uważniej, dostrzegłby to porównanie, spostrzegłby, że są rzeczy, które faktycznie powodują, że są do siebie podobni. Nie przynależeli do żadnej ze stron, nie byli ani śmiertelni, ani nieśmiertelni, nie byli w pełni żadną ze stron. Żyli zatem cały czas, nieprzerwanie, na swoistej krawędzi, lawirowali na niej, musieli sobie radzić z tym, jak na nich spoglądano. Jak na niebezpieczeństwo, jak na kogoś, kto może bez szemrania wykonać jakieś zadanie, na mordercę, na dziw i potwora. Kim zatem ostatecznie faktycznie byli? Co się w nich kryło? Poza tym żaden z nich, jak widać, nigdy nie zbudował trwałego związku, nie związał się z nikim na tyle, by wyjawić mu swoje sekrety. A przynajmniej tak było pozornie. A przynajmniej tak im się wydawało. Tak czy inaczej Jonathan doszedł do wniosku, że może z Łowcy czytać jak z otwartej księgi, jego oczy mówiły mu wszystko, opowiadały to, do czego mężczyzna nie chciał się przyznawać. Dlatego też czarownik wyłapał ten moment, w którym do jego rozmówcy dotarło, że coś się zmieniło. Kiedy to w niego uderzyło. Czuł, że coś już nie było takie, jak chwilę wcześniej, ale zdaje się, że nie był w stanie zidentyfikować, co dokładnie. Za mało się starał.
- Nieskromnie uznam zatem, że zaliczam się do tej drugiej grupy - powiedział na to, a jego oczy błysnęły skryte pod kurtyną rzęs. Włosy jednak nadal pozostawały jakby bezbarwne, zaś jego uszy przesunęły się jak u kota, który okazuje coś na kształt niezadowolenia albo niepewności. Chociaż nie wylewał z siebie fontann emocji, chociaż nie mówił wprost, że został dotknięty, było to w dość czytelny sposób dostrzegalne. Uwaga Lennana dotycząca tego, że w każdym z nas drzemie demon była nie tyle odpychająca, co budząca stosowne wspomnienie, stosowną myśl, która zawsze żyła w czarowniku, która była jego częścią. On cały składał się z demona, był nim i musiał nim pozostać aż do końca swych dni. Przeklęte dziecię czeluści piekielnych. Nie wiedział co prawda, kto jest jego ojcem, ale z całą pewnością świadomość, że nosi w sobie samą otchłań, samą czeluść, potwora, który ogonem zgarnie z nieba wszystkie gwiazdy, a za nim podąży szarańcza... Czy ktoś chciałby być świadom czegoś podobnego? Czy ktokolwiek chciałby się mierzyć z myślą, że właśnie to w nim żyje? Że jedynie czeka na uwolnienie, że czai się w mroku jak do skoku? Czy Lennan chciałby się mierzyć z taką myślą?
- Na twoim miejscu poczułbym się co najmniej doceniony - zauważył uśmiechając się nieco pogodniej, a w jego włosach pojawiło się nieśmiałe białe pasmo przeplecione z miedzianymi kosmykami, które zdawały się być jednak dość wyblakłe. Jakby kolory w jego ciele zostały całkowicie wyprane. Jonathan nie okazywał jednak za bardzo tego, ze został dotknięty, że coś go uraziło, że coś go boli, w jego mniemaniu to Nocny Łowca powinien do tego dojść sam, powinien zrozumieć, jaki popełnił błąd. Niech to będzie dla niego zagwozdka, nad którą się pochyli, niech to będzie zagadka, jaka będzie przypominała mu o czarowniku, tak samo jak palące uczucie na wargach, których dotknął poprzednim razem.
Jonathan powoli uniósł rękę, jakby chciał, żeby Lennan wyraźnie widział, co robi i przeczesał ostrożnie palcami włosy, następnie uniósł spojrzenie, jakby chciał je dostrzec, co było niemalże niemożliwe, może tylko parę kosmyków... Które ujął w palce i pociągnął tak, by faktycznie znalazły się w jego polu widzenia. Wyglądał teraz, jakby poważnie zastanawiał się nad tym, dlaczego właściwie miały taką, a nie inną barwę, następnie nieznacznie wzruszył ramionami i spojrzał ponownie na siedzącego przed nim mężczyznę.
- Jak mam udzielić ci odpowiedzi, skoro sam siebie raczej nie widuję? Zdaje się, że wpatrując się w swoje odbicie, nie przeżywam tak wiele jak wtedy, gdy mam przed sobą godnego rozmówcę. Może to ty powinieneś powiązać emocje z barwami - zauważył w końcu spokojnie przyglądając się, jak Lennan dopija piwo, a następnie zaśmiał się ciepło, co spowodowało, że jego włosy stały się znowu nieznacznie białe. Mrugnął do Łowcy w taki sposób, jakby chciał mu powiedzieć, żeby lepiej się nie ruszał, jeśli chce to na pewno przeżyć i nie znaleźć się nagle wiele kilometrów stąd.
- Przecież cały czas siedzisz na bramie - powiedział zaczepnie i przymknąwszy na moment oczy spojrzał na pustą już szklanicę, obok której pojawiła się w następnej dosłownie chwili nowa, pełna złocistego trunku, który jeszcze nieznacznie się pienił. Jonathan zmarszczył nos - jak rozbawione dziecko, które właśnie dokonało nowej psoty sprawiającej mu niezwykłą wręcz przyjemność, a następnie uniósl wejrzenie jasnych oczu na siedzącego przed nim Nocnego Łowcę. I co teraz? Zostajesz?
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Podobno najbardziej kusi to, czego nie możemy dostać wtedy, gdy tego chcemy. Zabawne, że choć to Jon sprawiał wrażenie rozdawać karty w tej grze, to jednak Lenn miał nad nim w pewnym sensie władzę. Jeśli można byłoby tak nazwać fakt, że jednak czarownik odpuszczał w niektórych chwilach i postępował ostrożnie. Jeśli chciał zakotwiczyć się w umyśle Łowcy to szło mu bardzo dobrze.
Niewiedza jest darem, wiedza zaś przekleństwem. Te zdanie idealnie pasowało do tak wielu chwil w życiu, że czasem chciało się śmiać. Padło pytanie, padła odpowiedź, której niefortunnie dobrane słowa wywołały reakcję rzutującą na nastrój panujący przy ich stole. Lennan starał się kontynuować rozmowę, ale z tyłu głowy odtwarzał to, co zostało powiedziane, szukając momentu, który zmienił bieg rozmowy. Czy nie podobała mu się ta zmiana? Trudno było powiedzieć. Jego rozmówca nagle jakby się wycofał, zamknął. Nie czarował tonem głosu, nie sprawiał, że Łowca miał ochotę szukać drogi ucieczki. Wydawał się raczej... urażony? To może nie było do końca odpowiednie słowo, ale przy czarowniku Fairwolf miał problem z dobraniem odpowiedniego. Wycofał się wyraźnie, co stanowiło niejako zagadkę, którą teraz Lenn starał się rozwiązać. Czy był gotów na stawienie czoła ciemności, w jakiej ciemności już był poprzednio... W każdym z nas drzemie demon. Demon. Błysk zrozumienia pojawił się nagle w ciemnych oczach Łowcy, żeby zaraz schować się za przymkniętymi na moment powiekami i krzywym uśmiechem. Zabawne było to, że kiedy odpowiadał swoje słowa kierował do Jona, nie do Czarnoksiężnika. No cóż, pozostawało pytanie, czy zależy mu na naprostowaniu tego?
- Skromność nie jest twoją mocną stroną - rzucił ironicznie, przewracając oczami, ale nie zamierzał zaprzeczać. Był bardziej interesujący niż Godfrik, choć może po prostu jeszcze nie zalazł mu za skórę. Z drugiej strony, zdążył już się dowiedzieć, że Jonathan był bardzo, ale to bardzo pewny siebie.
Lennan wbrew sobie, podążał spojrzeniem za ręką czarownika, który próbował jakby sprawdzić jakiego koloru ma włosy. Przez moment wyglądał nawet zabawnie, niejako zezując. Uwadze Łowcy nie uszło jednak, że nie są tak żywe w barwach jak na początku spotkania. Może kilka białych pasm zaczęło być naprawdę białymi, a nie zszarzałymi. To wywołało z kolei niejasne uczucie na kształt wyrzutów sumienia. Nie jego jednak wina, że mężczyzna źle odebrał jego słowa, prawda? A co się stanie, jeśli będzie próbował to naprostować? Pogorszy sytuację, czy na nowo wpadnie w środek gry? O ile ona choć na chwilę się skończyła.
- Myślę, że po dwóch spotkaniach niewiele jestem w stanie powiedzieć - odpowiedział nie do końca zgodnie z prawdą. Zauważył, że gdy Jonathan się śmiał, jego włosy robiły się bielsze. Jednak odcienie rudego pozostawały niejako tajemnicą, choć może on sam wolał udawać, że nie podejrzewa z czym się wiążą. Znieruchomiał na puszczone mu oko, ale uśmiechał się kącikiem ust. Kurtkę trzymał wciąż w dłoniach, jednak nie zamierzał jej jakby ubierać, a może tylko przeciągał ten moment?
- Blefujesz - stwierdził krótko, nie wierząc w kwestię bramy, ale na widok nowego piwa jego ciemne oczy zabłyszczały pożądaniem, jakby widział kawę. - I kusisz - dodał, zerkając na moment w stronę baru, gdzie właśnie barmanka nie wiedząc gdzie postawiła przed chwilą nalane piwo, musiała uzupełniać nową szklankę. Zaśmiał się cicho pod nosem, odkładając kurtkę na krzesło obok i łapiąc za nowe piwo. Co mu tam, dwa wypił, trzecie też może, zwłaszcza jak na koszt firmy. Spojrzał prosto w jasne oczy towarzysza, a z jego spojrzenia stopniowo znikał uśmiech, ustępując ostrożności.
- Nie spodobały ci się moje słowa o tym, co jest w środku każdego z nas - to było stwierdzenie, nie pytanie. Ciekaw był co będzie dalej, który z nich będzie żałował, że Lenn został?

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Och, czy zatem należałoby uznać, że Lennan był swoistym zakazanym jabłkiem z drzewa poznania dobrego i złego? Właściwie byłoby to chyba całkiem odpowiednie porównanie, w końcu należał do rasy, która jednak uciekała od czarowników, która im nie ufała i starała się zakuć ich we własne kajdany, która chciała ich kontrolować, która miała pilnować porządku na tym świecie i nie doprowadzić do powstania jakiś większych skaz na tym, co ich ciągle otaczało. Jednocześnie jednak w żyłach Nocnego Łowcy krążyła krew wróżek, co zmieniało nieco postać rzeczy, dodawało mu chyba ciekawości tego, co ich otacza, powodowało, że chciał wysunąć się ze swych bezpiecznych ram i już, już wyciągał rękę, by dotknąć Jonathana, ale jednak cofał ją jak przed ogniem, gdy zorientował się, że ten parzy. Czarownik zaś w istocie potrafił palić, ogniem piekielnym, żarem, który pożerał od środka, który wydobywał ognie piekielne na powierzchnię ziemi, który wzbudzał żar w podbrzuszu i rozlewał go po całym ciele. Gdyby tylko Lennan zdecydował się wyciągnąć rękę i sięgnąć po to, gdyby tylko skosztował zakazanego owocu, Jonathan z całą pewnością wbiłby w niego z przyjemnością zęby pozwalając, by sok ściekał po jego brodzie, by sunął lepkimi kroplami po jego ciele. Nie czuł wstydu, nigdy go nie poznał, przyjmował wszystko, czego od niego chciano, przyjmował to, co mu dawano i brał to, co sprawiało mu przyjemność. Brał i wypalał się cały jak żar pożądania, który w końcu zostaje zgaszony, ale jego posmak pozostaje na długo.
Patrzył na Lennana spokojnie, jakby jednak oczekiwał zrozumienia z jego strony, jakby czekał na to, co ten powie, co dostrzeże, gdy zastanowi się nad słowami, jakie pomiędzy nimi padły. Był ciekaw, jak wiele aluzji jest w stanie wyłapać mężczyzna, jak dobrze umie rozczytać tekst pomiędzy wierszami, którym sam również się posługiwał, a kiedy tylko dostrzegł błysk w jego oczach doszedł do wniosku, że Nocny Łowca dostrzegł jednak swoisty brak ogłady z własnej strony, który przed chwilą nieco odmienił czarownika. To nie był z pewnością nazbyt przemyślany ruch, nie było to coś, co miało nieść ze sobą poważne konsekwencje, a jednocześnie jednak właśnie je wywołało, w końcu nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Jonathan mimo wszystko zdawał sobie sprawę z tego, że jest w nim zło, że jest w nim krew, która być może wypalała dziury w ciele zwykłego śmiertelnika. Była w nim nienawiść, jaką wlała w niego matka. Była w nim lubieżna radość, jakąś bez wątpienia wyrażał jego ojciec. I żył w nim również Jonathan, który wędrował pomiędzy tymi ścieżkami, jakie odzywały się w nim niespodziewanie, które otwierały oczy w najmniej spodziewanych momentach. Nie był najczystszy na świecie, nawet jego pożądanie nie było tym pożądaniem, jakie czuli inni mężczyźni, było w nim coś dziwnie brudnego, coś, co było trudno wyjaśnić. Z całą pewnością nie było w nim miejsca na nieskalane, pełne miłosnych wyznań, uniesienia. Był mrokiem, który pożerał i chciał być pożeranym.
- Pewność siebie jest moją mocną stroną - odpowiedział na to bez najmniejszego skrępowania zaczynając bawić się swoimi włosami. Robił to również po to, by samemu pozbyć się tego uczucia, które gdzieś go kuło, uwierało i przypominało o pytaniu, jakiego nigdy nie zadał, o myśli, jaka za nim wędrowała od lat. Czy gdyby przyzwał demona z czeluści piekielnych i zażądał wyjawienia osoby swego ojca, czy uzyskałby odpowiedź? Prawdziwą, takiej jaka jakaś jego część pożądała? Ta najbardziej mroczna i spaczona część jego osoby, która potrafiła strzelać z bliska pomiędzy oczy, która potrafiła sięgnąć po magię bitewną, która patrzyła na śmierć ludzi, którzy kiedyś może byli mu bliscy, a potem pozwalała odejść do nowego życia, do nowego czasu, do nowego świata? Jonathan zdawał sobie sprawę z jej istnienia, zdawał sobie sprawę z tego, że jego tropem zdawał się zawsze podążać ten drugi Jonathan, drzemiący w jego wnętrzu i jedynie czekający na dzień, w którym mógłby się objawić. Słyszał o tym, że czarownicy mogą przyjąć swą demoniczną formę, choć jemu nigdy się to nie przydarzyło i były chwile, w których mężczyzna zastanawiał się, kim by się wtedy stał. Co by z niego wypełzło? I na ile byłoby to złe? Jak bardzo wypaczone i powykręcane stałyby się cechy jego osobowości, gdzie podziałaby się jego radość, jego siła, jego umiejętności żonglowania słowami? Czy wypełzłby z niego paskudny jaszczur, czy może dzika bestia o kłach godnych tygrysa szablastozębnego? Drzemał w nim demon, który uderzeniem ręki zabijał miliony, czy może był dzieckiem największego z kłamców całego świata? Co za nim podążało? Śmierć? Głód czy wojna? Co jeszcze było zdolne do tego, by wypełznąć z niego niczym żmija?
- To prowadzi do prostej konkluzji, że potrzebujesz ich więcej, by móc prowadzić dziennik obserwacji, a co za tym idzie, lepiej zrozumieć naturę choćby jednego czarownika. Uzyskać wiedzę, która tak cię pociąga - zauważył patrząc ponownie w oczy Lennana, gdy ten zaczął zbierać się do wyjścia. Jonathan nie zamierzał mu na to pozwolić, jeszcze nie, w końcu w jego odczuciu spotkanie to trwało zdecydowanie zbyt krótko, a tutaj to on dyktował warunki. Był łowcą, który ścigał królika, on nie był ofiarą i nigdy nie zamierzał się nią stać, nie zamierzał pozwolić na to, by ktokolwiek go gonił. Był wolnym duchem, pewnym swego i swej siły, był wolny i niczym nieskrępowany, zawsze się wymykał, zawsze pędził na przód i nic nie było w stanie go powstrzymać, nie było w stanie zatrzymać go w miejscu i spętać. Być może był szaleńcem.
- Chcesz sprawdzić? - zapytał zanurzając palec w piwie i zaczynając powoli rysować jakieś bezsensowne znaki na stole, które oczywiście nigdzie by ich nie przeniosły, ale pewnie wpłyną mimo wszystko na Łowcę. Jego uśmiech zdradzał jednak, że faktycznie blefuje. Włosy stawały się coraz intensywniej białe, jakby jednak nabierały ponownie życia, tak samo jak czarownik, który odsuwał na bok myśli, jakie niepotrzebnie podsunął mu Lennan. Na kolejne słowa wypowiedziane przez Łowcę, Jonathan uśmiechnął się znacząco i nieco pochylony spojrzał w górę, zza rzęs, na mężczyznę w sposób, który bez dwóch zdań każdy uznałby za kusicielski właśnie. Było w nim teraz coś, co mogło przyzywać, co mogło mówić - chodź, podejdź, sprawdź, wyciągnij rękę i zorientuj się, co się we mnie czai. I wtedy właśnie Lennan wypowiedział kolejne zdanie, które mogło odwrócić bieg tego spotkania, miedziane kosmyki zniknęły spomiędzy bieli, a ona sama zaczęła stawać się coraz ciemniejsza, coraz gęstsza, jakby stawała się całkowitym mrokiem. Jonathan miał, powiedzmy, naturalnie czarne włosy, ale to co teraz zaczęło obejmować jego pukle było mrokiem zrodzonym z ciemności, jakiej żaden z nich nie znał.
- Nie - powiedział patrząc w oczy Lennana i nie skupiając się teraz na tym, że mężczyzna przyjął piwo. - We mnie nie drzemią demony, ja jestem demonem - dodał dobitnie, a jego głos stał się ostry niby stal.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Jeśli ciekawość wszystkiego była domeną mieszańców, to tak, zdecydowanie była to wina pomieszania krwi wróżek i łowców. Odkąd pamiętał starał się poznać wszystko, co było nowe. Od zawsze też przestrzegał zakazów i nakazów, czy to od matki, czy od dyrektorów Instytutu. W końcu kiedyś musiał przestać, musiał patrzeć dalej niż kazali, żeby zapanować nad samym sobą. A chciał wiedzieć wszystko, począwszy od własnej rodziny, a skończywszy na innych rasach i ich naturze. Chciał sprawdzić czy to, co mu wpajano za młodu jest prawdą. Jego zdaniem był to typowy metafizyczny rasizm. Nie lubimy czarnoksiężników, bo mają czarną krew... Nie lubimy wróżek, bo w czasie Wojny trzymały stronę "tych złych". Każdy kto ma w sobie domieszkę innej rasy jest gorszy, należy traktować go jak potencjalnego zdrajcę. Czy nie przypominało to dawnego polowania na czarownice i palenia niewinnych osób na stosach? Lenn chciał się upewnić, że wmawiane mu odczucia wobec przedstawicieli innych ras są słuszne. Wiadomo, że zdarzały się wyjątki, ale musiał to sprawdzić. Czuł, że nie może żyć dłużej tak, jak do tej pory, gdyż najzwyczajniej dusił się. Szukał stale czegoś, ale nie wiedział dokładnie co to miało być. Własne miejsce, tak zwany dom?
Pytanie pozostawało, czy warto znać swoich ojców. Lennan drążył tak długo, aż odnalazł odpowiedniego meżczyznę i... Zastanawiał się, czy przypadkiem nie było to bezcelowe. Nie był pewien czy chce mu się przedstawiać. Mężczyzna, na którego wzór starał się być w dzieciństwie, okazał się być... świrem. Zrywał z wilkołaków futro, wampirom wyrywał po jednym kle, aby nie można było powiedzieć, że je zabijał. Podobno podpalił jedną dziewczynę w czasie treningu. Jemu samemu też nie popuścił na treningu. Jeździł motocyklem wspomaganym demoniczną krwią, a skąd ją mógł mieć? Przecież nie istniały banki krwi... Pytanie, czy Lennan nie był do niego na pewno podobny? W końcu sam marzył o takim generatorze wmontowanym w terenówkę. Czy był gotów przelać krew dla wypasionego samochodu? Wciąż zadawał sobie te pytanie, nie potrafiąc na nie odpowiedzieć.
- Dlaczego mam wrażenie, że to odpowiadałoby twoim pragnieniom? - odpowiedział pytaniem, próbując pozbyć się sprzed oczu wspomnień wielu gestów, jakie czarownik zdołał wykonać w jego kierunku. Sam się pakował do jaskini lwa, ubrany nieomal w różową kokardę prezentową. Jednak teraz był śmiały, alkohol robił swoje, rozluźniał go. Do tego byli w miejscu, gdzie było dość tłoczno, oddzieleniu stołem. Co mogło się wydarzyć? Znał już czuły punkt Jonathana, którego mógł w razie potrzeby użyć, choć to było prawdziwym igraniem z ogniem. Mimo to próbował wstać, choć został umiejętnie zatrzymany w miejscu. Uśmiech mówił wiele, więc Lenn jedynie wpatrywał się w niego z wyrazem pewności na twarzy, że nie ma żadnej bramy wokół nich. Owszem, w każdej chwili mogła się pojawić, ale nie sądził, żeby Jonathan planował dwa razy z rzędu robić to samo. Ostatecznie pojawiło się piwo i to zadecydowało o pozostaniu na miejscu. W końcu nie prosił o szklankę, więc nie zawierał żadnego dziwnego paktu z serii "coś za coś".
Zmiana, jaka znów zaszła w Czarowniku była o wiele wyraźniejsza od poprzedniej. To już nie było subtelne wyciszenie, wycofanie, wyblaknięcie. Teraz mężczyzna niejako zapadał się w ciemność, co o dziwo nie wystraszyło Lennana. Może nie tylko Jon był szaleńcem? Fairwolf czuł jak całe jego ciało budzi się do życia, gotowe do obrony w przypadku ataku i tak jak zawsze przed walką, wzdłuż jego kręgosłupa przebiegł dreszcz podniecenia, zaś oczy zapłonęły gotowością na to, co mogło się stać. Teraz to on wyprowadzał towarzysza z równowagi. Królik zmęczony gonitwą zaczął igrać z kotem na własnych zasadach. Reguły tej gry znał, poruszał się po cienkim, ale znajomym, lodzie. Gdyby miało dojść do spięcia, może nie wygrałby, pewnie skończyłby marnie, wymagając natychmiastowej pomocy, ale przynajmniej teraz domyślał się czego może się spodziewać. Zupełnie inaczej, niż gdy włosy Jonathana przypominały kolorem płomienie ognia piekielnego.
Na twarzy Łowcy pojawił się lekki uśmiech, a jego rozgorączkowane spojrzenie przesycone było ironicznym blaskiem. Przysunął krzesło bliżej stołu, samemu nachylając się ponownie nad blatem, opierając się na przedramionach.
-Mylisz się, kocie - odpowiedź sama cisnęła się na usta i nie byłby sob, gdyby milczał, próbując przeczekać mrok. - Jesteś jedynie synem demona, masz w sobie jego krew. Jeśli to czyni cię piekielną istotą, to ja musiałbym być aniołem, albo wróżką, a uwierz mi, nie jestem żadnym z nich - dokończył myśl, po czym stuknął lekko swoją szklanką o szklanice Jona, w geście wzniesienie toastu. Cały czas nie odrywał spojrzenia od chłodnych teraz oczu Czarownika. Był ciekaw jak daleko sam może się posunąć. To zachowanie upewniło go w przekonaniu, że najwyraźniej White również nie jest pewien tego kim jest. Wmawiał sobie, że jest demonem... Co za tym się kryło? Niepewność własnego "ja", nienawiść do siebie?Intrygujące...
- Stanowisz idealne potwierdzenie mojej teorii, że najtrudniej jest zwalczyć ciemność, którą ma się w sobie. Pytanie tylko czy próbowałeś? Czy może jednak kusi cie przekroczenie tej granicy? - dorzucił kolejne pytanie, w duchu przyznając się jedynie przed samym sobą, że sam ma z tym problem. Przyjemnie było odebrać życie komuś, kto odebrał je wielu innym. Choć może fakt, że nie czuł przy tym satysfakcji stanowiła dowód, iż nie jest z nim aż tak źle.
Wpatrywał się w mężczyznę z nutką satysfakcji widocznej w spojrzeniu. Tajemniczy osobnik nieznacznie się odsłonił.
- Może masz rację... może rzeczywiście coś nas łączy - powiedział cicho, niemal szeptem, bardziej do siebie, niż do Jonathana. Ciekawy, naprawdę ciekawy czarownik.

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
W takim razie można było spokojnie uznać, że Jonathan również był niesamowicie ciekawską istotą. Problem z nim polegał jednak na tym, że przez lata nie wiedział kim jest, nie miał pojęcia, że został zrodzony z krwi demona, że w jego żyłach płynęła czarna posoka, która powinna wrzeć i parzyć. Był czystą nienawiścią, najprawdziwszym wyrzutem i dziełem zgnilizny. Nigdy nie myślał o tym, co czuła jego matka, gdy trzymała go na rękach, nie chciał tego wiedzieć, gdyż i tak czuł jej wściekłość, czuł to, że go nienawidzi, że się go boi, że najchętniej pozbyłaby się go jak najprędzej. Był jedynie dzieckiem, ale jednak już wtedy rozumiał, że nie jest taki jak jego starsza siostra i brat, którym było wolno nim pomiatać. Nigdy nie usłyszał ciepłego słowa, ba, właściwie nigdy nie usłyszał żadnego słowa od matki, a jej zapiekła wściekłość, jej nienawiść wylewała się na niego z każdego jej spojrzenia i gestu. Nie umiał, nawet nie chciał, jej pokochać. Skoro nie otrzymał od niej nic, co mogłoby dodać mu sił, co mogłoby spowodować, że byłby całkowicie zwyczajny, cóż był jej winien? Wyrzuciła go, gdy tylko poczuła się zbyt przerażona, gdy zdała sobie sprawę z faktu, że dłużej już nie może go ukrywać. Był wspomnieniem najmroczniejszego dnia, ale skąd miał to wiedzieć, skoro nawet nie chciała na niego spojrzeć, skoro nie chciała nawet pomyśleć o tym, że być może on również nosi w sobie swoistą skazę, bolesną zadrę, której nie był w stanie ukryć? A jej nienawiść jedynie rozbudziła w nim gniew, którego mógł i powinien się wstydzić. Był jednak tylko dzieckiem nie mającym pojęcia, kim jest i co tak złego uczynił, że zasłużył jedynie na kary i cierpienie, których nie doświadczało jego rodzeństwo. Został sam, pośród dziwnych ludzi, z dala od czegokolwiek. Nie rozumiejąc ani siebie, ani tego, co się dzieje.
Tak, był ciekaw świata i tego co go otacza, bo był również ciekaw samego siebie. Zrozumienie tego, skąd się wziął i kim właściwie był zajęło mu lata, choć oczywiście nie aż tak wiele, by liczyć je w setkach. Aczkolwiek w stosunku do tego można było mieć wątpliwości i zdaje się, że on również je miał. Coś się w nim wciąż czaiło, coś, czego nie zdołał ani odkryć, ani uwolnić, coś, co trzymał na smyczy i miał poczucie, że nie powinien jej puszczać. Nie powinien pozwalać, by to coś się wymknęło, gdyż domyślał się, że jest to najprawdziwsza ciemność, jaka zamieszkuje jego wnętrze, jaka żyje w nim od dnia poczęcia i śmierdzi zgnilizną. Zastanawiał się czasem, co wydarzyłoby się, gdyby po prostu pozwolił, by zło z niego wypełzło. Co stałoby się, gdyby pozwolił mu opuścić swe wnętrze, gdyby patrzył na własne odbicie i pozwalał, by mrok obejmował każdy jego mięsień, każdy włos i każdą najmniejszą część jego ciała. Co takiego by z niego zostało? Z niego, z Jonathana, nie z demona, jaki był jego częścią. A jaka jego część okazałaby się być równie zniszczona i zła, jak te fragmenty, jakie posiadał od swego ojca. Szczerze mówiąc - bał się tego, a jednocześnie przeczuwał, że pewnego dnia będzie musiał dowiedzieć się, kto go począł. Można było nazwać to ciekawością, jaka zżerała go od lat, od wieków już, można jednak było spokojnie powiedzieć, że Jonathan po prostu nie czuł się kompletny. Jakby były w nim elementy układanki, których nigdy nie udało się dopasować do ich miejsc i po prostu przemieszczały się po jego wnętrzu nie umiejąc stworzyć pełnego obrazu. Bo nawet nie wiedziały, jaki on jest.
Jonathan nie miał pojęcia, co spotkało jego matkę. Jego rodzinę. Nie chciał tego wiedzieć i nie chciał tego sprawdzać, bo nie miało to dla niego znaczenia. Przynajmniej tak zawsze sobie mówił, tak zawsze chciał na to patrzeć, ale jednocześnie doskonale czuł swoistą zadrę w sercu i chciał wierzyć, że spotkało ich wszystko, co najgorsze. Być może jego matka odebrała już swoją karę nosząc go pod sercem, ale czy jego siostra i brat nie powinni ponieść kary za te wszystkie ciosy, jakie mu wymierzali? Za te spojrzenia, którymi go wyniszczali? Jakaś jego część chciała wierzyć, że ich życie skończyło się w rynsztoku, skończyło się prędko i zupełnie niepotrzebnie. I to było w nim naprawdę złe. Nie umiał i nie chciał patrzeć na naprawdę szczęśliwe rodziny. Miał wtedy chęć wrzucić pomiędzy jej członków robaczywe jabłko, by poczuli gorycz i ból, by dotarło do nich, że życie nie jest tak cudowne, jak im się wydawało. Chciał czasami, by cierpieli tak, jak cierpiał on. I z tego też powodu uciekał od jakichkolwiek zobowiązań. Po co miał się w nie angażować, skoro niosły za sobą jedynie rozczarowania? Nie mówiąc o dzieciach, ale na całe szczęście tych nie mógł posiadać i była to chyba jedyna dobra rzecz, jaka dotyczyła bycia czarownikiem. Nie mógł przekazać dalej swej oleistej, śmierdzącej krwi. Był zatem, pod pewnymi względami, wybrakowanym mężczyzną, to zaś ratowało go przed kobietami pragnącymi uczynić z niego przykładnego i wiernego męża. Między innymi.
- Bo mówię o nich otwarcie - zauważył na to, a jego uśmiech nieco się poszerzył. Patrzył uważnie na Lennana doskonale wiedząc, że ten nadal się broni, ale odniósł wrażenie, że w Nocnym Łowcy zaczyna budzić się coś nowego, że dostrzega w nim jednak pierwsze nici prawdziwego zaciekawienia i Jonathan z miejsca zdecydował, że musi je chwycić i pociągnąć. Chciał zatrzymać przy sobie tego królika, którego zaczął ścigać właściwie z nudów i z powodu tego, że był naprawdę przystojnym mężczyzną, do tego jeszcze miał te zabawne uszy wróżki, które wzbudzały w Jonathanie dodatkowe zainteresowanie i nie zamierzał tak łatwo odpuszczać. Rzadko kiedy trafiał na kogoś, za kim naprawdę chciał ganiać, kto intrygował go na tyle, by próbował poświęcić mu więcej swego czasu, którego co prawda miał zawsze w nadmiarze, ale umiał znaleźć rzeczy ciekawsze, niż próby podboju. A może, czego nie dało się wykluczyć, znudził się już tym kiwaniem palca, które z miejsca prowadziło kogoś do jego łóżka? Trudno było mu powiedzieć. Ale patrząc na Łowcę czuł, jak przechodzi go przyjemny dreszcz, czuł, jak coś go wciąga, jakby wzywa, jakby pociąga. Umiał wyobrazić go sobie u swego boku, umawiał wyobrazić sobie sploty jego mięśni drżących wtedy, gdyby tego chciał. Wyobraźnia jednak mu nie wystarczała. Nie przy nim.
Kiedy Lennan przyjął piwo, Jonathan uznał to za niewielkie zwycięstwo, aczkolwiek musiał przyjąć je na warunkach podyktowanych mu przez siedzącego przed nim mężczyznę. Skoro chciał grać dalej w tę grę, musiał umieć przyjmować porażki, tylko po to, by móc wyprowadzić po chwili odpowiedniejszy atak, który trafi dokładnie tam, gdzie miał dotrzeć. Na całe jednak nieszczęście Łowca sięgnął po broń tak ostrą, że wbiła się głęboko w czarownika, że trafiła dokładnie tam, gdzie trafić zapewne miała. Zbudził demona, który rzeczywiście w nim był, który faktycznie w nim drżał i czekał jedynie na to, by się w pełni objawić. Mrok, jaki go ogarnął, jedynie pozornie skupił się na tej prostej zmianie koloru włosów i przygaszeniu, on spowił go aurą, która była wyczuwalna dla Lennana, bo trudno byłoby ją zignorować i można było swobodnie założyć, że nie tylko jego rozmówca zorientował się, że coś jest nie tak. Dla siedzących w pobliżu ludzi było to jednak odczuwalne jedynie jako swoiste obniżenie temperatury rozmowy, było to jak napięcie, jakie nagle pojawia się pomiędzy dwójką osób, która postawiła jakąś sprawę na ostrzu noża. I tak właśnie było tutaj. Bo coś właśnie drżało na granicy zastanawiając się chyba, czy powinno przekroczyć ją w jedną, czy też drugą stronę. Jaki był właściwy ruch? Słowa Jonathana przecięły ciszę niczym najprawdziwsza stal, wbiły się ze zgrzytem w atmosferę, jaka im towarzyszyła, a muzyka i hałas, jakie do tej pory ich otaczały stoczyły się jakby na drugi plan. I wtedy Łowca pochylił się w jego stronę przez co znajdowali się teraz dość blisko siebie i mimo wszystko Jonathan poczuł gorącą iskrę, jaka nagle pomiędzy nimi przeskoczyła, choćby tylko on ją wyłapał. Patrzył z bliska w oczy Lennana, a w jego własnych nadal czaił się mrok tak prawdziwy i namacalny, że większość z całą pewnością by przed nim uciekła.
- Skąd ta pewność? - zapytał cicho, a jego głos nadal był ostry i Lennan spokojnie mógł poczuć, jak od niego po jego kręgosłupie biegnie dreszcz. Jeśli ta ciemność, ten mrok go wciągał, to z całą pewnością teraz mógł go pochłonąć. Dla czarownika obecnie nie było nic innego dookoła nich, jakby faktycznie zapadli się w sobie, jakby pochłonęła ich czarna dziura, a on miał pełną świadomość tego, że to właśnie on jest tą ciemnością, która pożera wszystko, co dobre. - Może ja jestem samą ciemnością, demonem wprost z piekielnych czeluści, który zjawił się tutaj by dręczyć cię właśnie dlatego, że w tobie nie ma żadnej skazy. Może jesteś tym irytującym aniołem, w którego zdajesz się nie wierzyć - dodał cicho nie odrywając od niego spojrzenia, a jego głos przypominał obecnie szept, który kojarzył się nieodzownie z człowiekiem, który chce zrobić komuś krzywdę. To był ten jad i ciemność, jaka faktycznie się w nim znajdowała, a Lennan wypuścił ją, otworzył Puszkę Pandory i teraz mierzył się z tym, co zaczynało z niej uciekać, jakby krok po kroku, jakby chciało udowodnić mu, że nie ma najmniejszego pojęcia, co jeszcze tam jest, tam w środku, tam, gdzie nie był w stanie dosięgnąć, tam gdzie jego wzrok nie był w stanie się dostać.
- Nie zapytałeś, czy już jej nie przekroczyłem - zauważył na to i zaśmiał się cicho, i chociaż wciąż był pogrążony w tym mroku, który otulał go obecnie niczym jakiś całun, to jego śmiech był dziwnie dźwięczny, wpadający w ucho, było w nim coś czarownego, coś, co niektórzy uznaliby nawet za uwodzicielskie. Przekrzywił głowę, a następnie uniósł nieznacznie powieki, zaś jego oczy ponownie rozbłysnęły, jakby Jonathan jednym jedynie machnięciem ręką pozbawił je mroku, jakby bez najmniejszego problemu wydostał się z niego, jakby zrzucił go niczym jakieś wierzchnie okrycie. Czy zatem w pełni zapadł się w sobie dosłownie przed chwilą? A może tak naprawdę było to jedno z jego zagrań, które miało doprowadzić do tego, żeby to Lennan się odsłonił? Bo mimo wszystko czarownik spostrzegł ożywienie Łowcy, które spowodowało, że serce najpierw uderzyło mu mocniej, a następnie w dość ironiczny sposób przypomniało mu, że właśnie po to żyli tacy, jak jego rozmówca. By ścigać mrok. By pozbawiać życia każdego, kto chociaż nieco odstawał od jakiś norm, które sami ukuli. W jego mniemaniu było to dość niesprawiedliwe i wręcz kapało swoistą hipokryzją, ale nie powiedział tego na głos. To nie była chwila na to, by pociągać za ten akurat sznurek, by sięgać po tę nić. Na to miał jeszcze nadejść czas. Niemniej jednak Jonathan bez najmniejszego problemu dostrzegł coś, co mógłby zaklasyfikować jako podniecenie, to zaś było czymś, co niemalże przydało mu ostrogi. Tak samo jak ten uśmiech pełen satysfakcji, jaki pojawił się właśnie na twarzy Lennana, a on patrzył na niego z tak niewielkiej odległości.
- Łączy. Więcej niż widzisz, niż chcesz przyznać i niż oczekujesz - odpowiedział na to równie cicho.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Bo mówię o nich otwarcie. Jedno zdanie, jeden uśmiech, a łowcy żołądek się skręcił tak, jakby właśnie otrzymał potężny cios. Jeśli jakkolwiek miał wcześniej wątpliwości co do intencji siedzącego przed nim mężczyzny, właśnie się rozwiały. Może była to wina alkoholu, krążącego w jego krwiobiegu, a może rzeczywiście nie był do końca świadom samego siebie, ale nie potrafił kolejny raz odpowiedzieć czegoś w stylu "niedoczekanie". Może nie chciał? Nie, zdecydowanie chciał to powiedzieć, ale bezpieczniej było nie kontynuować tematu. Bezpieczniej było zacząć udawać, że nic takiego nie ma miejsca, że naprawdę nie dostrzega budzącego się napięcia. Starał się z całych sił na nie nie reagować, jednak to była kolejna niewiadoma. Kolejne pole, które chciał poznać, kolejny element układanki do odkrycia. Do tej pory nie był aż tak atrakcyjny i Lennan udawał, że zwyczajnie nie istnieje. Teraz powoli słyszał ciche nawoływanie, żeby jednak spróbował się w to zagłębić, żeby jednak zaczął odpowiadać świadomie na gesty Jonathana. Pokręcił jedynie głową, z krzywym uśmiechem na twarzy, przeczesując dłonią włosy. Nie, lepiej nie odpowiadać, lepiej udawać, że za tymi drzwiami nic nie ma, że nawet nie ma tych drzwi.
Wpatrywał się w mężczyznę przed sobą, czując podniecenie i satysfakcję. Dreszcze, które przechodziły po jego kręgosłupie, doprowadzały go do szału, ale nie zamierzał tego przerywać, choć tak prosto byłoby teraz wstać i wyjść. Zabawić się na własnych zasadach, po prostu wyjść. Jednak mrok, który zaczął spowijać Czarownika, przyprawiał go o szybsze bicie serca i chęć złapania za sztylety, schowane w rękawach kurtki, spoczywającej na krześle obok. Chciał walczyć, a przynajmniej tak sobie najczęściej radził z podobnym uczuciem. Były jeszcze inne, o wiele przyjemniejsze sposoby poradzenia sobie z tym, ale nie dla Lenna. Nie teraz, nie tu, nie z osobą, z którą pił właśnie piwo. Mimo to nie zdawał sobie sprawy z tego, jak mogą wyglądać od boku, obaj nachyleni w swoją stronę, z widocznym błyskiem w oczach. Nie wyczuł iskry którą wyłapał Jonathan. Dla Lennana w tej chwili liczyła się jedynie fascynująca ciemność, która kusiła go o wiele bardziej niż cokolwiek do tej pory. Wbrew samemu sobie czuł, że chciałby się w nią zapaść, sprawdzić co jest po drugiej stronie, do czego mogłaby go doprowadzić. Zasady, reguły, którymi się otaczali jedynie ich krępowały. Podążanie za własnymi pragnieniami dawało wolność, ale co z przekraczaniem granic?
Na dźwięk głosu Czarownika, mężczyzna jedynie zacisnął mocniej dłoń na szklance z piwem, chcąc w jakiś sposób opanować się. Całym sobą chciał zerwać się i... Walczyć. Rozładować te cholerne podniecenie jakie go ogarniało, a nigdy do tej pory nie czuł go aż tak, w czasie rozmowy. Nie potrafił oderwać wzroku od jasnych, lodowatych oczu, które zdawały się hipnotyzować go i wciągać za sobą w świat, który był dla niego zagadką. Nakazał sobie, resztką silnej woli, siedzieć jak siedzi, a na jego twarzy ponownie pojawił się kpiący uśmieszek.
- Nie jestem aniołem, nie tylko ty masz ciemniejszą stronę, chociaż... ja raczej nie mam tak imponującej - odpowiedział, starając się dobrać ostrożnie słowa. Głos Łowcy był przesycony napięciem, jakie odczuwał, choć starał się nie dac po sobie nic poznać. Jednakże oczy mówiły same za siebie, tak jak napięte mięśnie przedramion, zmuszające go do pozostania na miejscu, bez łapania za broń, wznawiania zamieszania. Na następne słowa zamknął w końcu powieki, opuszczając na moment głowę. Pozwolił sobie znaleźć na nowo opanowanie i choć całość trwała kilka sekund, Fairwolf zrobił szybki rachunek sumienia. Czy chciał prowokować czarownika do przemiany? Czy chciał naprawdę wywołać demony z ciemności? Nie chciał. Musiał odpuścić. Dowiedział się dość, żeby mieć jakiś obraz Czarownika w głowie, a nie jedynie szukającego zabawy wariata.
Kiedy otwarł oczy, podniósł nieznacznie głowę, spoglądając na Jonathana spod rzęs, z nieznacznym uśmiechem na twarzy. Nie odpowiedział mu, bo nie chciał znać prawdy. Wolał wierzyć, że poznany czarownik nie przekroczył granicy. Owszem, każdy miał w sobie ciemność, każdy co jakiś czas pogrążał się w mroku, ale Lennana obowiązkiem było pozbywać się tych, którzy w mroku żyli. Podświadomie żywił nadzieję, że poznany, intrygujący osobnik nie był przesycony złem. A potem nagle Jonathan, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pozbył się mroku ze spojrzenia. Uśmiech satysfakcji zmienił się w wyraz zaskoczenia. Czyżby to wszystko to była jedna wielka farsa? Czyżby dziecko Lilith wodziło go za nos? Lenn uniósł szklankę do ust, chcąc zasłonić zaskoczenie, które zaczęło nagle przykrywać większość z odczuwanych emocji. Jak tylko zdał sobie sprawę z tego, że White odpowiedział na jego retoryczne stwierdzenie, przekrzywił nieznacznie głowę, wyraźnie zaciekawiony.
- Czego w takim razie według ciebie oczekuję? - spytał czując, jak leniwe rozluźnienie znowu rozlewa się po jego ciele. Zerknął na zawartość szklanki i ze zdumieniem odkrył, że wypił połowę. Najwyraźniej biorąc solidny łyk próbował się uspokoić. Odsunął nieznacznie szkło od siebie, nie chcąc zaburzać jeszcze bardziej swojego osądu sytuacji, nie chcąc stracić kontroli, jaką na moment posiadał. Jednakże zadając pytanie obawiał się, że znów ją straci. Mimo to musiał zapytać, Jon dobrze wiedział co zrobić, co powiedzieć, żeby spotkanie wpadało na odpowiednie dla niego tory. - Z tego co widzę, to łaczą jednak tylko śmieszne uszy- dodał, mimowolnie śmiejąc się cicho.

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Jonathan nie czuł najmniejszej nawet potrzeby, by kryć to, że chciał znaleźć się z Łowcą sam na sam, że chciał dowiedzieć się, co się w nim kryje, że chciał się przekonać, jaki on naprawdę jest. Pociągał po fizycznie właściwie od pierwszej chwili, kiedy go zobaczył, ale musiał przyznać, że teraz, kiedy na jego szczęce zarost odznaczał się nieco wyraźniej niż wcześniej, było w nim coś jeszcze bardziej elektryzującego. Nie mówiąc już o spojrzeniach, które bez dwóch zdań nabrały intensywności i przestały być tak jednokierunkowe, jak wcześniej. Być może Lennan był przerażony, może nie chciał dopuścić do siebie myśli o tym, co mogłoby się wydarzyć, ale nie mógł walczyć z tym, że jego ciało mówiło, ba, krzyczało coś zupełnie innego i czarownik czuł to całym sobą. Nie mogło być mowy o tym, by się mylił, mimo wszystko od dawna czytał te sygnały, nie widział ich pierwszy raz w życiu, dlatego też stawiał ostrożnie kolejne kroki czując, jak go to wciąga, jak zachęca go do tego, by napisał całkiem nową i ekscytującą przygodę, by sprawdził, jak daleko może zajść on, zrodzony z ciemności, drażniąc kogoś tak anielskiego pochodzenia, jak siedzący przed nim Łowca. To było niczym nie do końca zrozumiała walka dobra ze złem, gdzie trudno było powiedzieć tak do końca, kto miał jaką twarz i czyje spojrzenie było krzywe, nieodpowiednie i niestosowne. I chociaż mężczyzna milczał, to jego ciało, jego ruchy, mówiły za niego. Jonathan z prawdziwą przyjemnością śledził jego rękę, jego palce, gdy przesuwały się pomiędzy ciemnymi kosmykami i poczuł coś na kształt dreszczu toczącego się w dół jego pleców, gdy pomyślał, że dłoń Łowcy mogłaby tak sunąć pomiędzy jego włosami. Mógł testować różne rozwiązania, różne odpowiedzi, ale drzwi, których nie chciał otwierać, zaczynały otaczać go z każdej strony, za nimi zaś mogło kryć się dokładnie wszystko i pewnie właśnie tak było, skoro jednak Lennan był tak ciekawską istotą, dlaczego nie chciał dowiedzieć się, czy nie pominął czegoś niesamowicie istotnego w swym życiu?
To jednak zeszło na dalszy plan z uwagi na to, że mrok postanowił opuścić Jonathana, to bezpieczne miejsce, w którym był zamknięty już od wieków, gdzie krył się nieproszony o to, by w ogóle wychylać swój paskudny łeb. I chociaż czarownik walczył z nią, jakby chciał pozwolić na to, by wszystko co złe postanowiło zerwać się teraz ze smyczy, to jego uwadze nie umknął fakt, że Łowca zdawał się z każdą kolejną chwilą odczuwać coraz większą przyjemność. Było to odkrycie dość niespodziewane, bo kto właściwie chciałby igrać z samym najgłębszym mrokiem? Najwyraźniej jednak dla Lennana było to coś niezwykle wręcz podniecającego, a Jonathan chyba z miejsca zrozumiał, że chciałby to wykorzystać, co wzbudziło w nim samym nieskrywany ogień. Iskra, jaka się pojawiła, nie zgasła ani na chwilę, nic zatem dziwnego, że czarownik podświadomie poruszył się jeszcze aż zetknął się z siedzącym przed nim mężczyzną kolanami czując, jak w momencie jego kręgosłup razi coś na kształt potężnego wyładowania. Pragnienie podsycone spojrzeniem Łowcy i jego niezdrową wręcz fascynacją zapłonęło żywym ogniem, stoczyło się w dół brzucha Jonathana, rozlało się gwałtowną falą i spowodowało, że gdy czarownik odezwał się ponownie, jego głos był o wiele niższy, jakby schrypnięty, i kryło się w nim tak wiele obietnic, że tylko głuchy zdołałby je przegapić.
- Imponującej? - spytał nie poruszając się ani na milimetr. Gdyby był bardziej przytomny i świadomy tego, co działo się dookoła nich, z całą pewnością zarejestrowałby kilka zaciekawionych spojrzeń. Gdyby mógł w tej chwili obserwować ich z boku, bez dwóch zdań musiałby przyznać, że wyglądali, jakby zamierzali rzucić się na siebie, niczym jakieś wygłodzone zwierzęta, którym mało wszystkich możliwych uniesień, które wiedzą doskonale, czego pragną, ale z jakiegoś względu się powstrzymują, jakby wyczekiwali na właściwy moment, który mógłby pochłonąć ich całych, spalić do cna i nie pozostawić po sobie już niczego. Tak niewiele brakowało. Nieznacznie przekrzywić głowę. Pochylić się jeszcze w przód. Tylko tyle, tyle ich dzieliło. Jonathan miał nawet wrażenie, że czuje ciepły oddech Lennana na swych wargach i mimowolnie jego mięśnie naprężyły się jeszcze mocniej, a ciemność wokół niego na chwilę stężała, jakby szykując się do skoku. - Nikt nie poznał mojej najciemniejszej strony. A ty zdaje się, że właśnie jej szukasz - dodał cicho nie odrywając spojrzenia od jego oczu. Byli tak blisko siebie, że Jonathan czuł już świerzbienie palców, czuł gęsią skórkę i nie mógł już w żaden sposób zaprzeczyć, że mężczyzna go pociąga. Wcześniej jedynie mu się podobał, wywoływał w nim swoistą ekscytację, teraz jednak czuł już, że pożądanie po prostu go pali. Był niczym samotna zapałka, którą ktoś miał rzucić na stos, wiedział jednak, że wykonanie tak gwałtownego, tak szybkiego ruchu mogłoby okazać się katastrofą. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że włoski na jego rękach podniosły się, a na karku czuł dreszcze wywołujące niesamowity wręcz ucisk. Jego uszy cofnęły się, jakby chciały bronić się przed falami gorąca, jakie w niego uderzały. I zdaje się, że właśnie to zerwało nieco krąg mroku, z którego zdołał wyrwać się niczym narowisty koń.
Lennan mógł być nieco zmieszany. Mrok otaczający Jonathana zelżał nieco, a jego spojrzenie stało się znowu jasne i czyste, prędko jednak Łowca mógł dostrzec, że to nie koniec. Ciemność, jaką sam, na własne życzenie wydobył, nie była czymś, z czym łatwo się walczyło. Czarownik zamknął oczy pochylając głowę i zadrżał wyraźnie, otoczył się nawet ramionami, jakby zrobiło mu się niesamowicie wręcz zimno. Gdyby w tej chwili mężczyzna zdecydował się go dotknąć, zorientowałby się zapewne, że po gorącu, jakie biło z syna Lilith jeszcze przed chwilą, nie pozostał nawet ślad. Zdawał się być teraz zmęczony, było w nim nawet coś, co sugerowało, że jest starszy niż się wydawało, jakby te stulecia jednak nagle postanowiły wypisać się na jego twarzy. Czerń zniknęła z jego włosów pozostawiając je ponownie, jak wcześniej, wypranymi. Napił się piwa czując, jak wszystko, co ich otaczało, powoli do niego wraca, jak wyostrza mu się słuch, jak jego spojrzenie przestaje koncentrować się tylko na Łowcy, ale czuł się tak, jakby za długo biegał, za długo ćwiczył, mięśnie miał jakby zesztywniałe, całe zbolałe i nie za bardzo chciał się poruszać. Nie mógł, nie powinien.
- Od życia? Ode mnie? - zapytał na to unosząc spojrzenie, które było teraz takie samo jak wtedy, gdy się spotkali. Znowu był leniwym, nieco znudzonym kotem, znowu nie był do końca rozbudzony. Rzęsy rzucały cienie na jego policzki, na których na próżno było teraz szukać choćby cienia rumieńca. Pozwalał teraz Lennanowi kontrolować sytuację, to on teraz prowadził, to on teraz decydował, czy zawędrują gdzieś dalej w tej rozmowie, czy zostanie przerwana. Jonathan doskonale wiedział, że dopiero zaczynali swoją podróż, że mieli przed sobą jeszcze wiele takich spotkań, więc nie czuł również potrzeby, by naciskać na Łowcę. Na wszelki wypadek wychodził z założenia, że teraz warto się wstrzymać, choć oczywiście wciąż grał w swą grę, być może jedynie nieco łagodniej.
- Och, to widać na pierwszy rzut oka. Ale przecież jesteś przednim filozofem, nie widzisz niczego więcej? - spytał sięgając po płaszcz i zarzucając go sobie na ramiona, Było mu faktycznie zimno, a chłodne piwo na pewno nie pomagało w rozgrzaniu się. Nie chciał sprowadzać tutaj, w tej chwili, kawy. Może nie chciał nadużywać swoich sił, a może wyszedł z założenia, że to byłoby jednak już nieco zbyt podejrzane dla otaczających ich ludzi, których głosy obecnie świdrowały jego umysł.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Może i jego fascynacja była czymś nie do końca normalnym, ale czy mając takie geny jak Lennan, mogło się być normalnym? Szalony ojciec, mający wiele za uszami i wciąż zaskakujący niezrównoważonymi pomysłami. Matka, która choć byłą istotą o ogromnym sercu wobec syna, z zimną krwią zabijała po cichu wrogów Króla. Wujek, który nie do końca był pewien tego kim jest, ale którego jeszcze na nieszczęście Lenn nie miał okazji poznać. W jego głowie nie wszystko było takie, jak powinno. Widział wiele, Łowcy żyli w nocy, nie można było się dziwić, że zaczął go fascynować świat, przed którym był ostrzegany. Dlaczego tak bardzo się tego bano? Kiedyś palono na stosie kobiety, które zwyczajnie odróżniały wilczomlecz od rumianku. Wiedzę, naukę, nazywano magią. Co jeśli teraz było dokładnie tak samo? Ciemność była dla niego nieznanym lądem, który przyzywał, wabił, mamił obietnicami. Jonathan, przez swoje zainteresowanie nim, upartość, stał się nieomal jej ucieleśnieniem. Zwłaszcza teraz, gdy jego włosy pokryły się smolistą barwą, a oczy nabrały lodowatego błysku. Może było w tym odrobinę fascynacji samym mężczyzną, choć w dużej mierze opierało się wszystko o skrywany przez niego mrok. Tak, to on pociągał tak niesamowicie Fairwolfa, który zdawał się pragnąć doprowadzić do ostatecznego wyciągnięcia demona z czarownika. A może testował ile z tego, co Jonathan mówi było prawdą?
Poczuł, jak nagle zaczęli stykać się kolanami i byłoby kłamstwem rzec, iż nie zareagował na to w żaden sposób. Nie ruszył się z miejsca, ogarnięty własnymi emocjami, ale oczy jakby zapaliły się dodatkowo. Usta drgnęły w drapieżnym uśmiechu, ale zaraz przygryzł je bezwolnie i zamknął powieki.
- Zdaje się, że jest to warte ryzyka - odparł cicho, czując jak przez całe jego ciało przebiegł dreszcz. Właściwie mówił bez zastanowienia, zupełnie jakby teraz ktoś inny przejmował nad nim kontrolę. Nie było tego Lennana, który reagował gwałtownie na niewinne przytrzymanie za kurtkę. Teraz był oszołomiony potęgą, skrywaną przez mężczyznę, niczym pijak nieświadomie zmierzając ku przepaści. Szaleniec, który uwierzył, że może polecieć, ale zaczął wzbijać się ku słońcu omamiony jego ciepłem. Poruszył się nieznacznie, przez co otarł się kolanami o Jona, żeby ostatecznie odpuścić. Musiał, jeśli nie chciał naprawdę wywołać wilka z lasu. Nie chciał też doprowadzić do konieczności okaleczania nowego znajomego, jeśli mógł tak go nazwać.
W chwili, gdy tylko emocje opadły, a jego samego ogarnęło nieznaczne zmieszanie, wyprostował się na krześle, cofając kolana, byle dalej. Z zaskoczeniem i nieco zmarszczonym czołem obserwował mężczyznę, który teraz zdawał się być naprawdę wycieńczony tym, co przed momentem zaszło. To było kolejne ciekawe odkrycie. Najwyraźniej u czarowników działało to podobnie, jak u nefilim przy przemianach w aniołów. Pamiętał jak Viviene po użyciu łaski była wycieńczona. Teraz Jonathan, tak pewny siebie i elektryzujący wcześniej, wyglądał obecnie na znudzonego i wymęczonego. Lenn oparł się swobodnie plecami zakładając nogę na kolano i opierając jedną rękę na niej.
- Nie jestem filozofem... Z resztą, zobacz jak niefortunnie potrafię dobrać słowa - zaśmiał się lekko, gestem ręki wskazując na niego, okrytego teraz płaszczem. - Może jednak lepiej, żebym nie mówił na głos tego, co myślę - dodał. W spojrzeniu Lenna czaiło się jednak coś na znak zaniepokojenia. O dziwo, stanem towarzysza, tym czy wszystko na pewno było w porządku. Włosy, które teraz były wyblakłe, stały się dla Fairwolfa czymś na kształt sygnalizatora. Mimowolnie obserwował je, jakby chciał sprawdzać co się dzieje z jego rozmówcą.
- Zawsze tak się dzieje? Często musisz tak walczyć ze sobą? - spytał cicho, nie chcąc, żeby ludzie siedzący wokół przysłuchiwali im się zbytnio. Już i tak wywołali spore zainteresowanie, które równie szybko opadło, jak ich własne emocje. Chociaż Lenn wciąż czuł nieznaczne mrowienie, dziwaczną pustkę. Przekrzywił głowę, lustrując go spojrzeniem. Wyglądał staro, coś w jasnych oczach mówiło, że mężczyzna wiele przeszedł. Co się za tym kryło?

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Mrok, którego tak pożądał Łowca, nie był wcale czymś, do czego powinien chcieć wyciągać ręce. Owszem, wiele w nim było wiedzy, za jaką dawniej palono na stosach, topiono i niszczono, ale jednak składał się w dużej mierze z prawdziwego zła, czegoś, czego nie powinno chcieć się poznawać. Jonathan w pełni zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby tylko pozwolił, by do głosu doszło jego drugie ja, to, które umiało nienawidzić i nienawidziło po dzień dzisiejszy, już dawno byłby poszukiwanym demonem bawiącym się życiem każdej istoty, jaką by napotkał. Mimo wszystko obok tej ciemności, smolistej i gęstej, przerażającej, a jednocześnie złowieszczo wręcz ekscytującej, istniał również drugi czarownik. Ten zafascynowany motoryzacją mecenas sztuki, który przez lata skupywał dzieła sztuki, by potem za bezcen wyprzedawać je do muzeów i prywatnych kolekcji. Obok zła, jakie w nim żyło, był też tą istotą, która umiała zachwycać się dzikim wrzosowiskiem, pustym stepem i lasem o poranku. Nie składał się tylko z tego, co tak bardzo pociągało Lennana, nie zamierzał jednak ukrywać, że to zło jest w nim w każdy czas i daje o sobie znać w najmniej spodziewanych momentach, wypełza z niego pod różnymi postaciami domagając się tego, by porozmawiał ze swoją paskudną naturą samej otchłani ziejącej zgnilizną i śmiercią, upadkiem bez żadnego powrotu.
- Przekonaj się - powiedział na to, tym samym tonem, czując, że ciało w miejscu, w którym styka się z ciałem Łowcy pali go po prostu żywym ogniem. Gdyby tylko mógł, z pewnością sięgnąłby teraz w stronę mężczyzny, pociągnął go ku sobie i pokazał mu, czym dokładnie jest ciemność, jaką sam, na własne życzenie uwolnił. Mógł zabrać go stąd daleko, tam, gdzie zostaliby tylko we dwóch, ale nie na tym polegała zabawa. Poza tym, mimo wszystko, Jonathan nie chciał robić nic na siłę, nie chciał zmuszać go do czegoś, czego nie chciał. To nie na tym polegało. Tak jak potrafił zapanować nad ciemnością, tak samo umiał trzymać na wodzy własne pożądanie, nic zatem dziwnego, że pozwolił temu wygasnąć, powoli, niezbyt spiesznie, a zmęczenie, jakie go łapało, jakie go obejmowało, zdawało się podchodzić mu niemalże do gardła. Był zziębnięty, nic zatem dziwnego, że wtulił policzek w kołnierz płaszcza i spojrzał ponownie na Lennana. Potrzebował teraz, jak podejrzewał snu, gorącej herbaty, czegoś, co pobudziłoby krew w jego żyłach do szybszego krążenia, coś, co po prostu przypomniałoby mu, że nie jest tak do końca martwy. Jego włosy powoli zaczynały nabierać tej barwy, jaką miały zawsze, gdy skrywało je zaklęcie. Był jednak na swój sposób zmęczony, to poczucie swoistego przemijania na pewno mocno go teraz dotykało, mocno się w nim zakorzeniło i nie chciało puścić.
- A kto powiedział, że filozofowie zawsze dobierają dobrze słowa? - powiedział na to, a kącik jego ust uniósł się w leniwym, nieco kpiącym uśmiechu. Widział doskonale, że napięcie w jego rozmówcy już znacznie opadło, że nie było w nim tej iskry, tego ognia, który przed chwilą był gotów spalić cały ten pub do cna. Łowca wycofał się na bezpieczne pozycje, czarownik zrobił to samo, ale nie zamierzał jeszcze przerywać tej konwersacji. Odnosił jednak wrażenie, że Lennan przejawia zainteresowanie jego obecnym stanem. Czyżby nawet w jego spojrzeniu czaiło się coś na kształt niepewności, jakiejś swoistej troski? Być może. Naciągnął na siebie mocniej płaszcz i zamknął na dłuższą chwilę oczy. Uspokajał się, ale jednak czaiła się w nim starość, która również zdawała się powoli blaknąć, wracając na swe miejsce, tam gdzie była skryta przed wszystkimi istotami na tym świecie.
- Częściej, niż bym sobie życzył - przyznał po dłuższej chwili milczenia i spojrzał ponownie na Łowcę posyłając mu wyjątkowo krzywy i kpiący uśmiech, który dało się sklasyfikować jako irytująco atrakcyjny. Był jednak nieco przygasły, jakby czaił się w nim również smutek. Jonathan bez wątpienia miał przed sobą noc, w czasie której będzie ponownie zastanawiał się, czy lepiej pewnych rzeczy nie zerwać, nie sięgnąć tam, gdzie sięgać nie powinien, by przekonać się, co czai się w ciemności. Dać się ukąsić i spojrzeć sobie w oczy, dowiedzieć się ostatecznie, kim tak naprawdę jest. Czy to, co stworzył, było jedynie elegancką powłoką dla przemieszczającej się wiecznie ciemności? - Próbowałeś kiedyś zapanować nad własnym gniewem i rozczarowaniem? Nad chęcią uderzenia kogoś, pobicia go, patrzenia, jak ten odpokutowuje za swoje grzechy? - spytał cicho przesuwając dłonią po drugiej dłoni i starając się w ten sposób nieco się rozgrzać.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Uśmiechnął się do swoich myśli, przygryzając nieco wargę, aby powstrzymać ten uśmiech. Wychodziło na to, że w oczach Czarownika, poza byciem cholernym królikiem, stał się filozofem. Przez kilka zdań wypowiedzianych z próbą ostrożnego ich dobrania. Z drugiej strony, kto wie czy podobnie nie przebiegłoby ich pierwsze spotkanie, gdyby wpadł na podobny pomysł, co teraz. Filozof. No tego jeszcze nie było.
- Mimo wszystko, wstrzymam się przed wydawaniem opinii... Mimo wszystko, to wszystko może być jednym wielkim przypadkiem, kpiną losu - odparł, rozkładając na moment dłonie. W końcu mężczyzna był nowy w Yorku, mógł stąd za chwilę wyjechać. Lenn nie słyszał, żeby do Organizacji dołączył jeszcze jeden Czarownik, a i Jon nie przyznał się do niczego. Nawet nie powiedział choćby jednego słowa w tym temacie, gdy padło w lesie pytanie. Łowca nie zamierzał jednakże drążyć tematu. Może kiedyś, jeśli rzeczywiście jeszcze się spotkają. Może wtedy. Teraz jedynie obserwował jak jego towarzysz zaczyna przypominać Przyziemnego ogarniętego grypą. Przemarznięty, wymagający całym sobą ciepła, odpoczynku. Tak, ta opiekuńcza część Lenna, której nie było wcale tak wiele, która była zarezerwowana głównie dla jego matki, przez co od dawna drzemała w jego ciele, nagle drgnęła. Może niepotrzebnie prowokował? Nie chciał mieć na sumieniu obcego czarownika, który osłabiony padł czyjąś ofiarą. Zaskoczony swoimi myślami napił się piwa, przyglądając się mu przez moment krytycznie. A może wszystko było winą alkoholu?
Częściej... Nawet Lenn się skrzywił, przesuwając dłonią po karku. Jak było żyć z takim ciężarem? Czy Jon też miał swoją demoniczną wersję? Czy tylko nieliczni Czarnoksiężnicy takie mają? Na kolejne pytanie znieruchomiał, a jego spojrzenie wbiło się w oczy Jona. Czy kiedykolwiek próbował?
- Nie - odpowiedział prosto, po czym lekko westchnął, przymykając powieki. - Czasami, ale gdy nie jestem tak naprawdę wyprowadzony z równowagi... W innym przypadku nie próbuję. Nawet ostatnio, choć miałem okazje wstrzymać strzałę, wypuściłem ją w stronę bezbronnego. A najciekawsze jest to, że jest mi z tym... dobrze - odpowiedział cicho, nieomal szeptem, ze wzrokiem utkwionym gdzieś za siatkówką błękitnych oczu. Widać było, że nieznacznie zapadł się we wspomnienia, z których otrząsnął się mrugając szybko oczami i pociągając kolejny łyk z kufla.

Jonathan White

299


177 cm


Did all my dreams never mean one thing







[Cytuj]
Multikonta: Marianne, Oscar, Margot
Może uwaga Jonathana dotycząca dotycząca tego, że Lennan przypomina mu filozofa była nieco prześmiewcza. Może jednak mówił prawdę. Pewnym jednak było, że jego zachowanie, jego chęć poznawania tego, co nieznane, przekraczania granic, szukania jakiś kolejnych ciekawostek, które ukryte były przed jego wzrokiem przez lata, to spojrzenie, wyczekiwanie i jego porównania, powodowały, że czarownik chciał słuchać go jeszcze dłużej, jeszcze uważniej. Pociągał go. Nie tylko fizycznie. Był przystojny, właściwie jakby nieco bardziej, może teraz Jonathan widział go wyraźniej, a może ten dłuższy zarost bardziej mu pasował, trudno powiedzieć. Niemniej jednak w mężczyźnie było coś więcej, kryła się w nim inteligencja, chęć poznawania nieznanego, chęć przełamywania jakiś tabu i szukania tajemnic, która powodowała, że czarownika ciągnęło do niego jeszcze mocniej, chciał dowiedzieć się czegoś więcej o samym Łowcy, a jednocześnie wciągał go we własną grę. Czekał na następne teorie dotyczące bram, teleportacji i wszystkiego innego, chociaż doskonale wiedział, że tak naprawdę nigdy nie będzie w stanie w pełni objaśnić mu działania tego, co potrafił robić. W wielu przypadkach przychodziło mu to tak łatwo, jak pstryknięcie palcami. On również nie do końca pojmował, czym są runy, którymi mógł posługiwać się Lennan, ale w tej chwili dotarło do niego coś, co pominął całkowicie przy wcześniejszym spotkaniu, coś, co pomijał od lat. Oto na przeciwko diabła siedział anioł. Jakież to było zabawne i ekscytujące! Tym bardziej, że iskier i zaciekawienia z obu stron nie dało się ukryć. Być może właśnie tak działało słynne przyciąganie się przeciwieństw, któż to wie?
- Poczekam na twój osąd - powiedział na to uśmiechając się do niego zadziornie, a jego oczy, chociaż zdecydowanie zmatowiałe i zmęczone, błysnęły lekko, gdy przypatrywał się mężczyźnie, jasno dając mu do zrozumienia, że nie zamierza odpuszczać. To było dopiero ich drugie spotkanie, ale Jonathan był pewien, że nie ostatnie. Miało to jednak coraz mniej wspólnego z kostką, która spoczywała bezpiecznie w kieszeni jego spodni. Początkowo chciał nieco podręczyć przystojnego mężczyznę, sprawdzić, jak daleko będzie mógł zajść, ale teraz marzył o przekroczeniu każdej możliwej granicy, podjął z nim grę, w którą nie grał chyba z nikim innym, a przynajmniej nie przypominał sobie, by w całym swym długim życiu zdołał poprowadzić taki, a nie inny taniec. Wiedział, że do tanga trzeba dwojga, ale właściwie momentalnie przestał mieć wątpliwości, czy druga z zasiadających tutaj osób w ogóle chce w tym uczestniczyć. Chciała. Choć być może jeszcze rozum jej tego wzbraniał.
Cokolwiek by się nie działo, Jonathan czuł jednak chłód i zmęczenie. Coraz częściej myślał, że jego demoniczna strona faktycznie musi się uwolnić, by choć na trochę poczuł spokój, by pewne kwestie zrozumiał. Obywał się bez tego od blisko trzystu lat, ale w końcu jego przeszłość, jego natura, w końcu się o niego upomniała, zaczęła się do niego dobijać prowokując do dziwnych, niebezpiecznych dla niego samego myśli. Przez chwilę nie rozumiał, co dokładnie dzieje się z Lennanem, ale w dziwnym oszołomieniu doszedł do wniosku, że mężczyzna jest chyba nieco speszony, a jednocześnie jakby... Przejmował się? Tym, co się wydarzyło, tym, że czarownik znajdował się na skraju jakiejś wytrzymałości? Co prawda Jonathan nie był tak zmęczony, by zapaść się w sobie, ale faktycznie odczuwał na swojej skórze skutki uboczne mierzenia się z własnym gniewem, własną ciemnością, z własnym demonem, który radośnie wyżerał mu wnętrzności, gdy tylko do tego dopuścił. I choć nie był pewnie taki, jak czarownicy, o których słyszał Lennan, choć nie pałał chęcią wymordowania całego świata, to doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest krystalicznie czysty i miał swoje za uszami, znał się nieco na przywoływaniu i tej zakazanej części magii, chociaż wolał nie mówić o tym zbyt głośno. Na wszelki wypadek.
- Sam powiedziałeś, że ciemność bywa różna. Ale może ta, która kryje się w tobie, nie jest wcale tak odległa od tej, jaka żyje we mnie - powiedział cicho i spojrzał mu prosto w oczy. Mrok spuszczony ze smyczy. Tym razem Jonathan poczuł, jak jego mięśnie się naprężają. Nie miał siły na tę rozmowę teraz, podejrzewał zresztą, że Lennan za chwilę się ocknie, zorientuje, co powiedział i utnie temat. Musiał jednak dowiedzieć się, o co chodzi, przetrawić to, zrozumieć. Bezbronny? To nie brzmiało najlepiej, z drugiej jednak strony siedzący przed nim mężczyzna był Łowcą i miał obowiązek zaprowadzić pokój, być może za wszelką cenę.
Ill keep mine and you keep yours
We all have our secrets
We all have our secrets



You were always faster than me
Ill never catch up with you
With you

Lennan Fairwolf

30


180 cm


Every morning when the sun comes up he brings me coffee in my favourite cup...







[Cytuj]
Multikonta: Ignis, Eve, Marco
Uśmiechnął się lekko pod nosem, w taki sposób, w jaki dorośli uśmiechają się, gdy dzieci mają niemądre pomysły. Dwa spotkania, ale raczej przypadkowe. Jakie było prawdopodobieństwo, że Czarownik, nie znając jego imienia, będzie mógł znów go znaleźć? Raczej niewielkie... A przynajmniej tak się zdawało Łowcy. Odczuwał pewien rodzaj satysfakcji nie przedstawiając mu się, nie podsuwając niczego, co mogłoby zdradzić mu jego imię i nazwisko. Jasne, jakby wypytał o Łowcę z uszami wróżki, z całą pewnością dostałby odpowiedź. Lenn nie był pewien, ale prawdopodobnie był jedynym takim w tutejszym Instytucie. Nie byłoby więc trudno go znaleźć, ale mimo tego, nie zamierzał ułatwiać. Kto wie, może jutro to wszystko okaże się szalonym snem?
Przejmował się, co nawet dla niego było zaskoczeniem. Nie było co tu gadać, zazwyczaj tak się nie troszczył o ludzi. A może miał wyrzuty sumienia, że swoją dociekliwością doprowadził mężczyznę do osłabienia? A może obawiał się, że ten lada moment zemdleje? Za bardzo jednak pogrążył się w próbie zrozumienia tego, co też w nim się chowało, iż nie zauważył, jak sam się odsłonił. Pozwolił na moment swojej ciemniejszej stronie przeciągnąć się leniwie w jego oczach. Ziewnęła, przypominając o sobie, podsuwając wspomnienia w formie obrazów oraz emocji. Wiedział, że zrobiłby to raz jeszcze, i znowu, i znowu. Nie zmieniłby swojego zachowania, ale czy był z tego dumny? Nie wiedział.
Odchrząknął, spojrzał na resztę piwa z niesmakiem, po czym po prostu złapał kurtkę i podniósł się z krzesła. Przechodząc obok Jonathana zatrzymał się na chwilę, kładąc na moment dłoń na jego ramieniu.
- Powodzenia z ciemnością, przyda się nam obu - rzucił cicho, nieznacznie nachylony do niego, żeby nikt nie słyszał, po czym wyszedł, ubierając kurtkę i stawiając jej kołnierz. Nagle i jemu zrobiło się dziwnie zimno. Pora była wracać do pokoju w Instytucie...


/zt x2
Christian Stormnight
[Usunięty]
Christian Stormnight
[Usunięty]
[Cytuj]
Wypad do baru to było coś, czego potrzebował. Nawet osoby typu Chrisa musiały spotkać się z kimś znajomym by nie zapomnieć jak się mówi. Książki były dobrymi towarzyszkami i randka z nimi nie kosztowała majątek, ale żywa osoba raz na jakiś czas też była dobra. "Ofiarą" w wyniku losowania została Pia, kobieta dzięki której zacząć postrzegać świat nieco bardziej kolorowo. Sam przed sobą nie chciał się przyznać, że zaprosił ją ze względu na dostrzeżoną zmianę. Wyszłoby jeszcze, że się martwi i cały jego świat by się załamał. Wciąż pozostawał amebą w relacjach damsko-męskich i nie wiedział, czy podobne stwierdzenia są wskazane. Liczył na to, że pod wpływem alkoholu i ogólnego rozluźnienia Pia powie co ją trapi albo rozwieje Chrisowe wątpliwości. No bo przecież mogło się mu tylko wydawać, nie? Umówili się w pobliskim Fox Inn, w jego bardziej tajemniczej części na godzinę 19. Zjawił się na miejscu parę minut wcześniej by zająć dogodne miejsce i sprawdzić, czy nie wpadną na bandę pijanych wampirów. Lepiej omijać bójek, Chris nie miał ochoty wylądować później na dywaniku u dyrektora. Zaczekał z zamówieniem na swoją towarzyszkę, co by nie wyjść na nieuprzejmego. Ubrał się dość schludnie, ale bez wielkiego szału by nie zwracać na siebie uwagi. Siedząc i stukając palcami w blat stołu zastanawiał się czy Pia nie zapomniała o spotkaniu albo czy nie wyskoczyła jej operacja w szpitalu czy inne duperele.
 
Pia Nestraven
[Usunięty]
Pia Nestraven
[Usunięty]
[Cytuj]
/marzec

Pia starała się informować jeśli miała się gdzieś spóźnić - oczywiście jeśli tylko mogła. Czasem wypadały jej sprawy tak niespodziewane.. To chyba jednak wiedział każdy, kto choć trochę ją znał. A o ile Chris i Pia nie mogli się nazwać przyjaciółmi, to spędzili ze sobą chwilę przez te kilka lat wspólnego życia w Yorku. Nestraven starała się dotrzeć do zamkniętego na emocjonalną część kontaktów międzyludzkich Chrisa i nawet jej to wyszło, w pewnym zakresie. Nie była przecież psychologiem, po prostu lubiła ludzi. Stormnight był więc jedną z osób, które mogły zauważyć zmianę w jej zachowaniu, pewne odsunięcie się i zamknięcie, choć pracowała z takim samym zapałem jak zawsze wcześniej, co do tego nie było wątpliwości.
Kobieta weszła do Fox Inn kilka minut spóźniona, niewiele, ale jednak. Miała na sobie czarne jeansy, płaskie botki za kostkę, na górze skórzaną kurtkę, a pod nią białą koszulę wpuszczoną w spodnie, z lekkim kwiatowym haftowanym wzorem na mankietach i kołnierzyku. Byli w pubie, nie musieli wyglądać nie wiadomo jak, ale na pewno nie zamierzała pojawić sie tu w bluzie z kapturem. Jak Cię widzą tak cię piszą, pozycja Ordynatora zobowiązywała... nie, żeby ktokolwiek z ludzi wiedział. Z drugiej strony nie wiadomo na kogo się trafi. A ta maska naokoło to czasem wszystko, co mamy.
- Hej - podeszła do Chrisa, by się przytulić na powitanie i usiadła obok - jeśli był przy barze albo naprzeciw, jeśli siedział przy stoliku.
- Zamówiłes już coś?
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo