Ishmael Thibaud

307


183 cm


nic dwa razy






Multikonta: -
Ishmael Thibaud
Metryczka


Imię: Jihwan • Ishmael
Nazwisko: Kang • Thibaud

Data urodzenia: 21.07.1713 r.
Miejsce urodzenia: dzisiejsza Korea Południowa

Wiek: 307 lat
Wzrost: 1,83 m
Waga: 77 kg

Rasa: wampir

Wizerunek: Lee Dongwook

Charakter

Na pierwszy rzut oka rozpoznać można w nim pewną ponadczasową elegancję, typową chyba dla osobistości długowiecznych, oraz kwaśną nutę nonszalancji, którą w ujmujący sposób łagodzi słodyczą ciepłego spojrzenia. W ciemni jego źrenic uprzejma jowialność miesza się z pewnością siebie zakrawającą nieraz o drażniącą zuchwałość; ich wyzywająca nieomal stanowczość rozbija się zarazem o pokorną ogładę manier i dobroduszność niewinnego uśmiechu. Ma zwyczaj obserwować otoczenie z czujnym, acz powściąganym zainteresowaniem, z uwagą udzielaną jakby z szorstkiej, wyrachowanej grzeczności, choć z uśmiechem, w którego szczerość nie sposób wątpić. Na ogół spokojny sprawia nieraz wrażenie czerpiącego jakąś przyjemność z błogiej opieszałości i oszczędności działań, tymczasem bodziec – nieraz dla innych podprogowy – lub nieprzyjemna mu drzazga nudy wystarczy, by ożywił się nagle bez wyraźnego powodu, a nieraz z tą ambicją tylko, by zrobić coś, co przełamałoby ten letargiczny bezczyn, choćby miał to okupić najgorszą niestosownością. Wynosząc rozsądek ponad wszystko, zdradza go ostentacyjnie, z niefrasobliwą beztroską, z uśmiechem na ustach, niczym sam Brutus występując przeciw własnej roztropności, jeśli tylko właściwie go podjudzić obietnicą dobrej zabawy czy poszczuć stagnacją. Snuje dokładnie wykalkulowane plany, by zniweczyć ich przebieg impulsywną zmianą zdania, w odruchu adaptacji do zmieniających się okoliczności bądź z najbłahszego kaprysu niespokojnej duszy. Wychowany w wierze chrześcijańskiej dekalog potrafiłby wyrecytować w oryginale bez zająknięcia, podczas gdy z dziesięciu przykazań nie złamał co najwyżej jednego, a część pogwałca nagminnie na porządku dziennym. Za możliwość wejścia do Domu Bożego gotów byłby usypać przed jego wrotami stos krwawych ofiar, po to tylko by położyć się później krzyżem przed ołtarzem i żałować za własne grzechy. Nie lubi niespodzianek i kręci nosem na powszednią przewidywalność; szanuje dar wolnej woli przez pięć dni tygodnia, w weekendy natomiast dla sportu zabawia się naginaniem jej pod własne widzimisię nęcącą manipulacją; ceni sobie niezależność, brak zobowiązań i znajomy smak samotności, nie potrafi jednakże funkcjonować bez czyjejś obecności – choćby obrzydliwie pustej; twierdzi, że potrzebuje świętego spokoju, gdy w istocie nie może ani usiedzieć na miejscu, ani znieść dzwoniącego w uszach milczenia; czasem ulega losowym prowokacjom ze stoickim, chłodnym opanowaniem dla rozbudzenia, czasem – z impetem podrażnionego temperamentu, bo świerzbią go dłonie. Zdaje się, że nie waha się nigdy przy dokonywaniu wyborów, pomimo że nierzadko sam nie wie, czego chce i co nim powoduje. Bywa tym wszystkim zmęczony, tym brakiem kierunku i konwulsyjnym drganiem wskazówki kompasu moralnego między tym, co właściwe, a tym, co z różnych powodów kuszące; bywa też tak, że wszystko mu jedno.

Biografia

Z czasów wczesnego dzieciństwa niewiele mu pozostało poza mglistą świadomością swojego pochodzenia i wytartym przez czas wspomnieniem matczynego uśmiechu. Ładne, wyraźnie wykrojone usta zwykła farbować czerwienią płatków krokosza zrywanych ukradkiem w ogrodzie za domem, w którym służyła; pamiętał, jak jątrzyły się na ciemnej podłodze, niczym dogorywające iskry życia, rozsypane obok jej stygnącego ciała rykoszetem przedwczesnej, nagłej śmierci.
Nie kłopotano się ustaleniem dokładnej przyczyny zgonu ani organizowaniem stosownego pochówku, tym bardziej nie zaprzątano sobie głowy losem osieroconego przez zmarłą dziecka. Drzwi wynajmowanej dotąd przez matkę izby zatrzaśnięto za nim nazajutrz; nie otworzyły się ani pod ciężarem jego lamentów, ani pod wątpliwą siłą dziecięcych pięści, którymi okładał obdrapane drewno, póki obdarte i okrwawione nie odmówiły mu posłuszeństwa.

Pod presją potrzeby przeżycia nauczył się przełamywać barykady obojętności przechodniów wzbudzającymi współczucie błaganiami i opłacać czerstwe kawałki pieczywa kryształami łez. Wtedy również, metodą prób i błędów, kosztem otłuczonych żeber i palących pręg na szarej od brudu skórze, nauczył się łamać prawo lepką ręką, łapczywie wyciąganą po czyjąś własność – jedzenie, kawałek szmaty, dziurawy koc czy (rzadziej, bo brakowało mu jeszcze odwagi i zuchwalstwa) drobną kosztowność. Ani dziecięcy, rozbudzający współczucie, urok, ani zręczna chciwość dłoni, ani rozwijane okolicznościami zahartowanie, nie mogły zatrzymać jednak nadchodzącej zimy.

Noce stawały się coraz nieznośniejsze. Chłód coraz śmielej wślizgiwał się w fałdy okrycia, coraz dotkliwszym ciężarem osiadał na piersi i utrudniał oddech, szczując go strachem. Za dnia Jihwan próbował zapewnić świat o swojej użyteczności, z determinacją szukając jakiejkolwiek pracy dla wątłych rąk, oferując pomoc wszędzie, gdzie widział okazję i próbując się sprzedać w niewolę za ciepły kąt i resztki ze stołu. Udało mu się nawet znaleźć schronienie na chwilę u rodziny średniej klasy, u której spędził czas pierwszych mrozów, zanim nie spostrzeżono zniknięcia perłowych kolczyków, łyżeczki ze srebrnej zastawy i broszki w kształcie ptaka o błyszczącym krwiście oku. To samo oko patrzyło na niego później z okrutną uciechą z piersi niewzruszonej pani domu, kiedy wymierzano mu dotkliwą (i tak w mniemaniu gospodarzy łaskawą) sprawiedliwość.
Jihwan pamięta wciąż wyraźnie jednoklatkowe wspomnienie z tego dnia – uchwycony na kliszy przebłysk chwiejnej świadomości; pamięta cętki szkarłatu gorejące w bieli, rozsypane na śniegu jak rozpalone płatki krokosza, które wkrótce przesłoniła ciemność.

Obudził się w ciasnej, ciepłej izbie pachnącej szałwią i kadzidłem. Przedzierając się przez zasłonę bólu, obserwował drgające na bielonej ścianie światło świecy. Na środku, niczym ziejąca próżnią wyrwa w kruchej strukturze rzeczywistości, czernił się kształt wyłuskanego z drewna krzyża. Kiedy poruszył ostrożnie palcami, uświadomił sobie kanciastą fakturę drobnych paciorków oplecionych wokół jego omdlałej dłoni. Ulegając napierającej na przytomność ciemności, przesuwał w palcach koraliki różańca, póki nie stracił czucia w drętwiejących opuszkach.

Okrutnie pobity, z krwawymi śladami chłosty na plecach i posiniałymi palcami, rozpalony odbierającą jasność myśli febrą, spędził w łóżku parę dni niemal zupełnie nieprzytomny. Przebudzał się rzadko, otwierał oczy i nieobecnym wzrokiem toczył po izbie, czasami spotykając jedynie pustkę, czasami – czując na palcach uścisk ciepłej ręki, słysząc cicho szeptaną modlitwę, odnajdując wreszcie spojrzeniem klęczącą przy łóżku kobietę, pochylającą czoło w pobożnym zapomnieniu.
Bin Mija i Sangjun przygarnęli go, ochrzcili i wychowali jak własnego syna. Sangjun był zamożnym i szanowanym urzędnikiem – jednym z nielicznych szczęśliwców w tym czasie posiadającym komfort finansowy i warunki pozwalające na zapewnienie synowi ponadprzeciętnego wykształcenia. Ponieważ był jednak człowiekiem o dobrym sercu, przeciwnym korupcji i nazbyt otwartym na potrzeby ludzi, a przez to niewygodnym z perspektywy wyższych szczebli hierarchii społecznej, zginął przedwcześnie w 1739 roku, niesłusznie oskarżony o głoszenie kontrowersyjnych poglądów i podburzanie ludzi przeciw wyższym kastom. Mija z synem przenieśli się po tym wydarzeniu do Busan, gdzie Jihwan, na wzór przybranego ojca, został urzędnikiem poświęconym przede wszystkim sprawie ludzi zwykłych, ostrożnie brylującym jednak w gmatwaninie koneksji i zastawianych nań wnyków. Mija zmarła w 1743 roku, pozostawiając go samego w momencie narastających wrogich mu nastrojów busańskiej arystokracji. Coraz bardziej napięta atmosfera zmusiła go do ograniczenia swoich działań i dostosowania się do wymagań rządzących – czego ludzie, dotychczas polegający na jego czujnej opiece, nie potrafili mu przebaczyć. Kolejny rok miał nakreślić się w jego historii jako czas dojmującego wyobcowania i bolesnego uginania własnego światopoglądu pod dyktando obleczonych jedwabiami filistrów, zaciskania się niewidzialnej pętli na jego szyi, podczas gdy zachłystywał się duszonymi w sobie ambicjami i uciszanymi wyrzutami sumienia.

Poznanie Amelie było jak otrzeźwiający haust rześkiego powietrza po rozwlekających się w wieczność sekundach spędzonych pod kołdrą spienionych fal. W dniu ich pierwszego spotkania zaczynało mu już brakować tchu. Zwykł w tym czasie wieczorami spacerować wzdłuż wybrzeża i nieprzytomnie obserwować srebrne refleksy księżycowej łuny łyskającej na wzburzonej tafli wody – z nocy na noc ich migotanie stawało się coraz bardziej nęcące.
Podczas jednej z takich nocy, obce i niezrozumiałe wtedy jeszcze excusez-moi wyrwało go z letargu; Amelie stała nieopodal, obleczona zmatowiałym materiałem zniszczonej sukni, blada i bosa, ze złotą aureolą potarganych włosów. Wyglądała jak siedem nieszczęść, błękitne spojrzenie miała jednak jasne i pewne, pełne jakiejś infantylnej czupurności graniczącej z bezczelnością.

Jak opowiadała później, wcale nie zamierzała przyjmować jego pomocy, wchodzić z nim w żadne komitywy czy jakiekolwiek niezdarne próby nawiązania rozmowy; po prawdzie nie planowała nawet pozwolić mu przeżyć tej felernej nocy. Nie potrafiła określić zarazem, co powstrzymało ją przed zamordowaniem go pod atramentową źrenicą nieba, wzrokiem milczących gwiazd, jedynych świadków jej dotychczasowych łowów. Spędziła u niego kolejne niemal trzy miesiące; nie zwykła dotąd pozostawać w jednym miejscu tyle czasu. Mówiła do niego łamanym chińskim, powoli mimowiednie adoptowała jego ojczysty język i obrażała go po francusku w manierze, która kazała mu w odpowiedzi z uśmiechem dziękować bądź odwzajemniać komplement, zanim nie pojął znaczenia zmyślnych wyzwisk. Bawiła się doskonale – on, z początku, miewał częste bóle głowy powodowane jej swobodną niefrasobliwością; później uśmiechał się pod nosem do wtóru jej wybryków i żartów, powściągliwym śmiechem odpowiadał na jej bezczelności, w końcu – nauczył się dotrzymywać jej w nich kroku, choć pilnował jeszcze, by nie nadwyrężyć granic stosowności w sytuacjach, gdy należało o nią zadbać. Późnymi wieczorami, siedząc z nią jedną w pustym domu, śmiał się w głos, jedynie wtedy wolny od poczucia potrzeby pilnowania każdego swojego słowa, tonu głosu czy gestów. Ona tymczasem, pod jego wpływem, nabrała ogłady, większego poszanowania do życia ludzkiego, a nawet pewnej sympatii do braci żywych.

Przemieniła go w listopadzie 1744 roku; miał wtedy 31 lat i dość swojego dotychczasowego życia. Kiedy powiadomiła go o swoim planowanym wyjeździe (duszę się tutaj, Jihwan), nie zastanawiał się długo – chciał wyjechać z nią. Proponowała mu przemianę już wcześniej, lecz nigdy nie naciskała. Ponieważ od samego początku stanowczo reagował na każdą jej bezmyślną profanację pierwiastka życia czy woli drugiej istoty, rozumiała, że gdyby podarowała mu wieczność bez jego zgody, przez całą jej rozciągłość nie uzyskałaby wybaczenia. Lata później, kiedy podróżowali razem po Francji, wyznała mu, że obawiała się, że pozwoli jej po prostu wyjechać.

Podróżowali po całym świecie, jednak ich wspólnym, umiłowanym miejscem miał stać się ojczysty kraj Amelie – Francja. Z początku wprawdzie nierozłączni, w późniejszych latach często poddawali swoją relację kurażowi separacji, po to by ostatecznie znów powrócić w jej szeroko otwarte, oczekujące granice i wspólnie podbijać serca wieczornego towarzystwa, przebierać w niekończącej się ilości inwitacji, lawirować z gracją na rozświetlonych salonach pośród obleczonych w blichtr elit, choć potrafili bawić się i bez błyszczącej otoczki bogactwa i luksusu.
Nie stronili nigdy od towarzystwa innych podziemnych, nie tylko wampirów, choć utrzymanie neutralnych stosunków z przedstawicielami pozostałych ras bywało trudne. Ani Amelie, ani Jihwan nie angażowali się jednak w te znajomości bardziej, czy dobrych, czy przeciwnie; kiedy tylko mogli, kategorycznie unikali wszelkich konfliktów czy opowiadania się po którejś z jego stron. Rzecz jasna, nie zawsze było to możliwe – zdarzało się w historii nie raz, że znajdowali się w oku cyklonu trwającej waśni wbrew swojej woli, wciągnięci weń samym faktem chorowania na wampiryzm. W takich przypadkach działali zawsze we własnym interesie, nie zawsze mając na uwadze dobro innych Nocnych Dzieci. Wprawdzie nie raz zdarzyło im się przetrwać właśnie kosztem któregoś z nocnych braci czy sióstr; jedynie sobie nawzajem pozostawiali bezwzględnie i zawsze lojalni.
Choć potrafili dokazywać i zachowywać się co najmniej nieodpowiedzialnie, co było w dużej mierze powodowane temperamentem Amelie, mieli na uwadze idące za wszelkimi działaniami konsekwencje i pewnych granic starali się nie przekraczać – o co dbał w większości Jihwan. W obecności, bliższej czy okolicznej, innych Podziemnych zachowywali stosowną ostrożność, na tyle by nie zwracać zanadto niepotrzebnej uwagi, szczególnie w przypadku Nefilim (choć zdarzyło im się niejednokrotnie wsunąć głowę pod katowski nóż przez przebłysk głupoty i podjudzonej dobrą zabawą zuchwałości). W istocie najlepiej zawsze bawili się w otoczeniu Przyziemnych – i odnajdowali na to niezmierzoną ilość możliwości, od niewinnej obserwacji, po rywalizację ze sobą nawzajem w zakresie manipulacji. Dla urozmaicenia czasu – i czasem z potrzeby serca – wspierali któryś z frontów w ludzkich konfliktach czy ruchach, ale roztropnie (i by przypadkiem nie zakończyć rozrywki zbyt szybko) wzbraniali sobie celowania w samą głowę wrogiej hydry. Mieli skłonność stawać w obronie wolności ludzi, przeciw nadużyć władzy bogatych i uprzywilejowanych z urodzenia, przeciw wszelkim przejawom dyskryminacji, nietolerancji czy prób unicestwienia uciskanej kultury. W 1866 roku Jihwan wrócił do ojczyzny, by brać czynny udział w organizowaniu i umożliwianiu prześladowanym chrześcijanom koreańskim ucieczkę z kraju, w którym dochodziło do masowych egzekucji. Paradoksalnie zarazem w tym samym czasie zabijał chętniej i częściej niż kiedykolwiek wcześniej.
Tacy właśnie byli, oboje – lubili stawać w obronie wzniosłych idei i człowieka, by w piątkowe wieczory wspólnie zabawiać się jego kosztem, a w sobotnie noce organizować sobie ucieszne łowy. Należało przyznać im jednak, że ich ofiary zazwyczaj nie były zupełnie przypadkowe ani niewinne. Okradali bogatych dla sportu – czy to rujnując z uciechą ich pałace, czy to patrząc im z uśmiechem bezpośrednio w oczy i niewinnie obejmując ich ramieniem – i oddawali część łupu sierocińcom lub ludziom potrzebującym. W ich własnych lokalach rozsypanych w różnych zakątkach świata znaleźć można by niejedno cenne trofeum wyniesione z muzeum czy innej pilnie strzeżonej twierdzy.

Jihwan i Amelie nigdy nie byli kochankami. Ich szczególna relacja była na wskroś przesiąknięta miłością, czułością i troską; nie było w tym jednak romansu. Żartowali nieraz, że podobny zwrot wydarzeń byłby zapewne w ostateczności wyrokiem wydanym na ich więź; że miłość romantyczna postawiłaby ich krok od nienawiści, w którą nieuchronnie by wpadli, pchnięci zawieszonymi w wieczności kontrastem charakterów i różnicą temperamentów. Ponieważ jednakże okazywali sobie wszelkie względy, nosili złote obrączki niczym małżeństwo, orbitowali wokół siebie kiedykolwiek znajdowali się blisko i prowadzili nieustanną korespondencję w okresach rozłąki, zdawało się, że nikt nie miał co do ich relacji wątpliwości – a oni nie wyprowadzali nikogo z błędu.

W roku 1985 Amelie przebiła mu serce drewnianym kołkiem, szepcąc z trudem rwane przeprosiny; tracąc świadomość, próbował unieść dłoń, by zetrzeć z jej białego policzka szkarłat łzy. Trzydzieści pięć lat później, ocknąwszy się w łóżku w ich wspólnym domku na obrzeżu jednej z angielskich wsi, przetarł opuszką palca wskazującego o kciuk, ścierając zeń okruszki zaschniętego skrzepu.
Kołek z jego serca usunął ich znajomy, chcący złożyć im wizytę przy okazji czy też skorzystać z gościny pustego lokalu pod ich nieobecność. Jak twierdził, drzwi były otwarte.
Amelie przepadła.

Gdybyśmy wiedzieli, że wbrew naszym idiotycznym, zuchwałym przekonaniom nie mamy wieczności w garści, być może lepiej wykorzystalibyśmy nasz wspólny czas. Łudzę się jeszcze, że wrócisz do mnie któregoś dnia, potargana i wygłodniała, jak pamiętnej nocy naszego pierwszego spotkania, że spojrzysz na mnie w ten sam sposób, w jaki wtedy na mnie spojrzałaś – i że tym razem nie będziemy chować się za fasadą wygodnego przekonania, że mamy przed sobą całą, obrzydliwie rozwlekłą, przyszłość świata, więc nie trzeba nam się z niczym i nigdzie śpieszyć. Nie potrafiliśmy sobie tej przyszłości wyobrazić wspólnej, a teraz – uśmiałabyś się – ja nie potrafię myśleć o niej bez Ciebie.

Wiemy już, że wampirom nie można umrzeć z głodu czy ze starości; opuszczając mnie, dałaś mi przynajmniej ku temu okoliczności, by sprawdzić, czy można nam umrzeć z nudów. To okrutne z Twojej strony, Amelie, barbarzyńsko okrutne.


O Mrocznej Wojnie oraz Zimnym Pokoju dowiedział się po czasie – a ponieważ nie był świadkiem zachodzących wydarzeń, temat nie wzbudza w nim raczej jakichś szczególnych emocji. Zapytany o surowe ukaranie wróżek, odpowiedziałby zapewne, że należy się liczyć z konsekwencjami swoich wyborów bądź coś w podobnym brzmieniu, nie rozwodząc się nad tematem nadto, jako że nie poczuwa się do ogłaszania swoich opinii, które opierać może jedynie o te zasłyszane od innych i o ogólny obraz przebiegu wydarzeń.

Ciekawostki

• Ishmael jest jego imieniem nadanym podczas chrztu; po opuszczeniu ojczyzny począł się nim posługiwać, bo choć wciąż niecodzienne, nie zwracało tak uwagi, jak Kang Jihwan.
• Znany jest również pod imieniem Elihu – początkowo Amelie przezywała go tak prześmiewczo, pijąc do jego niegasnącego przywiązania do dogmatów chrześcijańskich; potem w naturalny sposób imię do niego przywarło.
• Nosi złotą obrączkę na ślubnym palcu.
• Często zobaczyć go można z hebanową, misternie zdobioną złotym motywem laską – jest to pamiątka jeszcze z ludzkich czasów, obecnie już mu co prawda niepotrzebna, noszona raczej z sentymentu. Kiedy jako dzieciak próbował uciec przed karą za kradzież biżuterii, nastąpiono mu z premedytacją na kolano, w wyniku czego doznał trwałej kontuzji, odzywającej się regularnie w dalszym życiu; laska była prezentem od przybranych rodziców na jego 25. urodziny. W późniejszym czasie, już w wampirzych latach, zlecił przerobienie jej tak, by po przekręceniu główki móc wyciągnąć ukryte średniej długości ostrze, nieprzeznaczone raczej do ciężkiego boju, ale przydatne w nagłych sytuacjach kryzysowych. Na początku wieku XX umieścił w główce dość okazałe oko painitu – plotki mówią, że minerał nie dostał się w jego ręce drogą legalną.
• Mówi płynnie w języku chińskim, francuskim oraz angielskim.

Haru Shimizu

26 lat


181 cm


I’m scared to begin, because I can taste the bitter scent in my mouth If you close your eyes








Multikonta: Shizhi i gromada
Accepted
Drogi Użytkowniku!


Cieszymy się, że dołączyłeś do naszego forum, a Twoja Karta Postaci już została zaakceptowana! Przejdź teraz do zakładania koniecznych tematów. Zapoznaj się z Mechaniką Gry oraz Spisem umiejętności. Zachęcamy również do przejrzenia Mapy York! Poza taką mapą na forum znajdziesz również Mapę Świata z najważniejszymi lokalizacjami!

Shi
A source of purpose and of balance. Why does a dominant exist? To protect those beneath him.

Gość, zrób klik | Notatnik | Warsztat
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo