Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Sadzawka


Sadzawka była jednym z tych miejsc, które w najmniejszym stopniu przypominały widoki z rzeczywistego świata. Znajdowała się wewnątrz głębokiej, obszernej jaskini, do której wnętrza prowadziła wąziutka, kamienna ścieżka. Na samym środku wyrastało pojedyncze drzewo, którego gałęzie uginały się pod ciężkimi, soczystymi owocami nie z tego świata. Świetlik na sklepieniu jamy wpuszczał do środka jasne, ciepłe promienie słońca, które rozświetlało wielobarwne żyły kryształów w skalnych, gładkich ścianach. Woda sadzawki była krystalicznie czysta tak, że widać było dno, ale nie sposób było powiedzieć czy zbiornik jest płytki czy nieziemsko głęboki.
Przy drzewie znajdowały się ławeczki i skromna altanka, z wplecionymi kwiatami w kolumienki. Na samej sadzawce znajdowało się kilka obszernych kamieni, do których można było tylko dopłynąć. Suchą nogą można było przedostać się jedynie do drzewa na samym środku.

Info od MG:
1. Wszystkie wróżki w tym świecie funkcjonują z Wdziękiem klasy IV, którego nie sposób z siebie zdjąć. W przypadku krwi wróżki, ale nie bycia wróżką, również postać wydaje się bardziej "wdzięczna" operując na wdzięku II klasy.
2. Słońce nie pali wampirów, bez względu na posiadanie specjalnej umiejętności bądź nie.
3. Zmysły wilkołaków są trochę przytępione, nie czują tu one również "zewu agresji".

Oliver Moretta

560 (24)


160 cm


Never to suffer would never to have been blessed.







[Cytuj]
Multikonta: Oktober
Postawił swoje pierwsze kroki w magicznej krainie, wciąż zachowując się mechanicznie. Lgnął jak ćma do światła, ciesząc się jak dziecko. Panicznie nie chciał, by przyjemne uczucie słońca na twarzy skończyło się w najbliższej przyszłości. Przecież jeszcze nie zdążył się nacieszyć tym nowym, cudownym zjawiskiem, którego odmawiano mu przez ostatnie pół tysiąclecia.
Z kompletnie wyłączonym mózgiem, skierował się na kamienną ścieżkę. Rozglądał się ciekawie na różne strony, wychwytując grę kolorów na skałach. Może ktoś go zabił i jednak poszedł do nieba? Nie, jego droga prowadziła do piekła. Poza tym chyba pamiętałby moment śmierci? Nigdy się nad tym nie zastanawiał dogłębnie. Wszystko wyglądało jednak na realne. Namacalne. Żywe. Jak jeden z tych bardzo wyraźnych snów. Tylko kiedy się obudzi?
Ubrany był w wyciągnięty bladoniebieski sweter, ciasne, czarne spodnie i równie ciemne trampki. Przy zabawnie niskim wzroście mógł wyglądać z daleka jak, co najwyżej, jedenastoletnie dziecko. Nie miał przy sobie nawet broni, chociaż jeszcze przed przejściem do Wróżkowa trochę tego pożałował. Mógł się obronić w walce wręcz, był dobrym wojownikiem, ale jeśli przeciwnik będzie uzbrojony, nie miał większych szans. Z drugiej strony nie wiedział, jak zielona rasa zareagowałaby na to, że ktoś do ich domu wparował ze sztyletem.
Oczarowany doszedł do centrum miejsca, gdzie promienie słoneczne się kumulowały. Rozejrzał się wokół siebie, jakby upewniając się, że nikogo w pobliżu nie ma, a następnie położył się na ławce tak, by jak najwięcej słońca padło na jego twarz. Zamknął oczy. Chciał sobie po prostu trwać, przeciągając tę chwilę jak najdłużej. Chłonął słońce każdą komórką ciała.
You know you're in love when you can't fall asleep because reality is finally better than your dreams.

Melisandre Travis

18


"Mówi się trudno i płynie się dalej"






[Cytuj]
Multikonta: Rebekah, Tequilla
No i depnęła, jak depnęła tak stanęła w miejscu, które zapierało dech w piersi. Otoczenie było takie piękne, że nie wiedziała co powiedzieć ale co piękniejsze i tutaj nie czuła nic co by świadczyło, że słońce ją poparzy. Czuła się tak jak niespełna miesiąc temu, gdy mogła spokojnie stąpać za dnia. Uśmiechnęła się wesoło i zaśmiała. Szczerze i prawdziwie. Poczuła się szczęśliwa i zafascynowana obserwowała to co było dane jej zobaczyć. Piękna sadzawka, na środku której, znajdowało się drzewo. Piękne drzewo. Dookoła woda, kamienie, ławki, altanka. To wszystko było tak piękne i bajeczne. Cicho westchnęła i zrobiła kilka kroków więcej.
- Szkoda, że nie możecie tego zobaczyć...
Westchnęła cicho i podeszła w stronę altanki w której wplecione były kwiaty. Dotknęła opuszkami palców płatków i uśmiechnęła się lekko. Dopiero wówczas dostrzegła, że ktoś leży na ławce. Zrobiła kilka kroków pojawiając się tuż obok. Widziała go w Bastionie i musiała przyznać, że zaciekawiło ją kim był. Ale nie chciała teraz tego rozgrzebywać, nie chciała za bardzo się przywiązywać. Jednak byli tutaj razem i wypadało się przywitać.
- Piękne to uczucie prawda? Móc znów czuć słońce na własnej skórze i mieć świadomość, że nic Ci nie zrobi...
Powiedziała tęsknie i cicho westchnęła.

Jean-Philippe Moreau

504


197 cm


There are in fact two things, science and opinion; the former begets knowledge, the latter ignorance







[Cytuj]
Multikonta: Amaia
-> z letniej polany

Chłód kamieni spowodował, że lekki dreszcz przebiegł po jego plecach, mimo że tak naprawdę nie rejestrował zimna. Stał przez chwilę na wąskiej ścieżce, lustrując wzrokiem otaczający go świat. Prześlizgiwał się spojrzeniem po lśniących żyłach minerałów w ścianach, przyglądał się krystalicznej wodzie, która marszczyła się przy najdelikatniejszym ruchu powietrza. Wreszcie, wbił rozmarzony wzrok w świetlik w sklepieniu i niewiele myśląc, ruszył w stronę wysepki na środku tanecznym krokiem, przeskakując chłodne, śliskie kamienie, wciąż boso i swawolnie. Nieodpowiedzialnie wręcz. Gdzieś w połowie drogi, niby dziecko, zaczął balansować na granicy ścieżki, rozkładając ręce na boki, mimo że tego zupełnie nie potrzebował. Śmiał się do świata, rozmarzony. Uspokoił się trochę dopiero, gdy sylwetki zamajaczyły mu pod rozłożystym drzewem. Uśmiechnął się szeroko, wsuwając dłonie w kieszenie i ruszył pewnym krokiem w ich stronę.
Kiedy trawa na wyspie znowu łaskotała jego stopy, zachichotał cicho, pogodnie, co zdecydowanie zdradziło jego obecność.
-Lwiątko - posłał Melisandre radosny uśmiech, puszczając jej przy tym oko, po czym przeniósł wzrok na wampira. Uniósł brew w niemym zdziwieniu - nie spodziewałbym się po tobie takiej beztroski i rozluźnienia, mój drogi - mruknął cicho, nisko, zaczepnie, stając niedaleko ławki Moretty, ale w takim sposób by nie odebrać mu światła i nie przysłaniać go swoim olbrzymim cieniem. Oparł się o rozłożyste drzewo, przyglądając się z fascynacją owocom. Ten świat był zupełnie magiczny i dotarło do niego coś, czego nie czuł od setek lat.
Za żadne skarby nie chciał go opuszczać.
Lydia Lorenz
[Usunięty]
Lydia Lorenz
[Usunięty]
[Cytuj]
Z pewnością niewiele osób spodziewało się ujrzeć Lydię na imprezie u wróżek, bo jak wszystkim dobrze wiadomo, wampirzyca raczej nie gustowała w tego typu wydarzeniach i zdecydowanie nie należała do najbardziej towarzyskich osób. Jej charakter i ślepe zapatrzenie w samą siebie były raczej odpychające i utrudniały zdobywanie nowych znajomości, choć to właściwie Lydii nie przeszkadzało. Co więc tutaj robiła? Och, przyszła z czystej ciekawości! Chciała zobaczyć na własne oczy, czy coś tu się będzie działo, a jeśli tak, to co - jeśli natomiast uzna, że nie ma tu niczego ciekawego i dalsze siedzenie tutaj jest bez sensu, miała zamiar wrócić do siebie i zająć się ważniejszymi sprawami.
Słońce... szczerze mówiąc miała mieszane uczucia. Przyzwyczaiła się już dawno do życia w ciemności, obecna sytuacja wydawała jej się dziwna, wręcz nienaturalna, jednak mimo wszystko było coś niezwykłego w tym, że ponownie może poczuć na skórze promienie słońca. Wyjęła z torebki okulary przeciwsłoneczne - normalnie nosiła je, żeby choć trochę zamaskować twarz, teraz jednak przydały jej się do osłonienia oczu przed nadmiarem słońca. Nie przywykła do naturalnego, słonecznego światła, dlatego po dłuższej chwili zwyczajnie zaczynały męczyć jej się oczy.
- No proszę, jakie doborowe towarzystwo - mruknęła z nutą rozbawienia w głosie na widok Olka, Żą i Melki. Cała trójka wyraźnie podchodziła do przebywania na słońcu dużo bardziej entuzjastycznie niż ona, jednak Lyds doskonale zdawała sobie sprawę, że bardzo często odstawała od większości.
 

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Teren był istną bajkową sielanką. Łagodny wiatr przynosił zapach słodyczy owoców z drzewa, zachęcając wręcz do ich spróbowania. Sama woda w sadzawce była natomiast krystalicznie czysta, pokazująca piaszczyste dno, choć z tego powodu nie sposób było ustalić, czy głębokość wynosi metr czy o wiele więcej - z pływaniem polecamy więc zdecydowanie uważać. W miejscu natomiast zebrała się grupka wampirów... Powiedzcie, nie czuliście strachu, że zacznie Was nagle palić? I czyż to na ręku nie pojawił się nagle błękitny płomyczek, który powinien parzyć? A może to tylko iluzja lub paranoja Dzieci Nocy przyzwyczajonych do mroku?
Gdzieś z oddali słychać było całkiem przyjemną melodię, jednak była trochę przytłumiona, jakby wydobywała się spod wody. Nikogo jednak z Wami nie było, byliście tylko Wy, drzewo oraz może jakieś zabłąkane ptaszki. Ach no i dwie rybki Koi, które zaczęły ścigać się przy brzegu.

______________
Ponieważ nadal jest to event, w dodatku z 5 osobami w temacie, MG ustala klasyczny czas na jedną turę 48h na odpis od wszystkich w temacie.

1 brak odpisu bez uzasadnienia - pominięcie bez konsekwencji

2 braki odpisu bez uzasadnienia - niewielka kara dla postaci, ucięcie szekli za event

3 braki odpisu bez uzasadnienia - out z eventu bez możliwości powrotu + kara dla postaci

Aktualnie nie wyciągam w tej turze konsekwencji za brak odpisu, Alex po prostu traci turę.

Zastrzegam sobie również, że MG nie w każdej turze będzie ingerował w wydarzenia - po każdych 48h jednak pojawi się post zamykający turę, by szło to sprawnie, a nie trwało pół roku.

W razie pytań, wątpliwości, niejasności - zapraszam na dc White Wolf#6743

Oliver Moretta

560 (24)


160 cm


Never to suffer would never to have been blessed.







[Cytuj]
Multikonta: Oktober
A mogło być tak pięknie. Mógł sobie leżeć w samotności, chłonąc słońce, bez akompaniamentu bzyczących much, tudzież pijawek. Niestety żyjąc tak długo, przyzwyczaił się już do tego, że nic nigdy nie pójdzie w stu procentach po jego myśli. Dostatecznym wynagrodzeniem okazały się ciepłe promienie, okalające jego buzie i resztę ciała. - Melisandre Travis - odezwał się, gdy pierwszy owad podleciał do jego sanktuarium i, o zgrozo, podjął próbę konwersacji. - 20 lat, jeszcze pisklę, posiadające umiejętność poruszania się po słońcu. - Otworzył oczy i skierował wzrok na dziewczynę. Może i był w bastionie niedługo, ale odrobił swoją pracę domową. Trzeba było mieć świadomość, kogo unikać, prawda? - Tobie przecież wielka ognista kula nie robi krzywdy, więc nie do końca rozumiem twój punkt, love. - Pewnie coś jeszcze by dodał, swoim znudzonym, apatycznym głosem, jednak na horyzoncie pojawił się Jean. W garniturze. Na boso. Aż mimowolnie zerknął na swoje trampki i wzdrygnął się. Nie, on raczej nie byłby skłonny hasać jak wróżka po kamieniach, aż tak łącząc się z naturą. - Mógłbym śmieć podejrzewać, że mnie śledzisz - rzucił odczepnie, doceniając w duchu, że wampir nie stanął centralnie nad nim, dla zabawy zasłaniając mu słońce. On rozumiał, z jakim fenomenem się właśnie mierzyli, był w końcu prawie tak stary, co on. Chociaż Oliver miał świadomość, że to, co robi, jest zakazane. Nie powinien mieć możliwości znów przeżywać tego cudu świata. To zostało mu zabrane na wieki, w ramach karmy, za chodzenie po świecie i oszukiwanie śmierci. - Kto się tu na mnie rzuci niby? Ty? - zaśmiał się cicho, a gdy kątem oka zobaczył trzecią sylwetkę na horyzoncie, zdecydował podnieść swój szanowny kuper do siadu. Jeszcze chwila, a zacząłby szukać ukrytej kamery. - Nikt mnie nie powiadomił, że robimy jakiś wampirzy konwent. - Oparł się o oparcie ławki i usiadł po turecku. Oczywiście uważał przy tym, by nie uciekać od przyjemnego ciepła. W pewnym momencie jednak, z całkiem rozluźnionego pijafka, stał się na powrót spiętą wersją siebie. - Coś jest nie tak - powiedział, rozglądając się, próbował zdefiniować kierunek, z którego dobiegał dźwięk - Słyszycie? - spytał głucho. We wróżkolandii może i nie było to nic dziwnego, jednak w jego słowniku mogło równie dobrze oznaczać kłopoty.
You know you're in love when you can't fall asleep because reality is finally better than your dreams.

Melisandre Travis

18


"Mówi się trudno i płynie się dalej"






[Cytuj]
Multikonta: Rebekah, Tequilla
Błogi spokój i cisza jedynie przerywana przez...właśnie, niespodziewany widok Jean'a, który jako jedyny potrafił podejść do niej w sposób naturalny, pomówić z nią od tak, zająć jej czas. Miłe wspomnienia a jednak, gdzieś tam wiedziała że powinna była stronić od niego. Mimo to jego podejście i zachowanie dość...luźne nie tak sztywne i monotonne sprawiło, że Melka powoli zaczynała przyswajać jego obecność w bastionie tak jak zaczęła akceptować to kim się stała. Chociaż do pełnej akceptacji było jej daleko.
- Mentorze.
Uśmiechnęła się promiennie od ucha do ucha na jego widok. Niespodziewanie dotarły do niej słowa nieznanego jej wampira. Uniosła brew odwracając się w jego stronę. Kim był? Jakoś nie bardzo go kojarzyła a ostatnie dnie spędzając w swojej komnacie nie do końca powodowała możliwość spotkania innych mieszkańców.
- Nie znam Cię, ale widzę że Ty znasz mnie bardzo dobrze. I nie tylko mnie.
Odezwała się widząc, że zaraz zwrócił się do przybyłego Jean'a.
- Może i tak, może i nie jednak dzisiaj wszyscy mogą poczuć tą piękną ogromną żarzącą się ciepłem i blaskiem kulę.
Odparła spokojnie i wówczas dostrzegła Lydię uśmiechnęła się wesoło na jej widok i podeszła się przywitać.
- Lydia. Miło Cię widzięc.
Przywitała się i uśmiechnęła od ucha do ucha gdy nagle dotarły do jej uszu dźwięki melodii uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową na słowa Oliviera.
- Nie przesadzajmy, to tylko melodia.
Odparła spokojnie nasłuchując uważnie. Wyostrzyła swoje wampirze zmysły i dosłyszała nie tylko melodię, która dochodziła spod jakby wody? Ale też i szum jaki oddawały rybki, które się goniły, jak i sam szum wody.
- To natura. Wsłuchaj się bardziej a usłyszysz nie tylko melodię.

Jean-Philippe Moreau

504


197 cm


There are in fact two things, science and opinion; the former begets knowledge, the latter ignorance







[Cytuj]
Multikonta: Amaia
Gdy zobaczył Lydię, odbił się od drzewa, po czym ukłonił się przed nią dworsko, nieco błazeńsko, do bólu przesadnie.
-A ty, moja droga jeszcze je uświetniasz - podniósł na nią roziskrzony wzrok, po czym przeniósł leniwie spojrzenie na Olivera. Przyglądał się przez chwilę chłopakowi z dość nieodgadnionym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się delikatnie, drapieżnie, nachylając się nieznacznie nad nim - gdybym cię śledził, zadbałbym o to, żebyś dowiedział się dopiero gdy bylibyśmy sami - wymruczał na granicy słyszalności, po czym, jak gdyby nigdy nic wyprostował się jak struna - a rzucać się na ciebie nie muszę. Ten kawałek mamy już przecież za sobą, mój drogi - odparł już normalnie, głośno, jowialnie - chyba, że masz dla mnie jakieś nowe sztuczki...love - przechylił zaczepnie głowę, naśladując jego sposób wypowiedzi.
Gdy Melisandre się do niego zwróciła, uniósł nieznacznie brew, bezgłośnie wypowiadając "mentor", po czym, niejako triumfalnie znowu zerknął na Morettę. To nie było tak, że potrzebował cokolwiek udowodnić wampirowi, ale czy taki tytuł aby czasem nie był bardzo poważny? Przybrał stosunkowo poważny (jak na siebie) wyraz twarzy, znowu zwracając się w stronę słońca. Nie marzył o słońcu, przynajmniej nie tak jak niektórzy nieumarli. Fascynowało go i dawało radość, ale niejako przyzwyczaił się do wiecznej ciemności, wliczając ją w koszty przejazdu. Z drugiej strony, był ciekaw co takiego było w powietrzu tej krainy, że słońce tutaj nie robiło na nim wrażenia. Jeszcze raz przelotnie spojrzał na swoje dłonie, jakby w każdej chwili spodziewał się samozapłonu.
A Oliver musiał wyrwać go z zadumy, przerywając tę sielankę. Wytężył wzrok, starając się znaleźć źródło dźwięku - wątpię, żeby wróżki spędziły nas tu, żeby zabiła nas melodyjka. Nie dość, że byłoby to wyjątkowe faux pas, to jeszcze takie świństwo nawet im nie wypada - parsknął cicho. Faktycznie, nie spodziewał się raczej zagrożenia, zresztą, była ich tu czwórka.
Nawet pijani słońcem stanowili poważnych przeciwników.

Alexander Lynn

22


183 cm


I wtedy pomyślałem, "W sumie czemu nie?"







[Cytuj]
Multikonta: Ghillie Dhu
Gdy wszedł na polanę, zaparło mu dech w piersi. Było przepięknie i barwnie, a przede wszystkim bardzo nie-miejsko. Dawno nie miał przyjemności oglądać czegoś aż tak nietutejszego i przez długą chwilę po prostu obserwował kolejne żyłki, altanę, sadzawkę. Nawet słoneczne promienie, na których widok, ku własnemu zaskoczeniu, tym razem zrobiło mu się tylko odrobinę smutno. W tym wypadku po prostu dodawały się jak kolejny element obrazka, nie wzbudzały aż tak silnego poczucia żalu jak zwykle.
Dopiero po chwili spojrzał faktycznie po osobach zgromadzonych i uśmiechnął się odrobinę pod nosem. Same wampiry, każdego z nich kojarzył z Bastionu. Nie ma to jak w domu, pomyślał, skoro najwidoczniej nie groziła mu żadna większa niż normalnie integracja. Może co najwyżej porozmawia z nimi więcej, bo z częścią tu obecnych miał wrażenie, że nie wymienił ani słowa. A może wymienił, ale już wyleciało mu z głowy?
Dopiero jednak po chwili połączył fakty. Nie tylko na Melkę padało światło słońca, na pozostałych także. A to znaczyło, że albo wszyscy potrafili poruszać się w słońcu (co wydawało mu się wybitnie nieprawdopodobne), albo…
Podszedł bliżej światła, śląc krótkie „Hej” Melisandre i skinienie głowy Jeanowi, ale niespecjalnie czekając na ich odpowiedź bardzo ostrożnie, pewnie dla otoczenia trochę śmiesznie wysuwając dłoń w stronę blasku. Dopiero gdy nie poczuł paskudnego parzenia słońca, śmielej wysunął najpierw całą rękę, a następnie cały wyszedł na blask słońca. Przygryzł wargę, a jego oczy się zaszkliły, ku jego niezadowoleniu. Zdecydowanie musiał wyglądać śmiesznie, więc po prostu wytarł szybko łzę.
Ale tu pięknie – wydusił z siebie, szalenie infantylnie.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Aż dziwne, moi drodzy, że na tej pięknej polance znaleźliście się sami. Tylko Wy, woda, drzewo i ryby. No i ta melodia. Olku, paranoiku. Melodia wcale nie była jakaś zła, ot zwyczajne nutki, jakby ktoś po prostu śpiewał pod wodą. Jednak kiedy tak nieufnie szukałeś kierunku, ten nagle zaczął dochodzić zza Ciebie, stając się delikatnym i łagodnym. Mogłeś też poczuć dotyk dłoni na ramionach - ale niczego tam nie było, gdybyś zechciał spojrzeć. Powoli zaczęły masować Twoje ramiona i kark, odsuwając niepokój, a słodkie słówka szeptane do ucha przez ten sam śpiewny głos usuwały strach i traumę, zachęcając do poddania się widmowym dłoniom, tak sprawnym i delikatnym. Zapomnij o strachu, przestań się obawiać, wszak tutaj nic Ci nie grozi, słodki i czuły głos o to zadba. Ty, Żą, mogłeś usłyszeć jedynie, że pieśń okrążyła Olka, jednak nie sposób było ustalić źródło melodii. Zwłaszcza, że teraz pieśń dobiegała z tyłu, z przodu, z boków, z góry i spod wody. Przez chwilę mignęła Ci tylko twarz pani wielkiej urody, ale rozpłynęła się tak szybko, że nie zarejestrowałeś szczegółów, a samo wrażenie. Za to skoro aż tak szukałeś samozapłonu, na Twej dłoni pojawił się błękitny płomyczek, troszkę zapiekł, lecz nie zostawił żadnych ran. Zaczął także wędrować po Tobie, skakać po rękach, jakby chciał się bawić. Jednocześnie też Alex, wystawiając twarz ku słońcu, przyciągnął do siebie płomienie. Jeden taki pojawił się na Twojej twarzy, osuszając twarz i przyjemnie grzejąc. Kilka innych pojawiło się na rękach, ramionach i włosach, otaczając Cię, czasem odrobinkę szczypiąc, jednak bez krzywdy, a bardziej w wyrazie zabawy. Miałeś jednak pełne prawo uznać, że przez słońce zacząłeś się palić, co więc z tym zrobisz? Melka, Ty skupiłaś się na wodzie i rybkach. Owszem, dwie rybki dokazywały w stawie, chlapiąc radośnie wodą. I czyż nagle nie poczułaś kropel chłodnej, przyjemnie orzeźwiającej wody, która aż zachęcała, by zanurzyć się w niej i dołączyć do radośnie pluskających rybek. Wypisz wymaluj piękny, letni dzień, idealny, by ochłodzić się od przygrzewającego słoneczka, które być może niedługo zacznie swym ciepłem doskwierać.

______________
Ponieważ nadal jest to event, w dodatku z 5 osobami w temacie, MG ustala klasyczny czas na jedną turę 48h na odpis od wszystkich w temacie.

1 brak odpisu bez uzasadnienia - pominięcie bez konsekwencji

2 braki odpisu bez uzasadnienia - niewielka kara dla postaci, ucięcie szekli za event

3 braki odpisu bez uzasadnienia - out z eventu bez możliwości powrotu + kara dla postaci

Lydia - pierwsze pominięcie

Zastrzegam sobie również, że MG nie w każdej turze będzie ingerował w wydarzenia - po każdych 48h jednak pojawi się post zamykający turę, by szło to sprawnie, a nie trwało pół roku.

W razie pytań, wątpliwości, niejasności - zapraszam na dc White Wolf#6743

Oliver Moretta

560 (24)


160 cm


Never to suffer would never to have been blessed.







[Cytuj]
Multikonta: Oktober
Chyba słońce uderzyło mi do głowy. To właśnie sobie pomyślał, gdy usłyszał z ust Melisandre pewne słowo skierowane do Jean. Uniósł brew ku górze, spoglądając na mężczyznę. - M-mentorze? - wydusił z siebie, ze wszelkich sił, starając się powstrzymać śmiech. - Znam każdego, kogo muszę znać - odparł już poważniej w stronę kobiety, czy może raczej dziewczyny. Czy wampirzyce dorastały do miana kobiet dłużej? Ciekawa rozkmina, jednak zdecydowanie na inny dzień. - Naprawdę uważasz, że nie zauważyłbym blisko dwumetrowego wampira? Nawet jakbyś użył zmiennokształtności, wyczułbym cię na kilometr. Przeceniasz swoje możliwości mój drogi - mówił spokojnie, wciąż oparty o ławkę, nasłuchując melodii, która z każdą minutą denerwowała go coraz bardziej. Nie rozumiał, dlaczego inni nie widzieli tego, jako zagrożenie. Może przez to wszystko prawie nie zauważył obecności kolejnego wampira w ich skromnym gronie. On już nie był aż tak interesujący jak Melisandre. Nie umiał chodzić po słońcu. Jakby na to nie spojrzeć, w innych okolicznościach pewnie też by go zignorował. Skoro nic od niego nie chce, to po co miałby wysilać struny głosowe?
Nagle jego czuły słuch wychwycił pewną zmianę. Melodia zbliżała się do niego, była zdecydowanie, choć niedużo, głośniejsza. Teraz dobiegała zza niego, więc w pierwszym instynkcie chciał się odwrócić, by sprawdzić kto lub co jest jej źródłem. Mięśnie spięły się mimowolnie, żeby to zrobić, jednak nie zdążył. Poczuł za to dotyk na ramionach, od którego się wzdrygnął. - Coś jest mocno nie tak - powiedział znów, słowa zostały skierowane do wszystkich. Po rzuceniu ich zajrzał sobie przez ramię. Pusto. Co tu się do cholery działo? Uczucie dotyku nie zniknęło, jednak złapał się na tym, że mu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, pod jego wpływem zaczął się widocznie rozluźniać. Tak, nic im tutaj nie groziło. Przecież mają słońce, pogoda jest piękna, powinien się ogarnąć i przestać psuć zabawę innym. Trauma? We don’t know her. - Macie rację - zaczął mówić z lekkim uśmiechem. - Wszystko jest w porządku. Nic nas nie zaatakuje. - Rozejrzał się jeszcze po pozostałych, zastanawiając się, czy oni czują to samo co on.
You know you're in love when you can't fall asleep because reality is finally better than your dreams.

Jean-Philippe Moreau

504


197 cm


There are in fact two things, science and opinion; the former begets knowledge, the latter ignorance







[Cytuj]
Multikonta: Amaia
Pomachał radośnie do Alexa, widząc zbliżającą się sylwetkę. Przecież nie był gburem, jak niektórzy. Spojrzał na Olivera z oburzeniem.
-Owszem, m e n t o r z e. Mówiłem ci, że zajmuję się edukacją młodych - żachnął się, wywracając oczami. Po prawdzie, sam się zdziwił, gdy usłyszał taki tytuł pod swoim adresem ale tym z nikim zdecydowanie nie zamierzał się dzielić - jak zwykle mnie nie doceniasz, promyczku - rzucił kąśliwie, chociaż bez wyraźnej urazy. Można powiedzieć, że przyzwyczajał się do tego, że Azjata czuł się od niego lepszy. Sam Moreau lubił wierzyć, że należało się po nim spodziewać niespodziewanego - wszak nie wyglądał na kogoś, kto faktycznie mógłby w jakikolwiek sposób zagrozić małemu zabójcy. Ale kto wie, ten wie!
I tam gdzie Oliver zaczął się uspokajać, tam Moreau robił się bardziej niespokojny. Najpierw cofnął się o krok, gdy melodia nasiliła się, dobiegając ze wszystkich stron, a zaraz później gdy poczuł płomyczek na skórze. Starał się go strząsnąć z cichym syknięciem - nawet jeśli ognikowi było do śmiechu, to Jeanowi zdecydowanie nie. W żadnej sytuacji nie zamierzał stawać w ogniu. Jakby w odpowiedzi, wycofał się trochę w cień rozłożystego drzewa, które przynajmniej trochę mogłoby go chronić przed psotnym ognikiem.
- Coś tu zdecydowanie jest nie tak - powtórzył za Morettą, gdy ten się wyraźnie rozluźnił - tu jest jakaś przeklęta wróżka - wskazał dłonią w kierunku twarzy, która rozmyła się w powietrzu. Zmysły nie mogły płatać mu figli, zwłaszcza gdy czuł płomyki na skórze. Zmrużył lekko oczy.
-Pokaż się, ptaszyno - zaintonował śpiewnie, a mięśnie zagrały pod jego skórą. Wiele rzeczy mógł znieść i zrozumieć, ale rozluźniający się i uśmiechnięty Oliver zdecydowanie do nich nie należał.
To była pułapka.

Alexander Lynn

22


183 cm


I wtedy pomyślałem, "W sumie czemu nie?"







[Cytuj]
Multikonta: Ghillie Dhu
Kiedy tylko Alex poczuł iskierkę ukłucia, natychmiast odsunął się od słońca w nagłej panice i wziął głęboki oddech (kiedy on się ich w końcu oduczy?). Jego wargi zadrżały, a głowa znów natychmiast wypełniła myślami. Naprawdę tylko on tutaj nie mógł stać w świetle słonecznym? Po chwili jednak zauważył, że po ręce Jeana także wędruje nieśmiało płomyk – tak, wędruje, ale go nie pali. Cmoknął. Naprawdę miał ochotę na słońce.
Usłyszał, o czym mówią mężczyźni i dopiero wtedy odważył się na chwilę dłużej znów wyciągnąć dłoń do światła. Owszem, szczypanie było, ale nic więcej. Odetchnął głęboko, z ulgą, choć teraz to samo słońce jakoś nie sprawiało mu aż tyle przyjemności. Nadal jednak stał w jego blasku. W końcu za długo go nie widział, żeby teraz go nie podoceniać, a nie żył przecież na tyle długo, żeby całkiem o nim zapomnieć.
No, byłoby też dużo ładniej i milej, gdyby nie fakt, że Jean i Moretta ewidentnie byli jakoś poruszeni i zaniepokojeni, co w pewien sposób przekładało się też na Alexa – był w końcu dużo mniej doświadczony, więc ich podenerwowanie na nim się potęgował. Przełknął ślinę i wypatrywał wróżki czy czegokolwiek innego uważnie, z tą iskrą nadziei, że coś tylko z nimi pogrywa, a nie jest realnym niebezpieczeństwem. W końcu nawet mimo bycia wampirem byłby raczej zawadą niż jakąkolwiek pomocą w walce.

Mistrz Gry

666 lat



"I heard a sound, and did not know what it was. I sought wisdom in the chalice, but there was none.

[Cytuj]
Olku, Twoja melodia była delikatne i ciepła, dodająca otuchy i rozluźniająca, przede wszystkim jednak pozwoliła Ci w pełni cieszyć się dotykiem delikatnego, aczkolwiek bardzo sprawnego masażu. Teraz i Tobie pokazała się twarz, jednak na dłużej i o dziwo była całkiem znajoma. Jednak... Twarz przedstawiała mężczyznę, o czarnych włosach, Azjatę... Z dwojgiem czarnych kocich uszu wyrastających z głowy. Znajoma twarz? Zapewne bardzo, choć nie do końca. Po chwili jednak rozpłynęła się, zostawiając Ci radość i przede wszystkim brak traum i nieprzyjemnych myśli. Melodia dalej rozbrzmiewała, ale już ciszej, nie tak blisko, choć nadal utrzymywała swoje działanie. Przemieściła się jednak do Jeana, okrążając sylwetkę wampira. I czyżbyś usłyszał jakieś oburzone fuknięcie? Chwilę później na Twoją głowę upadł owoc z drzewa, jakby w wyrazie oburzenia istotki, która się tu znajdowała. Obrażony płomyczek również się wyniósł i poszedł szukać aprobaty u Melisandre, lądując jej na ramieniu. Za to otaczająca Żą melodia stała się trochę złośliwa i wiatr popchnął Cię trochę w stronę wody, lecz jeszcze nie tak mocno, abyś stracił równowagę. Płomyczkom za to bardzo spodobało się zachowanie Alexa. Zgromadziły się na Twojej ręce, nadal odrobinę szczypiąc, ale nie boleśnie. Zaczęły również gonić po całej Twojej ręce, jakby były żywymi istotami, uradowanymi z zabawy. Jeden nawet wpakował Ci się na nos, grzejąc połowę Twojej twarzy. Wniosek był więc prosty, cokolwiek tu było, nie miało złych zamiarów. W pewnym momencie jednak pojawiło się lustro, obok Lydii. Istota we wnętrzu coś powiedziała do wampirzycy, po czym grzecznie wyciągnęła dłoń do kobiety. Kiedy Lydia uchwyciła wyciągnięte ramię, przeszła przez lustro. Wtedy też przedmiot zniknął tak samo tajemniczo, jak się pojawił.
______________
Ponieważ nadal jest to event, w dodatku z 5 osobami w temacie, MG ustala klasyczny czas na jedną turę 48h na odpis od wszystkich w temacie.

1 brak odpisu bez uzasadnienia - pominięcie bez konsekwencji

2 braki odpisu bez uzasadnienia - niewielka kara dla postaci, ucięcie szekli za event

3 braki odpisu bez uzasadnienia - out z eventu bez możliwości powrotu + kara dla postaci

Lydia - na życzenie gracza postać opuszcza event bez konsekwencji
Mel - pierwsze pominięcie

Zastrzegam sobie również, że MG nie w każdej turze będzie ingerował w wydarzenia - po każdych 48h jednak pojawi się post zamykający turę, by szło to sprawnie, a nie trwało pół roku.

W razie pytań, wątpliwości, niejasności - zapraszam na dc White Wolf#6743
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo