Oliver Moretta

560 (24)


160 cm


Never to suffer would never to have been blessed.








Multikonta: Oktober
Oliver Moretta
Metryczka




Imię: Oliver
Nazwisko: Moretta

Data urodzenia: 19/08/1460
Miejsce urodzenia: Państwo Kościelne (obecnie teren Włoch), Rzym

Wiek: 560 (24)

Wzrost: 160cm
Waga: 50kg

Rasa: Wampir
Przynależność: wampirzy azyl
Wizerunek: Kim Jong-hoon

Charakter

Jaki jest Oliver? Najtrafniejszym słowem na opisanie go, byłoby niewidzialny. Spokojny wampir, który zazwyczaj trzyma się na uboczu, starając się nie wadzić nikomu. Dzięki szlifowaniu przez lata umiejętności człowieczeństwa, nikt też nie pomyśli, że jest z nim coś nie tak. Może bez trudu udać się do kawiarni, by z książką w ręku obserwować gwar dziejący się wokół. Ot niewielka, niepozorna kruszyna, która gdy się tylko odwrócisz, wbije ci nóż prosto w serce. Jeśli tylko dostanie za to parę szekli, oczywiście. W jego zawodzie bycie bezwzględnym naprawdę popłaca, śpisz dobrze, nie przejmując się trupami, ciągnącymi się za tobą. Gdyby Ollie miał rozpamiętywać każdego przyziemnego, który stracił życie z jego ręki, musiałby sam sobie wbić kołek w serce. Było ich zdecydowanie za dużo, co w efekcie znieczuliło go totalnie na samo zjawisko śmierci.
Człowiek ironia. Jeśli tylko nawiążesz z nim jakąś nić porozumienia, a także przebijesz się przez arogancką aurę, stwierdzisz, że to całkiem złośliwa mała łajza. Altruizmu w nim za grosz, a żeby nadążyć za nim w rozmowie, musisz nauczyć się wyłapywać ironię, którą zaleje cię z miejsca. Pomimo tego do obcych zazwyczaj jest niezwykle uprzejmy. W jego mowie jest coś ponadczasowego, słów, jakie znajdują się w jego słowniku, nikt normalny już nie używa. Kobiety pewnie uznałyby, że to szarmancki młody człowiek, który po prostu interesuje się przeszłością. Co bardziej ogarnięci wiedzą, że są po prostu dissowani w archaicznej odmianie angielskiego bądź włoskiego.
Jest lojalny tylko sobie. Śmiertelnicy umierają, nie ma sensu przelewać za nich krwi, ani co gorsza, nadstawiać karku. Jest w stanie czuć do kogoś coś więcej, umie zawierać silne relacje. Lata życia w samotności nauczyły go jednak, że nie warto przejmować się innymi do jakiegoś wysokiego stopnia. Jeśli mu na kimś bardzo zależy, pomoże, ale jeśli w grę wchodzi jego własne życie, zastanowi się trzy razy, zanim podejmie pochopną decyzję, której może potem żałować.
W tej całej gamie całkiem negatywnych cech mamy perełkę - cierpliwość. Oliver na pewno nie jest w gorącej wodzie kąpany, jeśli mu na czymś zależy, jest w stanie czekać przez całe wieki. W zawodzie płatnego zabójcy nie raz zdarzało się, że czekał nawet kilka miesięcy na dogodną sytuację do zdjęcia swojej ofiary. Żeby wykonać jakiś ruch, musi być na sto procent pewny, że tego chce. Nie zrobi nic pod wpływem nagłego impulsu. Widzi nagrodę, ale widzi też zbiór konsekwencji, które są gotowe zwalić mu się na głowę, w momencie, w którym zrobi coś pochopnie.
Kolejną rzeczą, którą można potraktować nawet jako zaletę, jest perfekcjonizm. Czasami nawet do niezdrowego stopnia. Jego ubranie musi być zawsze wyprasowane, wszystko, co robi, musi być zaplanowane i wykonane od A do Z. Nie ma miejsca w jego życiu na żaden błąd, a jeśli ten się zdarzy, będzie sobie go wypominał przez kolejne trzy stulecia. Dążenie do doskonałości może mieć swoje pozytywne strony, ale takie zachowanie na dłuższą metę pokazuje jedynie, jak bardzo niedoskonały jesteś.
Gdybym próbowała opisać wszystkie cechy mężczyzny, nie starczyłoby mi na to dnia i znaków w poście. Każdy będzie go postrzegał trochę inaczej, bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jedni będą widzieć w nim bezwzględnego zabójcę, inni zobaczą tę wrażliwszą stronę, a prawdziwi szczęśliwcy poznają jego historię i zobaczą.


Biografia

Never to suffer would never to have been blessed.

Urodził się w gorący, sierpniowy dzień w Rzymskim instytucie, jako syn pana Moretty i pani Kim. Były to ostatnie już podrygi lata w roku 1460. Imię, jakie wtedy dostał, brzmiało Haneul (하늘). Przejął też nazwisko matki, ze względu na zawiłości rodowe, które w tamtych czasach były jeszcze bardziej restrykcyjne, niż w obecnych. Dwa lata później na świat przyszła jego młodsza siostra, Haeun (하은). Tworzyli zgraną rodzinę, która żyła sobie spokojnie, nie wadząc nikomu. Dosyć wcześnie zauważono, że o ile dziewczynka wdała się w ojca, o tyle nasz główny bohater był skórą zdjętą z matki. Nigdy nie urósł więcej niż metr sześćdziesiąt. Azjatyckie rysy na jego twarzy były o wiele bardziej zauważalne. Gdyby nie krótkie włosy i głos, prawdopodobnie wszyscy braliby go za dziewczynkę. Nie, żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało. Od najmłodszych lat wpajano mu, że jego przeznaczeniem jest zabijanie demonów, że to właśnie to będzie robił do śmierci, która swoją drogą miała nadejść bardzo szybko. Nikt na jego miejscu nie przejmowałby się więc swoim wyglądem.
Zadanie miał proste - poślubić kobietę, która zostanie dla niego wybrana, zrobić dwójkę dzieciaczków, a w międzyczasie pilnować, by przyziemnym w okolicy nie działa się krzywda ze strony podziemnych, czy potworów. Potem historia zatoczyłaby koło, a w roli głównej wystąpiłby jego, najlepiej męski, potomek. Całe życie miał starannie zaplanowane przez swoich rodziców. Każdy tydzień obfitował w treningi, spotkania, naukę i wiele innych aktywności, które były mu potrzebne, by cały ten misterny plan miał się spełnić. Nigdy nie narzekał, był raczej spokojnym chłopcem. Nigdy też nie przeszedł tego, co obecnie nazywa się nastoletnim buntem. Przyjmował wszystko na klatę, w przeświadczeniu, że tak musi być i już. Musiał dawać przecież dobry przykład swojej młodszej siostrze.
Jego życie zaczęło się robić trochę ciekawsze, gdy skończył 16 lat. Do instytutu w Rzymie, przybyli bowiem Waylandowie. Małżeństwo z synem rok starszym od Olivera. Chłopiec miał na imię Edmund i można śmiało powiedzieć, że wywrócił jego egzystencję do góry nogami. Przyzwyczajony do słuchania się na każdym kroku, odłączał się od tradycji swojej rodziny coraz bardziej. Nie minęło dużo czasu jak Wayland i Moretta stali się parabatai. Stało się to w niecały rok od pierwszego spotkania. Nie chcieli tracić czasu, ponieważ w momencie, w którym Edmund skończyłby osiemnaście lat, opcja splecenia swoich żyć na wieki wieków przestałaby być dla nich dostępna. Ich ciała więc, pomimo gorliwych sprzeciwów rodu Kim, zaczęły zdobić odpowiednie runy. To był początek końca. Pomimo tego, że chłopak wciąż w jakimś stopniu był wierny wizji, jaką narzuciła mu rodzina, zaczynał rozumieć coraz więcej. Edmund pokazał mu, że można żyć inaczej, być wolnym, decydować o sobie. Z jednej strony go to przerażało, z drugiej kusiło, niczym zakazany owoc.
W 1483 roku jego problem rozwiązał się samoistnie. Ponieważ oboje byli dorosłymi, pełnoprawnymi nocnymi łowcami, dostali przydział do instytutu w Klużu. Wtedy bowiem słyszało się pierwsze pogłoski dotyczące straszliwej, demonicznej choroby, która zamieniała przyziemnych w potwory. O ile na tamten moment nie było wiadomo dużo, o tyle władza chciała jak najszybciej wszystko sprawdzić i mieć w pogotowiu odpowiednią ilość nocnych łowców na miejscu. Rozkaz to rozkaz, Edmund razem z wtedy jeszcze Haneulem pojechali do Rumunii, by w razie czego, pomóc radzić sobie z nieznaną zarazą. Po dotarciu na miejscu, odkryli, że o ile wampiryzm nie rozprzestrzeniał aż tak szybko, o tyle tendencja była wzrostowa. Z informacji, które mieli, wynikało, że choroba odbierała ofierze człowieczeństwo, co czyniło sytuację o wiele poważniejszą, niż ogłaszało to wszem i wobec Clave.
Kolejny raz jego życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni rok później. Problem z wampirami nie postępował za mocno, słyszeli w instytucie o kolejnych przypadkach, aczkolwiek nie byli w stanie nic na to poradzić. Póki nie wybuchła masowa panika, góra miała związane ręce. Pożywianie się na przyziemnych w teorii było całkowicie zakazane. Zabijanie ich - jeszcze bardziej. Jednakże nocni łowcy pozostający na miejscu, reagowali jedynie wtedy, kiedy przyłapali kogoś na gorącym uczynku. Poza tym nikt nie chciał się z nimi mierzyć sam na sam. Właśnie dlatego jeszcze bardziej pilnowano poruszania się po mieście parami, bądź trójkami. Ale przecież musiało się coś spierdolić tak czy siak, no nie? Podczas pewnego, z pozoru całkiem normalnego, patrolu, dwójka parabatai natknęła się na, jakżeby inaczej, dzikiego wampira. Pożywiał się on właśnie na swojej ofierze. Edmund chciał się wycofać. Nie mieli dostatecznej wiedzy, ani umiejętności, by walczyć z kimś tak pozbawionym ludzkich odruchów. Patrzyli, jak przyziemna kobieta osuwa się na ziemię bez życia. Wtedy Haneul stanowczo dał do zrozumienia swojemu przyjacielowi, że nigdzie się nie wybiera. Zamierza zostać i walczyć, a następnie aresztować wampira i sprowadzić go do instytutu. Tu już nie chodziło o zwykły pokarm, a o bestialskie morderstwo. Co miał zrobić Wayland? Mógł jedynie wyjąć swoją broń i stanąć ramię w ramię do walki z partnerem.
Walka nie była nierówna. Nocni łowcy mieli przewagę liczebną oraz w postaci kontrolowanych ruchów. Wiedzieli jak posługiwać się bronią, podczas gdy wampir, pomimo swojej siły, nie umiał dobrze wykorzystać jej w boju. W pewnym momencie jednak znikąd pojawiły się dwie kolejne pijawki. Przypadek? Przeznaczenie? Mogli wrócić do domu, prowadząc ze sobą prawdziwą pijawkę, przedłużająca się jednak walka sprawiła, że zaalarmowali innych z okolicy. Żadne wołanie o pomoc nie było wtedy w zasięgu ich możliwości. Nawet, jeśli ktoś odebrałby ognistą wiadomość, nie było żadnych szans, że zjawiłby się tak szybko. Ich szanse z każdą sekundą malały. Wir walki opanował ich całkowicie, walczyli przecież o swoje życia. W pewnym momencie Haneul kątem oka zauważył, że Edmund padł na ziemię. Jego runa parabatai uderzyła go niesamowitym bólem. Nie miał jednak czasu mu pomóc, ponieważ sam został powalony przez jednego z wampirów. Zakręciło mu się w głowie. Naprawdę w tamtym momencie dopadła go myśl, że to już koniec. Że cały ten plan, który został wymyślony przy jego narodzinach nigdy się nie spełni, ponieważ on w wieku dwudziestu czterech lat zwyczajnie umrze. Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem. Z jego winy. Ostrze leżało gdzieś daleko, wzrokiem próbował wyłapać Waylanda. Chciał zobaczyć go ten ostatni raz. Gdzie ty umrzesz tam i ja umrę, i tam pochowany będę.
Wtedy wampiry odsunęły się od nich. Jak małe roboty, którym wgrano odpowiednie polecenie. Pomimo braku fizycznego ciężaru na swojej klatce piersiowej, Hanowi nie było wcale lżej. Czuł nie tylko niepokój swój, ale i ten Edmunda. Oboje wiedzieli, że to jest zły znak, bo ktoś o wiele potężniejszy pojawił się w ich zasięgu. Nie mylili się. Ich oczom ukazała się piękna, blada kobieta. Nie odezwała się nawet słowem, ale sama jej obecność wywierała presję na wszystkich wkoło. Wampirzyca pokazała najpierw na niego, a potem na jego przyjaciela. Jej wzrok był obezwładniający, a fakt, że nie mówiła, przerażający. Nefilim został całkowicie rozbrojony, jego serafickie ostrze leżało gdzieś na ziemi, teraz zabrano mu także sztylety oraz stelę. Nie stawiał oporu. Trzeci wampir znajdował się tuż przy jego parabatai i trzymał mu nóż przy gardle. Haneul patrzył na to kątem oka, zbyt sparaliżowany strachem o jego życie, by oponować. Czekał na odpowiedni moment, mając nadzieję, że Edmund jakoś się wydostanie z uścisku, pokazując mu tym samym, że jest dla nich jakaś szansa. Jednakże nic takiego się nie stało. Gdy jego ręce zostały związane za plecami, zdał sobie sprawę z tego, że może czekać ich los gorszy niż śmierć. Kobieta obserwowała wszystko ze spokojem, a jej wzrok spoczywał głównie na nim. Czuł się nieswojo. Miał ochotę krzyczeć, walczyć, nawet jeśli miałby umrzeć, jednak po prostu stał, dał ze sobą zrobić wszystko, co chcieli. Bo o ile nie bał się śmierci, o tyle bał się stracić przyjaciela. Ten, o dziwo, został puszczony. Wampir odsunął się i rozkazał odejść, gdy sam stał już związany. Miał wtedy ogromną nadzieję, że Wayland nie zrobi nic głupiego, oddali się, wróci do instytutu i sprowadzi pomoc. To był ostatni moment, w którym nawiązali kontakt wzrokowy jako dwóch nocnych łowców. Parabatai.

I am neither good, nor bad, neither angel nor devil

Niewiele pamiętał z tego, co się działo potem. Można powiedzieć, że wciąż był w szoku, po tak intensywnym spotkaniu z wampirami, wyczerpany dość długą walką, a także zmartwiony o swojego przyjaciela. Nie czuł swojej runy parabatai, miał pewność, że nie dzieje mu się żadna krzywda, a jednak strach miał wielkie oczy. Nawet idąc w eskorcie trzech wampirów i tej dziwnej, niebezpiecznej kobiety, jedyną osobą, o której myślał, była ta łajza Edmund Wayland. Po pewnym czasie doszli do opuszczonego domu. Wyglądał, jakby nikt w nim nie mieszkał już od przynajmniej stulecia. Zaniedbany zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. Mnóstwo kurzu i rozwalające się meble. Poczuł, że to miejsce nie przystoi aurze, jaką wytwarzała wokół siebie kobieta. Prędzej widział ją w pałacu, otoczoną najszlachetniejszymi klejnotami i górą złota. Trzy wampiry, które chłopak określił sobie w głowie jako bezmózgich żołnierzy, wyszły. Zanim to zrobili, jeden z nich ściągnął mu sznurek, który do tej pory ciasno oplatał jego nadgarstki. Zostali sami, a sytuacji wcale nie polepszał fakt, że kobieta nie porozumiewała się werbalnie. Spiął się, gdy ta podeszła do niego i złapała za ramię. Mimo swojej filigranowej budowy ciała, uchwyt był niesamowicie silny. Pierwsza i ostatnia próba wyrwania się spełzła na niczym, nawet nie podszedł do tego drugi raz. Wiedział co zaraz się stanie. Jego mózg doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że za sekundę po ciele przetoczy się ból. Poczuje jak to jest, gdy krew powoli opuszcza twoje ciało, sprawiając, że stajesz się coraz słabszy, a na końcu umierasz. Z tym ostatnim pogodził się już wcześniej, leżąc w zaułku pod wampirem. Tak jak przewidział, kobieta wbiła się kłami w jego szyję, jednocześnie podtrzymując go, by nie upadł. Jednak nie bolało. Poczuł… euforię? Nigdy nie rozmawiał z nikim, kto zostałby ugryziony przez wampira, ale zawsze wyobrażał to sobie jako najbardziej bolesne przeżycie jakie może istnieć. On tymczasem czuł się niezwykle dobrze, po prostu jakby wypił za dużo dobrego wina.
Wampirzyca odsunęła się do niego dość szybko. W sumie nie był w stanie stwierdzić ile czasu dokładnie minęło. Mogły minąć sekundy, minuty, a nawet godziny. W głowie mu zaszumiało, gdy kobieta pozwoliła mu opaść na sofę, znajdującą się za nim. Nigdy wcześniej nie był pod wpływem narkotyków, a alkohol spożywał w wielkim umiarze. Idealnemu nefilim nie przystoiło przecież ćpać, czy chlać na umór. Kątem oka zauważył, że wampirzyca znów zbliża się do niego. Poczuł zapadającą się obok siebie kanapę i obezwładniający go zapach. Po chwili drobna dłoń wślizgnęła się w jego włosy, by przytrzymać jego głowę w jednym miejscu. Przełknął głośno ślinę, gdy mózg powoli zaczął łączyć kropki. Druga ręka nieznajomej, teraz krwawiąca z nadgarstka, została przyciśnięta do jego ust. Metaliczny posmak rozlał się po jego podniebieniu, ale był w takiej euforii od jadu, że nie przeszkadzało mu to szczególnie. Mimowolnie zaczął pić, obserwując, jak na twarzy wampirzycy pojawia się delikatny uśmiech. Zupełnie jakby chciała pokazać jak bardzo dumna z niego jest. A on, dzięki temu pił jeszcze łapczywiej, kompletnie odrywając się od rzeczywistości. To trwało dłużej niż pierwszy etap. Nie był w stanie stwierdzić ile dokładnie czasu minęło, ale w końcu ucisk na jego włosach zelżał, krew została od niego zabrana. Nie czuł nic, a zarazem wszystko. Jego myśli były wyczyszczone do zera, nie wiedział nawet gdzie się znajduje. Dlatego, gdy zobaczył, że kobieta trzyma w dłoni sztylet, niegdyś należący do niego, nie przewidział tego, co się stanie. Poczuł dźgnięcie, w okolicach serca, ból ponownie przeszył całe jego ciało, strużka czerwonej posoki poleciała mu z kącika ust. Zamknął oczy, łapiąc panicznie swoje ostatnie hausty powietrza. Potem ogarnęła go ciemność.

Obudził go ból. Niesamowity ból, przetaczający się raz po raz przez jego ciało. Zupełnie jakby każda runa na jego ciele płonęła żywym ogniem. Otworzył oczy tylko po to, by zaraz znów je zacisnąć. Z gardła wyrwał mu się cichy krzyk. Nigdy w życiu nie przeszło mu przez myśl, że kiedykolwiek poczuje ból zrywanych run. Agonia, w której się znalazł, oddziaływała nie tylko na jego fizyczną stronę, ale także na psychiczną. Podświadomie wiedział, że w ciele zachodzą zmiany, których już nie odwróci. Nie weźmie do ręki serafickiego ostrza, nie stanie ramię w ramię ze swoim parabatai, krew w jego żyłach na zawsze straci swoje niebiańskie właściwości. Ból fizyczny był tylko idealnym zaprezentowaniem tego, co działo się także w duszy. Kolejny raz zgubił też rachubę czasu. Cyklicznie budził się i tracił przytomność. W pokoju, w którym się teraz znajdował, było ciemno. Czarne, grube kotary skutecznie zakrywały wszelki dostęp światła, bądź jego braku. Nie wiedział więc nawet czy jest dzień, czy noc. Gdy runy z jego ciała zniknęły poczuł bezbrzeżną pustkę. Można to przyrównać do utraty jednej z kończyn. Niby człowiek ma świadomość, że jej nie ma, a wciąż chce jej używać. Ból w końcu ustąpił. Na jego miejsce wskoczył głód. Tak… Był wygłodzony i spragniony, zupełnie jakby nie miał nic w ustach przez ostatnie dwa tygodnie. Na szczęście jego stworzycielka nie kazała mu czekać. Wkrótce drzwi do pokoju otworzyły się i zobaczył w nich kobietę, wprowadzającą dwóch przyziemnych. Można śmiało powiedzieć, że osuszył ofiary do ostatniej kropli krwi.

We used to say, we’d never change and stay the same

Trochę zajęło mu przyzwyczajenie się do swojej nowej rzeczywistości. Z początku się nienawidził. Brak kontroli nad swoimi odruchami, okropny głód, który dłużył się całymi miesiącami. Praktycznie nie wychodził z rezydencji, a jasnowłosa wampirzyca przyprowadzała mu posiłki. Stała się na ten czas całym jego światem. Zaczął się z nią porozumiewać migowo, próbował pytać dlaczego to właśnie jemu to zrobiła, ale nigdy nie dostał odpowiedzi. W końcu odpuścił. Uspokoił się. Zaczął panować nad swoją żądzą krwi. Zmienił swoje imię i nazwisko na Oliver Moretta. Dochodziło do niego, że nie będzie mógł zostać ze swoją stworzycielką na stałe. Musiał szukać szczęścia gdzie indziej, a czymże owo szczęście było? Lekiem na wampiryzm. Czas między 1485 rokiem a 1490 spędził właśnie na tym. Uruchomił wszystkie swoje podziemne kontakty, rozmawiał z każdym, kto rzucił mu się w oczy, ba, próbował nawet wybłagać życzenie od pewnej fearie. Pięć długich lat spędzonych na szukaniu. Nadzieja jednak w pewnym momencie przestała płonąć wyraźnym blaskiem. Gasła powoli, w miarę kolejnych smutnych spojrzeń, kręcenia głowami, czy groźbami śmierci. Powoli zdawał sobie sprawę z tego, że na to, co się dzieje nie ma remedium. Nieważne ile czarowników odwiedzi, ile ziółek wypije i natychmiast zwróci. Spróbował dosłownie wszystkiego. Wrócił więc do Klużu. Miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Wciąż żywił się na przypadkowych podziemnych, ale nie zabijał swoich ofiar. Miał kontrolę. Zbliżył się nawet do instytutu, ale stracił możliwość chodzenia po poświęconych terenach. Mógł z daleka oglądać swojego parabatai, trzymającego na rękach swojego pierwszego syna, czy siostrę, która trenowała ze swoją córką fechtunek. Po raz pierwszy od przemiany poczuł, że jego niebijące serce roztrzaskuje się na niewielkie kawałeczki. Po policzku popłynęła tylko jedna strużka krwi.

Nie zostawił nikomu wiadomości, że żyje. Jego parabatai musiał wiedzieć, że nie jest martwy. Runa przeszła w stan spoczynku, ich więź nie została całkowicie rozerwana. Prawdopodobnie Edmund doskonale zdawał sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znaleźli. Miał jednak nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy go szukać, a także oficjalną informacją zostanie jego śmierć. Nowa tożsamość, pogodzenie się z przeszłością, zamknięcie pewnej karty w historii swojego długiego życia. Oliver zaczął… po prostu korzystać. Od 1500 roku do 1600 roku całe jego jestestwo kręciło się wokół podróży po świecie i dobrej zabawy. Żył pełnią życia. Z biegiem czasu przestawał się przejmować człowieczeństwem. W końcu łowcą już dawno nie był, kogo obchodzili przyziemni? Póki dobrze zacierał za sobą ślady, nie miał powodów do przejmowania się czymkolwiek. Podczas pewnej jesieni poczuł, że jego runa znika. Nie bolało, a jednak smutek opanował jego ciało. Po tym wydarzeniu z jego psychiką było jeszcze gorzej, choć on wtedy pewnie powiedziałby, że wręcz przeciwnie. Alkohol, miłe towarzystwo zarówno pań jak i panów, zero balastu życiowego. To sprawiało, że Haneul Kim - nefilim - kompletnie przestał istnieć. Spokojny, kulturalny, ułożony chłopiec został na zawsze pogrzebany, a na jego miejscu został już tylko Oliver Moretta - bezwzględny wampir, któremu nie warto było nadepnąć na odcisk.

Pewnie się zastanawiasz teraz, jak to możliwe, że rozpustna pijawka stała się na powrót dość ułożonym wampirem? Ano wszystko przez klan łowców wampirów. Lata swawolnego tułania się po świecie sprawiły, że Oliver przestał być uważny. Obrósł w piórka, zachłysnął się tym, jaką ma kontrolę. W końcu osób jego rasy przybywało, a jednak to on stanowił jednego z najstarszych. Najlepszych, najszybszych, najsilniejszych. Nic dziwnego, że stał się bardziej niedbały o swoje bezpieczeństwo. Przez ten zakuty łeb nawet raz nie przeszło, że ktoś może go znaleźć, śledzić, a potem ustrzelić lotką ze środkiem usypiającym, gdy nadszedł odpowiedni moment. Grupa przyziemnych, nazywająca się dumnie łowcami, właśnie to zrobiła. Ich celem był każdy wampir, a umówmy się, Moretta nie starał się w tamtym czasie za bardzo ukrywać. Można powiedzieć, że stanowił idealny cel, który wystarczyło złapać. Wzięty z zaskoczenia został nieprzytomny zaciągnięty do ich kryjówki umiejscowionej w okolicach Londynu. Tam był poddawany przeróżnym torturom w imię nauki, a przynajmniej tak o tym mówili przyziemni. Wystawianie na słońce poszczególnych części ciała, czy głodzenie, stało się bardzo szybko jego codziennością. Oprawcy chcieli sprawdzić ile wampir wytrzyma bez pożywienia, jak szybko jego rany się zregenerują, czy po jakimś czasie w świetle dnia zacznie umierać. Ktoś nawet wpadł na genialny pomysł sprawdzenia jak to będzie przelecieć podziemnego. Tak, padł w tamtym miejscu również ofiarą nie jednego gwałtu. Nie ulegało wątpliwościom, że w pewnym momencie by go zabili, albo trzymali dalej, patrząc jak powoli, acz systematycznie znika w oczach. Nie miał siły się bronić, krwi dostawał jedynie tyle ile potrzebował do przeżycia, nie więcej. A czasami nawet nie tyle, bo łapał się na tym, że lepkie ręce letargu brały go w swoje objęcia. Ile więziono go w tym pseudo badawczym ośrodku? Prawie trzy lata. Gdy już tracił nadzieję, pojawiła się pomoc. Przyszła z niespodziewanej strony, ponieważ jego bohaterką okazała się dość młoda czarownica. O ile wcześniej Oliver miał styczność z przedstawicielami tej rasy, o tyle nigdy nie spotkał się taką życzliwością z ich strony. Co ona robiła w takim miejscu? Tego pewnie już nigdy się nie dowie, bo i wiedźma nie była skora dzielić się z nim tą informacją. Czy muszę wspominać, że każdy przyziemny stracił życie tego dnia? Podobno wampir budzący się z letargu, potrzebuje nawet podwójną dawkę swojego normalnego zapotrzebowania, by wrócić do pełni sił.

Vampires will never hurt you

Zaraz po traumatycznych wydarzeniach, które z pewnością zostawiły trwały ślad na jego psychice, wziął się za siebie. Zaczął na powrót ćwiczyć sztuki walki, próbując przypomnieć sobie umiejętności, jakie miał zanim stał się wampirem. Było ciężko, w końcu od minęło od tego czasu 200 lat, ale był zdeterminowany. Strach bardzo skutecznie popychał go dalej. Jego ulubioną bronią stały się na powrót sztylety, a także w późniejszym czasie broń palna. Szkolił też swoje encanto i przywiązywał większą uwagę do człowieczeństwa. Wydarzenia poprzedniego stulecia naprawdę wpłynęły na jego psychikę, nigdy nie powrócił do swojego poprzedniego stylu życia. Uważał te trzy lata za moment, który go otrzeźwił. Zapłacił wysoką cenę za swoje zachowanie, ale nie najwyższą. Ktoś jednak dał mu drugą szansę i zamierzał ją dobrze spożytkować. Jak? Ano zostając płatnym zabójcą, wiadomo. Historia jego zawodu jest całkiem prosta. Ktoś sprzedał mu cynk, że można zarobić dużo szekli za ściągnięcie jednego z ważniejszych polityków na arenie międzynarodowej. Oliver nigdy specjalnie nie mieszał się w sprawy przyziemnych, pewnie gdyby nie wysoka nagroda nie podjąłby się tego zadania. Pieniądze jednak ostatecznie go przekonały do podjęcia próby zakończonej, jakżeby inaczej, sukcesem. Transakcja się udała. Szekle zostały mu przekazane jeszcze tego samego dnia. Potem zrobił to ponownie, jakiś czas później. Dało mu to dużo komfortu psychicznego, nie musiał się martwić o tak przyziemną rzeczą, jaką był chociażby dach nad głową. Zaczął, właściwie drogą przypadku, wyrabiać sobie renomę. Podziemna siatka informatorów działała bardzo dobrze. Zlecenia zaczęły napływać coraz bardziej, sprawiając, że po jakimś czasie Moretta wywindował ceny w górę. Mógł sobie na to pozwolić, w końcu był niesamowicie dobry w tym, co robił. Nie miał sobie równych, działał na całym świecie, w końcu coś w życiu zaczynało wychodzić.

Około roku 1800 na dłuższą chwilę osiedlił się w Europie. Dużo zleceń, oraz fakt, że jego serce zdecydowanie biło w pobliżu Państwa Kościelnego i Rumunii mocno się do tego faktu przyczyniły. Dzięki temu właściwie, poznał małżeństwo cyganów, podróżujących po tych terenach. Do tego momentu w swoim życiu nie próbował się szczególnie asymilować ze swoją rasą. Przed niewolą uważał ich za gorszych od siebie, po wyjściu natomiast nie spotkał nikogo, kto przykułby jego uwagę na tyle, by próbować nawiązać głębszą relację. Z Esterą i Valentinem było inaczej. Mieli w sobie coś, co od razu polubił. Pomimo faktu, że to on był starszy niż oni, czuł od nich rodzinne ciepło. Jakby połączył się z jakimiś długo niewidzianymi wujkami. To było wbrew pozorom bardzo ważne wydarzenie w jego życiu, ponieważ wcześniej, jak zostało wspomniane, stronił od wszelkich powiązań z innymi. Sprawdzał oczywiście jak się żyje Waylandom oraz Wangom raz na kilkadziesiąt lat. Obserwował z daleka, czy nie potrzebują pomocy, ale poza tym, działał samotnie. Dopiero wampirze małżeństwo pokazało mu, że może z kimś swobodnie rozmawiać, bez udziału alkoholu, czy narkotyków. Jak dokładnie się poznali? Dwójka nieznajomych zatrzymała się przez przypadek na terenach jakiejś wilczej watahy. Te, czując zagrożenie i to w postaci pijawek, od razu przeszły do ataku. Wyczuwając zapach obu ras Oliver stwierdził, że warto zobaczyć, czy nikt się przypadkiem nie bił. Gdy dotarł na miejsce już w zasadzie nie miał innego wyboru. Musiał się do tego włączyć, bo wilkołaki bardzo szybko zorientowały się, że się pojawił w okolicy kolejny wampir. Dalsze losy to już mało ważna historia. Dużo konwersacji, listów i spotkań na przestrzeni wieków. Ciepło, jakie poczuł od małżeństwa trzyma w swoim niebijącym sercu do dzisiaj.

Pod koniec dwudziestego i na początku dwudziestego pierwszego wieku na powrót przeprowadził się do Ameryki. Tam już został właściwie do czasów obecnych, zamarzyło mu się osiedlenie na dłużej w jednym miejscu, dlatego właśnie kupił posiadłość blisko Nowego Jorku i odrzucił na wieszak liczne podróże. Wiedział, że ma jeszcze wiele kolejnych stuleci. Jako osoba nieśmiertelna, nie musiał się z niczym śpieszyć. Swoje usługi zaczął oferować tylko w pobliżu swojego domu, w końcu mógł sobie pozwolić na odpoczynek. Tak stary wampir od razu zwrócił uwagę nocnych łowców, w instytucie w Nowym Jorku, ale na szczęście nie miał problemu, by zostać, o ile stosował się do porozumień. Te czasami zdarzało mu się naginać, mniej lub bardziej, aczkolwiek nigdy nikt nie złapał go na gorącym uczynku. Dowiedział się też, że całkiem blisko stacjonuje także Wayland oraz jego parabatai. Nie, nie Edmund oczywiście, a Nicolaus. Potomek jego własnego parabatai. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na to, by porozmawiać z mężczyzną, dlatego trzymał się z daleka. Jak już pewnie każdy, kto to czyta, może się domyślić, taki stan nie potrwał długo. Oliver dostał bowiem zlecenie na głowę nocnego łowcy, nie wiedział właściwie dlaczego ktoś chciał go zamordować. Jego sukces wiązał się z tym, że zachowywał pełną dyskrecję, nie zadawał zbędnych pytań, a także zawsze, ale to zawsze raz podjęte zadanie kończył z sukcesem. Nidy nie zdarzyło mu się, by nie dotrzymał swojej części umowy. To był pierwszy raz. Moretta wziął zlecenie, by nikt inny nie położył na nim swoich rąk, a następnie spotkał się z Nico i ostrzegł go o tym, że jego głowa została wystawiona za niezłą sumkę. Nic więcej zrobić niestety nie mógł.

W międzyczasie rozpętało się coś, co zapisało się na kartach historii jako mroczna wojna. Jak do tego doszło właściwie? Nie wiedział, nie interesował się tym, jeśli ktoś by go spytał, stał po stronie tych dobrych nefilim. W istocie jednak dbał tylko o przedłużenie rodów Wang oraz Wayland. Inni łowcy go nie interesowali, mogli się równie dobrze powybijać i wisiałoby mu to jak pranie w ciepły dzień. W swojej rezydencji jednak gościł wampiry, szukające schronienia. Od pobratymców nie mógł się przecież odwrócić. Stworzył im tymczasowy azyl, zastrzegając, że jak tylko sytuacja się uspokoi, każde pójdzie we własną stronę. Nigdy nie chciał pisać się na jakieś organizacje, czy stowarzyszenia. Klan? Miał, owszem, jednoosobowy klan składający się tylko z niego. To również nie trwało długo, ponieważ pod koniec lutego dostał wiadomość od Estery. W liście wampirzyca powiadomiła go o śmierci swojego męża, a także powiadomiła go o tym, co działo się w okolicach Yorku. Organizacja zwana Kohorta, stworzona z nocnych łowców, zaczynała mordować podziemnych. Nie trzeba mu było powtarzać dwa razy. Spakował się i pojechał prosto do swojej przybranej matki. Co dalej? Historia pisze się cały czas.

Ciekawostki

🍵 Jego młodsza siostra w 1480 roku wyszła za przedstawiciela rodu Wang. Oliver do dzisiaj czuje sentyment do tego rodu Nefilim. Co jakiś czas sprawdza, czy wszystko wśród kolejnych pokoleń jest w porządku;
🍵 Mówi po włosku, koreańsku, angielsku, francusku, a nawet w języku szatana;
🍵 Jego stwórcą była córka Vlada - opiekunka;
🍵 Znał Leonardo da Vinci. Gdzieś w swojej Włoskiej rezydencji powinien mieć jakiś jego obraz;
🍵 Nie przepada za wróżkami, według niego nawet pomimo tego, że nie umieją kłamać, są bardzo fałszywe. Może dlatego popierał zimny pokój;
🍵 Urodził się leworęczny, aczkolwiek przez lata z nudów nauczył się pisać i posługiwać sprawnie też prawą ręką;
🍵 Do dzisiaj posiada nóż, którym został zamordowany podczas przemiany w wampira;
🍵 Haneul (하늘) znaczy niebiański.
🍵 Do dzisiaj ma traumę po 3 latach w niewoli. Nie lubi, gdy ktoś go dotyka, zbliżenia seksualne nie wchodzą w grę.


Shadowhunter

666 lat



All paths lead to death.

Administrator

Accepted
Drogi Użytkowniku!


Cieszymy się, że dołączyłeś do naszego forum, a Twoja Karta Postaci już została zaakceptowana! Przejdź teraz do zakładania koniecznych tematów. Zapoznaj się z Mechaniką Gry oraz Spisem umiejętności. Zachęcamy również do przejrzenia Mapy York! Poza taką mapą na forum znajdziesz również Mapę Świata z najważniejszymi lokalizacjami!

Shi
Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do :   
Shadow York @ 2019   Forum zostało otwarte 28.10.2017r.
York, England, UK

Partnerstwo