Senciner Gariel

27 / 207


180 cm


Don't play my doctor, don't try to heal me, 'cause my mind doesn't need anyone to contain it.







Senciner Gariel

Imię: Senciner
Nazwisko: Gariel

Data urodzenia: 26 lipca 1812
Miejsce urodzenia: Teheran, Iran (ówczesna Persja)

Wiek: 27 / 207
Wzrost: 178 cm
Waga: 67 kg

Rasa: Czarownik
Przynależność: Senciner
Wizerunek: Miles Frank



APARYCJA

Czarownicy to prawdziwie dystyngowane osobistości. Cóż, przynajmniej w większości przypadków. Mają nienaganne maniery, zawsze wiedzą co powiedzieć, kiedy milczeć, kiedy pozwolić sobie na dowcip a kiedy zachować powagę. Największy podziw jednak należy się im za wysublimowany smak, jeśli chodzi o kwestię ubioru. Zawsze jest w nim coś intrygującego, zawsze znajdzie się w nim coś, co w jakiś sposób będzie podkreślało ich pozycję i przynależność. Jedni chodzą w długich szatach z szerokimi rękawami, których poły suną majestatycznie po podłodze, inni wolą opinające ich smukłe ciała skórkowe ubiory i przepyszne dodatki, z kolei następni w swojej szafie mają garnitury o różnych krojach i kolorach dopasowane na niemal każdą okoliczność... I wtedy pojawia się taki Senciner - w starym swetrze z jednym rękawem podwiniętym po sam łokieć a drugim niemożliwie powyciąganym i długim na tyle, że zwisa niechlujnie jak dziwaczne przedłużenie ramienia, w równie starych jak sweter podartych i spranych jeansowych spodniach, których nogawki byle jak wpuszczone zostały w długie po kostkę czarne sztyblety z rozwiązanymi sznurowadłami. Włos oczywiście zmierzwiony, bo jakże by inaczej, na nosie okulary... Kto poważnie potraktuje czarownika, który wygląda jak zwykły nerd i życiowa ciamajda? Pomimo bardzo szczupłej budowy ciała, mężczyzna ukochał sobie duże, workowate ubrania, za duże na niego o jakieś dwa, trzy rozmiary. Porozciągane swetry, workowate bluzy z kapturami, wiszące na nim jak na wieszaku bluzki - wszystko to znaleźć można w jego szafie zaraz obok startych spodni jeansowych i sporej kolekcji szlafroków, w których czarownik chadza po swojej posiadłości dla zwykłej wygody. Rzadko zdarza się, by rezygnował ze swojego komfortu po to, by robić na kimś wrażenie swoim wyglądem. Nie jest częstym gościem na ważnych spotkaniach lub imprezach, na których pojawia się śmietanka towarzyska podziemia. Gdy jednak raz na pół wieku wydarza się cud w postaci zaproszenia na jakiś bal czy nieco bardziej kameralny bankiet, potrafi ugiąć się i dostosować do bardzo sztywnych ram oficjalnego dress code'u, wdziewając na siebie specjalnie przygotowany na tę okazję ubiór. Składa się na niego zdobiona kunsztownymi haftami biała galabija, do pleców której przytroczona prostymi broszami została peleryna koloru piaskowego. Pod nią Senciner nosi lniane spodnie, szerokie w udach i zwężające się na łydce, zaś na stopy zakłada sandały na grubej podeszwie. Ostatnim charakterystycznym elementem jest chusta, którą czarownik oplata sobie wokół głowy i nadmiar materiału przerzuca przez ramię. Tego typu odzienie jest dość egzotyczne, nietypowe i raczej skromne w porównaniu do cekinowych marynarek tak często widzianych na salonach, ale wciąż jest bardzo smaczne, eleganckie no i podkreślające pochodzenie osoby go noszącej. Jest to bowiem nieco zmodyfikowana wariacja na temat tradycyjnego stroju mężczyzn z Bliskiego Wschodu, którą Senciner wdziewa wyłącznie na wyjątkowe wydarzenia. Podczas mniej "istotnych" eventów można spotkać go w zwykłym, dobrze dopasowanym do jego szczupłej sylwetki garniturze koloru grafitowego, granatowej koszuli i białej krawatce. Ciemne kędziorki zazwyczaj przylizuje wtedy gładko i wiąże nisko z tyłu głowy w kok. Czasami jedno ucho przyozdabia srebrnym kolczykiem z białym kamieniem. W momentach największego wysiłku lub stresu, Gariel traci kontrolę nad swoimi znakami czarownika, jedynymi nienaturalnymi cechami jego ciała, które zdradzają jego przynależność do świata cieni. Jego białka jego oczu wraz z brązowymi tęczówkami zaczynają zmieniać kolor na żółtozielony, poprzecinany siateczką niewielkich, białych żyłek, zaś źrenica zaczyna zwężać się do cienkiej, czarnej kreski, zaś z ust wysuwa się do tej pory ukrywany za zębami długi, rozwidlony gadzi język. Atrybuty te otrzymał w spadku po swoim demonicznym ojcu - Sencinerze, który za swoją miłość do ludzkiej kobiety, odwrócenie się od Ojca i zdradę swoich anielskich braci został zmieniony w węża. Dość symboliczna kara, biorąc pod uwagę jego przewinę. Czarownik potrafi zapanować tylko nad jednym ze znamion, nad oczami, które potrafi zamaskować magią, nadając im zwyczajny kształt i ładny, brązowy kolor. Problemem natomiast jego język, którego magiczne sztuczki już nie obejmują. Mężczyzna w ciągu niemal dwustu lat pod pierwszego pojawienia się znaku nauczył się jednak mówić w sposób, który nadmiernie nie eksponuje nieco ciemniejszego, cienkiego i rozwidlonego wężowego organu. Konsekwencją tego ciągłego ukrywania języka za zębami jest wyrobienie przez Gariela interesującego, minimalnie sepleniącego akcentu, który miękko kładzie na sylaby tam, gdzie normalnie musiałby mocniej przytknąć język do zębów lub podniebienia.


CHARAKTER

Pomimo dość młodego (oczywiście jak na czarownika) wieku, Senciner wiele rzeczy w życiu widział i wielu więcej doświadczył. Z każdej z nich wyciągnął wnioski, które w znacznym stopniu poszerzyły jego wiedzę i ukierunkowały na drogę, którą obecnie podąża, oraz wpłynęły na jaźń młodego czarownika. Chociaż przez swoich opiekunów został wychowany w strachu i obrzydzeniu do "niższych" ras a więc niemagicznych i przyziemców, obecnie nie przejawia żadnych objawów stłumionej głęboko ksenofobii. Wręcz przeciwnie - w czasie wojny pomagał zarówno swojemu gatunkowi, jak również wampirom, wilkołakom i zwykłym "normalnym" ludziom, którzy zostali w ramach działań wojennych zostali brutalnie wrzuceni w społeczność podziemnych. Lata ucieczki, ukrywania się i proszenia o azyl, uwolniły w mężczyźnie olbrzymie pokłady zrozumienia i współczucia. W pewnym momencie udało mu się jednak zauważyć, że w sporej ilości przypadków ci, którzy wyciągnęli ku niemu pomocną dłoń, oczekiwali różnego rodzaju zapłaty, chociaż ze swoimi intencjami kryli się długo, w oczekiwaniu na najdogodniejszy moment by je ujawnić. Zrozumiawszy prostą prawdę o tym, iż wśród społeczności podziemnych praktycznie nie istnieje coś takiego jak "bezinteresowność", postanowił również zacząć wykorzystywać wszechstronne talenty w swojej własnej grze, dla swoich osobistych korzyści. Oferował swoje skromne usługi w zamian za użyteczne informacje oraz przysługi. W ten sposób podczas całej swojej podróży z Persji do miejsca, w którym znajduje się teraz, dorobił się całkiem sporej siatki kontaktów, służących jako jego oczy i uszy w miejscach, do których osobiście z różnych powodów nie mógł się wybrać. W wielu zakamarkach Europy i Azji są ludzie, którzy winni są przysługę czarownikowi, albo zgodzili się na współpracę z nim w zamian za drobne benefity. Zawsze jednak to Senciner wychodzi na swojej umowie korzystniej. Wiedza o różnych wydarzeniach, które miały już miejsce albo miały się w krótkim czasie wydarzyć, na dłuższą metę okazała się być dla niego przekleństwem. Sądząc, iż nic nie jest w stanie go zaskoczyć, że dostęp do tylu różnych informacji daje mu swojego rodzaju immunitet, pozwolił sobie na rozluźnienie i opuszczenie gardy. Cios nadszedł w momencie, gdy polegając całkowicie na założeniu, że dowie się z wyprzedzeniem o nadchodzącym zagrożeniu, uśpił swoją czujność i zwrócił w stronę rodziny. Po raz pierwszy czuł, że kocha i jest kochany. Doświadczył bliskości, o której nigdy nie mógł nawet śnić, otrzymał bezwzględne zrozumienie i akceptację... I gdy poczuł się bezpiecznie i komfortowo, wszystko zostało mu odebrane w jednej, bolesnej chwili. Tragiczne wydarzenia sprawiły, że zmuszony został na nowo odnaleźć swoją drogę i zdefiniować samego siebie. Przestał ślepo ufać informacjom, które otrzymywał, ponieważ nie uchroniły go one przed stratą ukochanych. Wciąż jednak wykorzystuje siatkę swoich powiązań, jednak tym razem jest ostrożny i wszystkie pogłoski przepuszcza przez filtr ostrożnej nieufności. To pozwoliło mu dostrzec, że część jego informatorów na pewnym etapie współpracy zaczęła wprowadzać go w błąd, szargając jego zaufanie... Głównie były to osoby, którym pomógł, które wyciągał z rynsztoka, wyprowadzał z nałogów, dawał zupełnie nowe życie, otrzymując w ramach wdzięczności dźgnięcie sztyletem prosto w serce. Z tego doświadczenia postanowił czerpać całymi garściami, odrabiając swoją lekcję i ucząc się bazować na swoim własnym osądzie i przeczuciu, zdanie innych traktując jako bardzo luźną i niezobowiązującą sugestię. Przestał ufać ludziom... W pewnym momencie zdarzyło się nawet, że bił się z myślami o to, czy może ufać sobie samemu, ponieważ już tyle razy popełniał błędy i podejmował złe decyzje.
Wszystko to sprawiło, że Senciner w chwili obecnej jest dużo bardziej zdystansowany, chłodny w obejściu i nadwrażliwy na każdą próbę wejścia w jego prywatną przestrzeń. Unika rozmów o sobie, dostrzegając w każdej próbie zdobycia nawet najbardziej błahych informacji o nim chęć zaszkodzenia mu. Może wydawać się, że jest z kimś na koleżeńskiej stopie, jednak to wszystko gra pozorów. Nie ma w tym krzty zaufania, a "bliższa" relacja zawsze jest skoncentrowana na jednostronnym otrzymywaniu korzyści i zrywana w momencie, w którym się one wyczerpują. Mimo iż czarownik absolutnie nie daje po sobie tego poznać, bardzo boi się zostać zranionym i wpada w panikę w momencie, kiedy jego serce zaczyna drżeć i przejawiać zaczątki jakiegokolwiek pozytywnego uczucia do innej osoby. Mając wciąż w pamięci wspomnienie tragicznej nocy, w której odebrano mu wszystko, na czym mu w życiu zależało, robi co tylko może by nie dopuścić do siebie kogokolwiek tak blisko, by móc się zaangażować. Tak jest lepiej. Przynajmniej nie boli.


BIOGRAFIA

Agentka pojawiła się przed posiadłością na dwie godziny przed planowanym spotkaniem. Robiła tak zawsze, żeby móc na spokojnie przejrzeć dokumentację i rozejrzeć się po działce w poszukiwaniu elementów, które mogłyby podnieść jej atrakcyjność a tym samym cenę sprzedaży. Zwykle takie oględziny zajmowały jej maksymalnie piętnaście minut a resztę wolnego czasu poświęcała na zapalenie paru papierosów, poprawienie makijażu i ćwiczenie nieszczerze uprzejmego uśmiechu w bocznym lusterku samochodu, jednak tym razem sytuacja była nieco inna. Pół drogi do tego miejsca rzucała ohydne klątwy na przełożonego, który powierzył jej tak beznadziejną sprawę do zamknięcia. Do agencji zgłosiła się osoba zainteresowana kupnem starego, ponad stuletniego domu na skrajach Yorku. Niby nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że w późnych latach pięćdziesiątych doszło w nim do wyjątkowo paskudnego morderstwa na kilkuosobowej rodzinie...
Sprawa przez bardzo długi czas stała w miejscu - śledczy nie byli w stanie znaleźć narzędzia zbrodni, nie było jakichkolwiek śladów, nie było podejrzanych a w rezultacie także i motywu. Po bardzo długim czasie bezsensownego krążenia w kółko, postanowiono sprawę zamknąć. Od tamtej pory dworek stał pusty, z roku na rok niszczejąc bardziej i bardziej, aż przeistoczył się w ruinę, do której zaczęła schodzić się miejska gównażeria, by dla zabawy wybijać szyby w oknach, bazgrać po ścianach i niszczyć wszystko to, czego jakimś cudem nie zniszczył sam upływający czas. Trzy razy w ciągu ostatniej dekady zgłaszano lokalnym służbom pożar budynku, który na szczęście stosunkowo szybko udawało się opanować. Nic zatem dziwnego, że o osobę zainteresowaną kupnem tej rudery było niesłychanie ciężko, a nawet jak już pojawiał się jakiś szaleniec, który jednak chciał wyłożyć pieniądze na kupno i renowację tego miejsca, to usłyszawszy niezbyt sympatyczną historię ostatnich mieszkańców dworu, odwracał się na pięcie i odjeżdżał byle dalej stąd. Cóż, nie można było się temu dziwić, gdyby to ona była potencjalnym nabywcą, natychmiast po usłyszeniu historii poprzednich właścicieli, również podziękowałaby za poświęcony czas i w pośpiechu opuściłaby teren posiadłości. Ale i bez tego „drobnego szczegółu” była ona wyjątkowo odpychająca, pomijając oczywiście techniczny stan budynku, który tylko cudem nie kwalifikował go do rozbiórki. Chodziło tu o specyficzną aurę tego miejsca... Powietrze tutaj zdawało się być jakby mniej świeże niż za granicą działki i jakby... Cięższe, przesycone czymś, czego nie można było nazwać... Kobieta wzdrygnęła się i zaciągając papierosem usiłowała przekonać samą siebie, że to tylko wymysł jej wyobraźni, konsekwencja braku kofeiny w organizmie. Skończywszy palić, niedopałek rzuciła do błotnistej kałuży znajdującej się kilkanaście centymetrów od jej nowiuteńkich louboutinów, zapięła guzik swojej rdzawobrązowej garsonki i pewnym krokiem ruszyła przez siebie... Nie zamierzała wchodzić do domu przed pojawieniem się kupca – miała zamiar jednak rozejrzeć się nieco po podwórzu w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby chociaż minimalnie podnieść wartość ziemi. Już po kilku przebytych metrach pożałowała wyboru obuwia, bowiem cienki obcas szpilek zagłębiał się w błocie i obrośniętej trawą ziemi niczym nóż w maśle. Drobiąc kroki, w końcu udało jej się dotrzeć do żwirowego podjazdu i na jako tako pewnym gruncie przejść na tyły starej posiadłości. Podwórze opuszczonego dworku było częstym miejscem spotkań miejscowych wandali, co było widać po walających się tu i ówdzie butelkach po tanim alkoholu, niedopałkach papierosów, papierków po batonach, folijek po prezerwatywach i innych śmieciach. Kobieta przesunęła wzrokiem po nieczystościach, jakie walały się w uschniętych klombach i przeniosła wzrok na huśtawkę, na której dzieci prawdopodobnie bawiły się po raz ostatni ponad pół wieku temu. Jej drewniana, popękana i połamana rama miała na sobie cienkie blizny po nożu, układające się w inicjały P+R, K+V, J+J. Zaskakujące było to, że dwie liny z pojedynczą drewnianą belką, służącą za siedzenie, trzymały się jeszcze na swoim miejscu. Wolnym krokiem przeszła obok niej, jako że jej uwagę zwróciła spora kamienna fontanna z posągiem przedstawiającym anioła ze złożonymi, związanymi sznurem skrzydłami, trzymającego w jednej dłoni otwartą księgę, zaś w drugiej pęk kwiatów i liści. Przystanęła na moment, by przyjrzeć się uważnie przystojnemu licu boskiego posłańca, podziwiając kunszt z jakim wykonany został posąg.
- To Pharmaros. Anioł wygnany z nieba za ofiarowanie ludziom wiedzy o magii i odczynianiu uroków oraz klątw. - słysząc za swoimi plecami głos, kobieta odwróciła się napięcie i przyłożyła dłoń do piersi. Kilka metrów od niej, z dłońmi włożonymi w kieszenie garniturowych spodni, stał młody mężczyzna, równie uważnie jak ona przed momentem przyglądający się kamiennej rzeźbie. - Proszę wybaczyć, nie chciałem pani wystraszyć. - dodał po chwili, nie odrywając jednak wzroku od posągu. Kobieta jeszcze przez moment stała nieruchomo, próbując uspokoić oddech. Nagłe pojawienie się nieznajomego wytrąciło ją z równowagi i przyprawiło o nieco szybsze bicie serca. W końcu jednak przywołała na usta uśmiech numer pięć i odpowiedziała:
- Nic się nie stało... Pan Gariel, jak się domyślam? - usta mężczyzny wygięły się delikatnie w uprzejmy uśmiech. Spuścił na moment spojrzenie, by przejrzeć się twarzy agentki i po paru sekundach ruszył niespiesznym krokiem w jej kierunku.
- We własnej osobie. Senciner Gariel... Miło poznać, pani...? - zawiesił głos i delikatnie zmrużył oczy.
- Meredith Baxter. - wyciągnęła dłoń w stronę mężczyzny i gdy ten ją uścisnął, wykorzystała moment na zlustrowanie osobnika badawczym wzrokiem. W jej oczach dostrzec można było zaskoczenie. Spodziewała się raczej kogoś starszego, znacznie starszego, podczas gdy stał przed nią całkiem młody chłopak o przyjemnej aparycji, posiadacz dłuższych, ulizanych gładko ciemnych włosów, związanych w mały, nisko osadzony koczek, patrzący na nią brązowymi oczami, wyrażającymi jedynie uprzejme zainteresowanie. Gdy krótka chwila powitania dobiegła końca, kobieta przygładziła dyskretnie fałdy spódnicy i rzekła: - Przyznam szczerze, panie Gariel, że spodziewałam się kogoś...
- Starszego? - Brwi Sencinera uniosły się delikatnie - Cóż... Nie mogę się dziwić. Niby kto miałby interesować się samotnie stojącą ruderą za miastem, poza starymi dziwakami – filantropami? - Policzki i czoło Meredith pokryły się delikatną czerwienią, a usta zacisnęły nieznacznie. Odchrząknęła nerwowo.
- Przepraszam, jeżeli pana uraziłam. Nie miałam zamiaru insynuować...
- Nic takiego się nie stało, pani Baxter... Tak się składa, że mam coś z filantropa... I prawdopodobnie z dziwaka także, ponieważ to miejsce wydaje mi się szalenie fascynujące... Nawet mimo tego, że jest odrobinę zaniedbane. - „Odrobinę zaniedbane” w przypadku tego dworku było dość sporym niedopowiedzeniem, jednak agentka nie miała zamiaru kłócić się w tej kwestii. Mogłaby przez godzinę stać i potakiwać w każdej jednej kwestii, byle ugłaskać mężczyznę na tyle, by kupił od niej tę ruinę, a zmysł sprzedawcy podpowiadał jej, że odpowiednio poprowadzona rozmowa może doprowadzić ją do podpisania właśnie takiej umowy kupna i tym samym zapewnić jej sporą premię i długo oczekiwany awans. Powiodła wzrokiem ku fontannie, na którą wciąż wpatrywał się jej klient. Widząc jego żywe zainteresowanie obiektem, postanowiła rozpocząć rozmowę na jej temat.
- Jestem pod wrażeniem pana wiedzy na temat tego kim jest postać przedstawiona na rzeźbie... Mogę spytać skąd pan to wie? Czyżby zainteresowanie rzeźbiarstwem? - pozwoliła sobie na przystanięcie obok Gariela i również wpatrzyła się w kamienne lico Upadłego. Senciner kiwnął głową, ale dopiero po pewnej chwili postanowił odpowiedzieć na pytanie kobiety.
- Moja matka przez wiele lat była mecenasem sztuki i właścicielką sporego zbioru ksiąg traktujących o historii postaci biblijnych. Temat aniołów i demonów bardzo ją fascynował. - mężczyzna odwrócił się i powoli ruszył w stronę posiadłości, gestem dłoni wskazując agentce by ta poszła przodem. Kobieta szybkim krokiem wyprzedziła go i poprowadziła ścieżką tuż przy zaniedbanym żywopłocie w stronę głównego wejścia. Już minutę później stali przed dużymi, ciężkimi, dębowymi drzwiami, po otworzeniu których oczom Gariela ukazał się długi korytarz, na końcu którego znajdowały się schody prowadzące na wyższe piętro. Może z zewnątrz na to nie wyglądało, aczkolwiek w środku dom wydawał się być naprawdę duży.
- To jest hall wejściowy, od którego odchodzą wejścia do jadalni, kuchni, dwóch łazienek i salonu. Jak zapewne pan zdążył już zauważyć... - Kobieta rozprawiała w najlepsze, ale on już po przekroczeniu progu domostwa przestał jej słuchać. Ruszył przed siebie z wolna, na ślepo, kierując w stronę wspomnianego przez brokerkę salonu a kiedy stanął w wejściu, wziął głębszy oddech i wypuścił go ze świstem moment później.
- Gdzie są wszystkie meble? Co się z nimi stało? - rzucił pytanie w eter nieco szorstkim tonem, ucinając w ten sposób jej wywód o rzeczach, które w obecnej chwili nie miały dla niego żadnej wartości. Zamrugała lekko speszona, jednak szybko odzyskała rezon.
- Część uległa zniszczeniu podczas pierwszego pożaru budynku. To, co udało się uratować, przewieziono do magazynu. Około siedemdziesiąt procent oryginalnego umeblowania. Mam przy sobie katalog, jeżeli byłby pan zainteresowany. Bardzo kunsztowna robota, mocne dębowe drewno z pięknymi... - ale mężczyzna znowu przestał słuchać. Przechadzał się po salonie, obserwując jaśniejsze punkty na podłodze w miejscach, w których niegdyś stały meble. Przystanął na moment gdzieś pośrodku pomieszczenia i przymknąwszy oczy, uniósł jedną dłoń i zaczął bezwiednie poruszać palcami w powietrzu, jak gdyby grał na niewidzialnym pianinie. Niemalże słyszał muzykę w swojej głowie... Po pewnym czasie otworzył oczy i podszedł do okna wychodzącego na podwórze i przez brudną, pękniętą szybę spojrzał na uschnięty kwietnik w pobliżu fontanny z podobizną anioła.
- Kupuję ten dom. - oznajmił nagle dziwnie oschłym i znudzonym głosem, po raz drugi bezpardonowo przerywając agentce w połowie zdania, jednak nim kobieta zdążyła wyjść z szoku i ponownie zacząć gadać, odwrócił się i niemal wmuszając na swoje usta coś na kształt uśmiechu, dodał: - Z całym jego oryginalnym wyposażeniem, które do czasu podpisania aktu własności ma zostać przywiezione na miejsce i wniesione dokładnie tam, gdzie oryginalnie stały. Z pewnością agencja operuje jakimiś zdjęciami i sprawozdaniami. Liczę, że zajmie się tym pani osobiście. Jako że nie lubię rozmawiać o pieniądzach, bo to niezręczny i „brudny” temat, daję pani wolną rękę w wycenie... Wierzę, że zaproponuje mi pani uczciwą cenę.- to mówiąc zapiął ostatni guzik swojej marynarki, przygładził już i tak jej idealnie gładki materiał, poprawił krawat i strzepał nieistniejący pyłek z ramion. Agentka nie potrafiła ukryć swojego zaskoczenia obrotem spraw. Nie minęło nawet pół godziny a już udało jej się sprzedać dom i w dodatku dostała wolną rękę przy ustalaniu ceny. Za łatwo poszło? Być może, aczkolwiek nie zamierzała w żaden sposób odstraszać nowego właściciela dworu ani kosztem ewentualnych napraw sprzętów i ogólnego remontu, ani tym bardziej historią ostatnich właścicieli, zwłaszcza że nie wydawał się on być tymi „drobnymi” szczegółami jakoś bardzo zainteresowany. Skinęła jedynie głową z uśmiechem i wycofała się z pomieszczenia, informując, iż musi wykonać parę telefonów, aby przyśpieszyć cały proces przekazania domostwa w jego ręce.
- Będę zobowiązany... - rzucił krótko, obserwując jak kobieta wychodzi z salonu i szybkim krokiem zmierza w stronę wyjścia. Gdy tylko ucichł odgłos obcasów stukających po drewnianym parkiecie, mężczyzna westchnął ciężko i przymknął oczy. Dotknął drewnianego parapetu przesuwając po nim palcami tak długo, aż poczuł pod opuszkami wycięty płytko nożem napis. Nie musiał nawet patrzeć, bo jak nikt inny wiedział doskonale jakie słowa zostały tam wyryte. „To miejsce Anny”...



53 lata wcześniej



„I'm wild again, beguiled again
A simpering, whimpering child again
Bewitched, bothered, and bewildered am I..."



Blondyn uchylił jedną powiekę i zaspanym spojrzeniem powiódł po pokoju. Mruknąwszy cicho z udawanym niezadowoleniem, przekręcił się na bok, jednak po drugiej stronie łóżka nie było nikogo... Rozejrzał się powoli, odnajdując zgubę. Chłopak tańczył pośrodku pokoju do subtelnej melodii płynącej z gramofonu, ubrany jedynie w przydługą koszulę.
- Wiesz, że nie lubię, jak tak się wymykasz... - rzucił lekko zachrypniętym głosem w stronę ciemnowłosego chłopaka, który wcale nie przestał poruszać się powoli do rytmu piosenki śpiewanej przez Ellę Fitzgerald. Senciner powoli obrócił się i spojrzał z uśmiechem na leżącego na łóżku mężczyznę.
- Wiem. I nie dbam o to. – odrzekł, wzruszając ramionami.
- I jeszcze chodzisz w moich rzeczach... - blondyn mówiąc to przechylił delikatnie głowę w bok, taksując powoli wzrokiem swojego kochanka. Marszczył przy tym brwi i mrużył oczy, a kącik jego ust drgał delikatnie. - Ale dobrze w nich wyglądasz, więc zostanie ci przebaczone... - poruszył się dość ociężale na łóżku. Dostrzegłszy kątem oka ruch, Senciner przerwał na moment swoje pląsy i spojrzał w kierunku łóżka. Leżący na nim mężczyzna wyciągnął rękę w jego stronę
- To może byś jednak do mnie przyszedł, co...?
- Żebyś znowu przygniótł mnie swoim cielskiem i zaczął chrapać mi wprost do ucha? Chyba jednak podziękuję. - na widok wyrazu poirytowania malującego się na twarzy swojego towarzysza, Gariel uśmiechnął się nieznacznie ze źle skrywaną złośliwą satysfakcją. Chwilę jeszcze droczył się z nim, udając, że go ignoruje, ale w końcu skinął głową w bok, dając mu czytelny sygnał, że jeżeli chce, to może do niego podejść. Na ten gest mężczyzna wstał powoli, zrzucając ze swojego ciała okrywający go materiał kołdry i całkiem nagi, ruszył w stronę bruneta. Stanął za jego plecami, opierając podbródek o jego ramię i zmrużył oczy, patrząc na kartkę papieru leżącą na stoliku, na której coś było naszkicowane. Zainteresowany rysunkiem, wychylił się nieznacznie i chwycił kartę w dłoń, by się jej przyjrzeć. Był to rysunek jego samego, śpiącego, okrytego niedbale kawałkiem prześcieradła.
- Hmmm... - mruknął i pokiwał nieznacznie głową w wyrazie aprobaty – Nawet nawet.. Może i wziąłbym to sobie, by chwalić się tym jak zdolny jest mój skarb, gdyby nie fakt, że widać moje pośladki. - wyszeptał i trącił nosem szyję Sencinera. Ten cmoknął ze zniecierpliwieniem, uciekając głową w bok, opierając się zaczepce.
- Gdybym miał taki tył jak ty masz, też bym się wstydził pokazywać go światu... Aaaaaau! Dureń! - złośliwy komentarz, zanim został w pełni sformułowany, został ukarany solidnym kuksańcem w bok, po którym musiał rozetrzeć swoje biodro. Wydął usta w podkówkę i prychnął urażony, chwycił wiszący na krześle koc i owinąwszy się nim ciasno odszedł o kilka kroków od towarzysza, okazując w ten dziwaczny sposób swoje niezadowolenie, jednakże już sekundę później poczuł na swoim karku gorący oddech kochanka i cała ta udawana złość w jednej chwili wyparowała niczym kamfora. Senciner spiął się lekko, gdy po jego, zakrytych materiałem pościeli pośladkach przesunęły się silne, męskie dłonie, które obrały kurs ku górze, ku biodrom. Ominęły je jednak, sunąc po brzuchu chłopaka. Blondyn chwycił materiał i odwrócił kochanka do siebie, opierając się czołem o jego czoło.
- Mogę...? - spojrzenie brązowych oczu wlepił w jasny brąz tęczówek bruneta. Czekając na odpowiedź, zaczął delikatnie wsuwać dłoń pod materiał.
- Nie możesz, Carter... - usłyszał w odpowiedzi cichą odmowę. Gariel zwilżył dyskretnie wargi językiem, gdy jego policzek został trącony zaczepnie nosem. - To koc jednoosobowy. Znajdź sobie własny. - przez moment przyglądali się sobie w milczeniu. Jego partner wydawał się tkwić w lekkiej zadumie, wodząc nieco zamglonym wzrokiem od jednego do drugiego oka Sencinera. W pewnym momencie poruszył się gwałtownie i zachęcony brakiem reakcji bruneta odsłonił jego niemal nagie ciało, zbliżając je do swojego. Zanim jakiekolwiek słowo protestu wyrwało się z ust Gariela, mężczyzna naparł nań, zmuszając do cofnięcia się i gdy jego plecy spotkały się ze ścianą, Carter przytknął swoje usta do warg chłopaka, łącząc je w namiętnym, nieco brutalnym pocałunku. Nie było sensu się szamotać. W tej chwili mógł jedynie poddać się pożądliwym ustom i łapczywemu dotykowi silnych dłoni przesuwających się wzdłuż linii jego kręgosłupa... Nagle Carter zniżył się nieznacznie i chwytając swojego partnera za uda, uniósł go do góry, podrzucając delikatnie by zapewnić sobie nieco wygodniejszy i stabilniejszy chwyt, a następnie odwrócił się i ruszył w stronę łóżka. Najpierw ostrożnie położył na materacu bruneta, a następnie sam ułożył się na nim, opierając łokciami po obu jego bokach. Całując jego szyję wyszeptał tylko:
- Kocham cię... - Senciner mógł przysiąc, że żar pocałunków kochanka spala mu ciało i duszę. Poddawał się im z głośnym westchnieniem, wbijając paznokcie w plecy mężczyzny, bezwiednie sunąc w dół ku kształtnym, jędrnym, nagim pośladkom. Ogień podniecenia zgasł gwałtownie, gdy anielski głos Fitzgerald i niskie pomruki mężczyzny zostały zagłuszone przeraźliwym wrzaskiem dochodzącym z dolnych pomieszczeń, po którym niecałą chwilę później nastąpił kolejny. Podczas gdy brunet zamarł całkowicie przerażony tym, co właśnie usłyszał, Carter zerwał się szybko i rzucił do drzwi, chwytając po drodze jedynie swój szlafrok i leżący w koszu obok kominka pogrzebacz. W chwilę później zareagował sam Senciner, który wstał gwałtownie z łóżka i wybiegł z sypialni zaraz za blondynem, który już dopadł do schodów i zbiegał na parter, przeskakując po kilka stopni. Serce Gariela waliło jak młotem, a na plecach czuł zimny dreszcz, który skutecznie przyćmił pożądanie, które odczuwał jeszcze kilka sekund temu. Kolejny wrzask. Serce stanęło na bardzo długą sekundę, gdy dotarło do niego czyj był to głos.
- NORA! - wrzasnął przeraźliwie, rzucając się w stronę schodów, które pokonał trzema susami. Niemal przewrócił się, gdy na zakręcie stracił równowagę. Poślizg zmusił go to do pochylenia się i chyba tylko to uratowało go przed pociskiem energii, który śmignął tuż koło jego ucha, trafiając w tarczę zegara stojącego kilka metrów dalej, w głębi korytarza, roztrzaskując go na drobne kawałeczki. Kawałki szkła i drewna posypały się na podłogę oraz na Sencinera, który uskoczył za potężną, dębową komodę. Nawet nie poczuł jak kilka większych kawałków szkła poprzecinało i wbiło się w jego bose stopy, gdy poślizgnął się na nich, unikając ataku. Wiedział, że drewniany mebel nie zapewni mu osłony na długo, zwłaszcza przed atakami magicznymi, więc postanowił działać. Nie myśląc nawet o własnym bezpieczeństwie, wyskoczył zza komody i z dzikim wrzaskiem machnął dłonią w stronę napastnika. Podniesione magią okruchy szkła i ostro zakończone kawałki drewnianej obudowy zegara poderwały się z ziemi i niczym setka małych pocisków przeleciała ze świstem przez ciasny korytarz w kierunku wroga, który pospiesznie podniósł tarczę a następnie zasłonił się połami płaszcza. Bariera zmieliła na drobny pył zarówno szklane opiłki jak i fragmenty drewna, które przeszły przez nią w postaci drobin mniejszych od ziaren piasku, nie czyniąc magowi żadnej szkody. Zanim pył opadł na podłogę, napastnik za pomocą magii rzucił się do ucieczki w jeden z bocznych korytarzy, ścigany przez pociski magicznej energii, miotane chaotycznie przez Sencinera. Pogoń nie trwała jednak długo, bowiem uwagę Gariela skupił inny, przepełniony bólem krzyk dziecka, który urwał się równie gwałtownie, jak się zaczął. Zamiast biec dalej, rzucił się w bok, wprost na zamknięte drzwi sypialni małej Anny. Wpadł w nie z rozpędu, wywarzając je z zawiasów i zamarł na widok bezwładnego, leżącego w nienaturalnej pozycji ciałka dziewczynki, która pustymi oczami wpatrywała się w mrok... Poczuł jak coś bardzo ciężkiego spada mu na żołądek, jak coś bardzo ostrego wbija mu się w serce i rozszarpuje je na kawałki. W jego oczach pojawiły się łzy, które wyschły momencie, gdy przeniósł spojrzenie na stojącego tuż obok łóżeczka mężczyznę, trzymającego w dłoni ociekający krwią nóż. Zanim morderca zdążył choćby pomyśleć o jakiejkolwiek reakcji, potężny puls magiczny uderzył go prosto w pierś, podrywając z podłogi. Ostatnią rzeczą jaką zabójca usłyszał przed roztrzaskaniem głowy o kamienną fontannę, gdy siła uderzenia wyrzuciła go przez okno na podwórze, był przeraźliwy, pełen bólu i rozpaczy wrzask czarownika. Senciner upadł na kolana i rozpaczliwe krzycząc, wziął w objęcia martwą dziewczynkę, tuląc ją do swojej piersi. Drżącą dłonią gładził ją po jeszcze ciepłych policzkach, odgarniając długie blond włosy opadające na jej twarz. Ten obraz całkowicie zaćmił mu mózg... Mógł jedynie klęczeć z nieżywym dzieckiem w objęciach i zdzierać gardło przeraźliwym lamentem. Całe ciało odmówiło mu posłuszeństwa...
Nie wiedział ile czasu minęło. Czy było to kilka sekund, kilka godzin czy może kilka naprawdę długich lat, ale w końcu resztkami sił zmusił się, by wstać. Ułożył martwe dziecko na łóżku i z trudem, na drżących nogach powlókł się przez ciemny korytarz... Na swojej drodze nie napotkał już nikogo. Wszyscy ci, którzy dokonali skrytobójczego ataku na jego rodzinę, najprawdopodobniej już uciekli... A nawet jeżeli ktoś czekał na niego za rogiem, to bez trudu mógł go zabić. W tym momencie był bezradny, bezbronny. Doświadczył najgorszego bólu, jaki mógł spaść na człowieka, wyrwano mu serce i unicestwiono duszę, dlaczego zatem miałaby być mu straszna śmierć? Nikt jednak na niego nie czekał. Nikt, poza kolejnymi zwłokami dzieci leżących w swoich łózkach z przebitymi sercami lub poderżniętymi gardłami z szeroko otwartymi, zamglonymi oczami, które wpatrywały się w niego oskarżycielsko. Anna, Nora, Gwendolyn, Elijah, Samuel, Maximillian... Tym wszystkim dzieciom dał dom, swoją miłość i obietnicę, że nauczy ich wszystkiego co sam potrafił, że się nimi zaopiekuje i obroni przed każdym, kto podniesie na nie rękę by je skrzywdzić. Każde z tych dzieci, choć nie był ich ojcem, było jego. Sześć czystych, przepięknych dusz, które zostały mu brutalnie zabrane razem z jego własną... Sześć par oczu, pustych i niewidomych. Sześć ust, z których już nigdy nie dobędzie się śmiech. Sześć serc, które już nigdy nie zabiją z miłości i wdzięczności. Sześć żyć, które zawiódł i które przez niego zostały przedwcześnie wydarte z sześciu drobnych, zimnych ciał. Gdy w ostatnim pokoju oprócz martwego dziecka znalazł również ciało Cartera, upadł na kolana i zamknął oczy. Podpełzł do niego i z trudnością podciągnął go, by przytulić do swojego serca... Błagał w myślach, by odwzajemnił uścisk, by pocałował go w policzek, by po raz kolejny powiedział „kocham”, ale żadna z tych rzeczy miała się nie wydarzyć. Zaczął kołysać się w przód i tył, usta drżały, spod zaciśniętych powiek płynęły łzy... I w tej ciszy przecinanej jedynie cichymi szlochami Sencinera, słychać było cichy , acz wyraźny kobiecy wokal dobiegający z sypialni na górze, kończący piosenkę słowami:


„Romance, fini, your chance, fini
Those ants that invaded my pants, fini
Bewitched, bothered, and bewildered
No more...”




...



Usta księdza poruszały się szybko, wypowiadając bezdźwięczną modlitwę, jedną z ostatnich przed udaniem się do swojej celi na spoczynek. Opuszkami palców przesuwał po drewnianych koralikach trzymanego przez siebie różańca.
"Zdrowaś Maryjo, łaski pełna. Pan z Tobą..." powtarzał w swojej głowie jak mantrę, nieco mocniej zaciskając dłoń na pozostałych paciorkach. Skrzywił się lekko, czując dokuczliwy ból kolan, jednak postanowił kontynuować swoje modły, raz za razem okręcając w palcach coraz to nowszy paciorek. Kiedy kilka minut później skończył odmawiać ostatnią koronkę, chwycił w obie dłonie krzyżyk, uniósł go ku swoim spierzchniętym ustom i ucałował. Schował przedmiot w dłoni i opierając się o ławkę, spróbował wstać. Szło mu to opornie, krzywił się z bólu z trudem prostując kolana... Cóż, miał już swoje lata i od bardzo długiego czasu reumatyzm był jego jedynym i nierozłącznym towarzyszem. Chwilę trwało, zanim wyprostował zarówno nogi jak i plecy i skierował się wolnym krokiem w stronę wyjścia ze świątyni. Przeszedł zaledwie kilkanaście kroków, kiedy po drugiej stronie nawy dojrzał klęczącą przy pustym konfesjonale postać. Zatrzymał się i zawahał... Było już dość późno, z pewnością zbyt późno na spowiedź. Odgarnął rękaw swojej sutanny i zerknął na zegarek... Tak, zdecydowanie godzina jedenasta była przeznaczona na odpoczynek i sen, aniżeli na... I tutaj kapłan zganił się w myślach. Jego obowiązkiem jako jednego z pasterzy Chrystusowych owieczek, było wskazywanie drogi tym zagubionym. Postać poruszyła się niespokojnie i lekko przechyliła głowę w bok, jakby zwracając w jego stronę. Ksiądz odchrząknął cicho i ruszył pomiędzy rzędami ław w stronę konfesjonału. Wychodząc na środek świątyni odwrócił się w stronę ołtarza i pochyliwszy głowę, wykonał znak krzyża, po czym kontynuował swój marsz. Wciąż przyglądał się nieznajomej osobie, próbując odgadnąć, czy ma do czynienia z kobietą, czy z mężczyzną. Po ubraniach ani fryzurze nie był w stanie tego osądzić. Raczej krótkie, sięgające ledwie ramion włosy, dość smukła sylwetka, zniekształcona nieco zbyt dużymi ubraniami... Zanim usiadł na krześle w spowiednicy, przerzucił przez szyję fioletową stułę. Teraz był gotowy. Raz jeszcze zerknął przez kratkę, by nieco uważniej przyjrzeć się penitentowi. A jednak mężczyzna. Młody, o interesującej urodzie, gładkiej twarzy i burzy ciemnych kędziorków opadających mu na czoło.
- Bóg niech będzie w twoim sercu, abyś skruszony w duchu, wyznał swoje grzechy. - powiedział nieco zachrypniętym głosem, jednak odpowiedziała mu cisza. Kapłan skonsternował się nieco i powtórzył formułkę, uznając, iż powiedział ją po prostu zbyt cicho. W tym momencie mężczyzna po drugiej stronie konfesjonału poruszył się niespokojnie.
- Czy mam teraz coś odpowiedzieć? - zapytał. Jego głos był całkiem miły dla ucha, miał też niecodzienny akcent, który miękko kładł na ostatnią sylabę. - Pan wybaczy, ale nie znam odpowiedniej formuły... - dodał po chwili. Brwi kapłana zmarszczyły się a jego czoło pokryło głębokimi zmarszczkami. Bardzo rzadko spotykał się z osobami, które nie znały scenariusza spowiedzi. Zazwyczaj były to osoby, które ostatni raz przystąpiły do sakramentu pokuty bardzo dawno, albo przez całe swoje życie nie zrobiły tego wcale. Każdorazowo jednak rozmowa była bardzo długa... Powstrzymał westchnienie i zapytał:
- Nie szkodzi. Kiedy ostatni raz byłeś u spowiedzi?
- Nigdy. - błyskawiczna odpowiedź, jaka padła z ust bruneta, nie zaskoczyła go. Upewniła go jednak w przekonaniu, że to będzie jedna z tych dłuższych rozmów, w trakcie których trzeba będzie znaleźć rozwiązania wielu problemów, które gnębiły zagubioną Bożą owieczkę. Gdyby tak nie było, czy przychodziłaby ona do kościoła? Poprawił się na krześle i wygładził stułę.
- Czyli to będzie pierwszy raz, kiedy wyznasz swoje grzechy przed Bogiem Ojcem. Dobrze, zrób to tak, jak ci będzie wygodniej, dziecko. Tylko zrób to szczerze. Panu nie potrzebne są formuły, ale czyste i dobre intencje. Kiedy w zgodzie ze swoim sumieniem wyrazisz żal za złe uczynki, których się dopuściłeś, Bóg ci wybaczy. - tym razem odpowiedź nie nadeszła równie szybko. Mężczyzna wahał się przez dłuższą chwilę, rozglądając po pustej świątyni, szukając kogokolwiek kto mógłby go podsłuchać, by w końcu zwrócić lico w stronę kratki dzielącej go od księdza.
- Nie szukam przebaczenia... Szukam rozmowy. Ja... Nigdy nie podejrzewałem, że kiedykolwiek mógłbym przyjść do takiego miejsca jak to. To prawie tak, jakbym nie wiedział, do czego mogę być zdolny... Gdyby ktoś kilkadziesiąt lat temu powiedział mi, że z własnej woli przyjdę do kościoła, by szukać w nim rozwiązania swoich problemów, wyśmiałbym go w żywe oczy... Żyłem wtedy we własnej iluzji, podobnie jak w swoich własnych iluzjach żyją wszyscy wierzący w Boga, jego miłość, troskę i opiekę. Ale od tamtego czasu wiele się zmieniło - wiele rzeczy widziałem, wielu więcej doświadczyłem. Skutecznie wyleczyły mnie one ze złudzeń, że jakakolwiek wyższa siła istnieje, a jeżeli nawet, to że coś ją obchodzimy. - ksiądz z uwagą słuchał wywodu młodziana, marszcząc brwi i zaciskając usta. Czuł narastający w nim smutek, bowiem właśnie rozmawiał z osobą, która utraciła swą wiarę i od długiego czasu błąkała się, szukając powrotnej drogi na ścieżkę prowadzącą do Pana. Potrzebował przewodnika, ale przez długi czas nie mógł go odnaleźć. Przynajmniej tak sądził po jego ostatnich słowach, chociaż to nie one zastanowiły go najbardziej. „Kilkadziesiąt lat temu”? Dyskretnie wyjrzał przez kratkę spowiednicy... Nie dałby chłopakowi więcej niż dwadzieścia pięć lat. Czyżby to była jakaś wyrafinowana gra słów? Nim jednak zdążył się nad tym głębiej zastanowić, mężczyzna ponownie odezwał się:
- To dla mnie pewna nowość... Nie lubię mówić o sobie, ponieważ nikomu nie ufam na tyle, by dzielić się swoimi sekretami. Teraz jednak, gdy powoli przestaję ufać samemu sobie, przychodzę tutaj...



...



Nigdy wcześniej nie czułem przynależności ani do żadnego miejsca, ani też do żadnej osoby. Nigdy wcześniej nie dane było mi zasmakować prawdziwej, bezinteresownej miłości. Odkąd sięgam pamięcią, mówiono mi, że miłość to obosieczne ostrze dla niepoznaki przystrojone w miękki aksamit i jedwab, by wydawało się milsze sercu, nawet wtedy, gdy okrutnie je rani... Była to jedna z pierwszych lekcji, które odebrałem od pary czarowników, która mnie wychowywała. Kazali mówić mi sobie po imieniu – Voxyn i Fahriya, nigdy per „mamo”, „tato”, „ciociu”, „wujku” czy inny „kuzynie”... Jasno naznaczyli wyjątkowo ciasną granicę poufałości, której małe dziecko nie potrafiło nie przekraczać i idei której nie miało jak pojąć. Jedyne czego potrzebowałem, to przytulenia, pogłaskania po głowie, usłyszenia od czasu do czasu słowa „kocham” a nawet tego nie potrafili mi dać. W zamian za to ostrym tonem mówili mi, że przywiązanie jest słabością przyziemnych, na którą nieśmiertelne, „wyższe, lepsze istoty” nie mogą sobie pozwalać. Mówili, że zrozumiem, gdy dorosnę i liznę trochę życia. Życia, które spędziłem na baniu się nienazwanego zagrożenia, na ciągłym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce, błądząc w mroku nocy, mając za towarzysza milczącą parę czarowników i górujący nad nami księżyc oraz gwiazdy. Momenty wolne od ciągłego oglądania się za siebie i nasłuchiwania odgłosów w ciemnościach, spędziłem na szkoleniu się w czytaniu i pisaniu pod czujnym okiem Fahriyi, Voxyn z kolei pilnował bym nauczył się panować nad magiczną mocą, która wraz z moim znakiem czarownika obudziła się we mnie gdy miałem osiem lat. Przypadkowe zapłony okolicznych krzewów, stogów słomy i drewnianych bali, które wzniecał młody chłopiec o zielonożółtych, wężowych oczach, z którego ust wysuwał się rozwidlony gadzi język, były tym rodzajem uwagi, której nie potrzebował na siebie zwracać. A więc trenowałem. Medytowałem całymi godzinami razem z moim czarnoksięskim opiekunem, oczyszczając umysł z lęków, ze złości i innych pragnień. Pozbywałem się ze swojej głowy i swojego serca każdej intensywnej emocji, która mogła aktywować moją moc. Coraz częściej w odbiciach w wodzie widziałem swoją normalną twarz i duże, brązowe oczy zamiast zielonkawych białek z cienką, czarną źrenicą pośrodku. Nawet udało mi się opanować sztukę mówienia tak, by w jak najmniejszym stopniu eksponować wężowy język.
Moja nauka przebiegała szybko i sprawnie, ale długie ćwiczenia w mniemaniu Voxyna były niewystarczające. Potrzeba mi było innych obiektów, na których mogłem testować i poszerzać granice mojej mocy. Ludzi. Przyziemnych, których Voxyn porywał i przywlekał do naszych kryjówek. Każdorazowo miał przygotowaną historię o tym, jak zły jest ten człowiek, co robił innym i co chciał zrobić nam. Wtedy jego argumenty brzmiały rozsądnie i przekonująco. Łatwo było manipulować kimś, komu doszczętnie wyprało się mózg i rozmyło osąd. Choć głęboko w środku czułem się z tym źle, wykonywałem polecenia. Zdawałem sobie sprawę z kary, jaka czekała na mnie w przypadku gdybym wykazał się nieposłuszeństwem. Voxyn patrzył jak moje ofiary wiją się i wyją z bólu, gdy testowałem na nich moje zaklęcia. Nic nie mówił, obserwował jedynie z uwagą jak używam magii do torturowania bezbronnych przyziemnych i choć nie dawał po sobie tego poznać, to jednak wiedziałem, że sprawia mu to olbrzymią satysfakcję. Z czasem jednak zwykłe tortury przestały go bawić, dlatego też postanowił pójść o krok dalej ze swoim szkoleniem. Pewnego razu przyniósł ze sobą małą książkę oprawioną w podartą, czarną, skórzaną oprawę. Karty w środku były dziwne w dotyku, sztywne i śliskie jednocześnie. Niektóre były żółte, inne białe, kilka innych było tak ciemnych, że z trudem można było przeczytać zapisane na nich słowa. Była to księga zaklęć, choć jeszcze nie wiedziałem jaki mrok w sobie zawiera. Miała w sobie coś, co odpychało mnie od niej w niepohamowanej odrazie. Nawet mój nauczyciel nie był w stanie prośbą ani groźbą zmusić mnie do użycia zawartej w niej magii... Odmowa użycia plugawych zaklęć nie zwolniła mnie jednak od patrzenia na ich skutki. Obiektem testowym była dziewczyna, którą Voxyn uprowadził z więziennej celi w jednym z pobliskich miasteczek. Oczekiwała tam na proces w związku z morderstwem dokonanym na własnym ojcu i trójce starszych braci. Według mojego „mentora” była potworem, któremu należała się nie szybka egzekucja, ale powolna i bolesna śmierć. Czego mi jednak nie powiedział, to to, że ojciec wraz z braćmi przez wiele lat odbierali tej dziewczynie godność, gwałcąc ją na przemian, doprowadzając jej psychikę do ruiny. Tego dowiedziałem się dużo za późno... Zebrawszy wszystkie komponenty zaklęcia, na które składała się przegniła, śmierdząca żywność, żywe grobowe czerwie, kilka kocich kłów, ślina ofiary oraz jego własna krew, mógł rozpoczynać przygotowania. Na ziemi narysował zamknięty w kole kwadrat, po środku narysował mały pentagram tak, by jego krawędzie nie dotykały żadnej ze ścian figury. Po środku pentagramu położył glinianą misę i pochylony nad nią, zaczął bujać się na piętach, recytując śpiewnie jękliwą litanię. Oczy wywróciły mu się w głąb czaszki, usta poruszały się szybko, brudne włosy opadły mu na czoło, zaś dłońmi wykonywał nad naczyniem bardzo szybkie gesty. W pewnym momencie – nie przerywając inkantacji – pstryknął palcami, zapalając całą zawartość misy. W momencie, w którym uniósł się czarny, gryzący dym, dziewczyna zawyła przeraźliwie i złapała się za twarz. Z rosnącym przerażeniem, niezdolny do jakiejkolwiek reakcji, obserwowałem jak dziewczyna wyjmuje sobie ząb po zębie a krew pomieszana z ropą spływa jej po brodzie. Jeden z rzuconych przez nią zębów potoczył się w moją stronę. Na widok przegniłego siekacza, u korzenia którego zawinięta była dość długa, biała larwa, rzuciłem się do tyłu. Nie przestawała krzyczeć do momentu, w którym upadła na kolana i zaczęła wymiotować. Smród zgnilizny poniósł się po jaskini, w której Voxyn odprawiał obrzęd. Zielona treść żołądka była niczym innym jak żółcią i ropą, zmieszaną z zainfekowaną krwią. Trzymając się za brzuch wypluwała z siebie wnętrzności, nie zwracając uwagi na robaki, które zaczęły powoli pełznąć po jej zabrudzonych wymiocinami dłoniach... Obraz ten jeszcze przez wiele lat miał nawiedzać mnie w snach, budzić zlanego zimnym potem. Koszmary były jednak niczym w porównaniu do poczucia winy i wstydu. W tym momencie już miałem pewność, że wychowany zostałem na bestię przez jeszcze większego potwora niż ten, którym zgodziłem się stać. Przez kilka następnych dni biłem się z myślami, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch... Nagły zryw odwagi przeplatanej głupią brawurą sprawił, że uciekłem od Voxyna i Fahriyi. Starałem się najlepiej jak tylko mogłem, by zatrzeć ślady, po których mogliby mnie wytropić, złapać i ukarać. Moja ucieczka nie była czymś wartym wyciągnięcia konsekwencji, och nie. Byłem tylko młodym, niewprawionym magiem, z którego nie było większego pożytku. Niemniej jednak kradzież tej obrzydliwej książki była ciosem dla tak niskiego sortu czarowników i z pewnością w momencie odkrycia faktu jej zaginięcia, ruszyliby za mną w pogoń, by odzyskać zgubę.
Jeżeli było coś, czego ta dwójka dobrze mnie nauczyła, to ukrywanie się. Mijały lata, w trakcie których wielokrotnie zmieniałem miejsce swojego pobytu. Swoją podróż zacząłem w Teheranie, by udać się do Tebrizu, a stamtąd do Sindżaru, by po kilku tygodniach uciec do Erzurum, w którym spędziłem dziesięć długich lat. Gdy jednak ludzie zaczęli dziwnie mi się przyglądać, zrozumiałem, że zbyt długie przebywanie w jednym miejscu może w bardzo szybki sposób zdemaskować mnie i sprowadzić na mnie niebezpieczeństwo. Ruszyłem zatem dalej na zachód do Izmiru, a stamtąd z kolei popłynąłem do greckiej Chalkidy. Każdorazowo ze zmianą miejsca zamieszkania szła zmiana tożsamości. Uciekanie i udawanie innych weszło mi w krew. Na poczekaniu wymyślałem wiarygodne historie, dzięki którym oszczędzałem sobie trudu odpowiadania na niewygodne pytania. Z czasem jednak te ciągłe podróże, uczenie się od podstaw języka i kultury państwa, które odwiedzałem, stało się męczące i nużące. Pojawiła się potrzeba stabilizacji, która zaczęła przeważać nad strachem przed zdemaskowaniem czy odnalezieniem przez moich byłych opiekunów. Ostatnią podróż odbyłem do Yorku, gdzie postanowiłem zostać już na dobre. Dzięki gromadzonym przez wiele lat pieniądzom udało mi się zakupić skrawek ziemi, na której zbudowałem od podstaw swój dom. Pewną ekscytacją przepełniał mnie fakt posiadania w końcu czegoś na własność, jakiegoś miejsca, do którego mogłem bez obaw wracać. W najśmielszych marzeniach nie mogłem jednak przypuszczać, że oprócz własnego kąta znajdę również kogoś, kto będzie go ze mną dzielić. Carter a właściwie Vincent de Cartier zaczynał jako jeden z wielu moich kontaktów, do których zgłaszałem się gdy potrzebowałem zmienić miejsce pobytu i tożsamość, by ostatecznie skończyć w moim łóżku, jako mój kochanek i mój partner. To co do niego czułem było... Niezwykle intensywne. Jego dotyk rozpalał moją skórę do białości, jego oddech wywoływał dreszcze a pocałunki wyostrzały każdy zmysł. Pewnego dnia przyprowadził do domu małą dziewczynkę imieniem Anna, młodziutką czarownicę, której opiekunowie zginęli w gruzowisku własnego domu, który zawalił się w wyniku nieudanego eksperymentu magicznego. Nie mogła mieć więcej niż cztery lata, była brudna, posiniaczona i podrapana, ale zaskakująco spokojna. Patrzyła na mnie wielkimi, niebieskimi oczami wyrażającymi uprzejme zainteresowanie, ale również niewypowiedziane pytanie. Przygarnąłem ją... I nie tylko ją, łącznie przyjąłem pod swój dach szóstkę dzieci, dając im namiastkę rodziny i rodzicielskiej miłości, której sam nigdy nie otrzymałem.
Oczywiście wszystko co dobre, skazane jest na smutny koniec. Tamtego dnia straciłem wszystko. Straciłem dom, straciłem wiarę, straciłem poczucie bezpieczeństwa i przede wszystkim – straciłem swoją rodzinę. Moje serce pękło na miliony kawałków na widok martwych ciał sześciorga moich dzieci, moich synów i córek, oraz martwego ciała mojego mężczyzny. Jednym ruchem odebrano mi wszystko, na czym mogło mi w życiu zależeć, usunięto z życia wszelkie kolory. Voxyn i Fahriya mieli rację – przywiązanie było słabością. Miłość była słabością. Słabością, która kosztowała mnie dosłownie wszystko. Opuściłem gardę sądząc, że jestem odporny na ciosy i rzeczywistość boleśnie to zweryfikowała, uderzając krytycznie w najczulszy punkt. Po raz wtóry zostałem zmuszony do ucieczki, nim jednak opuściłem swój dom uznałem, iż mądrze byłoby sfingować własną śmierć na wypadek gdyby osoba odpowiedzialna za atak postanowiła osobiście sprawdzić, czy wszyscy domownicy faktycznie zostali pozbawieni życia. W mieście znalazłem błąkającego się ćpuna o podobnej do mojej sylwetce i zbliżonym wzroście, posiadającego nawet dość podobny kolor skóry... Nie czułem żadnego żalu ani poczucia winy, gdy unieruchomionej ofierze wbijałem sztylet w brzuch. Gdy chłopak wydał z siebie ostatnie tchnienie, przeniosłem jego ciało do domu, odziałem w moją piżamę i ułożyłem w jednym z pustych pokoi tuż obok łóżka... Po paru dniach wyczytałem w gazetach o tragedii, która wydarzyła się na przedmieściach Yorku. Napisano, że zginęła cała rodzina, że nie ma świadków ani podejrzanych. Nikogo też nie poszukiwano, nikogo nie zgłoszono jako osobę zaginioną, co było dobrym znakiem. Dla opinii publicznej i najprawdopodobniej także dla moich niedoszłych zabójców byłem martwy. Jedyne co musiałem teraz zrobić, to przyczaić się, obserwować uważnie okolice mojego dworu i po upewnieniu się, że zagrożenie minęło, powrócić. Był jednak pewien maleńki problem. Owszem, ta ziemia była moją własnością, ale w świetle prawa byłem martwy, bajka o cudownym zmartwychwstaniu raczej nie przeszła by bez cienia wątpliwości ze strony urzędników i z pewnością wzbudziłaby zainteresowanie osób, których zainteresowania absolutnie nie chciałem budzić. Więc czekałem... Przez pół wieku mogłem tylko patrzeć jak owoc mojej ciężkiej pracy gryziony jest zębem czasu i niszczony dłońmi miejscowych wandali. Moim zadaniem było jedynie nie dopuścić do zakupu dworu przez kogokolwiek. Zza kulis zadbałem, by każdy potencjalny kupiec usłyszał historię o brutalnym morderstwie dokonanym na ostatnich mieszkańcach tego domu. Na szczęście ta historia była idealnym narzędziem do skutecznego odstraszania nawet najbardziej zainteresowanych kupców. Kiedy w końcu byłem gotowy, by wyjść z ukrycia i powrócić do domu, światem wstrząsnęła Mroczna Wojna, która na kolejne lata oddaliła moje plany... Mimo iż w oficjalnej ewidencji figurowałem jako „martwy”, postanowiłem włączyć się do konfliktu w sposób najmniej rzucający się w oczy, ale (przynajmniej w mojej opinii) dość znaczący. Wykorzystując swoje rozsiane w wielu miejscach kontakty, szukałem schronienia rannym i poszkodowanym, zdobywałem informacje o losach Podziemnych, którzy zaginęli w trakcie walk i przekazywałem je dalej do rodzin, do klanów, do watach. W tamtym czasie sporo osób znało tajemniczego informatora o imieniu Samarqand Vaye. Jak ognia unikałem spotkań, jednakże gdy nie mogłem ich uniknąć, twarz owijałem bandażem a odkryte części ciała przy pomocy bardzo przyziemnych technik makijażu charakteryzowałem tak, by wyglądać jak ofiara dotkliwego poparzenia. Prymitywne zagranie, być może nawet głupie. Mówi się jednak, iż z pozoru głupie rozwiązania, które działają, nie są głupie. Konflikt w końcu zakończył się „Wielkim zwycięstwem” i podpisaniem czegoś na wzór zawieszenia broni, co później nazwane zostało „Zimnym Pokojem”, a'ka dokumentem przerzucającym odpowiedzialność za cały ten nonsens na faerie, piętnującym je na tle reszty ras podziemia i karzącym je w sposób dotkliwy i wyjątkowo niesprawiedliwy. Zapis postanowień skupiał się na wyłącznej winie Seelie i na tym jakie one są złe i podłe, aczkolwiek nie wspominał o jednej konkretnej i arcyważnej rzeczy - latach upokorzeń i prześladowań ze strony Łowców i przedstawicieli innych ras a zatem czynnikach, które popchnęły je do zwykłej zemsty. Społeczeństwo podzieliło się po połowie - jedni odetchnęli z ulgą i bez słowa sprzeciwu przyjęli taką propozycję „pokoju”, inni zaś w mniej lub bardziej otwarty sposób sprzeciwiali się jawnej niesprawiedliwości, która spadła na faerie, dobrze rozumiejąc powody ich działań. W której z tych grup byłem ja? Cóż... Ja nie żyłem. Jeszcze. To nie był czas, by powrócić do swojej prawdziwej tożsamości. Samarqand Vaye natomiast pomagał każdemu, kto takiej pomocy potrzebował, bez względu na przynależność. Mówi się, że bycie neutralnym to brak wyboru, ale to kompletnie mylne założenie. Wybrałem stronę. Swoją własną... Byłem tam, gdzie było mi najwygodniej, obserwując z daleka bieg wydarzeń i powstrzymując się od ingerencji tak długo, jak tylko było mi to na rękę. W trakcie tych kilku lat pozornej ciszy, miałem oczy i uszy wszędzie tam, gdzie znajdowały się źródła bezcennych informacji. Gromadziłem wiedzę i okazjonalnie rzucałem w eter jakieś ochłapy informacji, by utrzymać pewien balans. W końcu jednak zawieszenie broni zostało zerwane a sytuacja napięła się jak cięciwa łuku. W przypadku kolejnego konfliktu, neutralność już nie będzie bezpieczną opcją. Będzie trzeba wybrać, a skoro widmo tego nieuchronnego wyboru zaczęło coraz niżej krążyć nade mną, nie było sensu by utrzymywać przy życiu Samarqanda Vaye. Mając już serdecznie dość ciągłego krycia się w cieniu sztucznych tworów i nieistniejących postaci, zmęczony ucieczkami i nerwowym rozglądaniem się przez ramię, postanowiłem „wskrzesić” sam siebie.
Oto ja, Senciner Gariel, wracam do żywych...
A ciebie, Ojcze Duchowny, nie proszę o rozgrzeszenie. I tak nie będziesz o niczym pamiętał...


CIEKAWOSTKI

Nie lubi kawy w żadnej postaci. Preferuje mocną, czarną herbatę.
Ma słabość do przypraw korzennych. Jego mieszkanie pachnie subtelnym, aczkolwiek wyczuwalnych aromatem tychże.
Lubi także mocno doprawione potrawy, dlatego też gustuje w kuchni indyjskiej, tajskiej, oraz perskiej. Bardzo lubi samemu gotować, odpręża go to.
Jego demonicznym rodzicem jest Senciner, upadły anioł wygnany i ukarany za miłość do ludzkiej kobiety i spółkowanie z nią. Pożądanie spaczyło go tak bardzo, że niemal każdą (poza tą pierwszą, którą pokochał) posiadał wbrew jej woli. Nie inaczej było z matką Gariela. Senciner posiada znaki czarownika w postaci wężowego, rozwidlonego języka i gadzich oczu o żółtozielonym kolorze z cienką, pionową źrenicą pośrodku. Tak jak potrafi ukryć swoje żmijowate oczy, tak języka już niekoniecznie, dlatego też musiał nauczyć się mówić tak, by go nie pokazywać.
Chociaż odczuwa pociąg do mężczyzn, to nie jest typem faceta korzystającego z każdej okazji by pójść z nimi do łóżka. Zachowuje dystans, unika tego typu relacji. W ciągu swojego dwustuletniego żywota miał tylko jednego partnera, Cartera.
Cały czas posiada ukradzioną swoim byłym mentorom księgę zaklęć, którą trzyma w bardzo wyszukanej i bezpiecznej kryjówce, której położenia nie zdradził nikomu. Nawet swojemu partnerowi.
Owa książka to zbiór wymyślnych, okrutnych w działaniu klątw. Stworzona została przez niejakiego Melehistemesa i każda z klątw spisana jest na odciętym płacie skóry człowieka, na którym testowane było jej działanie.
Na podstawie tychże klątw, Senciner prowadzi badania mające na celu znalezienie jednego, uniwersalnego przeciwzaklęcia. W tym celu bardzo często znika w piwnicy swojego domu, gdzie do późnych godzin nocnych studiuje księgę.
Jako że księga zaklęć Melehistemesa spisana jest w pahlawi, praca nad odszyfrowaniem znaczenia poszczególnych słów, wersów i całych zdań zajmuje mu naprawdę dużo czasu.
W jego rezydencji niemal zawsze można usłyszeć jazzowe przeboje lat pięćdziesiątych, płynące ze starego gramofonu. Gariel ma sentyment do tego typu muzyki, przypominającej mu najlepsze chwile jego życia.
Ma naprawdę sporą kolekcję płyt winylowych.
Jeżeli chodzi o magię, to jest tradycjonalistą. Owszem, machanie rączkami i bawienie się w wymyślne gesty jest sympatyczne, szybkie i wygodne, ale Senciner lubi poświęcić czas na zbieranie odpowiednich komponentów, rysowanie glifów i wypowiadanie inkantacji.
Ma na dłoni bliznę od ciągłego rozcinania skóry i upuszczania sobie krwi do zaklęć i testów magicznych.
Mówi biegle po arabsku, turecku i grecku. Dogada się także po serbsku oraz francusku.
W wolnych chwilach siada przed sztalugą i maluje. Zamyka się wtedy w pokoju na cztery spusty, wyłącza telefon i staje się niedostępny dla każdego.

  
 

Shadowhunter

666 lat



All paths lead to death.

Administrator

Accepted
Drogi Użytkowniku!
Cieszymy się, że dołączyłeś do naszego forum, a Twoja Karta Postaci już została zaakceptowana! Przejdź teraz do zakładania koniecznych tematów. Zapoznaj się z Mechaniką Gry oraz Spisem umiejętności. Zachęcamy również do przejrzenia Mapy York! Poza taką mapą na forum znajdziesz również Mapę Świata z najważniejszymi lokalizacjami!
Życzymy Ci miłej zabawy!

Margaret
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo