Simon R. O'Malley

32


183 cm


For fuck's sake, art should be fun!








Multikonta: brak
I M I Ę I N A Z W I S K O
Metryczka


Imię: Simon ("Síomón")
Nazwisko: O’Malley ("Ní Mháille")

Data urodzenia: 7/01/1988 ("Wampirza data urodzenia? Lipiec. Tak, tego roku.")

Miejsce urodzenia: Irlandia ("... i ślepa uliczka gdzieś w Yorku, tak z miesiąc temu...")

Wiek: 32
Wzrost: 183
Waga: ("Chcielibyście wiedzieć, prawda...?")

Rasa: Wampir

Wizerunek: Robert Sheehan

Charakter

Jest… BŁYSKOTLIWY
Jest… TAK NIESAMOWICIE PRZYSTOJNY
Jest… UTALENTOWANY
Jest… W STANIE SPRAWIĆ BY TWOJE ŻYCIE STAŁO SIĘ O WIELE MNIEJ PRZYZIEMNE (a dodatkowo, jak widzisz, jest niezwykle skromny, jak zresztą przystało na niesamowicie przystojnego mężczyznę, nieprawdaż?)
Síomón R. Ní Mháille (a teraz powiedzcie to szybko dziesięć razy! Ha!) No, dobrze, już dobrze...
Simon R. O’Malley, Panie i Panowie… do usług!


„Jestem artystą, ale nie zgadzam się na to, by moja praca była widziana jako brzemię. Nie zgadzam się na to by, jak inni artyści, przeżyć swoje życie zgodnie z piękną (i niezwykle wręcz głupią) maksymą, która głosi ni mniej ni więcej „artists walk alone”, czyli w Simonowym tłumaczeniu dosłownym – jesteś artystą = nie masz przyjaciół. Z głębi serca i z wiedzą z niego płynącą mówię więc – gówno prawda. Gdyby artyści rzeczywiście chodzili samotnie, nie byliby w stanie wywrzeć żadnego wpływu na kogokolwiek mijanego na swojej drodze.
Pozwólcie na to, że szybko wyjaśnię wam o co chodzi… gdybyście wy, kochani, chcieli żebym jako artysta rzeczywiście podróżował sam pustymi uliczkami Yorku (aha, już widzicie o co chodzi, prawda?) musiałbym wstać około godziny trzeciej, może czwartej, czyli dokładnie wtedy kiedy największe imprezy chylą się ku końcowi, a później ruszyć na spacer w okolicach piątej, tak, by być na tyle samotnym, na ile byście chcieli. Możliwe? Niekoniecznie. Raz, że rezygnowanie z imprez raczej nie leży w mojej naturze, a dwa… no właśnie, widzieliście kiedykolwiek opuszczony York? No, może w filmach o zombie. Chyba.
Takie samotne chodzenie po opuszczonym mieście doprowadziłoby mnie to jedynie do smutnego, nudnego i dość przewidywalnego życia. Niespecjalnie mi to pasuje, bo...
Co do cholery jest tak interesującego w pustych ulicach? Powiecie mi – bardzo dużo, Simonie – i macie rację. Jeśli ktoś lubi oglądać foliowe torebki tańczące na wietrze to jasna sprawa, proszę bardzo, przecież wam nie zabraniam. Chociaż użycie plastiku powinniście jednak ograniczyć.
Odsuwając na moment problemy ekologii tego świata, powiem wam tyle – wy jesteście o wiele bardziej interesujący niż wam się wydaje! I na pewno o wiele bardziej ekologiczni niż foliowe torebki… no dobra, dobra, przepraszam – wracam do głównego wątku! Na czym to ja… a, tak…

Dlatego właśnie, z całą mocą i pewnością, będę odmawiał bycia samotnym artystą, bo takim najwyraźniej powinienem być by się rozwinąć. Odmawiam dokonania żywota gdzieś w kącie i bez świadków, odmawiam zostania jednym z przymierających głodem artystów-o-którychś-ktoś-przypomniał-sobie kilka lat po ich śmierci i zbił fortunę na ich obrazach. Odmawiam, odmawiam, odmawiam! (wyobraźcie sobie, że w tym momencie tupię nogą obutą w glany ze sztucznej skóry, choć tak naprawdę wcale tego nie robię… ale mógłbym, dlaczego by nie?) Zapomnijcie o Vincencie Van Goghu! Tak przy okazji, wiedzieliście, że tak naprawdę nigdy nie obciął sobie całego ucha, a tylko jego płatek? Niesamowite!
Już rozumiecie o co mi chodzi, prawda?
Wierzymy w te wszystkie historie przekazywane z pokolenia na pokolenie i udajemy, że nie widzimy piękna wynikającego z interakcji z drugą istotą. Nie potrzebuję, nie chcę, w żadnym razie, żebyście widzieli mnie jako biednego, smutnego i zniszczonego artystę żyjącego na kredyt i wykorzystującego swoje stare koszule jako płótno. Prawda jest taka, że nie jestem biedny, nie zgadzam się na bycie biednym, nie zgadzam się na życie kątem na strychu (innym niż mój, rzecz jasna), nie zgadzam się na umieranie w imię sztuki!

Do cholery, pozwólcie sztuce na to by była radością! Sztuka powinna sprawiać, że powiecie „łał”, „o kurczę”, „ojejciu”, razem z całą resztą dźwięków, które ludzie wydają w ekscytacji (proszę, tylko nie jęczcie, bo to może dać waszej ekscytacji nieco… bardziej interesujący wymiar. Fuj).
Dlatego, do cholery i dla tej cholernej sztuki – pozwólcie jej na to, by sprawiała wam radość!”


Biografia

Gdyby dwa lata temu ktoś powiedział Simonowi, że zdobycie stypendium artystycznego przyniesie mu tyle nieoczekiwanych korzyści, nie uwierzyłby. Przeprowadzka z Irlandii do Yorku była kwestią dość nagłą i nieoczekiwaną, ale Simon, ze swoją nadnaturalną umiejętnością odnajdywania się w nowych sytuacjach, poradził sobie nadzwyczaj dobrze.
Może dlatego nie próbował przebić się osinowym kołkiem, utopić w wodzie święconej, czy czymś równie obrzydliwym...

Simon O'Malley został ugryziony zupełnie przypadkiem w trakcie jednej z lipcowych imprez w mieszkaniu na poddaszu u któregoś ze swoich przyjaciół. Albo przyjaciela przyjaciół? Nieistotne. Do ugryzienia doszło tak naprawdę nie w mieszkaniu, a w jednej z zacisznych alejek całkiem niedaleko uroczej kamienicy. Krew w żyłach Simona, tocząca nie tylko niezbędny do życia tlen, ale i niezliczone ilości alkoholu musiała tej nocy być wyjątkowo zachęcająca. A może to sam Simon zachęcił młodego (i przystojnego) wampira do zatopienia kłów w jego szyi?
Sam w sobie akt był przyjemny, bardzo przyjemny (już od wieku nastoletniego nie miał nic przeciwko byciu gryzionym) i, pomimo pewnego osłabienia wynikającego z utraty krwi i nadmiaru alkoholu w organizmie, Simon nie chciał być niegrzeczny i ani myślał o przerywaniu mężczyźnie.

Obudził się kilka godzin później, tuż przed wschodem słońca. Promienie słoneczne nieśmiało pieściły jego skórę, ale ból który towarzyszył palącemu się ciału skutecznie otrzeźwił chłopaka. Zorientowawszy się w swojej nieciekawej sytuacji, Simon ostatkiem sił dotarł z powrotem na poddasze i padł zemdlony tuż za progiem. Dojście do siebie zajęło mu kilka dni, a przystosowanie się do nowej sytuacji około... no, mniej więcej godziny.

Szkoda tylko, że nie znał imienia swojego Stwórcy.
Nie pamiętał też jak mężczyzna wyglądał.
Trudno.
Przynajmniej nie musiał teraz martwić się o rachunki za jedzenie.
No i nie błyszczał w słońcu jak niektórzy nieszczęśnicy z książek, choć tak właściwie... wolał raczej nie sprawdzać prawdziwości tej teorii. Jak przez mgłę pamiętał słodkawy zapach palącej się w słońcu skóry. Cóż, może krem z wysokim filtrem mógł coś na to zaradzić?
Mimo wszystko to, że Nocni Łowcy, Wampiry, Wilkołaki, Faery i Czarownicy istnieli jednak naprawdę (i nie tylko na kartach książek) stanowiło jedynie dodatkowy bonus. I potencjalną klientelę. W obydwu biznesach. Młode Wampiry muszą sobie jakoś radzić, prawda?

***


Obecnie mieszka w Central. Dziwnym zbiegiem okoliczności i jakimś cudem przyjaciel przyjaciół od lipcowej imprezy już się nie odnalazł, a właściciel poddasza bardzo chętnie i od ręki wynajął je przystojnemu (choć nieco blademu i preferującemu romantyczne wieczory) Irlandczykowi. Magia uśmiechu, chciałoby się rzec.

Simon utrzymuje, że tak naprawdę pracuje jako samozwańczy artysta. Zamieszkuje niewielki strych-w-kamienicy-zaaranżowany-na-prawdziwy-dom-artysty, tworząc obrazy dzięki którym podbije serca ludzkości. Któregoś dnia. Na zawsze. W końcu jest wampirem (cóż z tego, że zaledwie od miesiąca?), więc czasu na podbijanie serc ludzkości ma aż nadto. Kiedy nie jest w twórczym nastroju sprzedaje swoje prace i prowadzi niewielki biznes, o którym nie mówi zbyt chętnie. Ostatecznie, biedni artyści też muszą się z czegoś utrzymać, a obrazy, choć nadzwyczaj dobre, nie są jedynym co mogłoby zainteresować bogatych Podziemnych. Inaczej sprawa ma się z usługami na granicy prawa, ale o tym nikt nie mówi głośno, a już na pewno nie otwarcie. Ostatecznie, wszystkim zależy na dyskrecji. Szczególnie jeśli w grę wchodzi zakup nieco tańszych składników do czarów, albo kilka niezbędnych informacji mogących zrujnować czyjeś życie.

Życie Simona z kolei nadal składa się przede wszystkim z całonocnych imprez podczas których najczęściej można go znaleźć w grupie znajomych, zawsze z lampką czerwonego wina z domieszką krwi. Większość nocy spędza na zabawianiu tłumu historiami swojego życia, wspomnieniami i przygodami, które prawie zawsze prowadziły ku niechybnej śmierci. Dość ironiczne jak na wampira. Uważa się za ekstrawertyka z niesamowitym wręcz poczuciem humoru, może nieco szalonego, ale pod tą lśniącą i wybuchową otoczką kryje się o wiele więcej. Niekoniecznie dobrego. Zazwyczaj nie pokazuje swojej prawdziwej osobowości, szczególnie nie tym, którym nie ufa, chyba że jest to niezbędne do tego, by uratować czyjeś życie. Kiedy Simon traci nad sobą panowanie, bezpiecznie jest odejść na odpowiednią odległość. Szybko. Bardzo szybko. I najlepiej trzymać się wtedy zasady, z którą nie poradził sobie mityczny Orfeusz.

Nie ma pojęcia gdzie jest jego rodzina (zarówno biologiczna jak i Wampir-Stwórca) i zupełnie go to nie interesuje. Całkiem zadowolony ze swojego życia. Przystojny, zabawny i tak kreatywny jak tylko nieumarły człowiek sukcesu mógłby być.

Ciekawostki

- zajmuje się malarstwem, rysunkiem i sztuką tatuażu; o dziwo, naprawdę ma talent
- ma kota - Lucyfera, za którego gotów jest oddać życie (co z tego, że technicznie rzecz biorąc już jest martwy?)
- jest muzykalny - potrafi grać na gitarze, skrzypcach i saksofonie - choć tym akurat niezbyt często się chwali
- uwielbia dodawać do wszystkich swoich historii odrobiny "dreszczyku", nawet jeśli dość mocno rozmijają się one później z prawdą
- tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia o byciu wampirem i opiera całą swoją wiedzę na książkach (począwszy od "Drakuli" Brama Stokera, skończywszy na serii Stephenie Meyer) co naprawdę nie może skończyć się dobrze
- ze względu na niemal nadnaturalną umiejętność szybkiego zjednywania sobie przyjaciół, Simon prowadzi na swoim poddaszu nie do końca legalny "biznes pantoflowy", polegający na wymianie barterowej między Podziemnymi - garść informacji dla Faery w zamian za tańsze składniki dla Czarowników... i tym podobne - ostatecznie, skądś musi brać też krew, a zadowoleni klienci dość chętnie dostarczają mu kolejne fiolki; wszystko odbywa się pod przykrywką sprzedaży obrazów, choć i te Podziemni kupują nadzwyczaj chętnie
- uważa, że ma (miał) nadzwyczaj piękne zielone oczy - dlatego nosi szkła kontaktowe
- śpiewa. jest w tym koszmarny


Shadowhunter

666 lat



All paths lead to death.

Administrator

Accepted
Drogi Użytkowniku!


Cieszymy się, że dołączyłeś do naszego forum, a Twoja Karta Postaci już została zaakceptowana! Przejdź teraz do zakładania koniecznych tematów. Zapoznaj się z Mechaniką Gry oraz Spisem umiejętności. Zachęcamy również do przejrzenia Mapy York! Poza taką mapą na forum znajdziesz również Mapę Świata z najważniejszymi lokalizacjami!

Shi
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo