Morgan MacGrioghair

728


186 cm

S`rioghal mo dhream






Multikonta: Logan Ward
Morgan MacGrioghair
Metryczka


Imię: Morgan
Nazwisko: MacGrioghair

Data urodzenia: 27/04/1290
Miejsce urodzenia: Szkockie Highlands

Wiek: 730
Wzrost: 186
Waga: 92

Rasa: Czarodziej

Przynależność: Abigor
Wizerunek: James McAvoy

Aparycja

Morgan swoją budową bądź wzrostem nie wyróżnia się tak bardzo wśród nowoczesnych ludzkich standardów. Spokojnie można by na nim nawet nie zawiesić oka gdyby nie przystojna, intrygująca twarz oraz przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu bruneta. Zazwyczaj można go spotkać z zadbanym, kilkudniowym zarostem oraz krótkimi bądź średniej długości włosami zaczesanymi w nieładzie do tyłu, co zazwyczaj skutkuje czupryną zarzuconą na któryś bok.
Na co dzień nosi dość klasyczne i dobrze skrojone garnitury ze świetnej jakości materiałów. Można też zauważyć zamiłowanie do biżuterii, gdyż prawie na każdym palcu ma jakiś pierścień czy bransoletkę na nadgarstku. Nie można mu odmówić pewnej klasy oraz nonszalancji z którą się porusza, zupełnie jakby chodził na wietrze, a jego stopy nawet nie dotykały podłoża. Pod warstwą ubrań skrywa kilka sekretów jak dobrze zbudowane ciało oraz pamiątkę po swoim demonicznym ojcu. Zza kołnierza wyglądają mu lekko wypukłe znamiona przypominające niebieskawy tatuaż. Różnorakie geometryczne wzory rozlewają mu się na barki, ramiona, całe ręce do linii mankietów, klatkę piersiową oraz połowę pleców. Barwa przybiera na intensywności zależnie od silnych uczuć. Posiada również kilka mniejszych blizn ze swoich poprzednich potyczek, a największą, po ugryzieniu wilkołaka nosi na obojczyku aż do piersi oraz do łopatek na plecach.
Inną poszlaką na temat jego korzeni jest kolor oczu, który potrafi przybrać błękit lodowca pod wpływem gniewu bądź innej silnej emocji. Oczy wtedy wręcz świecą i hipnotyzują nieprzeniknioną barwą.
Charakter

Z racji swojego wieku Morgan nie jest bardzo żywiołowym osobnikiem. Znakomitą większość swojego życia spędził samotnie, więc osoby, które go tak naprawdę znają można policzyć na palcach jednej dłoni. Zawsze bardzo spokojny i zachowawczy. Stara się nie ingerować we wszystkie konflikty, gdyż są dla niego po prostu stratą czasu. Zamiast wplątywać się w wewnętrzne dramaty woli podróżować i to właściwie robił przez całe swoje życie, stąd inni magowie zaczęli go nazywać Wayfarerem - Obieżyświatem. Nie jest osobą, która przebywa w jednym miejscu przez dłuższy okres czasu, chodź to zaczyna się na przestrzeni ostatnich lat zmieniać.
Dla nieznajomych jest uprzejmy, ale dość ostrożny. Nigdy nie udziela im o sobie zbyt wielu informacji. Uchodzi za bardzo skrytego oraz dość chłodnego. Dopiero przy bliższym poznaniu jego osobowość nabiera ciepła i pozwala sobie na żarty oraz przekomarzanie. Dla klientów bardzo profesjonalny i skupiony na swoim rzemiośle.
Nikt raczej nie uświadczy u niego wzruszenia, zdenerwowania bądź niepewności. Są to pewne uczucia, które już bezpowrotnie zatracił. Trudno jest go wyprowadzić z równowagi, ale pewnym jest, że uczucie furii czy pasji jeszcze u niego nie zniknęło. To pierwsze zazwyczaj komunikowane jest ostrzegawczym podmuchem lodowatego wiatru. Jeśli ktoś nie zrozumie ostrzeżenia... Cóż... Słuch po takich zaginął.
Biografia

Szkockie Highlands - Rok 1290

Szkocja w późnych latach XIII wieku nie była miejscem ani zbytnio przyjemnym, ani przyjaznym, a już na pewno nie świeckim, więc gdy w dużym szkockim rodzie na świat przychodzi dziecko z niebieskimi wzorami na ciele do którego nikt się nie przyznaje, a matka umiera przy porodzie posądzenie o konszachty ze złymi duchami nie jest daleko, a życie takiego noworodka jest przesądzone. Nikt oczywiście nie będzie sobie brudził rąk i dziecku czaszki nie rozbije, ale zostawienie bachora na przeraźliwym mrozie z zerowymi szansami na przeżycie? Brzmi jak sprawiedliwe rozwiązanie. W końcu jest minimalna szansa, że nagle urośnie o dwa metry i gołymi rękoma rozpłata wilka na dwoje.
W takiej właśnie sytuacji starszyzna rodu pozostawiła młodego Morgana, któremu matka przed śmiercią zdołała tylko to imię nadać. Leżąc na skale, trzęsąc się z zimna i krzycząc w swoim niezrozumiałym języku o sprawiedliwość został znaleziony przez starszą kobietę, która tego dnia wybrała się na poszukiwanie grzybów oraz jagód w lesie. Starcze, miękkie serce nie mogło pozostawić nowego życia na pewną śmierć. Pomimo swojej przesądności przygarnęła chłopaka i wychowała go jak swojego, przynajmniej do czasu, w którym bogowie postanowili zabrać ją z ziemskiego padołu.
Młody Morgan miał wtedy zaledwie dziewięć lat. Wtedy dzieci nie były tak nieporadne, jak w dzisiejszych czasach. W tym wieku doskonale potrafił już o siebie zadbać, przynajmniej na tyle by przeżyć w malutkiej, jednoizbowej chatce swojej wychowanki, która do momentu ostatniego tchnienia twierdziła, że doprowadził ją do niego głos na wietrze.
Były to czasy szkockiego buntu, który przetaczał się przez tamte krainy pod wodzą Williama Wallace'a. Jedna z jego band polowała w pobliskim lesie przypadkowo napotykając samotną chatkę. Jak czasy dyktowały, trzeba było ją splądrować. Traf chciał, że lokatora akurat wtedy nie zastali. Przetrzepali wszystko, wzięli co przydatne i odeszli, a za nimi młoda dusza pragnąca odzyskać swój dobytek.
Chociaż zakradnięcie się do ich obozu nie było w nocy ciężkie, a wiatr mu sprzyjał maskując jego kroki na ściółce, został nakryty przez herszta bandy i siłą wciągnięty w całe powstanie. Nie dano mu wyboru, albo stań z nimi do walki, albo giń. Nie ma miejsca dla pacyfistów. Wyrośnięty był jak na swój wiek oraz dietę, więc wcielono go do motłochu z widłami. W następnych latach zapracował sobie nawet na własne ostrze, robiąc za czeladnika dla lokalnego kowala. Miał nawet okazję poznać samego przywódcę powstania, jednak ich czas został skrócony, gdy Williama schwytano i w Londynie stracono.
Błąkając się jako część rozbitych sił zawitał z powrotem w swoje rodzinne strony jako dorosły już na standardy tamtego czasu mężczyzna. Zachęcany jakimś głosem na wietrze trafił do osady swojego rodu, gdzie oczywiście nie był mile widziany. Bali się go jak samego diabła, co dla niego było całkowicie niezrozumiałe. Dopiero jeden z niewolników pędzony swoimi wyrzutami sumienia wyjawił mu prawdę wokół jego narodzin prosząc o wybaczenie. To zostało mu udzielone, to nie była jego wina, aczkolwiek dla swojej rodziny nie miał tyle wyrozumiałości. Przyrzekł kiedyś wrócić by wymierzyć swoją sprawiedliwość.
Największym przelomem była jednak dla niego wizyta u znanej wieszczki Grety. Wiedziony ciekawością swojego przeznaczenia zawitał do jej chatki z całym jeleniem w formie zapłaty. Nie można było przyjść do niej z pustymi rękoma. Składając ofiarę cierpliwie czekał aż kobieta zaszczyci go swoją obecnością. Po kilkunastu minutach drzwi zostały uchylone, a jeszcze ciepłe truchło bardzo żwawo wciągnięte do środka.
- Wejdź. -przywitał go zachrypiały głos.
Wszedł do ciemnego pomieszczenia, gdzie jedynym źródłem światła były świece na ołtarzu wielokrotnie splamionym krwią. Powietrze było tutaj jakieś gęste i zatęchłe. Zapach palonych ziół był tak silny, że drapał w gardło. Morgan w końcu klęknął przy ołtarzu nie widząc nawet jeszcze wieszczki.
- Ściągnij koszulę.
Nie było w tym nic szczególnie dziwnego. Wiele rytuałów wymagało kontaktu z ciałem. Posłusznie obnażył się powyżej pasa trzymając materiał w dłoniach przed sobą.
- Mmm... Interesujące. To żaden tatuaż prawda? - jego pleców dotknęła zimna dłoń, a później palec, który błądził po lekko wypukłych symbolach.
- Nie, te znamiona mam od urodzenia, lecz nie z nimi tutaj przyszedlem wieszczko. Chcę poznać swoje przeznaczenie. - powiedział spokojnie.
- Wszystko ma znaczenie mój drogi... - jej głos się zmienił, teraz był zadziwiająco młody oraz filuteryjny - Widziałeś kiedyś u innego wojaka takie znamiona? Jakby tchnął je w ciebie sam wiatr. Istna burza... - tym razem na plecach poczuł coś mokrego podążającego jego niebieskim szlakiem do szyi, a bardzo młode dłonie objęły go w pasie - By poznać swoje przeznaczenie trzeba poznać swoją przeszłość. Powiedź... Nie masz żadnych blizn. Nigdy nie zostałeś pokonany w walce? Nie zastanawiałeś się dlaczego jesteś silniejszy od innych, szybszy, sprawniejszy i nigdy nie dopadła cię żadna choroba? - mruknęła mu do ucha bładząc dłońmi po jego klatce piersiowej.
Morganowi zabrało chwilę zebranie myśli. Nie wiedział czy to przez jej dotyk, zapach ziół czy kombinacja obydwu, lecz jego umysł zaczynał błądzić. Ciężko było się skoncentrować, zebrać do kupy, lecz faktycznie, jak daleko sięgał pamięcią nigdy nie przegrał pojedynku ani nie chorwał. Wyrósł nawet nadzwyczaj dorodny jak na to, w jakich warunkach się wychował.
- Nie... Nigdy nie przegrałem ani nie chorowałem. Bogowie po prostu patrzą na mnie przychylnie... - odpowiedział odchylając lekko głowę próbując spojrzeć na wieszczkę, jednak jej lico było skyrte w mroku.
- Bogowie... Bogowie na nikogo nie patrzą przychylnie. - prychnęła - Nie, masz tylko rację, że jest to znamie. Odziedziczone pewnie po twoim ojcu.
- Nie możliwe... Widziałem swojego ojca, nie miał takich znamion...
- Myślisz o jakimś człowieku? Nie, to nie był twój ojciec. Zrodzonyś z ludzkiej kobiety, ale ojciec był czymś zupełnie innym... - przygryzła płatek jego ucha.
- O czym ty mówisz..? Mam wierzyć żem zrodzony z boga..? - robił się coraz bardziej senny, trudno było mu pozostać świadomym.
- Z boga? Niektórzy mogą tak myśleć. Tyś zrodzony z diabelskiego pomiota! Żyć będziesz długo, zestarzeć się nie będzie ci dane. Twoim przeznaczeniem jest bić, gwałcić i mordować! Zalać ten kraj krwią niewinnych! - jej głos zdawał się rozbrzmiewać zewsząd, a płomienie świec przybrały na intensywności.
Morgan nie był w stanie dłużej utrzymać świadomości. Ostatnie, co pamiętał to nagły podmuch przeraźliwie zimnego wiatru, a później nic, pustka. Kiedy się obudził następnego ranka w chatce nie było nikogo. Na wszystkim leżała gruba warstwa kurzu, jakby nikt nie mieszkał tutaj od lat, ale jeszcze wczoraj przecież spotkał się tutaj z wieszczką, która przepowiedziała mu straszliwe przeznaczenie. Nie mógł tutaj dłużej zostać. Podobno za morzem mają innego boga. Jeśli jego to, co powiedziała mu wieszczka jest prawdą, może tam uda mu się zmienić swój los.

Niemcy - XIV wiek

Nadal wiedziony głosami na wietrze Morgan postawił swoje stopy na Niemieckiej ziemi. Zmęczony ciągłą wojaczką znalazł w jednym z klasztorów spokój, a tamtejsi księża skutecznie przekonali go, że głos, który czasami słyszy na wietrze musi być głosem boga, który próbuje sprowadzić go na właściwą ścieżkę. Jako młody chłopak bez lepszego modelu wychowania zawierzył ich słowom, co w krótkim czasie znów doprowadziło do wcielenia go do zakonu krzyżackiego oraz joannickiego. Kolejne wojaczki były tylko kwestią czasu gdy tylko przekonali się, że lojalny będzie z niego rycerz oraz wojownik. Nie przejawiał dużego poszanowania dla ludzkiego życia, więc czy tak trudno było mu uwierzyć, że ten boski głos karze mu wyrzynać heretyków w Aleksandrii? Jego uczestnictwo w krucjacie zostało szybko zaaranżowane.

Bliski wschód - XIV/XV wiek

Okupowanie kolejnych nieznanych mu miast trwało czasami miesiącami, a operowanie z Cypru i ciągłe wypady na kontynent, jeszcze te przeklęte pustynie doprowadzały go już do furii. Czuł się tutaj nie na miejscu. Ciągle zmęczony i osłabiony. Często brakowało mu powietrza, a głos, który do tej pory słyszał prawie całkowicie zamilkł. Ostatnim razem kazał mu podążać naprzód, ale nie słyszał go już od blisko roku, a w jego życiu nic się nie zmieniało. Nadal te same zakazane mordy pyszniące się masakrą niewinnych. Zaczynał powątpiewać w zasadność swoich przekonań po pierwszej wiosce, którą miał spalić wraz ze swoim oddziałem. Po jakimś czasie podchodził do rozkazów bardzo swobodnie pozwalając większości tutejszej ludności uciec, a czasami nawet specjalnie wysyłając zwiadowców tak by zostali zauważeni.
Siedząc w jednej z dzielnic okupowanej Aleksandrii rozmyślał nad niesubordynacją i powrotem do swoich rodzinnych stron. Pewnie zdołałby przekonać chociaż część swojego oddziału by podążył za nim by w końcu wymierzyć sprawiedliwość swojemu rodowi. Lata nieustannych walk zrobiły z niego bardzo zabójczego wojownika. Jego wewnętrzny dialog przerwały nowe rozkazy o spaleniu zasobów heretyckiej biblioteki, którą właśnie podbili. Z niesmakiem dla tej całej wiedzy założył zbroję i zaczął przeciskać się w stronę okazałego budynku. Oddziałowi rozkazał stacjonować przy wejściu, a sam wkroczył do środka w poszukiwaniu tej zakazanej wiedzy, która już nigdy miała nie ujrzeć światła dziennego.
Przeglądając jedną książkę za drugą naprawdę nie rozumiał, co było w nich takiego niebezpiecznego. Połowa z nich nawet nie traktowała o żadnym innym bogu, diabłach, aniołach czy innych zabobonach. Sam nie był już fanatycznym wyznawcą chrześcijaństwa. Lata krucjat potrafią zmienić podejście człowieka. Podczas przeglądania jednej z ksiąg coś nagle jakby go szarpnęło i rzuciło na pobliski regał. Na chwilę go zamroczyło, a gdy uniósł wzrok na swoim miejscu widział innego mężczyznę o ciemnej karnacji oraz wyraźnych, azjatyckich rysach twarzy odzianego w złotą tunikę.
- Co wyprawiasz głupcze?! Setki lat gromadziłem tę wiedzę, kto cię tutaj wpuścił?! - warknął o dziwo zrozumiałym dla niego językiem.
- Ścisz głos zanim moje oddziały wparują tutaj zobaczyć o co ten cały hałas. - odpowiedział Morgan wstając ze szczękiem metalu i rozmasowując bolącą głowę.
- Oddziały? O czym ty mówisz? - spojrzał na niego ze zdziwieniem po czym zwrócił się do pobliskiego okna z widokiem na miasto w płomieniach - O bogowie... Co wyście zrobili... - wyszeptał z niedowierzaniem po czym odwrócił się w stronę szkota - Czym wam ten lud zawinił, że tak go traktujecie?
- Mnie niczym, wykonuję tylko rozkazy. Wszelkie zażalenia powinny być wnoszone do papieża, to on uważa was wszystkich za heretyków i wypowiedział wam świętą wojnę. - wzruszył ramionami kręcąc głową.
Zanim się obejrzał mężczyzna stał już przed nim z wściekłym wyrazem twarzy. Złapał go za szyję odcinając dopływ powietrza i uniósł go kilka centymetrów nad ziemię.
- Tylko wykonujesz rozkazy..? I miałeś zamiar spalić moją bibliotekę? Wiesz ile lat zajęło mi zbieranie tych zbiorów? - wysyczał przez ostre zęby przypominające kły - Pieprzeni przyziemni, niech piekło was pochłonie. - syknął raz jeszcze unosząc dłoń, której palce przypominały teraz bardziej szpony.
Zanim zdążył dokonać mordu przez pomieszczenie przeszedł lodowaty powiew wiatru, co od razu zwróciło uwagę mężczyzny, który rozejrzał się po okolicznych półkach tracąc na chwilę koncentrację. To szybko zostało wykorzystane przez Morgana. Kopnął obiema stopami w klatkę piersiową persa odrzucając go od siebie. Padł z hukiem na posadzkę starając się złapać oddech, a gdy ponownie spojrzał na osobę, którą teraz traktował jak przeciwnika, ten tylko uniósł brew, wyraźnie zdziwiony.
- Abigor? Nie sądziłem, że ten stary demon kiedykolwiek spłodzi potomstwo. - pokręcił głową, a jego wygląd wrócił do normy - I przywiódł cię przez pustynię aż do mnie? - zaśmiał się łapiąc się za boki.
- O czym ty mówisz głupcze? Czym ty w ogóle jesteś? - wychrypiał Morgan - Jak mnie odrzuciłeś, co to było przed chwilą? Z resztą nie ważne jakim diabłem jesteś, moje oddziały wparują tutaj za kilka sekund. - odpowiedział z pewnym siebie uśmiechem.
- To ty nic nie wiesz...? - westchnął - Pozwól, że ci coś wyjaśnię...

Tak wyglądał pierwszy kontakt Morgana z magią. Jak się później okazało Farhad, bo tak było na imię temu czarodziejowi, zajmował się demonologią oraz gromadzeniem wiedzy. To stało się jego motywem do zbudowania biblioteki Aleksandryjskiej, która stała się jego życiowym projektem. Przygarnął Morgana jako adepta sztuk magicznych i nauczył go korzystać z własnej mocy. Razem podróżowali po całej Azji przez następny wiek pobierając nauk u innych mistyków różnych ras. To właśnie on był punktem wejściowym szkota do świata magii oraz podziemia. Z czasem ich relacje zmieniły się z prostego mentora oraz ucznia na najlepszych przyjaciół.

Francja - XVI wiek

Wszyscy skupiają się na Włoszech jako centrum renesansu. Morgan po blisko stu latach pobierania nauk u Farhada oraz innych mędrców wschodu powrócił w końcu do Europy. Pieniądze nigdy nie były problemem gdy wracało się ze wschodu. Jako swoje kolejne zameldowanie wybrał małe mieszkanie w Paryżu. Mieście, które osobiście uważał za centrum wszelakiej europejskiej kultury, a już na pewno tej kulinarnej. Francuzi również przeżywali okres wyzwolenia, więc w samej stolicy nie spędził więcej, jak kilka miesięcy. Przez następne kilka lat po prostu podróżował po tym pięknym kraju odkrywając jego tajemnice, nabywając nowych umiejętności zarówno z dziedziny przyziemskiej, jak i magicznej. Tutaj również można było znaleźć przynajmniej kilku kompetentnych magów, jeśli wiedziało się, gdzie człowiek powinien szukać. Z resztą po dziś dzień sądzi, że istoty magiczne po prostu w jakiś sposób się przyciągają. Nawet jeśli dobrze się ukrywasz, ktoś cię w końcu znajdzie.
Ta teoria znalazła swoje potwierdzenie w jego wizycie powrotnej w Paryżu. Wchodząc do mieszkania już od progu zauważył, że coś jest nie tak. Zamek nosił ślady użytkowania, co nie powinno mieć miejsca. W końcu tylko on tutaj mieszkał. W korytarzu wszystko wyglądało w miarę normalnie, gdyby nie fakt, że niektóre ramy obrazów były o centymetr przechylone w różne strony. Wtedy usłyszał to, co było najbardziej niepokojące. Z kuchni wybrzmiewała skoczna muzyka. Czy ktoś naprawdę włamał się do jego mieszkania i widząc skryte w środku bogactwo wyprawił sobie samemu przyjęcie? Ta szajka jeszcze nie wiedziała, jaki błąd popełniła. Morgan przywołał sobie swoje ulubione ostrze, które towarzyszyło mu odkąd porzucił zakon w Aleksandrii. Po cichu, znając każdą skrzypiącą deskę w swoim mieszkaniu, zakradł się do kuchennych drzwi. Uchylił je na tyle by mógł zajrzeć do środka, a to, co tam zobaczył nie było czymś, co sobie wcześniej wyobraził.
Przy kuchence tańczyła z drewnianą łyżką w dłoni piękna dziewczyna do rytmu przygrywającej jej orkiestry smyczkowej złożonej z jego instrumentów. Tyle tylko, że orkiestry tak naprawdę nie było. Wszystko było zawieszone w powietrzu poruszając się żywiołowo i produkując skoczną melodię. Gospodarz nie znał jeszcze czaru, który pozwoliłby tak zaczarować jakiś przedmiot, więc podejrzewał, że musiała to cały czas kontrolować, co musiało wymagać od niej nie lada skupienia, a jednak nic sobie z tego nie robiąc po prostu tańczyła do własnego rytmu. Żeby akurat czarodziejka znalazła się w jego mieszkaniu pod jego nieobecność? Jakie są szanse?
Przez chwilę po prostu się jej przyglądał. Zniknęła cała złość, którą poczuł wchodząc do mieszkania. Została zastąpiona przez jakieś ciepłe uczucie, którego wcześniej nie znał. Nie zamierzał ingerować w ten sielski obrazek. Zauważyła go stojącego w drzwiach dopiero przy drugim albo trzecim piruecie. Podskoczyła z piskiem wyrzucając łyżkę w powietrze. Instrumenty nagle opadły na ziemię, kiedy straciła koncentrację. Łapiąc się za kuchenkę aby nie upaść znalazła tam tylko lekko oblodzoną powierzchnię pod swoją dłonią, co w przeciwnym wypadku skończyłoby się paskudnym poparzeniem.
- Ostrożnie z tym. - mruknął z rozbawionym uśmiechem.
- Kim... Kim jesteś? - zapytała dość niezręcznie, choć z tą nieporadnością było jej trochę do twarzy.
- Właścicielem, a kim mógłbym być? To chyba ja powinienem zapytać kim TY jesteś i co tutaj robisz? - odwołał swoje ostrze, co oczywiście nie umknęło jej uwadze.
- Ja, emm... Tak jakby tutaj mieszkam? - zaśmiała się jeszcze bardziej niezręcznie - Podobno nikt nie pojawił się tutaj od kilku lat, więc tak jakby się wprowadziłam? Bardzo ładne mieszkanie. - uśmiechnęła się nabierając trochę pewności siebie - Po prostu dbałam żeby nikt ci się tutaj nie włamał. - teraz jej uśmiech był po prostu bezczelny.
- Tak? Chyba słabo ci to wyszło, bo widzę włamywaczkę w swojej kuchni. - Morgan podszedł bliżej opierając się o jeden z blatów.
- Tak? Gdzie? - rozejrzała się w około kręcąc kolejny piruet po czym zarzuciła mu ręce na szyje opierając się na nim - Jesteśmy tutaj sami, tylko dwójka dobrych przyjaciół. - puściła mu oczko.
- Jasne. Bliskich przyjaciół. - roześmiał się grając w jej grę, kładąc jej dłonie na biodrach - Powinnaś bardziej uważać czarodziejko. Magowie są nieobliczalni. - spojrzał na nią poważnie.
- Oj przestań, gdybyś chciał mi zrobić krzywdę za to wtargnięcie już pewnie leżałabym gdzieś naga i związana do twoich perwersyjnych uciech. - przysunęła się bliżej hipnotyzując go spojrzeniem.
- Więc jednak znasz czarowników. Taka jesteś pewna, że jestem zupełnie nieszkodliwy tylko dlatego, że od razu nie zaatakowałem? - uniósł brew czując coś zimnego na swojej szyi, co okazało się być aportowanym ostrzem.
- Niestety miałam tę przyjemność. - uśmiechnęła się uwodzicielsko, lecz nie umknął mu pewien cień, który pojawił się w jej spojrzeniu.
- Spokojnie moja droga. Nie będę się mścić za to wtargnięcie. - uśmiechnął się, a nóż, który trzymała po prostu rozpadł się w jej dłoni całkowicie zamrożony - Mam na imię Morgan, a ty?
Spojrzała ze zdziwieniem na swoją chłodną i pustą dłoń po czym cicho zachichotała.
- Claire. Miło mi cię poznać Morgan. - uśmiechnęła się wesoło.

Tak rozpoczęła się przyjaźń, która przez kilkadziesiąt lat zmieniła się w związek dość mentorski. Claire okazała się być bardzo młodą czarodziejką bez żadnego przygotowania merytorycznego. Było to coś, co łączyło ją z Morganem. Dlatego pomimo tego, że też niedawno pożegnał się ze swoim nauczycielem, wziął ją pod swoje skrzydła i nauczył wszystkiego, czego się do tej pory nauczył. Dziewczyna okazała się dobrą, acz zadziorną uczennicą. Przez kilkadziesiąt raz podróżowali razem po całej Europie traktując Paryż jako swoją bazę wypadową. Z czasem ich związek przerodził się w większe uczucie. A jak to z tymi tematami bywa, w końcu wszystko musi się skomplikować...

Szwajcaria - XVII/XVIII Wiek

Związki przyziemnych zazwyczaj nie doczekują się momentu, kiedy dwoje kochających się ludzi ma na swoje życie dwa zupełnie odmienne plany. To, niestety często dzieje się ze związkami osób długowiecznych. Chociaż miłość nadal tam jest, każde dziecko Lilith jest w głębi ducha indywidualistą. Podąża swoją ścieżką, którą sama sobie obierze. W przypadku Morgana oraz Claire pojawiła się między nimi dość duża odległość. Ktoś mógłby powiedzieć, czym jest odległość dla czarowników, którzy potrafią się teleportować? Otóż nie zawsze brak bliskości wynika z czasu podróży, a samego braku czasu. Na przestrzeni XVII oraz XVIII wieku Claire z pomocą Morgana założyła tajną organizację pomagającą kobietom ze wszystkich ras, niezależnie od przynależności. Mogły liczyć na wikt i opierunek, pomoc finansową oraz stworzenie nowej tożsamości, czy całego życia w dowolnie wybranym przez siebie miejscu. Czarodziejka była mocno zaangażowana w pomaganie kobietom po przejściach, zwłaszcza tym, które doświadczyły jakiejś krzywdy ze strony mężczyzn. Z tego też powodu żaden przedstawiciel tej płci nie miał wstępu na teren posiadłości. To tyczyło się również Morgana, z czym się pierwotnie zgodził, jednak godziny, które jego ukochana poświęcała swojemu dziełu tworzyły między nimi dystans.
Rola czarodzieja polegała na sprowadzaniu tych kobiet oraz sprawowaniu nad nimi pieczy do momentu opuszczenia posiadłości. Nietrudno było znaleźć pokrzywdzone dziewczyny, jednak ciężko było wyzwolić je spod jarzma oprawców. Wielokrotnie kończyło się to mniejszym, bądź większym pojedynkiem chociaż wiele spraw udawało się po prostu załatwić podstępem. Zaczęły o nim krążyć pogłoski. Mówiono o mężczyźnie, który pojawia się z powiewem wiatru by wejść komuś z butami w związek. Nadano mu nazwę Wayfarera - Obieżyświata. Chociaż dla niektórych był tylko mitem, każdy czasami czuł jego obecność.
Z upływem czasu kochankowie oddalali się od siebie, mieli coraz mniej kontaktu, aż do dnia w którym Morgan niespodziewanie pojawił się pod Szwajcarską posiadłością. Chciał jej po prostu zrobić niespodziankę. Gdy zobaczył w środku mężczyznę wszystkie zmysły zostały postawione w stan gotowości. Zaraz wtargnąłby do środka pomijając wszystkie bariery ochronne, gdyby nie Claire, która pojawiła się w tym samym oknie wtulając się w niego z kilkoma pocałunkami. Nie mógł uwierzyć w to, co widział. Wiedział, że ostatnio nie było między nimi najlepiej, ale żeby go zastąpić? Wezbrała w nim lodowata furia wypełniając tęczówki lodowym błękitem.
- Morgan, nie mogłeś oczekiwać, że będzie na ciebie czekać w nieskończoność. - na wietrze pojawił się głos, który teraz już doskonale znał - Pojawił się w jej życiu kilka lat temu, stary znajomy. - głos ojca wybrzmiewał znikąd i zewsząd równocześnie.
- Od kiedy przejmujesz się życiem miłosnym śmiertelników? - odpowiedział mu kwaśno.
- Nie interesuję, ale jesteś moim jedynym synem, czasami interesuję się twoim życiem. - rozbrzmiał cichy śmiech przypominający bardziej świst - Czasami.
- Czy przynajmniej dobrze ją traktuje? - mruknął nie odrywając od niej oczu.
- To zależy, co przez to rozumiesz, ale możesz być pewien, że jest jej dobrze... - zachichotał.
- ABIGOR! - warknął obracając się w stronę lasu, lecz jak zawsze postaci swojego ojca nie zauważył.
Zza drzewa wyszedł za to inny mężczyzna, którego nie znał. Jednak jego ubiór od razu nakierował go na pewne ugrupowanie, które był pewien, że przestało już istnieć kilkaset lat temu. Krzyż teutoński wytatuowany na karku mówił sam za siebie. Te małe, wkurwione oczka miały ten sam wyraz, co innych księży, którzy zrobili mu to samo. Wysoki, krótko ścięty blondyn miał na twarzy ten zadufany w sobie uśmieszek świadczący o słudze kościoła.
- Jak mnie znaleźliście? - wysłał w jego stronę ostrzegawczy chłodny podmuch, który na chwilę zatrzymał go w miejscu.
- Wayfarer... Trzeba było się tak nie wychylać. Im częściej się teleportujesz tym łatwiej cię znaleźć. Kościół już dawno interesował się zniknięciami tych wszystkich kobiet. Dostawaliśmy wiele zgłoszeń o zaginięciach żon naszych oddanych wyznawców. Trochę to trwało, ale w końcu znaleźliśmy twój trop, później już z boską pomocą znaleźliśmy to miejsce. - uśmiechnął się i można by przysiąc, że właśnie sam Bóg wszechmogący klepie go po ramieniu.
- Byłem pewien, że dawno już was wybili.
- Było blisko, ale zakon przetrwał. Przez ostatnie kilkaset lat rekrutowaliśmy z mniej standardowych kanałów... - w oddali rozległo się wilcze wycie.
- Naprawdę rekrutujecie piekielne pomioty do boskiego legionu?
- Ogień trzeba czasami zwalczać ogniem... - uśmiechnął się przeraźliwie - Dla naszego zdrajcy sprowadziłem cały legion.
- Świetnie, mogę pozbyć się was raz na zawsze. - warknął Morgan teleportując się na pobliskie wzgórze.
- Będę potrzebować twojej pomocy Abigorze. - uniósł dłonie do góry zbierając swoją moc.
- Będziesz mi się musiał za to odpłacić.
- Naprawdę? Nie wystarczy ci rzeź boskiego legionu, nie w tym się demony lubują?
- Kiedy tak to ujmujesz... - zachichotał.
- Canaidh mi ainm Abigor ris. - przeraźliwie zimny wiatr zaczął się wzmagać po pierwszy słowach inkantacji - Gaoth a tuath, stoirm sneachda, cridhe deigh. Talamh còmhdaichte le anart geal. Buail le gaothan làidir. - niebo nagle pociemniało burzowymi chmurami. Spadły pierwsze pojedyncze płatki śniegu - Maelstorm. - burza nagle wezbrała na sile zamieniając się w prawdziwą burzę śnieżną.
Wszystko momentalnie zostało przykryte warstwą śniegu, a widoczność została ograniczona do minimum. Wiatr uderzał ze wszystkich stron, co skutecznie uniemożliwiało wilkołakom znalezienie położenia maga poprzez zmysł węchu. Byli teraz na jego terytorium. Przywołując swoje wierne ostrze przystąpił do działania. Ktoś mógłby pomyśleć, że on również będzie na przegranej pozycji przez minimalną widoczność. Jednak po jego stronie był demon wiatru szepczący mu do ucha o każdym kolejnym przeciwniku oraz jego lokalizacji. W kilka minut pozbawił większości głowy bądź serca. Pozostał tylko jeden, ich lider, który nie dał się tak łatwo zaskoczyć. Został raniony, ale czym jest nawet głęboka rana dla kilkuset letniego wilkołaka. Pomimo zamieci w bezpośrednim starciu na małym dystansie Morgan nie mógł mieć z nim szans. Szybko został złapany, przyciśnięty do ziemi i ugryziony w bark aż do piersi, co prawdopodobnie by go zabiło gdyby nie szybka aportacja dwóch srebrnych ostrzy wykutych właśnie na wypadek walki z tą rasą. Wbił oba ostrza w klatkę piersiową sięgając serca. Tylko to uratowało go przed całkowitym rozszarpaniem barku oraz klatki piersiowej. Wilkołak rozluźnił szczęki wyjąc z bólu, po czym zwalił się na niego martwy. Dysząc ciężko jedyne, co Morgan mógł zrobić to teleportować się do swojego dawnego mistrza, jedynej osoby, która uleczy go nie zadając żadnych pytań.
Od tamtego dnia nigdy nie zobaczył już Claire, chociaż ta doskonale wiedziała, kto walczył na progu jej posiadłości i niewątpliwie uratował wszystkie kobiety w środku.

Nepal - XIX/XX wiek

Po nieudanym związku oraz niestabilnej sytuacji na świecie związanej z pierwszą oraz drugą wojną światową, z którą nie chciał mieć nic wspólnego, zaszył się w Nepalskich górach powracając do korzeni. Zajął się doprowadzeniem swojego kowalskiego oraz jubilerskiego rzemiosła do perfekcji. Podróżował po całym świecie w poszukiwaniu nowych minerałów, materiałów. Jego podróże zaprowadziły go aż do spiralnego wymiaru, który jako jedyny miał niektóre potrzebne mu kruszce. W związku ze swoimi wizytami miał nawet krótki, kilkuletni epizod wykładania podstaw metalurgii oraz kowalstwa dla chętnych magów, jednak szybko zaprzestał tych praktyk, gdy inni magowie zaczęli nadużywać jego wiedzy do własnych celów. Od tamtej pory pojawiał się tam naprawdę sporadycznie, co tylko umocniło jego ksywkę obieżyświata wśród innych przedstawicieli dzieci Lilith. W tym okresie nie utrzymywał z nikim bliższych kontaktów, zazwyczaj nawet nie inicjował z nikim żadnej konwersacji. Pojawiał się i znikał.

XXI wiek

Morgan starał się nie mieszać w obraz mrocznej wojny. Był całkowicie bezstronny, jednak znalazł się na terenie Londyńskiego Instytutu podczas ataku. Chcąc, nie chcąc opowiedział się po stronie obrońców, pomagając rozgromić agresorów. To uświadomiło go tylko w tym, że kontakty innymi rasami w tamtych latach nie mogły mu wyjść na dobre, dlatego ponownie zaszył się na kilkadziesiąt lat w Nepalskich szczytach pracując nad bronią bądź biżuterią na zamówienie. Ze wszystkimi swoimi klientami spotykał się w różnych lokacjach rozsianych po całym świecie by nie dać się ponownie przez kogoś namierzyć. To właśnie od klientów dowiadywał się o sytuacji w świecie czarodziejów. W ostatnich latach zaczął częściej pojawiać się w życiu Spiralnego Wymiaru, jednak nadal trzyma się na uboczu. Bardziej obserwując zdarzenia, niż będąc ich uczestnikiem.

Ciekawostki

Ojciec: Abigor - Wendigo, Powiew Śmierci, Wicher Potępienia, Zamieć Rozpaczy… te i wiele innych imion przypisuje się Abigorowi, władcy mrozu i śnieżnych wichrów. Dawniej był on wiernym sługą Archanioła Uriela, zwanego Siewcą Wiatru. Kiedy został wygnany z Niebios, ukrył się w żywiole powietrza, wywołując pierwsze nawałnice i huragany. Po pewnym czasie mroczne serce Abigora zamarzło, stając się kompletnie nieczułe na nieszczęścia ludzi dotkniętych kataklizmami. Moc demona wzrosła i związała się na stałe z przenikliwym mrozem. Abigor jak wiele potężnych demonów potrafi dowolnie zmieniać swoją postać, jednak najczęściej pozostaje niewidzialnym podmuchem powietrza, bądź przybiera rozmyty kształt w wirującym śniegu.
- Najczęściej pojawia się znikąd, z powiewem wiatru.
- Nikt nie wie, gdzie tak naprawdę rezyduje.
- Znany jest ze swojego rzemiosła.
- Uchodzi za bardzo chłodnego oraz zdystansowanego.
- Nieznane są jego motywy oraz pasje, zdaje się być tylko biernym obserwatorem.
- Stroni od opowiadania się za jakąkolwiek ze stron.
- Mało kto zna jego prawdziwe imię, dla większości jest znany tylko jako Wayfarer - Obieżyświat.
- Ciężko go sprowokować.
- Najczęściej spotykany na terenie Europy oraz Azji.

Haru Shimizu

26 lat


181 cm


I’m scared to begin, because I can taste the bitter scent in my mouth If you close your eyes








Multikonta: Shizhi i gromada
Accepted
Drogi Użytkowniku!


Cieszymy się, że dołączyłeś do naszego forum, a Twoja Karta Postaci już została zaakceptowana! Przejdź teraz do zakładania koniecznych tematów. Zapoznaj się z Mechaniką Gry oraz Spisem umiejętności. Zachęcamy również do przejrzenia Mapy York! Poza taką mapą na forum znajdziesz również Mapę Świata z najważniejszymi lokalizacjami!

Shi
A source of purpose and of balance. Why does a dominant exist? To protect those beneath him.

Gość, zrób klik | Notatnik | Warsztat
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo