Sina Taualai

26


165 cm


If you can't face the wolves, don't go in the forest








Multikonta: Ray, Nithral
Masina "Sin" Taualai
Metryczka


Imię i nazwisko: Masina Taualai

Data urodzenia: 01.04.1993
Miejsce urodzenia: Cardiff, Walia, Wielka Brytania

Wiek: 26
Wzrost: 165 cm
Waga: 54kg

Rasa: Wilkołak

Przynależność: niezrzeszona
Wizerunek: Tristin Mays

Aparycja

To look is easy, to see is difficult.


Podchodzę do lustra i spoglądam w gładką taflę. Co widzę? Młodą dziewczynę, o nieco ciemniejszej karnacji. Proporcjonalna sylwetka, szczupła, z zarysowanymi mięśniami sugerującymi uprawianie sportu. W sumie nie jest źle. Żadnych jakichś widocznych skaz, poza tą marna blizną na biodrze, której na szczęście nie widać, a łazić w bikini i tak nie mam za specjalnie okazji. Biust odpowiedniego rozmiaru C, wystarczająco duży, by ładnie wyglądać, ale nie na tyle, by przeszkadzać i by był problem ze stanikami. Czarne włosy sięgają za łopatki, zazwyczaj proste, choć zdarza mi się pobawić lokówkami i różnymi takimi.. Robię krok bliżej i przyglądam się twarzy. Łagodne, dość delikatne rysy owalnej twarzy, pewnie odziedziczone po mamie. Łagodne łuki brwi. Kształtny nos, choć mógłby być nieco mniejszy. Ale cóż, takie geny. Usta takie, jakie powinny być. Nie za duże, nie za małe, w sam raz, podczas uśmiechu przeważnie tylko z jednym kącikiem uniesionym w górę. No i one. Oczy. Okolone długimi rzęsami, brązowe, w kształcie migdałów. Głębia duszy. Większość powie, że widzi ciepły brąz, spokój, czasem może jakieś inne gwałtowne emocje. Ale nie widzą tego, co widzę ja, spoglądając w lustro. Mroku czającego się na dnie oczu i duszy. Samotności, ale z wyboru. I żądzy krwi. Wilk pragnie krwi, pragnie zerwać się ze smyczy, a ja nie chcę jej na to pozwolić. Nie mogę tego zrobić. Więc widzę jeszcze walkę. Pomiędzy mną a wilkiem.

Moja wilcza postać, gdy jeszcze ją przybierałam, była prawie całkowitym przeciwieństwem mnie. Wilczyca ma przepiękne, białe futro, miękkie w dotyku, zapraszające, by je głaskać. Jest nieco większa niż normalne wilki, ale nadal to nie są jakieś super duże rozmiary. Zasadniczo zdaje się, że jest mniejsza od standardowych wilkołaków. Futro jest też dłuższe, przez co rodzinka dostawała szału, widząc białe kłaki na ciemnych ciuchach. Ups? Za to oczy są najdziwniejsze. U wilków nie zdarza się heterochromia, ale ja nie jestem wilkiem, tylko wilkołakiem. Wilcza postać jedno oko ma piękne, złociste, czasem ciemnieje do brązu. A drugie ma odcień czystego nieba zaraz po burzy, gdy wyjdzie słońce. Tak więc, niestety jestem koszmarnie charakterystycznym wilczkiem. Dla mnie bomba, nie? Więc jakby w lesie mignął komuś biały wilk z heterochromią, nie strzelajcie. Wyciągnie kul z ciała boli jak cholera, wiem coś o tym.

When heart is broken, eyes look empty!


Charakter

Do you remember who you were before the world told you who you should be?


Przeszłość jest tym, co nas kształtuje, bezsprzecznie. To, co było kiedyś, mniej czy bardziej wpływa na nas w przyszłości, determinując nasze ja. Moja przeszłość? Nie była łatwa, nie ukrywajmy. Wręcz przeciwnie, była trudna. Winię tylko i wyłącznie siebie. Przede wszystkim nie lubię mówić ani o sobie ani o przeszłości. Po prostu ze wstydu, wstydzę się tego, co zrobiłam, nie chcę żeby ktoś wiedział. Wiem, co powiedzą. Na pewno rzadziej się uśmiecham. Za dużo bolesnych wspomnień. Idąc dalej, nie jestem już tak chętna do ryzykowania, jak dawniej i no nie ukrywajmy, łatwo mnie wkurzyć. Jestem czasem jak chińska waza z nitrogliceryną, która wybucha od byle potrząśnięcia. Z przyjemniejszych rzeczy, nienawidzę niesprawiedliwości. Aczkolwiek chyba jak większość, mam własną definicję. Nie umiem przejść obojętnie, gdy ktoś obrywa, choć od porachunków patologii raczej trzymam się z daleka. Chyba, że się wkurzę... Wprawdzie medycyna nigdy mnie nie interesowała jakoś super mocno, ale w sumie to całkiem miłe, jak mogę pomóc. W sumie czy ja wiem, czy coś jeszcze z takich ważniejszych? Chyba nie.

Wiem, że ta dobra, ciepła, radosna i szalona dziewczyna jest gdzieś w środku mnie. Ta otwarta na wszystkich, chętna do imprez, psot, łażenia po dachach i drzewach, pozwalająca jednemu szczylkowi spać na sobie jak na puchatej poduszce. Ona dalej żyje, ale tak bardzo ukryta w środku, że prawie jej nie ma. Chciałabym, by wróciła, ale boję się ją wypuścić.

We fall. We break. We fail. But then... We rise. We heal. We overcome.


Biografia

When life puts you in tough situations, don't ask: 'why me?!' Just say: 'Try me!'


Urodzić się w rodzinie wilkołaków, to jak mieć przegwizdane od początku swojego istnienia. Na sto procent sam będziesz jednym z nich, a efekty niekoniecznie mogą ci się potem spodobać. No dokładnie tak, jak mi. Ale zacznijmy od przedstawienia osób dramatu. Moja matka, Rose, pół-Kubanka, z wilkołaczej rodziny Robertsów. Stosunkowo spokojna, chyba że ją wkurzysz. Świetne z niej wsparcie, serio. Mój ojciec, Samoańczyk. Ma na imię Fetuilelagi, ale chyba nikt poza matką na wkurzu nie umie tego poprawnie wymówić. A no i oczywiście ciotką Eve, ona też świetnie sobie daje radę. Dlatego skrócił się do "Fetu". Przeniósł się do Cardiff, jak miał 7 lat, w wieku 15 postanowił zostać gliną, kilka lat później plącząc się tu i ówdzie poznał moją matkę. Gliną rzecz jasna został, obecnie trzęsie 5 komisariatem w Cardiff. Hallelujah! Nie znam idioty, który spróbowałby z nim zadrzeć. Mój szurnięty, starszy braciszek. Czasem mam ochotę go udusić, ale to nadal mój brat. Mój drugi brat, tym razem dla odmiany młodszy. Ukochany synek rodziców, co oznacza tylko tyle, że jest bardziej na cenzurowanym niż my. No i ja. Masina. Średnia i jedyna córka. I podobno największa zakała rodziny, jak się raz wyrwało babci. Może mnie co najwyżej cmoknąć w ogon.
Dzieciństwo bądź co bądź miałam niczego sobie. Jak coś zrąbałam, to się zawsze dało zrzucić na któregoś z braci. Oni zresztą odwdzięczali się tym samym, więc skoro i tak nie szło ogarnąć, kto nabroił, to karę dostawaliśmy sprawiedliwie całą trójką. No i było genialnie, nie powiem, te lata akurat wspominam chyba najlepiej. Jak miałam koło 9 lat, to wkurzył mnie pies sąsiadów, w efekcie obudziło się moje drugie, puchate ja i cacy. Pies ocalał, z płotem trochę gorzej. Sąsiad do dzisiaj trochę krzywo na nas patrzy. Moja wilcza część, przy rodzicach udająca puchatą kulkę szczęścia i dobroci, okazała się być nie gorszym psotnikiem niż ja. Dość powiedzieć, że zwiedziłyśmy każdą dziurę, każde drzewo i sporą część dachów. Oczywiście przeważnie w towarzystwie innych kłaczków zwanych czasami moimi braćmi. Nadal twierdzę, że ktoś te dwie sieroty podrzucił nam do domu, jak nie widziałam. Starszy narzekający, że wpakuję nas w problemy, młodszy patrzący maślanymi oczkami, jakby własnego rozumu nie miał. A może i miał, ale obsikiwać domu sąsiadów serio nie musiał.

I am a wolf and I am stronger than fear.


I mniej więcej tak można nazwać dalsze lata. Nie mam zielonego, co biło mi wtedy na łeb, może jakieś bunty młodości (szybko zaczęłam, z 12 lat miałam), a może diabli wiedzą co. Tak czy siak wychodziło na to, że gdzie coś się działo, tam na pewno była Sina. Bójki w szkole, dzikie zakłady, skakanie z 2 piętra, ja nie dam rady? Potrzymaj mi soczek i patrz. A jak wygram, to kupujesz mi pizzę, byle tę największą i z samym mięsem! Kary nie robiły na mnie żadnego wrażenia, ględzenie, że jak wilkołak powinnam być grzeczna i się ukrywać, też nie. Większym autorytetem była dla mnie grupka szkolnych i osiedlowych zabijaków, niż ojciec-gliniarz z jego zasadami, nakazami i darciem twarzy. Chociaż nie powiem, super było klapnąć sobie w pełnię na polance, wtulić się dwa wielkie wilcze ciała matki i ojca i radośnie wyć do księżyca. Tyle, że mój nadmiar energii zaczął być bardziej przekleństwem niż darem. I tak jako szczęśliwa, acz zbuntowana prawie 15-latka (no dobra, miałam wtedy 14 lat i jakieś 3 miesiące, ale cicho tam) skończyłam na jakimś kursie japońskich sztuk walki. Zabijcie, pamięć złotej rybki, ni cholery nie pamiętam, jak to się nazywało. Ważne, że były dwie grupy - ludzka i wilkołacza, więc serio można się było pobawić. Można powiedzieć, że to mnie ogarnęło. Miałam zajęcie, ktoś mnie rozumiał, mogłam bez skrępowania spuszczać manekinom łomot, a przy okazji uczyłam się skutecznie panować nad wilczą siłą. Żyć nie umierać, tyle, że teraz pakowałam się w kłopoty po cichu i w nocy, żeby testować nowo nabyte umiejętności. Nigdy nie było skarg, bo i kto uwierzy, że dziecko metr pięćdziesiąt przywali samotnie 3 karkom metr osiemdziesiąt. Same karki chyba nie dowierzały... W szkolnej bandzie stałam się niekwestionowanym guru, bo i kto podskoczy Sinie. A że czasem warknie lepiej od Azorka sąsiadów? Hej, my też tak chcemy, ucz nas! Ku "radości" nauczycieli, potem pół szkoły umiało warczeć nie gorzej niż wściekłe psy.
Jak miałam 17 lat, zakwalifikowali nas do zawodów z tego czegoś. I to w samej Japonii. No wiecie, tydzień zawodów, a pozostałe 3 radosnej wycieczki - hurra, miesiąc wakacji poza domem! Z racji prostego faktu, że jako wilkołaki byliśmy szybsi, silniejsi i ogólnie trochę bardziej... nieokrzesani, no bo to ten wiek, wilkołaki odpowiadały za pokazy, które też tam jakoś oceniali, a ludzie się tłukli. Trochę żal, ale z drugiej strony co to za walka, jak nie możesz komuś przyrąbać kopniakiem poniżej pasa, bo zaczyna gwiazdorzyć. Więc póki nasz szanowny nauczyciel nie widział, łaziłam sobie po japońskich lasach, w postaci mniej więcej dowolnej, chociaż w wilczej akurat unikałam ludzi. Powiedzmy, że mała, puchata cholera miała za duże ciągotki do gryzienia ludzi po tyłkach. Zabawnie się za to zrobiło, jak paru menelowato wyglądających facetów postanowiło mnie napaść. Raz jeden postanowiłam być grzeczna i nie używać wilczej siły w samoobronie. Au. Bolało. Jakby się nie wtrącił jakiś taki miejscowy, mogłoby być ze mną różnie. Skąd te zjeby w ogóle miały srebro?! Z młodym o dziwo się zaprzyjaźniłam. I nawet nie tylko z nim. Aż szkoda było wyjeżdżać, tak cudowny był ten miesiąc. Uznałam, że kiedyś muszę tu wrócić. Może na kolejne wakacje? No nic, ciekawe, czy rodzice pozwolą...

There are many soulmates, but only one can understand howling of your heart.


Gdy go poznałam, miałam jakieś 19 lat. Był przystojny, szarmancki, mówili nawet, że romantyczny. Look bad assa, wszystkie dziewczyny na niego leciały. Nie byłam wyjątkiem, człowiek młody był i głupi. Wilczycy od samego początku ten chłopak się nie podobał. No nie i koniec. Mamie zresztą też nie, jak jej go pokazałam. Razem z ojcem truli mi tyłek tak długo, że w końcu zdecydowałam się pójść na studia. Co z tego, jak co chwilę wracałam, żeby spotkać swojego przyszłego męża, jak go wtedy nazywałam. A bodajby mnie wtedy ktoś w tyłek ugryzł. Durna byłam i naiwna, Pani Księżyc, jak można być TAK naiwną. Facet na mnie poleciał, jakżeby, ekhem, inaczej. Niech go cholera. Sądziłam, że jak to w bajce, na zawsze i na wieczność... MHM. Jasne. Chyba w moich snach. Bardzo ładnych i ciekawych zresztą. Zawsze pachniał jakoś dziwnie, wilczyca się na niego strasznie burzyła, ale ignorowałam to. Nie słuchałam nikogo... I wyszło, co wyszło.

I będą walczyć ostatkiem sił, by ze srebrną kulą w piersi wył...


Najchętniej pominęłabym tę część historii. Jest zbyt bolesna, ale chyba bez tego kawałka nie stałabym w miejscu, w którym stoję teraz. Jak łatwo się domyślić, wymarzony książę z bajki okazał się być perfidną szują bez serca. Rozkochał w sobie, wszystkie dziewczyny na dzielni mi zazdrościły takiego ciacha, a potem... A potem postanowiłam powiedzieć mu, kim jestem (normalnie padłaby tutaj litania przekleństw w przynajmniej trzech językach, ale się powstrzymam, wyjątkowo). Ucieszył się, a jakże. Jakby mu ktoś nasikał w kieszeń, taki szczęśliwy był. Zapewne teraz padnie pytanie, co wtedy robiła moja rodzina, że niczego nie zauważyli. Że nie widzieli, jak wpadam w coraz większe bagno. Ojciec miał koszmarnie ciężki okres w pracy i ogólnie. Nie wiem, co się działo, ale było źle. Nie liczę, ile razy wrócił ranny. Nie zliczę, ile razy pachniał cudzymi perfumami. Matka chodziła wściekła i zazdrosna, nie dziwię się jej wcale. Próbowała ratować rodzinę i małżeństwo. A bracia? To faceci. Przepraszam, czego się po nich spodziewać. Ale i tak... dzięki nim żyję. Nigdy chłopakom tego nie zapomnę. Ale wracając. No więc mój ukochany cieszył się jak łysy do sera, gdy mu powiedziałam, że posiadam kłaczące się alter ego. Zaproponował spacer w świetle księżyca. Zgodziłam się, no ba. Już wiesz, co było dalej? Ta, to była cholerna zasadzka. Mój ukochany okazał się być cholernym łowcą wilkołaków.
Smród irytujący wilczycę to tojad, później mi powiedzieli. No ale poszłam na ten spacer, a oni... oni mnie zaatakowali. Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel. Wykończyć wilkołaka. Mieli srebro, mieli tojad. Dwóch miało nawet jakieś dziwne runy na ciele, ktoś ich potem nazwał Łowcami. Pamiętam głównie piekący ból po pociskach i jakąś sieć...? Pamiętam, że się chyba zmieniłam... Urywkami dowiedziałam się, że mieli sieć ze srebrnych prętów, najpierw mnie postrzelili, kilkukrotnie, potem zarzucili sieć i obsypali opiłkami srebra. Zemdlałam z bólu. Gdyby nie to, że moi zjebani, kochani i najlepsi na świecie bracia po mnie przyszli, byłabym martwa. Zatargali mnie do jakiegoś czarownika, znajomy starszego kłaka, na szczęście tak szybko, że gościowi całkiem sprawnie poszło poskładanie mnie do kupy. Pamiętam tylko, że tak specyficznie pachniał... Tak czy siak, bilans wyglądał następująco: blizna na biodrze, bo kula utknęła w kości, trzech wkurwionych facetów, złamane serce i wojna między mną i wilczycą. Osom. Starym nic nie powiedzieliśmy, mieli własne problemy.

"Remember, you are a wolf and wolf cannot be caged."


Przeżycie czegoś takiego serio nie jest przyjemne. Już nie chodzi o to, że puchata kulka futra się wściekła i kompletnie odmówiła jakiejkolwiek współpracy, bo wiem, że to ja schrzaniłam. Powinnam była jej posłuchać. Idzie o spojrzenia. Nie zapomnę min obydwu braci, gdy przez kolejne dni pilnowali mnie jak oczka w głowie, jakbym miała zrobić coś głupiego. Zasadniczo nawet nie chciałam. Zresztą to też nie tak, że patrzyli jakoś specjalnie mocno. Młody zaczął przebąkiwać, że rodzice się chyba rozwiodą, bo ojciec lata za ciotką Eve. No świetnie. Nic nie mam do ciotki Eve i nawet mi potem było głupio, ale w tamtym momencie miałam ochotę ją z leksza udusić. Ale przyjechał wujek Oscar, starszy brat mamy i okazało się, co się działo z ojcem. Problemy w pracy były problemami z łowcami. Banda debili chcąca przetrzebić wilkołaki, a do tego przypałętało się kilku Nefilim. A ojciec nie latał wcale za ciotką Eve, młody to po prostu idiota. To wszystko jednak tłumaczyło kłótnie z matką i cały ten bajzel. Dlatego udawałam przykładną studentkę z młodszym bratem na karku. Starszy nie miał za specjalnie jak mnie pilnować, ale wsparcie miałam od obydwu. Wujek pomógł, rodzice się pogodzili, do rozwodu nie doszło, komisyjnie uznaliśmy, że siedzimy cicho i o durnych insynuacjach młodego nie mówimy na głos. Przy wujku stałam się, ja wiem, spokojniesza? Nawet wilczyca przestała aż tak warczeć. Wujek pierwszy się spostrzegł, że nie jest dobrze. Że studia to nie jest to, co chciałam robić. Długo rozmawialiśmy i prawie, ale tylko prawie przyznałam mu się do tego ataku na mnie. Do problemów z wilkiem. Ale wtedy do pokoju weszła mama i... Może powinnam była złapać go później. Nie złapałam. Mogę winić tylko siebie.
Ale to, co powiedział, że wilk nie może być w klatce... To trafiło do mnie. Stanęłam na nogi, podejmując drobne próby dogadania się z obrażoną o łowców wilczycą. Rzuciłam studia. W domu wybuchła prawie że wojna, rodzice byli wściekli, matka o dziwo bardziej. Powiedziała, że powinnam skończyć studia, ustatkować się i mieć szczeniaki. To był chyba pomysł ojca... Pierwszy raz w życiu, jednym zdaniem wkurzyli i mnie i wilczycę. Żadnych facetów i żadnych szczeniaków!!! Na prawie miesiąc pojechałam do Manchesteru, do starszego brata. Przemyślałam sobie wszystko. Wróciłam i... wstąpiłam do policji. Ojciec prawie zawału dostał, ale byłam już pełnoletnia, mógł mi skoczyć prawdę mówiąc. Wyprowadziłam się z domu, ale nie z miasta, zostałam w Cardiff. Może to też był błąd...

Some days I am more wolf than woman, and I am still learning how to stop apologising for my wild.


Tymczasowa sztama z wilkiem szybko się skończyła. Już nawet nie wiem, o co dokładnie szło, ale szybko sprawy stanęły na ostrzu noża. Robiłam się nieco... agresywna. Nieco bardzo, bo coś mnie trafiało na widok tych wszystkich dilerów narkotykowych. Z moim wilczym nosem szybko skończyłam w antynarkotykowym, mając najlepszy wynik w wykrywaniu dilerów i prochów. Żaden jednak nie trafił na komisariat w dobrym stanie zdrowotnym, zawsze obrywali mocniej niż powinni... No i dochodziła jeszcze jedna kwestia. Chciałam móc pójść ze znajomymi, uchlać się. Pierwszy raz postanowiłam się upić prawie tydzień po łowcach. Wypiłam 2 litry spirytusu. Nic. Bycie wilkołakiem ssie. Na każdej imprezie, wypadzie do knajpy, mogłam pomarzyć najwyżej o przyjemnym stanie upojenia alkoholowego. A potem ktoś przytargał trawę. Spróbowałam... I nagle się okazało, że to ucisza wilka! Byłam wolna. Na chwilę, ale byłam, mogłam się bawić, nawet jak nadal nie dawałam rady sie upić.
A potem wysłali nas na szkolenie. Do Leeds. W trakcie cholernej pełni. Ja wiedziałam od samego początku, że to się dobrze nie skończy, przecież to było tak samo pewne jak to, że każdy kłak gubi futro. Ile ja wtedy miałam, z jakie 22 lata. No, trochę ponad. Walka z pełnią nie wchodzi w grę, wilczyca przejęła stery... Przemieniła kogoś. Jakąś młodą dziewczynę, pewnie studentkę, do dzisiaj pamiętam jej zapach. Nie wiem, co się z nią stało, idę o zakład, że nienawidzi tej ekhem, która ją przemieniła. Cholera, sama siebie nienawidzę. Zwiałam oczywiście potem, wilczyca szczęśliwa, jakby jej kto kość rzucił do aportowania... A idź. Nie byłam zachwycona. Kolejny powód, by żreć się z wilkiem. I tak właśnie pogrzebały się moje marzenia o byciu normalną. A przypominam, dochodziła robota w antynarkotykowym.

I am the architect of my own destruction


Większość moich partnerów policyjnych wytrzymywała ze mną góra miesiąc. Góra. Większość odpadała po 2-3 tygodniach, jeden wytrzymał półtora miesiąca i wszyscy patrzyli na niego z podziwem w oczach. Byłam za ostra, za agresywna, za pewna siebie, za uparta... I zdecydowanie miałam problem z ekspresją uczuć. Nie rób takiej miny, wilk mnie nienawidził, na tym etapie to już z wzajemnością, do związków miałam totalny uraz po tamtym łowcy, a z rodziną niespecjalnie chciałam rozmawiać, bo się obawiałam, że odkryją, o co chodzi, co zrobiłam... Aż dziwne, że moi szacowni, upierdliwi braciszkowie nadal trzymali mordki na kłódkę i nikomu nie powiedzieli o ataku łowców. Ojciec, bo trafiłam na jego komisariat, próbował coś z tym zrobić, ale jako ojciec niewiele mógł, bo go unikałam, a służbowo... skarg nikt nie dawał. Po prostu prosili o zmianę partnerki. Raz czy dwa mnie zawiesili, ale wszystko szybko wracało do stanu początkowego. No. Stan ten potrwał... bo ja wiem, koło roku będzie? W tym czasie miałam chyba 15 partnerów. No i wtedy przywalili mi Chrisa. Wyglądał trochę jak zagubiony dzieciak, więc uznałam, że ojca to chyba pogięło. Ale nie, się uparł. Podchodziłam do niego nie przymierzając jak pies do jeża, przynajmniej o tyle dobrze, że znałam każdego dilera na dzielni i zapasy trawki miałam. Więc uznajmy, że starałam się nie warczeć na gościa bardziej, niż to jest potrzebne. Chris wytrzymał ze mną tydzień. Potem drugi. Z tygodnia zrobił się miesiąc. Z miesiąca kolejny. Po pół roku mogłam uznać, że serio go lubię. Chyba nawet z wzajemnością. Reszta robiła zakłady, kiedy Chris się podda. Nie poddał się. Uparte z niego stworzenie było, nie powiem. Nawet wilczyca mi się z leksza zamknęła i nie przeszkadzała w kontaktach. Odwiózł mnie kilka razy do domu po pracy. Ja odwiozłam jego. Myślałam, że nigdy się już w nikim nie zakocham czy cokolwiek, bo nikomu nie zaufam wystarczająco... Zaufałam Chrisowi. Trzymałam go na dystans, bo praca, ale nawet przestałam być aż tak warcząca do ludzi. Dobrze na mnie działał. A potem te pamiętne magazyny rok temu.
W zasadzie to wcale nie byliśmy na służbie. Mogliśmy to olać. Ale dwójka gliniarzy i magazyny, w których mogą być prochy? To się nie mogło dobrze skończyć. I nie skończyło. Nie mam pojęcia, co było w tych magazynach. Trawka mi się skończyła, jak na złość, więc wilczyca oczywiście na mnie powarkiwała. A potem ten zapach doprowadził ją do szału. Kompletnego szału. Nie wiem jak, nie wiem czemu... Rozszarpałam Chrisa w wilczym szale. Nie miałam żadnej kontroli, widziałam tylko, jak wilczyca moimi rękami rozszarpuje jedyną osobę, która akceptowała mnie całą i to bez wyjątku, bez ciskania się o moje humorki. Chyba zadzwoniłam wtedy do ojca. A może to on zadzwonił do mnie? Tak czy siak, przyjechał. Jedyne, co mnie pociesza, to że jemu od tego zapachu też odwaliło, ale miał o wiele lepszą kontrolę nad wilkiem niż ja. Usunął mnie stamtąd, resztę pamiętam jak przez mgłę. Dostałam przymusowy urlop na dwa miesiące, ale szału zaczęłam dostawać po 3 tygodniach. Chciałam coś zrobić, znaleźć odpowiedzialnego za tę masakrę, cokolwiek... Kolejne pełnie były tragedią. Zepchnęłam wilczycę na samo dno świadomości, trzymając ją tak ściśle "zabunkrowaną", jak nigdy wcześniej. Ze strachu, że znowu kogoś zabiję. Odgrywała się, nie panowałam nad sobą już prawie wcale. W końcu, dwa tygodnie temu, połamałam kości facetowi wytwarzającemu prochy.
Zostałam zawieszona, do odwołania. Póki się nie ogarnę. Zamknęłam się w domu na tydzień, próbując wymyślić, co powinnam zrobić. Emocjonalnie leżę, choć chyba zaczęłam się zbierać po śmierci Chrisa, choć nie po tym, że to ja go zabiłam. Ale Cardiff budzi tak wiele wspomnień, że musiałam się odciąć. Kiedyś może wrócę. Jak się pozbieram. To postanowione, potrzebuję pomocy. Nie pójdę do matki i ojca, bo oni nie zrozumieją. Zresztą wstyd się przyznać, że aż tak schrzaniłam sprawę. I nie chcę słuchać, czemu nie przyszłam wcześniej. Bo dziewczyna ma być silna, nie? Twoje słowa, babciu... To i jestem. Mam dwie opcje, wujek Oscar, albo ciotka Eve. O ile znajdę odwagę, by powiedzieć, co zrobiłam. Witaj Yorku w takim razie, liczę, że tam znajdę cokolwiek, co pozwoli mi zażegnać ten problem... Więc od tygodnia siedzę zabunkrowana w cudzej chacie i póki lodówka pełna, to nie wychodzę. Tu jest dziwnie.

Ciekawostki

☾ "Masina" to po samoańsku księżyc
☾ jest bardzo, bardzo ciepłolubną istotką. Czasem nawet do przesady.
☾ dzień bez kawy uważa za dzień stracony. Nie chce wstać z łóżka? Podsuń jej kawę.
☾ ojciec uparcie nazywał ją "Masie". Nienawidzi tego zdrobnienia. Akceptuje jedynie "Sina" lub "Sin".
☾ od Mrocznej Wojny trzymała się z daleka, rodzice zabronili jej się wtrącać. I całej zresztą rodzinie. O dziwo nikt nie protestował.
☾ na Zimny Pokój nie zwróciła większej uwagi. Nie poznała żadnej Faerii, więc i Zimny Pokój jakoś specjalnie jej nie obszedł. Ale wbite poczucie sprawiedliwości sprawia, że jest przeciwna takiemu stawianiu sprawy. A dlaczego w ogóle banda morderców ma nimi rządzić?
☾ na 18-ste urodziny od ciotki Eve dostała w prezencie broń i srebrne kule. Cały zestaw posiada do dzisiaj, skrzętnie ukryty przed ojcem i wujkiem.
☾ strzelania uczyła się po części od ciotki (gdy była młodsza), a potem od starszego brata. Fetu konsekwentnie odmawiał uczenia córki tej sztuki.
☾ w chwili wielkiego kryzysu chciała się zastrzelić z broni od Eve. Wilczyca jednak jej nie pozwoliła.
☾ od roku nie zmieniała się w wilka, poza pełnią. A nawet w trakcie pełni zamyka się tak, by na nikogo nie trafić.
☾ ma spore problemy z nagością przy obcych. Przy rodzinie i innych wilkołakach ten problem się zmienia.
☾ na lewym biodrze ma bliznę po kuli. Nosiła się z zamiarem zakrycia jej tatuażem, ale nic z tego nie wyszło.
☾ w samotności nadal trenuje sztuki walki. Może niekoniecznie zgodnie z kanonem, ale przynajmniej chociaż trochę jej to pomaga.
☾ dość panicznie boi się węży. Kiedyś jeden ją ugryzł, gdy była dzieckiem. Niestety był jadowity...
☾ świetnie gotuje, ale za cholerę się do tego nie przyzna. Nie ma zamiaru ugrzęznąć w kuchni.
☾ studia, na które "wysłali" ją rodzice, to medycyna. Wprawdzie je rzuciła, ale nadal jest świetna w opatrywaniu ran i pierwszej pomocy, również tej dla wilkołaków (taaaak, potrafi wyjąć srebrną kulę bez szkody dla zdrowia. Byle nie z własnego ciała).
☾ zna oprócz angielskiego nieco kubański, dobrze samoański, a także swego czasu ktoś uczył ją japońskiego. Niestety walijski to czarna magia, hobbystycznie za to dla zabicia czasu uczy się hindi. Miała wybrać hiszpański, ale nie miała motywacji.
☾ różnica zdań między Sin a wilczycą odnosi się do... stada. Wilczyca go chce, a Sina się boi i jest na nie.
☾ gdy nikt nie widzi, otwiera się i wraca szalona dziewczyna, którą kiedyś była.


Haru Shimizu

26 lat


181 cm


I’m scared to begin, because I can taste the bitter scent in my mouth If you close your eyes








Multikonta: Shizhi i gromada
Accepted

Drogi Użytkowniku!

Cieszymy się, że dołączyłeś do naszego forum, a Twoja Karta Postaci już została zaakceptowana! Przejdź teraz do zakładania koniecznych tematów. Zapoznaj się z Mechaniką Gry oraz Spisem umiejętności. Zachęcamy również do przejrzenia Mapy York! Poza taką mapą na forum znajdziesz również Mapę Świata z najważniejszymi lokalizacjami!

Shizhi
A source of purpose and of balance. Why does a dominant exist? To protect those beneath him.

Gość, zrób klik | Notatnik | Warsztat
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo